O Taize usłyszałem w dusznych podziemiach kościoła św. Wojciecha. Był rok 1985. Echa stanu wojennego, wzmożona religijność i patriotyzm powodowały, ze na dni kultury chrześcijańskiej waliły tłumy a ja jako kleryk ze zdwojona ciekawością słuchałem każdej prelekcji wedle powiedzonka ówczesnego Proboszcza św. Wojciecha x. Lewickiego tych „mów do chińskiego narodu przez lufcik”, lufcik wolności stworzony przez kościół.

Mówiono o historii w sposób niezakłamany, recytowano poezje, były projekcje filmów religijnych i również świadectwa w tym jedno o Taize...podobało mi się. Młody człowiek opowiadał o „gościnnych londyńczykach” o ekumenizmie etc.

Jako starszy kleryk mogłem utwierdzić się w tych pierwszych wrażeniach słuchając łacińskich kanonów i uczestnicząc w młodzieżowych oazach, dokąd jako echo dochodziły odgłosy tej atmosfery, która miałem przeżyć jako neoprezbiter w pełni po dwakroć we Francji.


Opis sytuacyjny


Malutka wioska na Południu Francji, do której zbiegł w czasie wojny brat Roger, by pokutować w imieniu zwaśnionych i podzielonych chrześcijan. Jak twierdził, jedna z przyczyn wojny to brak jedności wśród chrześcijan i osłabione świadectwo w przeciwstawianiu się złu. Nieopodal wielkiego Lyonu 10 km od starożytnego Cluny. Pewnie wybór miejsca miał nawiązywać do reformy kluniackiej. Benedyktyni stworzyli opactwo-panstewko, samowystarczalne z surowa regułą...stad wpływ naukowy i inny na cala Europę. Po Rewolucji Francuskiej z Cluny pozostały tylko zgliszcza. Nędzna metafora tego czym kiedyś było europejskie chrześcijaństwo i czym jest dziś. Ziemia w tej okolicy rudego koloru spękana, porosła zbożami, wioski jak i Taize dostatnie ale jakieś senne. Ogrody domostw niskie kamienne. Trawka wszędzie przystrzyżona, domki w miasteczkach jakby w skansenie, na zewnątrz stare ale nowiutki sprzęt samochody etc. Świadczą, ze ludzie tu żyją wygodnie i dostatnio. W samym miasteczku młodzieżowym wiele rozbitych namiotów, tymczasowych domków, budki telefoniczne wszędobylski, nowoczesne...Dzwony, baraki, kościółek sztucznie poszerzany poprzez rozbudowę i czasowo rozpięte namioty. W środku ja w teatrze spadzisty amfiteatr z plaska wykładzinowa czyściutka podłoga. Centralna część oddzielona od reszty koszykami z zasuszonym bluszczem, tam maja na modlitwie siedzieć na karmelickich klęcznikach braciszkowie w zwiewnych ale ciężkich, bo z solidnego materiału wykonanych albach. Dzwony po trzykroć w dzień wzywają na modlitwę, dyżurni jak żywe tarcze noszą na sobie napisy CISZA w wielu językach inni wolontariusze rozdają narzuty w formie chusty, by nakryć ramiona lub kolana jeśli strój dla modlitwy zbyt krotki. Duże pole namiotowe i parking dla kilkudziesięciu autobusów. Taize wygląda jak Częstochowa w dzień gdy grupy pieszych wchodzą na odpust Wniebowzięcia...cale wakacje co tydzień przybywają nowe grupy z całej Europy a wśród nich dominują Polacy. O nich i innych narodach napisze kilka słów by oddać subiektywna atmosferę. Może to spowoduje refleksje. Papież powiada, ze Taize jest wiosna kościoła i źródłem z którego się czerpie. Brat Roger jest zapraszany i szanowany w świecie. Ma drżący glos z silnym akcentem, jego doroczne listy kopiowane w tysiącach egzemplarzy i rozsyłane w świat są przedmiotem całotygodniowych rozważań w grupach. Obok grup biblijnych i medytacji sa grupy robocze do posługi w kuchni, toaletach, drukarni, kościele, ogrodzie etc. Stu braci i setki wolontariuszy dyskretnie powodują tym tłumem, ze potrafi się wyciszyć i zwłaszcza nocą wpadać w trans śpiewając w nieskończoność proste kanony i adorując krzyż przy świecach. Intrygował mnie pusty ołtarz i prezbiterium którego ściana była udekorowana spuszczonymi pomarańczowymi płóciennymi płachtami a w dole gromada ceramicznych pustaków. Domyślam się co to za symbolika ale nikt tak naprawdę nie próbował nam tłumaczyć. Jako kapłan czułem się trochę intruzem, nie było dla nas specjalnego programu czy spotkań, nie mówiono nam jak moglibyśmy się włączyć w rytm życia i być pożytecznymi, traktowano księży opiekunów na równi ze wszystkim uczestnikami, ta sama kilkusetmetrowa kolejka po posiłki, te same miejsca w świątyni i tylko wcześnie rano poza grafikiem możliwość odprawienia Mszy św. Trochę to deprymowało mimo to czułem się świetnie. Nie mam jednego zdania, Taize jest dla mnie zagadka do dziś. Wiem ze Polska młodzież jest religijniejsza od reszty Europy, ale tez duch włóczęgi czy religijnej turystyki był wyczuwalny i powstał specjalny rodzaj dyżuru, grupa wolontariuszy pilnowała, by młodzież nie uciekała z wioski do Cluny czy innych miast a modliła się właśnie i pracowała dla pełnego przeżycia tygodniowych rekolekcji.


