Mój pobyt w Opolu wypadl krotko po smierci babci Jadwigi. Wrocila do mnie w tym czasie melancholia cmentarzy...Nauczylem się zrywac i kolekcjonowac kawaleczki nekrologow wiszacych przy wejsciach do kosciolow. Odwiedzalem cmentarze bez potrzeby tak jak wczesniej bez celu wchodzilem do kosciolow i kaplic. Z dala od domu bez stypendium doswiadczylem bardzo konkretnie uczucie duchowego i fizycznego glodu...

1. Marcin Świetlicki

Rodem z Piaskow Lubelskich, dusza krakowianin, poeta. Poprzez zrzadzenie losu spotkalismy się w tym samym pokoju w akademiku w trakcie egzaminow wstepnych. On zawalil jakies egzaminy na pierwszym roku polonistyki, bo tracil wiele sil i czasu opiekujac się Baska, dziewczyna chora na sclerosis multiplex. Taka dziwna milosc, dziwna i ofiarna...wszystkim co robil i mowil imponowal mi Marcin. Zdawal ponownie na sekcje filmoznawstwa, taka nowa forma na Jagiellonce...mial wiecej niż ja wiedzy i szczescia wiec zdal skutecznie. Ja korzystalem z okazji i przysluchiwalem się licznym studenckim legendom jakie mi Marcin hojnie opowiadal. Porownalismy tez swoje eksperymenty i wiedze literacka. Zachecil mnie do czytania Bursy, Wanka i pewnego kaszubskiego poety, którego wschodzaca gwiazda na razie swiecila za granica a w Polsce był wciąż nieznany. Marcin znal go osobiscie i staral się pisac podobnie. Kupilismy sobie swiezutkie dzinsowe wydanie dziel Stachury po które stala ogromna kolejka, odwiedzilismy kilka roznych tanich jadlodajni, gdzie ulubione danie "fasolka po bretonsku" mam gdzies na koncu jezyka i chetnie bym znow sprobowal odwiedziwszy Krakow.

Marcin duzo palil a ja się przygladalem. Przy nastepnym spotkaniu w Krakowie palilismy już razem. Ciekawe, ze ogolniak mnie tego nie nauczyl a jednego spotkania z ciekawym czlowiekiem wystarczylo by sprobowac i to na dlugo...

W tamtych czasach studenci zabawiali się wywolywaniem duchow i Marcin pokazal mi jak to się robi, nawet przyzywal duch Pilsudskiego, bo mowil ze ten najchetniej i najszybciej na te obrzedy odpowiada.

Wiosna 1983 roku miałem skladac papiery ponownie w Krakowie. Przyjechalem dowiedziec się i rozeznac. Poszukiwalem Marcina i Ulki Goreckiej, mojej kolezanki z klasy z Wloclawka, tymczasem odnalazlem dzieki nim nowa szalona milosc i obiecywalem sobie i jej, ze slub będzie zaraz. Ulka z Marcinem robili niesamowite wysilki by mi to wybic z glowy ale ja "w goracej wodzie kapany" nawet nie zdawalem sobie sprawy jak się zalatwia formalnosci.

Iwona rodem z Gliwic, znana ze swoich fobii i wybrykow slazaczka nadokuczala Ulce na tyle, ze martwila się ona o mnie nie na zarty. Z Iwona domowilismy się, ze pojade do domu na tydzien powiadomic bliskich, zebrac potrzebne papiery na studia i zaraz wroce dokonczyc burzliwie rozpoczeta sprawe.

2. Brat Adrian

Do domu od razu nie pojechalem. Podkusilo mnie odwiedzic Zakliczyn. Tam jak się okazalo zamiast Mirka Lewickiego kolegi z klasy z Brodnicy mieszkal sobie w reformackim nowicjacie "brat Adrian" i kilku brodnickich rowiesnikow. Jakos tak do konca Mirek skrywal się z decyzja wstapienia do zakonu, zreszta nie mielismy nigdy zadnych serdecznych rozmow na te tematy. Dzis nie pamietam kto mi powiedzial gdzie on jest i jak go odnalezc po prostu miałem nosa i wyczulony instynkt wedrowca.

