"Seminarium Bialostockie" ma korzenie w Wilnie. Nie dal nam o tym zapomniec ks. Abp Kisiel w swoich czwartkowych kazaniach na lacinskiej Mszy swietej dla klerykow. Wiele jego kazan i wypowiedzi zaczynalo się od sakramentalnych slow "a u nas Wilnie" wydarzylo się to, czy tamto. Jako kleryk był aresztowany i miał być wywieziony na roboty do Niemiec. Udalo mu się wysiasc w Warszawie i czmychnac. Cala diecezja była przeniknieta litewskimi tradycjami. Rok 1984 był rokiem Kazimierzowskim, uczczono 400 lecie smierci sw. Kazimierza poprzez otwarcie nowego budynku Seminarium, w którym klerycy wystawili sztuke "wlasnej roboty" zdaje się w Sali Kazimierzowskiej niezwykla mozaika Swietego Krolewicza na centralnej scianie i sylwetkami wilenskich kosciolow wykonanych technika sgrafitti. To było seminarium z tradycjami jezuickimi, opowiadal nam na rekolekcjach jesienia 1985 roku ks. Kanonik Greczanik z Trzciannego, wychowanek "Alma Mater" z Wilna. Opowiadano nam jak to wladza radziecka w 19944 roku wkroczywsz do Wilna dala klerykom i profesurze 24 godziny na opuszczenie miasta. Caly Uniwersytet Batorego studenci i profesura udal się do Torunia.

Wydzial Teologiczny wyladowal w Bialymstoku... Siedmiu naszych profesorow w krotkim czasie otrzymalo sakry biskupie w roznych diecezjach kraju. Mowiono, ze to"biskupia wylegarnia".Bp Klepacz, Swirski, Pawlowski to tylko niektóre z nazwisk jakie pamietam.

Wiele innych opowiesci moglismy uslyszec od rodowitych "litwinow" naszych profesorow, których wojna zastala w trakcie studiow. Niektorzy aby zostac kaplanami musieli wszystkie wakacje spedzac z dala od rodzicow, bo powrot na sowiecka Litwe czy radziecka Bialorus grozil im brakiem pozwolenia na powrot do Polski. O naszym metropolicie Jalbrzykowskim chodzila legenda, ze jego walizki jeszcze 10 lat po wojnie staly nie rozpakowane. Haslo "wracamy do Wilna" było na ustach calego pokolenia klerykow "bialostockich".

Obchody 600-lecia Chrztu Litwy obchodzilismy w Bialymstoku poprzez Kongres Eucharystyczny, na który zlecial się do nas caly episkopat. Klerycy z mojego roku przygotowali z tej okazji sztuke o chrzcie Mendoga. Te i inne sprawy chce pomiescic w oddzielnym tekscie aby pokazujac twarze profesury i studentow mojego pokolenia, które było swiadkiem tworzenia nowej Bialostockiej Metropolii ocalic od zapomnienia te chwile gdy PRL stawal się Polska a seminarium wilenskie ostatecznie stalo się bialostockim.

Zaczynalem studia w 1985 kiedy to dopiero wprowadzalismy się w swieze sciany nowego budynku, zakonczylem na tydzien przed przyjazdem Ojca Swietego Jana Pawla II w 1991 roku, kiedy to ogloszono powstanie diecezji Drohiczynskiej i Bialostockiej na miejsce administratur apostolskich kanonicznie kontunuujacych istnienie Pinskiej i Wilenskiej diecezji na malych skrawkach pozostalych w PRL z dawnego terytorium kilku diecezji III RP, które sobie zawlaszczyl Zwiazek Radziecki. Swiecenia otrzymalem jako ostatni rocznik "wilenskich" kaplanow. Nastepni o których również opowiem to pierwsze pokolenie Bialostockich studentow i kaplanow.

1. Ks. Michal Sopocko

Wśród legend naszego seminarium wymienie ksiedza Michala, spowiednika siostry Faustyny. Jego proces beatyfikacji rozpoczal się na stulecie urodzin w 1988 roku. Nasi profesorowie Paprocki i Pankiewicz byli obecni przy ekshumacji zwlok. To był temat wielu kleryckich rozmow. Slyszalem kiedys, ze nasi klerycy napisali 20 prac magisterskich dotyczacych zycia i tworczosci ksiedza Michala.

Pisali o ksiedzu Michale również Profesorowie. Sa liczne artykuly ks. prof. Strzeleckiego, który był jego studentem. Kleryk Stankiewicz zwany "dziadkiem" często pomagal dawnemu rektorowi, którego zastalo nasze pokolenie jako starca, ojcu Paszkiewiczowi przy zbieraniu wspomnien o ksiedzu Michale. Tuz przed jego smiercia wyszla broszurka. Podobna ksiazeczke wydal ksiadz prof. Ciereszko nasz ojciec duchowny i opiekun seminarium naukowego apologetow, które przejal po ks. Pankiewiczu.

Ks. Pankiewicz wspominal jak wśród zajec fizycznych wprowadzil "treningi z palkami". Ks. Lewicki kontynuowal tradycje wykladow z rosyjskiego, która rozpoczal ks. Michal. Ponoc troszeczke seplenil. Zyl sobie skromnie na ulicy Poleskiej, piszac broszurki o Bozym Milosierdziu.