1. Głodny Węgier.


W sąsiednim z moim barakiem mieszkali Węgrzy i wyglądając przez lufcik zaczepiali przechodzące droga dziewczęta głośnym i głupawym wołaniem „I am Hungary”...”I am Hungary”! Poirytowany, wyciągnąłem ze skromnych zapasów ciasteczka i udając, ze angielski znam słabo wyrzekłem do chłopaka: IF YOU ARE HUNGRY, help yourself, PLEASE EAT THAT CAKE. Moja smutna mina i tekst z gra słów (kalamburem) zrobiły zamierzone komiczne wrażenie i chłopiec przestał skandować.


2. Litwinka z drukarni.


Kilka dziewcząt i chłopców z Litwy komunikowało się z łatwością po francusku czy angielsku, bo mieszkali w Taize jako wolontariusze od dawna. Jadąc jednak do drukarni (w ramach grupy roboczej) zagadnąłem jedna z nich po litewsku, co wywołało rumieniec wstydu czy zakłopotania. Kolejny raz w życiu przekonałem się jakim skarbem dla maleńkiego narodu jest język i jak wiele można uzyskać przychylając się do obyczaju, kultury pobratymców, z którymi mieliśmy już Unie wiary i polityki na długo nim do tego zaczął wzywać brat Roger.


3. Filipinka z ogródka.


Pracowaliśmy w grupie roboczej ja i filigranowa filipinka, przeważnie w ogrodzie polewając warzywa, kwiaty, krzewy. Kiedyś omal nie stoczyłem się ze stromego zbocza w dół na filigranowym traktorku. Filipinka zamarła z przestrachu i przyprowadziła brata Irlandczyka, by mnie ratował z opałów. Gdyśmy się zegnali nie pozostawiła mi żadnego adresu ani ja swego ale zapewniała, ze się spotkamy...w niebie!


4. Słowak z zakrystii.


W zakrystii, która zarządzał brat-murzyn, wysoki, przystojny poliglota, był tez Słowak - wolontariusz. Ujrzałem tam drewniany szkielet krzyża franciszkańskiego i pytałem do czego jest on potrzebny...brat murzyn potwierdził, ze to nowy krzyż do adoracji, szukają tylko malarza. Zadeklarowałem chęć malowania, wiec przyniesiono mi farby. Pracowałem nocami i Słowak mi asystował z zaciekawieniem. Był zdumiony i szczęśliwy, ze franciszkański krzyż ma wygląd „podhalański” i jednocześnie obawiał się słusznie, ze bracia takiego stylu nie zaakceptują. Radził, bym deskę wykupił i zabrał dzieło do Polski. To były życzliwe rady. Zrozpaczony murzyn zabrał jednak „arcydzieło”, obiecując ze zrobi mi zdjęcie krzyża na pamiątkę a farby zeskrobie i nowego malarza znajdzie.


5. Anglik – marksista


Długa wieczorna dyskusja o komunizmie wiodła tylko w jednym kierunku. Mój rozmówca, młody liberał z Anglii twierdził, ze Marks był OK., a ja ripostowałem gorąco ze od niego ateizm i samo zło... Gdy żaden argument nie skutkował, ja wyrzekłem w złości: „idź do diabla!, bo diabeł to główny marksista...”. Chłopiec się zmartwił na serio, bo nikt go dotąd w tym kierunku nie posyłał tak konkretnie i widać było, ze się zasmucił nie na żarty. Tak oto skorzystałem z argumentu „ad personam” i widzę dziś, ze ciężar sporu przesuwa się w serce Polski...liberałów ci u nas dostatek a pamięć o tym co dla Polski uczynili marksiści zanika.


6. Chory Polak


We Fryburgu spotkałem opętanego. Siedział w kościele kudłaty na Mszy św. Studenckiej, która z braku mszału polskiego odprawiałem po niemiecku. Kudłacz podszedł do mnie po Mszy św. I rzekł, ze uważnie liczył ile razy się pomylę i ze było to razy sześć, a sześć to cyfra szatana. Wyprorokował, bo właśnie wtedy do grupy się przyplątał chory umysłowo polski repatriant, Ślązak czy tez gastarbeiter, który w Taize wiele nerwów zepsuł porządkowym i którego zawiozłem na komisariat w Lyonie, potem do niemieckiego konsulatu, bo się okazało ze ma niemiecki paszport, a potem nagle zniknął...zadowolony, ze tyle uwagi skupil na sobie.


7. Dzikie dziewczyny.


W 1992 roku byłem jeszcze raz w Taize, jakby na pożegnanie z Polska, z Europa... to była gorsza grupa niż w 1991.W grupie były nastolatki. krnąbrne, nieposłuszne. Papieroski, niepunktualność i łażenie po katach w koedukacji. Wszystko to zaprzeczało religijnemu charakterowi grupy i obiecywałem sobie, ze kiedyś to ukarze. Stało się! Na drodze powrotnej mieliśmy zahaczyć o Paryż. Umówiona godzina...mamy wracać z centrum miasta na parking...trzech dziewcząt brak. Wracamy bez nich. Na kampingu poszukują mnie i proszą do telefonu. Dzwoni milicja z komisariatu. Jedna z dziewcząt przez telefon opowiada mi co się zdarzyło, ja wybucham histerycznym śmiechem, ja to dziwi: czy ksiądz się cieszy – pyta. Tak, odpowiadam! – ja to przewidywałem...


Epilog


Tak, Taize łączy, uczy tolerancji, nawyków grupowych, szacunku dla inności, uczy pokory. Taize opowiedziane i przeżyte to dwie różne sprawy. Może jeszcze nie pora czekać na owoce Taize. Dziwi mnie ze mając tak wiele polskiej młodzieży w Taize tak mało jest polskich wolontariuszy a wśród braci na stale tylko jeden. Ja osobiście miałem pokusę by tam pozostać.


ks. Jarosław Wiśniewski

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com