Byłem u niego pewnie ze dwa dni z noclegiem. Przelozeni przyjeli mnie jak czlonka rodziny i karmiono mnie jak nigdy wczesniej "po krolewsku". Radosci nie było konca, tu w Galicji czterech krzyzakow z Brodnicy. Dla zamknietego kleryka w klauzurze kazde odwiedziny to spora radosc.

Potem zachecony tym serdecznym przyjeciem odwiedzalem Adriana w Krakowie kilkakrotnie na Reformackiej, gdzie się miesci seminarium franciszkanskie. Dzieki niemu tam spotkalem inna brodniczanke Kasie Leszczyne, która się tam dostala na filologie klasyczna. Na polonistyce procz Ulki była tez Dorota Szafranska z Wloclawka. Naprawde miałem wielu krewnych w krolewskim miescie Krakowie.

3. Zawkrze Opolskie

Na przedmiesciach Opola miałem innego "krewniaka" z podstawowki. Mietek Komorowski, którego nie widzialem latami, jakos niespodzianie odwiedzil mnie w Skrwilnie przypadkiem i serdecznie zapraszal do Opola, gdzie w jakiejs firmie budowlanej pracowal. Napisal mi na kartce adres a ja lekko zapamietalem: Zawkrze.

Był poczatek wiosny 1983 roku, najlepszy czas by cos zdecydowac. Papiery na studia wozilem ze soba. Miałem je ponownie skladac w Krakowie o tym na jaki kierunek mielismy zdecydowac wspolnie z Iwona. Ona tymczasem gdy się zjawilem ze spoznieniem pokazala mi wszystko to co probowali mi o niej bezskutecznie opowiedziec Marcin i Ulka. Zostalem na lodzie pelen bolu gotowy na najglupsze rzeczy miedzy innymi rezygnacje ze studiow.

Zamiast na uczelnie poszedlem na dworzec kolejowy i niewiele myslac opatrznosciowo pojechalem do Mietka wiedziony ciekawoscia nowej przygody. Kilka dni wedrowalismy po miescie po jego ulubionych miejscach. Trafilismy nawet na jakas wiejska zabawe i do Ozimka do starszego brata Mietka. Była wlasnie niedziela i jak wszyscy porzadni ludzie poszlismy w ten dzien do kosciola. Widzialem starsze osoby modlace się ze starych niemieckich modlitewnikow. To mnie bardzo intrygowalo, taka zywa lekcja historii, ktorej nie miałem nigdy w szkole.

Moje serce uspokoilo się na tyle i miasto tak bardzo się spodobalo, ze poprosilem by mi pokazal gdzie jest tutejsza uczelnia. Wszystkie formalnosci zalatwilem w ciagu jednego dnia. Za trzy miesiace były egzaminy a po pol roku byłem już rodowitym slazakiem czlonkiem miejscowej studenckiej braci.

4. Yeti i inne mrówki...

Zagubione pierwszaki plataly się tu i tam zbierajac guzy na kazdym kroku. Nas rusycystow zatrudniono przy obchodach 7 listopada. Robilismy scenke w trakcie ktorej trzeba było spiewac duzo piosenek po rosyjsku wiec je uparcie cwiczylismy. Jako aktor miałem wykrzykiwac role tlumu atakujacego Palac Zimowy "zabic ich, zabic!".

Robilem tez dekoracje do tej scenki: statek Aurora a w kaciku zakorkowana butelka a w niej malutki nagi, brodaty Jonasz... Dekoracje pomogl namalowac kipiacy pomyslami Darek Kownacki polonista - satyryk, kolega z pokoju 310.. akademika o nazwie Mrowisko. Trafil do mnie i Janika, drugiego rusycysty w srodku nocy tak przez przypadek. Miano go przeniesc jakos potem ale się uparl, ze mu wlasnie z nami dobrze.

