Jak koledowac na Wschodzie, gdzie morze ateistow deklarujacych Prawoslawie, Islam czy tez Buddyzm, nie robi nic w tej dziedzinie. Kiedy pojawiam się na klatce schodowej w sutannie, to często slysze komentarz albo pytanie wprost: "ktos umarl ?".
Pierwsza zagraniczna kolede miałem w Rostowie nad Donem. Pamietam jak dzis. Otrzymalem 21 zaproszen w milionowym miescie, w którym na Boze Narodzenie zjawilo się ponad 100 osob, polowa z nich to czrnoskorzy studenci z Afryki a posrod miejscowych wiekszosc stanowili sniadzi Ormianie. Bozonarodzeniowa liturgia odbywala się w Teatrze Lalkowym. Na Nowy Rok w tym samym teatrze moi czarnoskorzy studenci wystawili jaselka, w których nie tylko Trzej Krolowie byli z egzotycznych krajow.

1. Stuletnia Parafianka.

Domy parafian rozrzucone jeden od drugiego po kilka kilometrow w roznych dzielnicach. Trudno było ustalic grafik nie majac samochodu i slabo orientujac się w miescie. Zadaniem tej koledy, która stanowila czesc ambitnego planu podniesienia z gruzow katolickiej tradycji w miescie gdzie kaplana nie było od 1936 roku. Pamietalo te czasy tylko kilka staruszek w tym prawie stuletnia Anna Gierasimowna.
Historia katolikow rostowskich mocno powiazana z historia trzech zywiolow: ormianskiego, niemieckiego i polskiego. Ormianie byli tu zawsze. Na poczatku 20 wieku Rostow zrosl się z ormianskim miasteczkiem Nachiczewan, które posiadalo 9 kosciolow monofizyckich i nawet Biskupa. Czesc Ormian jak wszedzie na swiecie to katolicy. W naszej parafii był nawet ksiadz Manuel Maszurian. Niemieckie kolonie bardzo liczne wokół Rostowa i Taganroga, obfitowaly w katolicka mniejszosc. Również kler niemiecki dominowal w naszych parafiach nad Donem. Najblizej mi znany posrod nich meczennik Altaju ks. Johan Lang.
Polacy przyszli z Warszawy razem z ewakuowanymi uczelniami na poczatku 20 wieku, gdy na poczatku I wojny swiatowej stolice Polski okupowaly wojska pruskie. Z rozkazu wladz carskich procz przemyslu i urzedow ewakuowano również uczelnie. Cala profesura, studenci i biblioteki pojechaly na Polnocny Kaukaz. Uniwersytet do Rostowa, Politechnika do Nowoczerkasska. Ilosc stalych parafian w Rostowie dochodzila do 6000, choc sa tez swiadectwa, ze mieszkalo tam samych Polakow 13 tysiecy a miasto było wtedy niespelna 50 tysieczne.
Ostatnim stalym proboszczem rostowskim był Stanislaw Kordasiewicz pewne istotne szczegoly o nim opowiedziala mi wspomniana Anna Gierasimowna, która odwiedzajac na koledzie namascilem Sakramentem Chorych.
Drobniutka filigranowa staruszka jak wiorek chudziutka, z ostrymi rysami twarzy zachowala w sobie wiele szlachetnosci w sposobie mowienia ubierania się a także w wygladzie. Jak dama z czasow wiktorianskich, w ktorej nie było podstepu a duzo ciepla, które powracalo na jej oblicze wraz ze wspomnieniami. Przestala chodzic do kosciola dopiero po wypadku jaki się zdarzyl w drodze na Msze swieta. Potknela się i zlamala noge w biodrze. Oczywiście kosci w tym wieku zrastaja się z trudem i nie można było oczekiwac, ze wkrotce do parafii zawita.
Zdawala się umierajaca wiec opowiadala szczerze mnostwo faktow dotyczacych naszej parafii. Ponoc przed smiercia każdy czlowiek przezywa taka potrzebe przezycia na nowo swej mlodosci.
O swym bracie Adamie, kleryku z Saratowskiego Seminarium...nawiasem mowiac udalo mi się obejrzec z odleglosi ulicy stare budynki z których wyprowadzalo się wojsko, tym niemniej katolikom ich nie zwrocono. Adam nie zakonczyl seminarium i nie wiem dokladnie co o nim wtedy mi pani Anna opowiedziala, za to pamietam opowiesc o Stanislawie Kordasiewiczu, który lubil mlodziez. Jej tato był zdaje się koscielnym miał polskie korzenie. Mam, o ktorej dowiedzialem się niewiele była niemieckiego pochodzenia, oboje wiec katolicy. Do Anny, która miala pod opieka kuchnie parafialna proboszcz zwracal się nazywajac figlarnie: "moja Ochmistrzynia".
Anna przekazala mi "dla kosciola"jakies zawiniatko z czasow Rewolucji gdzie mialy się znajdowac jakies rodzinne pamiatki a ja glupiec zlekcewazylem jej dari rzucilem gdzies w kat, gdzie przelezal az do przyjazdu mega nastepcy Salezjanina. Podobno były tam zlote i srebrne broszki, może nawet pieniadze. Owszem przyjalem również kanadyjskie dolary, bo krewni przysylali dla Anny ale w tych czasach nie potrafila z nich zrobic pozytku. W obiegu były tylko amerykanskie dolary.