Sporo kolegow podsmiewalo się z jego mozolnej pracy. Dzis jednak szydercow nie ma. Dwie sprawy przypisuje się Sludze Bozemu. Ocalenie w 1988 roku od broni chemicznej jaka z NRD na Bialorus, tranzytem przez Bialystok wywozila w cysternach Czerwona Armia. Siedem wagonow się wykoleilo, naprzeciw domku ojca Michala. Moglo zginac pol miliona ludzi w promieniu 50 km. Ocalelismy wszyscy.

Druga, o ktorej wiem z opowiesci to temat zwiazany z naszym Seminarium. Nie wiodlo się pewnemu klerykowi w nauce i po ktoryms z egzaminow podjal probe samobojcza. Karetka zabrala go do szpitala i pierwszy werdykt był, ze nie zyje. Klerycy ponoc prosili wstawiennicta ojca Michala na wieczornej adoracji. Wkrotce potem "zmarly" się ocknal. Do seminarium nie wrocil ale ponoc ma się dobrze.

2. Ojciec Paszkiewicz

Ojciec Paszkiewicz tracil powoli poczucie czasu. Budzil klerykow wśród nocy pytajac czy już czas na nabozenstwo.

Platal się jak cien po korytarzach. Zbieral wszelkie drobiazgi "na misje". Przyjmowal w swojej celi zaraz obok furty roznych pijaczkow, którym wreczal drobne podarki. Tlumaczyl nam, ze nasze zadanie jest "dawac" a nie "sprawdzac", jak nasz dar będzie wykorzystany. To była krytyka "zdrowego rozsadku". Ogolnie przywyklismy sadzic, ze ofiara dla pijaka, pojdzie na picie. On myslal inaczej. Był bardzo oryginalny.

Sprowadzil do nas swego starego znajomego obecnie kardynala z Lusaki Kozlowieckiego i nasmiewal się z niego, gdy ten opowiadal, ze murzyni im tzn. misjonarzom ofiarowuja czasami swoje corki a gdy ci odmawiaja obrazaja się twierdzac, ze misjonarze i tak tam gdzies w Europie maja zony i rodziny. "Proszę pozdrowic malzonke i dzieci" skomentowal na pozegnanie arcybiskupa. A nam się zdawalo, ze on jego slow nie sluchal, bo caly czas w trakcie prelekcji harkal i plul z odleglosci do swej ogromnej husteczki.

Innym razem na dzien skupienia przydreptal garbiac się na prawa strone z wielkim budzikiem, który postawil na ambonce, "aby nie gadac za wiele". Co mowil nikt nie pamieta, budzik pamietaja wszyscy.

Przyszedl tez kiedys na "Urbanitas" z radoscia wymachujac w dloni koperta. To były swiateczne pozdrowienia od Pralata Hoppe z Odessy.

Ojca Paszkiewicza bardzo lubili klerycy z drugiego kursu. Wspomniany kleryk "dziadek", inny kleryk "Zibi" zadedykowal ojcu Paszkiewiczowi sztuke o tematyce Powstaniowej. Nasz staruszek był jednym z kapelanow Powstania Warszawskiego. Malo o tym mowil ale my sami powtarzalismy z ust do ust rozne legendy. Zmarl latem, gdy trwaly praktyki kleryckie. Podobno nie miał na sobie nic. Tak ponoc wlasnie sypial goly na podlodze. Calym zyciem i smiercia glosil idealy bliskie sw. Franciszkowi i gdy jego trumna stala w seminarium to bp Ozorowski zachecal mieszkancow miasta, by odwiedzili trumne swietego.

3. Nasz budynek

Zgodnie z wymogami wladz budynek seminarium mogl powstac w Bialymstoku jedynie jako "internat" dla klerykow. Slowo Seminarium nie spodobalo się ponoc w konsulacie rosyjskim. Tam stawiano sprzeciw by nasze seminarium wyszlo z podziemia. Przez 40 lat klerycy walesali się po roznych plebaniach miasta. Jakis czas mieszkali w klasztorze braci sw. Jozefa na Slonimskiej, potem na Orzeszkowej, tam gdzie obecnie kaplica siostr Pasterzanek. Czesc zdaje się mieszkala na plebanii parafii NSJ daleko od sw. Wojciecha, gdzie ostatecznie dano lokalizacje. Był czas gdy szla mowa o Dojlidach. Mialo być seminarium na miejscu dawnej parafii unickiej. Tam kosciol i kaplana zniszczyli i torturowali w 1939 roku sowieccy okupanci. To miejsce również z przyczyn ideologicznych przez 40 lat nie oddawano kosciolowi.

Budowal nasze seminarium niezapomniany ksiadz Tadeusz Krawczenko. Prefekt Seminarium rodem zdaje się z parafii Krypno. Miał zwyczaj przy pracy mitygowac klerykow krotka fraza "otchodzi", co jest skrotem sakramentalnego "oto chodzi", czyli "tak ma być" a ty robisz inaczej, popraw się Wisniewski, albo jedz do domu.

Niejeden z nas musial wysluchac pogrozek, które rzadko dochodzily do skutku, bo wszyscy wyczuwalismy, ze pod plaszczykiem nerwow kryje się dobroc bezgraniczna.