Innym "krewniakiem" z Opola, który organizowal mi czas był Yeti, obrosniety malpiszon w dlugim brazowym swetrze, elektronik obslugujacy radio studenckie. Yeti dal mi sprobowac "trawki", która nie zrobila n amnie wrazenia. Podobnie jak Marcin Swietlicki w Krakowie on mmi opowiedzial studenckie legendy z Opola.

5. Mała Wieś i Bąków

W Opolu byli dwaj studenci z okolic Plocka. Mala Wies to podobnie jak Skrwilno, niewielkie miasteczko z wielka cukrownia, która daje prace miejscowym mieszkancom. Jeden z nich rzucil mi się w oczy jeszcze w poczekalni zanim dostalismy klucze i przydzial do pokojow w Akademiku w Mrowisku. Wyroznial się niesamowicie bujna kedzierzawa grzywa, ktorej moglby pozazdroscic sam Bob Marley. Okazalo się nie mylilem się. Wlosy ilustrowaly jego muzyczne zamilowania.

Studiowal chemie a tak naprawde podobnie jak ja obijal się bez celu. Miał na imie Krzysiek a z nim Grzes Szymanski, chlopiec z tej samej plockiej wioski. Mieszkal z nimii na przyczepke jeszcze jeden Grzes Slazak z Bakowa pod Kluczborkiem.

Bakow niewielka osada, najwieksza miejscowa atrakcja to stacja kolejowa i stary sredniowieczny drewniany kosciolek pomalowany na zewnatrz jakims czarnym konserwantem... Zaprzyjaznilismy się na tyle, ze w ich pokoju zaczalem z czasem spedzac wszystkie wolne chwile. Krotko potem poznalem ich rodzicow i rodzinne wioski. Ich adres w Opolu: pokoj 151...to nie tylko numer ale cala filozofia tamtych czasow. Akademik odwiedzal wtedy Gintrowski i gral dla nas buntownicze ballady. Krzysiek potrafil tez nizle grac wiec zapelnial czas muzyka i marzeniami o sukcesie podobnym do odwiedzajacych i koncertujacych w Mrowisku gwiazd. Szczerze mu tego zyczylismy.

6. Rodzinny Przemyśl

Do pokoju 151 jakos przypadkiem podobnie jak ja wczesniej na kilka dni schronila się trojka mlodocianych uciekinierow z domu. Mloda parka gdzies spod Warszawy i miejscowa hippiska Ewa. Opowiedzieli o swoich podrozach do Przemysla i zachecali, by poznac ksiedza Szpaka, czyli po prostu Andrzeja.

Podroz do Przemysla była dosc udana. Wiele zrobilem dla siebie obserwacji. Do Andrzeja przyjezdzali hippisi z calego kraju. Niewielu, czasem 20 czasem stu ale regularnie na każdy weekend. Zawsze miał dla nich czas, troche jedzenia (bezplatne jajka u honoratek) i dach nad glowa u Pani Stanislawy.

Stanislawa jak dzis mysle to siostra skrytka u ktorej w 3 pokojowym mieszkaniu na podlodze po zajeciach z Andrzejem spalo nas pokotem może ze 30 osob. Z tej podrozy przywiozlem tzw. "kaskadery", czyli wszy od których wybronil mnie Darek Kownacki strzygac na lyso moje dlugie wlosy. Zostal tylko jeden kosmyk na czubku glowy. W tej podrozy poznalem również miasteczko Dynow, Jezuicka Brzozowa i pare innych miejsc na Bieszczadach, zawitalem tez do Krosna i Klarysek w Starym Saczu, bo jak zwykle tak i teraz do Opola nie wracalem prosta droga a z przygodami...wciaz kusily mnie i inspirowaly jakies wioski i miasteczka Galicji.