2. Uparta Jadwiga

U innej staruszki pani Jadwigi na ulicy Gusiewa (obie panie były sasiadkami i razem często wedrowaly na Msze-tak je zapamietalem gdy po raz pierwszy odwiedzalem Rostow). Jej dwupietrowy domek typowa dla Rostowa dzika zabudowa z drewna oblozona z zewnatrz cze3rwona cegla, niedaleko Dworca Kolejowego. To był w miare dogodny adres dla dorywczo przyjezdzajacych dominikanow z Ukrainskiego Fastowa. Jadwiga nie majac potomstwa trapila się bardzo co uczynic z pamiatkami koscielnymi. Wiele cennych rzeczy zabrali parafianie do siebie przeczuwajac w latach piecdziesiatych, ze porzucona swiatynia może być rozkradziona i zburzona. Z radoscia przekazala to co miala ojcu Wladyslawowi a potem zalila się, ze zrobila to pochopnie nie spodziewajac się, ze dozyje powrotu kaplanow do Rostowa na stale. Wyrzucala sobie, ze nie ma mi co podarowac. Zamiast tradycyjnej koperty proponowala mi zapis notarialny swojego domu i gdy wyjasnilem jej ze lepiej zapisac dom Siostrom Zakonnym albo na parafie, bo ksieza zmieniaja się często a zakon, czy parafia pozostaje na miejscu. Ona nie rozumiala, ze dla mnie jako dla obcokrajowca taki dar będzie tylko balastem i ze zamiast pracowac w parafii będę przesiadywal w kantorach notarialnych.
W odroznieniu do Anny pani Jadwiga potrafila chodzic choc nogi były wciąż w bandazach i stupach. W jej twarzy była ta sama szlachetnosc i podobny zasob slow, lecz w zachowaniu było cos brutalnego i sowieckiego. Roznica jednego pokolenia pozwalala mi obserwowwac jak powoli degradowal się katolicki ludek w Rosji. Potomkowie tych pan w żaden sposób nie odrozniali się od innych sowieckich ludzi.
Pani Jadwiga wygladala na zagniewana, ze nie przyjalem daru. Ona się nie uspokoila poki nie dopiela swego. Dom zapisala dla mojego nastepcy, salezjanina ksiedza Mackiewicza, który był bardziej doswiadczony w tego rodzaju sprwawach. Można by rzec zartem: to było jego hobby.
Szczerosc i szczodrobliwosc katolikow z Rostowa jak widac bezgraniczna i klopotliwa dla ksiezy jest jednak rozbrajajacym dowodem na to jak bardzo czekali oni na nasz przyjazd i na nasza kolede. W jej trakcie ich serca otwieraly się tak szeroko jak gdyby pragneli oni zadoscuczynic za lata bez ofiar i modlitwy i zapewnic sobie jakies "lepsze miejsce" u Pana Boga za piecem.