Na jego wakacyjnych Mszach swietych dla "klerykow dyzurnych" zawsze były kazania, czasem krociutkie ale swiadomie czy nie bardzo zabawne. On się wyraznie cieszyl gdysmy się smiali do rozpuku z tych czy innych "przekretow" faktow, dat czy nazwisk. Jak by tam nie było ojciec Tadeusz lubil i znal historie i lubil nas klerykow. Bawilo nas gdy w chwili konsekracji klekajac ks. Tadeusz szeroko rozwieral usta ziewajac serdecznie z niedospania i wycienczenia. To chyba było poza kontrola. Sam pewnie tego nie dostrzegal ale mysmy niecierpliwie czekali tej chwili i zamiast poboznosci na kulminacje Mszy swietej mielismy "niezdrowy ubaw". Taki już jest ten ludek klerycki, nic na to nie poradzisz. W przyszlosci przekonalem się, ze podobnie w kaplicy zachowuja się tez siostry zakonne bez względu na rase czy narodowosc. To taki ludzki przymiot. Kiedy siedzisz przy lampie, czasami od nadmiaru swiatla robi się w oczach ciemno.

Seminarium ma ksztalt kwadratu z balkonami i duzym kwadratowym dziedzincem w srodku. Rosnie tam winogron, w malym basenika plywaja lilie, obok stoi rozowa figura swietego Franciszka z wilkiem z Gubio u stop. Wzruszylem się zobaczywszy ten pomnik. Powstal rok po moich swieceniach. Wspominal mi kiedys ks. Biskup Ozorowski, ze taki ma plan, bo to pasuje do kwietnika. Kwietnikiem zajmowalem się ja dlugi czas wiec było mi milo, ze Biskup ze mna rozwaza taki plan. Tak mi się wlasnie marzylo, żeby tam stal Franciszek. Jakis czas dokarmialem golebie, by się przywyczily do tego miejsca. Zganil mnie jednak ks. Kulakowski, bo zabrudzily jego ulubiony balkonik, na którym sobie odprawial wedrujac brewiarz codziennie.

Poludniowo-Zachodnie skrzydlo seminarium to najnizej polozony punkt budynku. Ponoc roznica wzniesien miedzy polnocnym skrzydlem przylegajacym do ulicy Warszawskiej i poludniowym wynosi 9 metrow.

Wladze nie pozwolily wyrabywac drzew wiec fundament ma ksztalt okopow: sa krotsze sciany i dluzsze wsparte na ogromnych metalowych slupach. Podobnie wsparte sa podziemia kaplicy wlasnie w poludniowa-zachodnim skrzydle.

Rektorem Seminarium w tych czasach był bp Ozorowski i bardzo się staral przy upiekszaniu wnetrz, korytarzy a zwlaszcza kaplicy. Widywalismy go z mlotkiem w reku jak sam wlasnorecznie mocowal rozne portrety. Przy wejsciu do jego apartamentow, Sali Kazimierzowskiej i pokoju profesorskiego stal i pewnie stoid do dzis sw. Tomasz w nialych barokowych szatach z pozlacanym kielichem i wiazka zboza.

Mozaiki w kaplicy: sw. Jerzy i MB Ostrobramska sa wykonane przez pana Jarnuszkiewicza z Lodzi wedle idei Biskupa. Podobnie mozaika sw. Kazimierza w auli Kazimierzowskiej. Mam nadzieje, ze dobrze zapamietalem nazwisko artysty. Calymi dniami przesiadywal on na zawoalowanym rusztowaniu, czasami nie przerywal pracy nawet gdysmy się modlili. To również stanowilo dla nas atrakcje, bo szczek lamanej porcelany ubarwial czasami tekst modlitwy lub dopelnial kolorytem natchnione slowa ojca duchownego w czasie konferencji.

4. Profesor Paprocki

Rodowity wilnianin, czy wilniuk jak się mowi na wschodzie. Chudziutki ascetyczny, lysawy, sredniego wzrostu kaplan. Wykladal nam Nowy Testament. Nazywalismy go "rabbi" i mocno szumieli na jego wykladach, on wtedy podnosil glos jakajac się nieznacznie ale wyraziscie. Dawal w ten sposób do zrozumienia, ze się nie obraza ale prosi o spokoj. Prowadzil biblioteke z nieklamana miloscia. Lubil ksiazki i czytelnikow. Kleryk Zibi, który zdawal się najwiecej rozrabiac na jego wykladach uslyszawszy o jego smierci udal się do kaplicy i dlugo gral na organach smutne melodie. Widzialem lzy na jego oczach. Rzokleil się chlopak jak to się mowi, nie na zarty.

Byłem krotko potem na spotkaniu poswieconym jego pamieci i nawet dla kleryckiej gazetki napisalem o tym wspomninie. Tam była mowa o jego dziwnej dobroci. Mama jego zmarla a on się tylko do osob skladajacych mu kondolencje usmiechal mowiac, ze mama jest w niebie. Był chory na raka, siedem lat przed smiercia był operowany i zdawalo się, ze operacja była skuteczna. Okazalo się jednak, ze rak atakowal mozg stad pewne zaniki pamieci i jakanie. On musial bardzo cierpic na naszych oczach, nie skarzyl się tylko przymykal oczy lekko krzywiac się w pasie. Po krotkiej pauzie kontynuowal wyklad.

Ponoc hodowal u siebie w pokoju cytryne czy pomarancze, a gdy zmarl w ten sam dzien dojrzaly owoc potoczyl się na ziemie.