3. Obciete glowki

Były i bardzej wzruszajace sceny. Byłem w domu dziwiecdziesiecioletniej Pani Zalewskiej, ktorej rodzony brat zamieszkal w Polsce i prekazal swe zdjecia w mundurze oficera.
Pani Zalewska osoba niewysoka, zadbana, krepa z bialymi wlosami i w okularach. W latach trzydziestych z milosci do brata i za strachu o swe zycie powycinala ze wszystkich fotografii jego twarz a reszta trafila do kosza. Oto moglem ogladac w albumie "obciete glowki" swiadectwo skutkow stalinowskiej doktryny w sercach i umyslach prostych ludzi polskiego pochodzenia w ZSRR. Jej syn Akademik Rostowskiego Uniwersytetu z lekiem odnosil się do mnie i nieufnie. Wyjasniono mi, ze on do dzis boi się utracic katedre naukowa z powodu swego polskiego pochodzenia i kontaktow z "obcokrajowcami". Oprowadzal nas po zakamarkach rodzinnej historii wnuk trzydziestolatek również wykladowca bez leku a raczej zaintrygowany, tym niemniej niestety jak w wielu takich historiach uwazajacy się z Rosjanina i być może po prostu "prawoslawny".

4. Wspomnienia Arystokraty

Zyl jeszcze w tych czasach pan Rzewuski, rowniesnik Anny Gierasimowny. Był dyrektorem Poloskiej Szkoly im. Marchlewskiego, która w 1936 roku zamieniono na Rosyjska a obecnie miesci się tam jeden z korpusow Uniwersytetu a także tzw. Fondy Krajoznawczego Muzeum.
Jego arystokratyczne nazwisko w pelni potwierdzal wyglad zewnetrzny. Wysoki wychudzony Jegomosc zgarbiony ale z optymistycznym wyrazem twarzy, nie lekal się spotkania ze mna, choc zdarzali mi się wielokroc rowiesnicy zaleknieni z powodu mego pojawienia się.
Jak udalo mu się uniknac represji nie wiem. Udalo się jednak otrzymac od niego pisemne swiadectwo w sprawie przynaleznosci tej szkoly do Parafii Katolickiej w czasach Carskich. Od niego tez mielismy wiesci o organizacjach dobroczynnych a nawet organizacji mlodziezowej Sokol. Polskie zycia nad Donem było niegdys burzliwe ale zostaly z zawieruchy stalinowskiej tylko strzepy.

5. Niedokonczona koleda

Inna koleda obrazuje kolejne pokolenia katolikow rostowskich z calkiem innymi losami. To ludzie z Zachodniej Ukrainy, którzy trafili do Rosji, bo tak ich rzucilo centralizowane sowieckie Panstwo. Zawodowi zolnierze zmieniali nie tylko Republiki i Klimaty ale tez sfery wplywu jezyka i kultury. W krajach Baltyckich trzeba było znac miejscowe jezyki bo ludzie niechetnie obcowali po rosyjsku, w sredniej Azji trzeba było znac narzecza tureckie i zwyczaj muzulmanski. W Rostowie zdaje się jestesmy w Europie a jednak obecnosc licznych etnosow kaukaskich i koreanczykow sprawia, ze czujesz się tu egzotycznie i jezyk ulicy tez jest swego rodzaju ukrainsko-rosyjskim slangiem. Kolorytu dodaje tutaj toczaca się czeczenska wojna.
W momencie mego przyjazdu nie było dzialan wojennych ale wiele się już slyszalo o "okrutnych Czeczenach" i można się było domyslec, ze ogromna ilosc wojska stacjonujaca w Rostowie nie będzie siedziec bezczynnie.
Pewna staruszka a dokladniej solidna, uparta kobieta ponad piedziesiat lat mieszkajac kilka miesiecy w dzielnicy oficerow Kaukaskiego Okregu Wojskowego nazywanej "Wojenwied" odbyla pielgrzymke po miescie, by odszukac katolicka parafie i gdy jej w Prawoslawnej Katedrze powiedziano "nie wiemy i wiedziec nie chcemy" udala się do Urzedu Miejskiego itam ja grzecznie poinformowano gdzie nas szukac. Znalazla skutecznie. Robila to dla swej corki i wnukow. Wszyscy procz ziecia byli wychowani po katolicku ale w masie niedowiarkow nie robili staran, by praktykowac wiare rodzicow. Mama okazala się jednak uparta. Nie wracala na ukraine poki nie zapoznala ze mna nastoletnich wnukow i corki. Na kolede zawieziono nas w odlegly rejon Rostowa wojskowa furgonetka. Było nas wielu. Siostry i dwaj ksieza. Akurat odwiedzil mnie dziekan i choc byłem gotow spelnic prosbe kobiety i udzielic slubu koscielnego jak pragnela dzielna kobieta, dziekan nie znajac kontekstu zapedzil się w labirynty katechizacji i kanonicznego prawa i uznal, ze slub tej pary będzie fikcja i przedwczesnym aktem. Poddalem się ale to dzis zal mi tej babci. Spedzilismy tam pewnie ze 4 godziny a ona zmarnowala swoje nowiutkie 500 rubli. Wiem, ze była uboga i tym bardziej było mi jej szkoda gdy po dwu latach odszukalem wśród papierow koperte z jej ofiara nietknieta a tymczsem zmienily się banknoty i ten już był niepotrzebny i nic nie warty. Samo zycie pokazalo, ze ta koleda mogla być inna, gdyby przebiegala wedle zasad "inkulturacji".

6. Koleda po kaukasku

Na koledzie u Ormian był konkurs egzotycznych potraw.
Dzieci razem z tata Howanesem Petrosjanem demonstrowali Kaukaski taniec polegajacy na podskokach z wzniesionymi dlonmi, które jak galazki plotly się do gory i do dolu. Stol dla nas nakryla malzonka Howannesa niewysoka i krepa podobnie jak on pielegniarka Margarita.
Howannes był instruktorem samochodowym. Razem z Margarita wychowywali dwoje dzieci w prywatnej posesji w dzielnicy Zachodniej. W podworku był jeszcze jeden domek, w którym kwaterowali się dwaj kuzyni z Gruzji i zdaje się tez brali udzial w koledzie totez było nas wielu jak zawsze na podobnych spotkaniach z Ormianami.
Było duzo muzyki i smiechu. Ormianie z okolic Trabzonu (dzis port w Turcji starozytny ormianski Trapezunt). Emigrowali do Gruzji ponad 150 lat temu i zachowali wiele tureckich zwyczajow. Uciekli, by zachowac katolicka wiare, która od czasu do czasu w Turcji zwalczano.
Pelne brzmienie nazwiska Howannesa Ter-Petrosjan, co znaczy ze jego przodek musial być kaplanem (Ter-ksiadz zonaty, w odroznieniu od Warthapet-zakonnik). W ormianskim rycie podobnie jak w innych katolickich kosciolach wschodnich można napotkac duza ilosc ksiezy zonatych. Ich zachowanie i lojalny, pelen szacunku i milosci stosunek do mnie w pelni potwierdzaly ich pochodzenie. Z duma obnosili się wśród swoich znajomoscia z ksiedzem.
O swoich kaplanach w Gruzji wyrazali się w podobny sposób i choc nie byli oni Ormianami to stanowili jeden z glownych tematow ich opowiesci.
Dzieci Howannesa starszy syn Nerses, mlodsza cora Karine nauczyly mnie zapominac zupelnie roznice rasowe i traktowaly mnie jak rodzonego ojca w czym on nigdy nie praeszkadzal a raczej zachecal do takich relacji co zupelnie nie pasuje do naszych wyobrazen o ludach kaukaskich. Tak, widywalem ich w goracych sprzeczkach ale tez widzialem jak bardzo się kochaja, nawet odlegli krewni mezczyzni przy spotkaniu caluja się w usta i nazywaja bracmi. Nigdy nie moglem się dol;iczyc ilu każdy z niuch braci posiada i w jakim sa stopniu pokrewienstwa. Od tej pory było mi latwiej zrozumiec zapis z Ewangelii na temat wizyty Maryi i "braci Jezusa" podczas gdy on był zajety kazaniem.
Chlopcow, którzy byli "bracmi Nersesa" również poznalem blizej. Arutiun, Petros. Dalsza rodzina to rodzina Szirchonianow i Adamian. Wszystkie te nazwiska cytuje z pamieci, bo na tyle byliśmy zaprzyjaznieni, ze czas nie potrafil zatrzec tych wiezow.
Oni stanowili "smietanke towarzyska" ormianskiego klanu liczacego ponad 40 znanych mi jeszcze z Bozonarodzeniowej liturgii w Teatrze Lalkowym osob.
Inna Ormianska rodzinka w tym goracym koledowym okresie odszukala mnie sama. Tato z corka. Ona studentka z Moskwy, on wykladowca z Rsotowa. Przyjechali powiadomic mnie, ze pewna wloska zakonnica dla ktorej studentka redagowala przeklady wloskich autorow do druku w jezyku rosyjskim w wydawnictwie Russia Christiana pragnie mnie poznac i zaprasza do siebie do Moskwy. Na zakonczenie koledy udalem się do Giovanny Paravicini, pod eskorta czarnoskorego studenta z Mozambiku i miejscowego rusycyste, który dzieki przyjazni ze mna miał wkrotce wstapic do seminarium i stac się franciszkanskim ksiedzem. Przyjazn ze studentami to oddzielny temat podobnie jak "pobratymstwo" z wloskim wydawnictwem.
Do tych tematow w moich wspomnieniach będę często powracac.