5. Profesor Kulakowski

Rodem z Brzescia Litewskiego. Z sasiedniej diecezji Pinskiej. Wspomniany wrog ptakow i wieczny malkontent, poprzez swój krzykliwy glos wprowadzal jednak sporo kolorytu. Lubil lapac na goracym uczynku niesfornego studenta ze slowami "Bracie"!, "a cos ty tu narobil, chodz no tu gadaj szybko". Duze okulary niski wzrost siwa czupryna. Dlugie baczki zaczesane podobnie jak u kilku innych profesorow dla zasloniecia lysych miejsc.

Profesor Murawski od spiewu koscielnego wysokiego wzrostu zartowal czasami z niego komentujac, ze krzykliwosc to cecha niskich wzrostem ludzi, bo serce u nich kapie się w zoladku i zaczepia "organy nizszego rzedu".

Jak wielu niebogatych kaplanow tamtych czasow poslugiwal się "maluchem" w swoich wojazach do Bielska Podlaskiego gdzie miał prywatna posesje. Staral się ja przekazac siostrom ale jakos petraktacje o darowiznie szly nie po jego mysli. Zdaje się zalezalo mu, by się nim opiekowaly gdy zniedoleznieje i ten warunek zdaje się był nie do przyjecia. Siostry widocznie obawialy się jego trudnego charakteru.

Na "mikolajowych scenkach" gdzie tradycyjnie pozwalano klerykom zartowac z profesorow glosno i publicznie profesor Kulakowski był jednym z glownych bohaterow i co ciekawe bardzo się z tego cieszyl. Moglismy się przekonac, ze i on w glebi serca jest dobrodusznym starcem, którego zmorzyly wiek i choroby. Miał klopoty z prostata a nawet fobie na tym punkcie. Jego prywatny balkonik był zawalony dyniami, z których wydobywal ziarenka i jadl jako lekarstwo przeciwko tej chorobie.

Na wykladach jak wiekszosc profesorow czytal glosno pomagajac sobie postukiwaniem pantofla teksty starych skryptow z Teologii Moralnej. Na egzaminach był najwieksza pila. Jego nastepca ks. dr Zabielski ponoc kontynuuje te tradycje siejac strach wśród nniedbalych studentow.

Kiedys klerycy podlozyli umiejetnie cegly pod fiacika tak by nie było widac i by kola wisialy minimalnie w powietrzu. Zeszlo się sporo czasu zanim profesor zrozumial, ze samochod się nie zepsul, tymczasem rozbawiona brac przez okno pekala ze smiechu widzac chmury dymu wydzielajacego się przy bezsilnej probie dodania gazu.

6. Profesor Namiot

Siwiutki, wrecz bialy ale bez lysiny, pulchniutkie rozowe policzki, kustykajacy z brzuszkiem.

Przechylal się do ziemi pod ciezarem teczki, w ktorej nosil ze soba przedpotopowe podreczniki Baczkowicza.

To również legenda seminarium wilenskiego. Jeden z tych klerykow, którzy stracili dom i rodzicow pragnac dokonczyc studia w Polsce. Wszyscy krewni pozostali w Lidzie, obecna Bialorus. Podobnie jak ksiadz Kulakowski był wymagajacy i zewnetrznie surowy. Tak samo lubil gdy go osmieszano na "mikolajkach" i lubil posmiac się przez maske surowosci z innych profesorow czy zwyklych ludzi. Zachowal silny i piekny wilenski akcent powoli cedzac slowa poprzez gardlo co przydawalo uczonosci przysmak dobrodusznosci. "Tam u Baczkowicza malym druczkiem, było napisane" i wymagal, by student wszystko pamietal z przedsoborowych podrecznikow Prawa Kanonicznego. Ksiadz Namiot na pierwszym roku wykladal nam również Logike.

Był na tyle zniedoleznialy, ze na egzamin z lekkoscia można było przyniesc sciage, zeszyt a nawet podrecznik i on rzadko to zauwazal. Bywalo, ze w trakcie egzaminu potrzebowal wyjsc do toalety i ufal klerykowi zostawiajac go samego, by się przygotowal do odpowiedzi. Pokusa była zbyt wielka, żeby się oprzec. Oszukiwalismy naszego dziadka ile się da. Taka jest mlodziez duchowna pewnie na calym swiecie. Nic nie poradzisz. Nikt nie chce dobrowolnie dostawac dwojke, jeśli jest szansa się wybronic z opalow.

Ksiadz Namiot cieszyl się jak dziecko, gdy zobaczyl ze student coskolwiek umie powiedziec na zadany temat.

Zwykle wystarczylo dobrze zaczac kwestie a on sam z pamieci deklamowal ciag dalszy jakby pomagajac w otrzymaniu lepszej oceny.

7. Profesor Pankiewicz

Kolejny emigrant tym razem az z Braslawia na litewsko-lotewskiej granicy, obecna Bialorus. Uczyl się w nizszym wilenskim seminarium dokonczyl studia w Bialymstoku. Wakacje spedzal u jedynego greko-katolickiego kaplana diecezji ks. Jackiewicza, o którym chetnie opowiadal dlugie historie. Jackiewicz ponoc dorownywal klasa ks. Sopocce ale bardzo się nie lubili. Ich sprzeczki to temat wielu opowiesci. Ksiedza Pankiewicza latwo było ciagnac za jezyk. Lubil wspominac swe wojaze do Milwakee, gdzie osiedlil się jego rodzony brat i zalozyl rodzine. Lubil opowiadac o Wilnie i lekko zapadal w drzemke zarówno na nabozenstwach jak i na wykladach czym wzbudzal powszechna radosc klerykow. Malutki, krepy z solidna czupryna i kilkupietrowym podbrodkiem, który utrudnial mu mowe. Widac było szramy przetartego koloratka naskorka.