7. Afrykanska koleda.

Najbardziej egzotycznie wypadla koleda w akademikach.
Miałem się ograniczyc mieszkaniami najaktywniejszych parafian z Angoli, Mozambiku, Gwinei Bissau, Kamerunu i Togo.
Gdy jednak dostrzegli mnie studenci tubylcy tzn "biali" i gdy pojeli czym się zajmuje, również prosili, by poswiecic ich mieszkania. Towarzyszyli mi sposrod znanych mi aktywistow: Felito i Margarita z ostatnich kursow dziennikarstwa w akademiku na Zorge po sasiedzku z Ormianami.
Margarita nie uwazala się za mulatke choc jej wyglad na to wskazywal. Sadze, ze w jej zylach plynela tez krew nikaraguanskich indian. Była dobrze zbudowana, calkowite zaprzeczenie ogo;lnemu mniemaniu o filigranowych latynoskach. Silnie wypukle wargi i plaski nos, piekne biale żeby i czarne regularne loki bardziej podobne do arabskiej fryzury niż afrykanskiej. Usta jej nie zamykaly się od smiechu i opowiesci a jednak zdarzalo mi się ja widzxiec nienaturalnie smutna. Smutek ten wywolany był zbyt dlugim pobytem poza ojczyzna. Nie było zadnych watpliwosci. Obcujac z siostrami zapominala o swym bolu. Była prawdziwa misjonarka. Manuela nazywalismy Felito. To jej najlepszy kolega. Rozmawiali na przedziwnym slangu. On po portugalsku ona mu odpowiadala po hiszpansku i zawsze rozumieli się w pol slowa. Od nich się wszystko zaczelo. Niewysoki, przystojny. Kipial humorem jeszcze bardziej niż Margarita. Jego twarz czekoladowa raczej niż czarna. Bolal nad brakiem perspektywy powrotu do kraju gdzie srednia zarobkow 10 dolarow. Czesc jego rodakow starala się w Rosji pozostac na zawsze choc tutaj w tym czasie srednia zarobkowa spadala w podobnym kierunku jak w Angoli.
W Akademiku Rostowskiego Uniwersytetu Mechanicznego na Gagarina w Centrum wspierali mnie Wilhelmina i Apolinary mloda para z dawnej niemieckiej kolonii Tanzanii. Oboje z bardzo ciemnymi twarzami. Rysy Wilhelminy przypominaly arabskie czy nawet hiszpanski typ urody. Jej wlosy były podobne jak u Margarity swobodnie opadajace lokami. Apolinary był raczej z innego plemienia tak samo niski jak Wilhelmina z szeroka twarza i raczej z domieszka azjatycka niż arabska. To była bardzo wierzaca para. Kiedys moglem obejrzec na kasecie ich slub w katedrze Dar es Salaam.Slub dawal im misjonarz z Holandii. Wiodac pare mloda do kosciola kobiety glosno wrzeszczaly co w trakcie Mszy swietej powracalo echem i misjonarz nikogo nie uciszal a wrecz im wtorowal. Jezykiem, którym się poslugiwali był najpopularniejszy na Wschodzie Afryki Suahili. Często slyszalem jak Wilhelmina uzywala tej mowy na studenckich czuwaniach. Nauczyla nas nawet eucharystycznej piesni Altareni kwa bwana Jesu.
W Akademiku przy Bratskim Cmentarzu, gdzie poczatkowo dawano nam ziemie pod kosciol i gdzie w pierwszych tygodniach pobytu w Rosji mieszkalem z klerykiem Filipem miałem najwiecej znajomych i przyjmowano nas najserdeczniej to byli portugalsko jezyczni Angolczycy i chlopcy Mozambiku: Mateusz i wspomniany Ernesto z którym jezdzilem do Moskwy.
Mateusz miał twarz optymistyczna, Ernesto zawsze zasepiony. Chudziutki jak Wilhelmina, krucze kruciutkie wlosy i wiele pryszczykow. Tak nauczylem się identyfikowac ich twarze.
Akademiki niedaleko Akademii kolejowej pomagal nad odwiedzic Franciszek-lekarz, dwumetrowiec z Togo, którego rodzony brat był kaplanem. W tym samym rejonie miasta były Akademiki Akademii Medycznej i tam napotkalem procz mnostwa Arabow także studentow z Peru i Boliwii, jeden z nich poprosil latem o chrzest dziecka i zdaje się byli wtedy obecni studenci z Hiszpanii.

8. Koledowy siew i plony

Staralem się wszedzie spiewac koledy i czytac fragment z Biblii dokladnie tak jak w Polsce lecz czasami zatrzymywalem się na dluzej jeśli ktos z odwiedzanych bardzo o to prosil. W wiekszosci odwiedzonych mieszkan studenckich pozostawialismy po sobie rozance z ulotkami jak się na nich modlic, Nowy Testament, bosmy z Moskwy przywiezli w duzej ilosci a także opowiesc o Don Bosco i inne broszurki katolickie. Totez odwiedziny w Akademikach, które wedle pierwotnych zamierzen mialy mi zajac jeden dzien przeciagnely się prawie na dwa tygodnie i wedle ekstensywnej teorii misyjnej był to czas obfitych siewow a zbierali calkiem inni ludzie i co zebrali tego wiedziec nie będę nigdy, bo siew obejmowal cala Afryke i sporo mieszkancow Ameryki Lacinskiej plus Azjatyckie Indie, Pakistan i Filipiny. Rostow w tych czasach był w czolowce miast rosyjskich pod względem ilosci wyzszych uczelni, bezwzglednej ilosci studentow w tym ponoc 8 tysiecy zagranicznych.
Moi przyjaciele z Afryki okazali się prawdziwymi misjonarzami i wszyscy otrzymalismy z nieba taka ilosc cudownych niespodzianek, ze żadna opowiesc nie da rady tego opisac. Latem gdy powstawaly nowe parafie w Taganrogu i Nowoczerkassku moi studenci chorzysci jezdzili razem ze mna, aby podtrzymac Msze swieta pokazujac miejscowym jak ma się zachowywac na liturgii wierzacy czlowiek. Podobne swiadectwo zlozyli tez studenci Hiszpanie, którzy odwiedzili nas latem dzieki wiadomosciom jakie o tej dziwnej rostowskiej wspolnocie przekazala za granice siostra Giovanna.