Wykladal apologetyke korzystajac ze starych skryptow. Jego wyklady również polegaly na dyktowaniu. Czy wszyscy zapisuja jego slowa podobnie jak inni profesorowie, nie sprawdzal. Tymczasem ktos sobie odrabial lacine, ktos ukradkiem czytal jakas swiecka ksiazke. Moim ulubionym zajeciem było szkicowanie lub pisanie wierszy. Jedynie raz darzylo się, ze profesor Kulakowski zmusil mnie do odczytania tekstu. Bogu dzieki wiersz mu się spodobal, to było cos o Ogrojcu, wiec uniknalem nagany, zamiast glosnego "Bracie" uslyszalem te same slowa wypowiedziane cicho i cieplo.

8. Profesor Lewicki

Skrzekliwy i krzykliwy glos przechodzil czasami w cieply szept konspiratora. Raczej nie korzystal ze skryptow lubil dlugo i madrze opowiadac na temat i calkiem bez tematu.

Blyskotliwy profesor, trzeci z pokolenia wilenskich klerykow. On również jak profesor Namiot czy Pankiewicz lubil dzwigac ze soba skorzana torbe z ksiazkami. Z podobna torba udawal się na nabozenstwa do katedry gdzie wszyscy wyzej wspomniani odziewali wilenskie peleryny z kapturkami i pozlacanymi krzyzami na ozdobnych metalowych lancuchach. Wszyscy pralaci niskiego wzrostu prezentowali się jak koguciki wstepujace w boj.

To było warto widziec. Zwlaszcza na Nowenne Opieki czyli Matki Bozej Milosiernej Ostrobramskiej w listopadzie. Kazania glosili najlepsi kaznodzieje, bywaly i dlugie stad pralaci mieli czas by w swoich lozach kolegialnie drzemnac. Drzemal tez ks. Bp Kisiel komentujac nieraz po Mickiewiczowsku, ze to z wieku i z urzedu się należy.

Ks. Lewicki miał zwyczaj wyciagac się calym cialem na biurku chwytajac dlonmi jego obrzeza, tym sposobem jego twarz była wyciagnieta w strone sluchacza, nie sposób było uciec od jego wzroku, swa mowa przerywal cmokajac i lykajac sline. Grzywka a la Kulakowski. Ulubione powiedzonko: "Oto mowa do chinskiego narodu przez lufcik".

Przedmiot jak wspomnialem wprowadzony przez ks. Sopocke raczej nie spotykany w innych seminariach jezyk rosyjski z elementami staroslowianszczyzny oraz teologia ekumeniczna.

Kiedys czytajac nam katechizm po rosyjsku rzekl: "wszystko nam znane ale jak to w jezyku poganskiego narodu brzmi przekonujaco".

Jako proboszcz swietego Wojciecha z nieklamana radoscia goscil klerykow, którzy glosili u niego probne kazania i miedzy mszami goscinnnie zabieral do siebie na plebanie "na kawe". Odnosil się do nas prawdziwie po bratersku.

9. Pokolenie wielkoludow... z Rozanegostoku

Wśród wychowankow z Bialegostoku jest grupa nie mniej barwnych wykladowcow. Wspomniany czciciel Milosierdzia Bozego, ks. Strzelecki. Wysoki, rumiany z bialutka grzywka i dziecieco naiwna twarza. Podobnie jak ks. Paprocki nieznacznie się zajakal podkreslajac tym wage wypowiadanych slow. Urodzil się w Grodnie. Opowiedzial nam jak to kiedys probowal odwiedzic krewnych ale go nie wpuszczono na granicy. Jakies glupstwo, medalik czy ksiazeczka nie spodobala się radzieckiej sluzbie pogranicznej. Również i on wymagajacy ale dobroduszny. Kiedys zrobilem sobie w myslach taki wywod, ze nasi wykladowcy to ludzie ideowi. Pracuja za grosze, z 20 osob może ze 3 maja samochody. Żaden nie pali papierosow i może ze dwu sobie popija. Kilku realnych abstynentow. Ludzie w pelni, czasami fanatycznie oddani sprawie i sporo ich wychowankow dziala i zyje podobnie. Powtorze znany zart, ze jeśli bialostocki kaplan czyms zgrzeszy to w Warszawie uchodzi ten grzech za cnote.

Ksiadz Strzelecki opiekowal się Rycerstwem Niepokalanej i corocznie nowym adeptom seminarium uroczyscie medaliki wreczal. Jego ulubiona parafia gdzie ma krewnych to Rozanystok. Jeśli się nie myle jest wychowankiem rozanostockiego salezjanskiego nizszego seminarium. Mamy kilku adeptow z tej szkoly wśród profesorow.

Jest nim historyk ks. Krahel Tadeusz. Niewysoki, jedyny niski profesor z tej sredniej generacji.