9. Kolchozowa koleda

Koleda, która zapadla mi najbardziej w pamieci miala miejsce na wsi w powiecie Ziernogradzkim i wypadla jeszcze bardziej egzotycznie niż moje afrykanskie eksperymenty.
Nazwe to emigracja sumienia, bo ludzie którzy mogli zyc dostatnio w Polsce wyjechali do Rosji naskutek Stanu Wojennego.
Pewien Ukrainiec zaprzyjazniony z Polska rodzina Kubiakow opowiadal mi w trakcie odwiedzin koledowych w jego domu, ze trzeba pojechac tez na wies, bo gospodyni pani Natasza Kubiak jest bardzo chora. Dowiedzialem się ze jest to mloda i madra kobieta ale znajduje się w glebokiej depresji i przez mysli samobojcze na granicy smierci.
Po raz pierwszy ujrzalem biede jekiej nie udalo mi się zobaczyc w zadnym polskim Pegeerze, choc miałem za soba już wspomnienia wioskowej koledy z niezwykle biednej Bialostoczyzny.
W tym "polskim domu" nie zauwazylem zadnych symboli swiatecznych. Gospodarz zlamany choroba zony cieply i do lez prosty chlopak z Kujaw platal się w slowach i grzecznosciach. Ja zas od razu przystapilem do spowiedzi i sakramentu chorych. Sciany kolchozowego parterowego domu przewidzianego na dwie rodziny zionely chlodem. Dawno nie malowane i niedogrzane nie sprzyjaly wyzdrowieniu. W przyszlosci musialem przyznac, ze Natalia miala wiele powodow do przygnebienia. Rozmowa przebiegala po polsku. W tym domu wszyscy znali plynnie ten jezyk choc nie zawsze poslugiwali się nim. Jezyk obcowania był jedyna oznaka zwiazku z ojczyzna i polska kultura. Cala reszta przygnebiala na tyle, ze gubilem się w domyslach co moglbym zrobic dobrego dla tych nieszczesnikow. Przypomnialem sobie w tej scenerii Betlejem, a także wlasny dom, w którym swieta nie zawsze były uroczyste ponieważ rodzice gubili nic porozumienia. Sciany w moim domu bywaly tak samo posepne i chlodne. Opowiadalem o tych podobienstwach chrej Natalii i prosilem, by zyla jeszcze, bo podobnie jak ja "chlopak ze wsi" może być komus w tej dalekiej Rosji potrzebna.
Również tutaj wyczuwalem intuicyjnie, ze Pan Bog nie przypadkiem wyslal mnie na koniec swiata obcowac z Ormianami, Murzynami a także kozackim ludkiem, by nareszcie odkryc strzep swojego losu i kawalek domu, w którym koleda procz intrygi powodowala tez zaklopotanie i leki. Tym nie mniej była potrzebna. Wyjezdzajac stamtad wiezlismy poczucie dobrze spelnionej misji za co Ukrainiec otrzymal prosiaka a ja Bozonarodzeniowa ges. Nawet gdybysmy nie wiezli tych zwierzat i tak szczescie przepelnialoby nas, bo dobro nie ma ekwiwalentu w jakim moznaby dostatecznie wyrazic ale na swieta jest odczuwalne zawsze z potezna atomowa sila. Nigdy nie będę wiedzial kto daje wiecej i wiecej bierze na koledzie ludzie czy ksiadz. Jest to autentyczna wymiana darow, byle z obu stron były autentyczne i szczere zamiary.

10.Koleda w ojczyznie

Po dziesieciu latach od opisywanych wydarzen po wydaleniu z Rosji ksiadz Metropolita Bialostocki poslal mnie na odpoczynek do Czarnej Bialostockiej. Okazalo się ze nie potrafie już koledowac "po polsku". Moi koledzy wracali z koledy na obiad a ja po polnocy. Dlugo siedzialem u Prawoslawnego ksiedza, choc "nie trzeba tego robic", poswiecilem CPN, kilka sklepow po drodze, zasiedzialem się u mieszanej polsko-bialoruskiej pary, napotkalem najprawdziwszego na swiecie Ormianina i w kilku domach odmowilem przyjmowania ofiary czym zdaje się obrazilem gospodarzy. Nikt mnie nie przymuszal do koledowania, bo byłem "na odpoczynku" a ja tez się nie upieralem, ze chce to robic. Kiedy jednak zaczalem, to od razu z tego powodu wynikly burzliwe dyskusje legendy i plotki jak koledowac i czy koledowac! Moi koledzy strofowali mój styl a ja się uparlem, ze koledowac "pro forma" i "dla kasy" nie będę, kropka!
Za jakis czas zauwazylem w autobusie naklejke przypominajaca znak drogowy, na którym tlusty klecha trzyma w pulchnych paluszkach koperte. Na gorze napis: KOLEDA?! Na dole podpis: NIE! DZIEKUJE! Wspomnialem swoje "rostowskie koledy" i zrobilo mi się na duszy smetnie.

Epilog

Corka panstwa Kubiak za jakis czas otrzymala w Batajsku sakrament Bierzmowania i stala się czestym gosciem parafii i swiadkiem wielu zdarzen opisanych w mych wspomnieniach. Po wyjezdzie do Polski ukonczyla z dyplomem Liceum w Lubrancu i slawistyke na KUL. Odwiedzila mnie tym razem w Czarnej Bialostockiej. Tym razem ja byłem przygnebiony na podobienstwo jej mamy i to jej wypadla rola podtrzymywac mnie na duchu. Jej koleda trwa dzieki internetowi i zdawkowym wizytom na Ukrainie dokad przyjezdza w drodze do taty. Mama niestety zmarla. Tamtej koledy starczylo tylko na 10 lat a może az 10 lat, jeśli uznac ze moja prosba by "zyla jeszcze" odniosla skutek.