Niski wzrostem a jednak wielki geniuszem. Powiadaja, ze bardzo nie chcial być Biskupem choc proponowano.

Krepy, sympatyczna powierzchownosc, nieznaczny wschodni akcent. Wielka milosc do starodrukow i braci kleryckiej. Najwieksza ilosc adeptow na seminarium naukowym i autentyczne pragnienie poznania. To on się wstydzil gdy nieopatrznie zadal pytanie na które student nie umial odpowiedziec. Wlasnie to nas mobilizowalo, zadnych sciag, zadnego udawania. Chcielismy znac historie z sympatii do wykladowcy.

Trzeci adept rozanostocki to filozof ksiadz Gladczuk. Wysportowany, sylwetka atletyczna podobnie jak u ks. Strzeleckiego. Humorysta, wyklady podobnie jak kazania glosil w patetycznym, proroczym stylu z przymknietymi oczyma, chodzac wznosil podbrodek pod sufit, zdawalo się nie widzi nas a jednak, szybko spostrzegal jeśli ktos zasnal. Podchodzil i szeptal:"nie budzcie go, przywilejem studenta jest spac, przywilejem profesora stawiac dwojki". Owszem zdarzalo się, ponoc pewien rocznik zawalil egzamin stuprocentowo. Profesor szanowal swój przedmiot i wymagal szacunku do siebie.

Do wielkoludow zalicze tez ksiedza Murawskiego. Wykladal Spiew Koscielny. Lubil pozartowac ale bywaly tez dni zlego humoru, nie lubil gdy lekcewazono jego przedmiot, solidnie prowadzil chor klerycki, puszczal nam na wykladach wybrane utwory klsykow. Miewal minuty szczerosci opowiadal wtedy o swoich rodzicach z Lomzyskiego Andrzejewa. Jedyny profesor, który często uzywal garnitur z "clergyman"-em. Pasowalo mu, był bardzo przystojny. Ktos kto bywal u niego w domu mawial, ze ma kolekcje obrazow w tym malowanych przez siebie. Nie mogę potwierdzic, nie byłem ale mam jeszcze nadzieje być. To również dobry i goscinny czlowiek.

Rodem z Czarnej Wsi Koscielnej wicerektor Mieczyslaw. Kazde ferie spedzal w Tyncu u Benedyktynow i choc na spiewaka się nie nadawal to cos z Benedyktyna w sobie miał. Zwlaszcza surowosc. Zdaje się ktos wielokrotnie go ranil, bo był nieslychanie podejrzliwy zawziety i uparty.

Jakos nie pasowal do cieniutkiego zenskiego glosiku, jego solidny wzrost meska lysina. Intrygowala wstydliwosc, nieoczekiwanie na bialutkich policzkach pojawial się dziewczecy rumieniec. Duza czaszka na wysokiej szyi, przygarbiony chod i dlugie dlonie przypominaly wielkiego pajaka.

Ksiadz Swidziniewski kochal swój przedmiot i jego znajomosc była miara przydatnosci do kaplanstwa. Dawal nam to jednoznacznie do zrozumienia. Nie znosil naszych mikolajek choc bywal glownym bohaterem. Kiedys powieszono mu kukielke na drzwiach. Odebral to jako pogrozke i... odszedl.

Szkoda, naprawde szkoda czlowieka, zameczal nas i siebie. Biskup Ozorowski jednak mu ufal, bo ponoc dyscyplina w Seminarium musi być i ktos z profesorow musi na siebie brac "role kozla ofiarnego", by studenci nie stawali na glowie. Trzeba przyznac, ze te role ksiadz Mieczyslaw pelnil cierpliwie przez dobre 20 lat. Odcisnal niezatarte pietno na 3 pokoleniach klerykow i zasluguje na uwage jako "wilenski fenomen". Jego rola jako wychowawcy nie podlega dyskusji, trzymal się regulaminu mowiac: "szanuj regule a regula oszczedzi ciebie".

10. Mlodsi profesorowie

Ojciec duchowny a potem rektor, ks. Holodok. Zdawalo się calkiem inny jako ojciec duchowny, na stanowisku rektora w paru sytuacjach kopiowal plusy i minusy poprzednika. Liturgika, jego przedmiot stala się miara przydatnosci do kaplanstwa. Surowos przemieszana z dobrotliwoscia. Czasami, zwlaszcza w nieoficjalnych sytuacjach, wizytujac z nami chorych czy przy spotkaniach na jakiejs plebanii bardzo mily wrecz kolezenski. W zyciu seminaryjnym wybuchowy i nieobliczalny.

Jako czwarty kurs mielismy wystawic mikolajki wlasnie my na pierwszy rok jego rzadow. Temat scenki "krol Artur i ryczerze okraglego stolu" walka o miecz eskalibura, zwycieza oczywiście Artur którego wcielenie to nowy rektor. W literackiej wersji to postac ze wszechmiar pozytywna i w naszej scence tak mialo być. Zinterpretowano jednak wbrew naszym oczekiwaniom tak niezdarnie, ze na kilka lat mikolajki urzadzal nie 4-ty a drugi rocznik i tematyka miala być inna niż tradycyjne farsa i smiech.

Dolaczyl się do frakcji niezadowolonych ksiadz Marian Wydra. Legendarny humorysta KUL-owski i rasowy kaznodzieja. Miał kilka slabosci, lubil się spozniac na wyklady a przy tym obawial się bysmy go nie wydali. Niezmiennie tan temat był poruszany na mikolajkach. Dostal od nas w prezencie na mikolajki "czajniczek" co w slangu tamtych lat oznaczalo "strachliwy". Widac taki był nasz profesor skoro tak się obrazal.

Lubilismy go zwlaszcza za homiletyke. Umial glosic i potrafil nas tego nauczyc. Podobnie jak ksiadz Gladczuk przemawial wznaszac podbrodek i przymykajac oczy. Miał posture jeszcze bardziej atletyczna i zolnierski donosny glos. Samo to robi wrazenie i dawalo efekt. Od gromkiego krzyku umiejetnie przechodzil do szeptu. Znal setki dowcipow i anegdot. Ostrzegal nas ze po odejsciu komunistow kaplanom nie będzie lzej, ze przyjdzie z Zachodu liberalizm i ze zatesknimy za komunistami.

Jednym z ojcow duchownych tamtych czasow był ks. Henryk Zukowski. Po smierci ks. Paprockiego wykladal tez Nowy Testament. Bywal z nami na wszystkich nabozenstwach ale miał tez sporo dodatkowych zajec. Pisal zdaje się doktorat nocami, kontynuowal dzialalnosc powolaniowa. Totez zjawial się w kaplicy zaspany z rowiana grzywa i blada twarza. Mam wrazenie, ze od znuzenia miewal niskie cisnienie totez gdy mowil zdawalo się, ze marudzi. Tytan pracy, wielki rektora Stanislawa Holodoka przyjaciel. A nam się zdawalo, ze rektor i ojciec duchowny powinni być na innych biegunach. Zdawalo się, ze nie jestesmy rozumiani, ze nas zdradzono. Również on się na nas za mikolajki obrazal.

Wloskiego uczyl ksiadz Giorgio, kolega abp Paetza ze studiow na KUL-u. Niesamowity erudyta i ekstremalny ekscentryk. Na plebanii w kosciele Bozego Milosierdzia wywiesil na swoich drzwiach naklejke brat Paschalis. Korzystajac ze znajomosci obu rytow koscielnych i prowschodnich sympatii poczal nosic patriarchalna brode i grecki stroj duchowny.

Pewne dziwactwa można dostrzec w zachowaniu profesora Lazewskiego, który wrociwszy po studiach z Rzymu na wykladach z patrystyki rozdawal nam duze lacinskie cytaty na karteluszkach i gubil się w prostych polskich slowkach. Kiedys opowiadajac historie pewnego Ojca Kosciola zapomnial jak to będzie po polsku "e morto", powtorzyl kilkakroc wloskie slowko, popsztykal palcami i z radoscia sobie przypomnial "ach naturalnie" umarl.

Probowalismy go kiedys wyciagnac na pogaduszki. Zdawalo się nam, ze podobnie jak ks. Rektor Piotrowski lubi swój rodzinny Suprasl. To był jednak niewypal. "Nie jestem patriota swojego miasteczka wypalil i zmienil temat".

Podobnie jak brat Paschalis w wielu sprawach zwlaszcza w nauce genialny, organizator wielu studenckich akcji i pomyslowy dyrektor Karitas zdaje się do dzis swieci jako jedna z pierwszych gwiazd na amfiteatrze polskiego kleru.

Nam jednak z poczatku wydawal się dziwny. Trzeba było czasu by go pojac. Jestem mu wdzieczny za wielokrotna ekstremalna pomoc w latach pracy w Rosji. Oplacil bilety na podroz moich dzieci na parafiade, sfinansowal podroz na Sachalin klerykom z Elblaga i nigdy nie zapomnial mojej twarzy. Uczyl mnie tylko rok a rozpoznawal i wspieral na koncu swiata.

Z tego pokolenia sa ks. Nieciecki i Olszewski. Nieciecki, esteta. Potrafil poprzez slajdy przeniesc nas na krance swiata i zarazic miloscia do sztuki koscielnej. Olszewski nasz pierwszy prefekt w nowym budynku, kiedys na "urbanitasie" machnal reka "robta co chceta".

Staral się jak mogl prowadzic nas po europejsku. Jestem mu sczerze wdzieczny za to ze się nie czepial glupstw. Uczyl nas niemieckiego i pastoralnej. Oba przedmioty blyskotliwie i poblazliwie. Bywal szczerze kolezenski, duzo opowiadal o swym pobycie w Niemczech...otwieral nam oczy na inny swiat.

Najmlodszy w tamtych czasach prefekt a potem ojciec duchowny ks. Henryk Ciereszko miał w sobie cos z "guru" i tak do konca zostal nieodgadniony i niezrozumiany. Lagodny, dobry wychowawca. Jak to bywa naduzywano jego dobroci. Bardzo krotkobyl prefektem i Bogu dzieki.

11. Rekolekcjonisci

Niezwykly czas w seminarium to rekolekcje. Były rekolekcje inaugurujace rok akademicki. Były tez wielkopostne. Te drugie bardziej swiateczne, niezmiennie zaczynaly się w druga srode wielkiego postu.

Oczekiwalismy ich nie na zarty. Kupowalismy nowe zeszyty by zapisywac notatki i czytac ponownie po zakonczeniu. Bardzo serio traktowalismy zwyczaj milczenia miedzy konferenacjami i na refektarzu. To były jakby dodatkowe wakacje. Nastroj swiateczny wyrazal się również poprzez zascielone obrusami stoly.