Suplement (rys historyczny)

Katolicy pojawili się w tych okolicach w czasach "Zlotej Ordy" dzieki zyczliwosci chanow dla kupcow weneckich i genuenczykow jacy zakladali tu swoje wolne od dominacji mongolskiej osiedla a w nich koscioly i nawet biskupstwa. Przykladem tego jest diecezja Tany-Azowa istniejaca w latach 1300-1475.
W okresie panowania carycy Katarzyny teren ten podlegal wladzy arcybiskupa Mohylewskiego od roku 1851 istniala tu diecezja Tyraspolsko-Saratowska. W czasach sowieckich dzialaly tu Apostolskie Administratury a 11 lutego 2002 była odrodzona diecezja w Saratowie w sklad, ktorej wchodzi obecnie kilka dekanatow w tym również dekanat Rostowski.
Wladze rosyjskie przyjely z duzym niezadowoleniem ambicje Watykanu. Jako rewanz czy "nauczke" należy traktowac chwilowe represje wobec najaktywniejszych kaplanow.
Wydalily w tym czasie proboszcza z Rostowa Salezjanina nie wpusciwszy go mimo braku oficjalnych powodow. Podobnie postapily z Biskupem Irkuckim, proboszczami z Jaroslawia i Wlodzimierza a także autorem tego tekstu.
Miasto sw. Dymitra Rostowskiego. Taka była poczatkowo pelna nazwa twierdzy kozackiej nad Donem. W czasach carycy Katarzyny Rosja rozszerzala się i strzegla swych granic przy pomocy takich kozackich stanic i osiedli-kolonii ormianskich czy tez niemieckich. Ta epoka kojarzy mi się z przygodowymi filmami o angielskich osiedlach-twierdzach i koloniach na Dzikim Zachodzie. Entuzjazm kolonialny Rosji na Kaukazie i Syberii to bardzo romantyczna dla samych Rosjan przygoda.
Z tych czasow pochodzi legenda, ze aby zadowolic apetyty Carycy Katarzyny kniaz Potiomkin, jej faworyt organizowal grupe chlopow-aktorow i makiety osiedli, które przemieszczaly się po kraju z taka sama szybkoscia jak konwoj carycy, by ja przekonac, ze na rosyjskich stepach już kipi zycie.
Sam Dymitr Rostowski wedle biografii znanej mi z polskich zrodel był swiatlym czlowiekiem autorem prawoslawnych "Zywotow Swietych" wzorowanych na ksiazce o takim samym tytule Jakuba Wujka. Czcil Serce Jezusa w sposób nietypowy dla Prawoslawia, duzo się modlil i zmarl na kolanach. Czcony pod koniec pazdziernika. Zyl i zmarl w Rostowie Wielkim na polnoc od Moskwy.
Dzisiaj w Rostowie nad Donem zamieszkuje około poltora miliona ludnosci. W 2000 roku Rostow zostal podniesiony przez W.W. Putina do godnosci jednej z siedmiu "malych stolic" Rosji tzw. Okregow Federalnych. W sklad Poludniowego okregu wchodzi kilka obwodow i Autonomicznych Republik takich jak: Kalmucja, Dagestan, Czeczenia, Inguszetia, Polnocna Osetia, Kabardyno-Balkaria, Adygeja, Krasnodarski Kraj, Stawropolski Kraj, Czerkesja itd.
Tam trwaja narodowosciowe i religijne spory szerzy się terroryzm, kidnaping, handel ludzmi etc.
Od czasow Lermontowa czy Tolstoja, którzy poswiecili wiele uwagi "rosyjskiej ekspansji" niewiele się zmienilo na korzysc imperium.
Potrzeba skutecznej i wytrwalej pracy kosciola w tym terenie zdaje się naglaca. Jak na razie w odroznieniu od bardzo aktywnie dzialajacych sekt praca Katolikow bardziej przypomina starania kniazia Potiomkina, by cos pokazac, niż realny misyjny trud setek ludzi tak kleru jak i swieckich na jaki ten teren w pelni zasluguje.

 

ks. Jaroslaw Wisniewski
14 lutego 2005
Makiejewka-Donbas-Ukraina

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com