Pierwsze moje rekolekcje prowadzil wspomniany kanonik Greczanik. Był stremowany i kilkakroc podkreslal, ze jest zwyklym proboszczem i nie bardzo wie jak klerykom glosic. Malo pamietam z tych rekolekcji ale wiem ze kanonik trzymal się dzielnie.

Innym razem przyjechal glosic profesor z Poznania liturgista Lech, kolega ze studiow naszego rektora. Zadziwil nas improwizowanymi prefacjami i tym, ze wcale nie patrzyl w mszal gdy odprawial.

Był biblista Kudasiewicz. Slynny poniekad czlowiek, pryszczaty otyly ze skrzeczacym glosem. Takie dosc zyciowe pogadanki. Ostrzegal na przed podwojnym zyciem. Powiadal, ze szukac siebie w kaplanstwie, szukac romansow, to znaczy być kamikadze, to się zle skonczy i ilustrowal przykladami.

Ksiadz Borowski z Drohiczyna podjal temat Milosiernego Ojca, przez trzy dni jedno i to samo. Jak mu starczylo cierpliwosci nie wiem. Podzielil się tez z nami swoja pasja do kosciola na Slowacji, do podziemia. Tam ludzie swieccy bardzo dbaja o swoje zycie duchowne i prowadza rozmyslania lepiej niż kaplani czy siostry zakonne przed praca. Pokazal nam brewiarze, stuly i kielichy drohiczynskich meczennikow. Można było odczytac oryginalny zapis slow pozegnania blogoslawionego na kilka godzin przed smiercia. Dosc duze to zrobilo wrazenie.

Był tez wysportowany pallotyn z Gdanska czy z Gdyni. Zadziwil nie tym co mowil a kim był.

Glosili nam tez rekolekcje biskupi: Slawoj Glodz kapelan Armii Polskiej i Ordynariusz z Elku bp Samsel.

W wypowiedziach bpa Slawoja było duzo laciny w stylu "sensus ecclesiae", "ecclesia supplet". Biskup Glodz to utalentowany kaznodzieja, widywalismy go w seminarium jeszcze jako monsiniora, bo to nasz rodak z Bobrowki. Był tak blisko papieza, ze rozwazano czy papiez nie wyladuje czasami w tej wiosce w drodze do Lomzy czy Olsztyna. On również oddzialywal bardziej osobowoscia niż slowami.

Bardzo ojcowskie a jednoczesnie matczyne były rekolekcje biskupa Samsela. Wtedy jeszcze był biskupem pomocniczym w Lomzy. Klerykow nazywal swoimi dziecmi. Podobno kiedy zostal ordynariuszem jego dobroc w stosunku do elckich kaplanow doprowadzila go do zgryzoty i choroby. Na kierowniczych stanowiskach nie udaje się być dobrym. Widac było wyraznie, ze ma talent do gloszenia, bardziej niż rzadzenia.

Konkluzja

Tutaj się konczy opowiesc o ludziach, którzy otworzyli mi droge do kaplanstwa. Pisze z perspektywy dobrych 20 lat. Zdaje się sporo pamietam.

Mam nadzieje ze byłem sprawiedliwy opisujac ich dobre i zle strony. Owszem gdzies tam mam nieukrywana sympatie gdzies zal i bol. Ogolnie jednak wszyscy oni stali się dla mnie jak rodzeni ojcowie, czasem bracia w kaplanstwie. Zdarzalo się, ze na chwilke przyjechawszy z misji wpadalem do seminarium, niezmiennie pierwszy spotkany kaplan ciagnal mnie do siebie albo do refektarza.

Pewnego wieczoru, gdy już refektarz był zamkniety sam biskup Ozorowski zabral mnie do siebie, nie majac chleba narznal mi tluste plasterki zoltego sera poczestowal kakao i zaprowadzil do pokoju goscinnego wlasnie jak brata.

Wilenski styl to nieklamana goscinnosc. To kraj gdzie do dzis kaplana caluja w dlon nawet wlasni rodzice a z drugiej strony aktualne jest blogoslawienstwo rodzicow na droge.

To kraj gdzie wszyscy pasazerowie sklaniaja glowy w autobusie przejezdzajac obok kosciola czy cerkwi. Wielu zdejmuje czapki, niektorzy robia solidny znak krzyza. Kaplani tego kraju zrobili wiele, by lud się nie spoganil.

Chwala im za to.

Mam tylko jeden zal, zesmy się nie zajeli swoja ojcowizna, ze tak malo kaplanow w latach perestrojki poszlo na dawne "litewskie" ziemie: grodzienszczyzne i wilenszczyzne. Były po temu wszelkie warunki, biskup Kondrusiewicz bardzo zapraszal kiedy był w Grodnie. Dzis jest coraz trudniej dostac wize a mlodzi ksieza na tamtych ziemiach wychowani w grodzienskim seminarium choc nam pokrewni, podobny akcent i fizjonomie maja jednak innego ducha poprzez dzialalnosc licznych zakonow i ksiezy i innych polskich diecezji. Maja tez innych profesorow choc odleglosc malutka podac reka 70 kilometrow.

 

ks. Jarosław Wiśniewski

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com