Przemysl nazwalem rodzinnym również i z tego powodu, ze krete uliczki i wzgorza tego miasta a także gotyckie kosciolki jakims dalekim echem przypominaly mi rodzinny Rypin. Ponadto zamieszkal tam z malzonka na stale skonczywszy studia jeden z lokatorow pokoju 151 Grzesiek Szymanski z Malej Wsi i razem z przemyslanka Bozenka wychowuje czworke dzieciakow za co mu Bog Zaplac. W tym sensie stal mi się prawdziwym duchownym bratem. Wiem, ze jako straznika celnego mogę go czasem spotkac na granicy i milo pogawedzic, poprzez to i granica już nie taka straszna.

7. Szklarska Poręba

W piatej klasie Podstawowki z Zakladu Pracy od mamy była wycieczka na Beskidy. Pojechalismy razem, byłem jedynym dzieckiem w autobusie. Widzialem wtedy Gory Stolowe po raz pierwszy. Po kilku latach kilkoro dzieci delegowano na zimowiska do Szlarskiej Poreby. Wtedy jeden nocleg spedzilismy w Mrowisku w Opolu, bo podroz była dluga stad rozpoznawalem z lekkoscia te miejsca. Można rzec, ze miałem te okolice we krwi zapisane w podswiadomosci i w pamieci. Teraz opiekun naszego rocznika zebral wszystkie dziewczeta i nas trzech chlopakow z roku na wedrowke po Gorach, nie było to obowiazkowe ale mialo skonsolidowac rocznik wiec mimo, ze byłem wagarowiczem i nie rokowalem nadziei na prawdziwego studenta zabrano mnie na przyczepka. Palilem wtedy jakies tanie wietnamskie papierosy i jadlem co popadlo ze wspolnej kasy pokoju 151.

Darek Kownacki zapraszal mnie czasem na wspolna kolacje wrociwszy zdomu z Zabkowic w dobrym humorze powiadal: "Stiopka, zrob mi i sobie przyjemnosc i pojedz troche". Wypadl tez w tym czasie pierwszy snieg a ja byłem ubrany byle jak, ledwie nadazalem za grupa i latwo moglem zgubic się w gorach wlakac się w ogonku. Tam w gorach byłem zupelnie wykonczony, ani grosza przyduszy aby sobie cos kupic w schronisku az tu niespodzianie poznym wieczorem, gdy zakradlem się do stolowki, by zebrac jakies okruszki zauwazylem, ze poprzednicy nasi turysci, którzy wczesniej zjedli kolacje, zlozyli na duzym talerz\u niedojedzone kawalki kaszanki. Byłem sam na stolowce, wiec bez skrepowania jak dzikie zwierzatko zapychalem usta tymi wspanialosciami. To było gdzies w okolicach Sniezki jeśli się nie myle. Takie to były czasy.

8. Wrocław

Wroclaw tak jak i Opole przypomnialy mi moje obserwacje z Mazur na temat wypedzonych dawnych mieszkancow i budowniczych tych domow, kolei i mostow. Dworce kolejowe, cmentarze a nawet brukowane ulice czy fragmenty betonowej autostrady krzyczaly do mnie o tragedii wojny jaka ponoc odeszla w niepamiec lecz w tych okolicach nadal trwa. Tutaj bardziej niż na Mazurach razily wielkie place w samym centrum napredce czyms zapelniane, plombowane dziury po nalotach. Koscioly czesciowo podobne do Torunskich ale jakies takie cieplejsze bez krzyzackiej strogosci, miekkie w tresci i formach.

Krzys Lewandowski przez nas Lwem nazwany, miał się wkrotce przenosic do Wroclawia na jakis Instytut Inzynieryjny, gdzie maly konkurs kandydatow i dostac się było lekko. Ja te mysl podchwycilem również, bo już mi nadokuczalo studiowac "bez celu" rosyjski. Tak mi się wtedy zdawalo... Wrocila mi chec do rysowania wiec odwiedzilem Wyzsza Szkole Sztuk Pieknych, ale zaraz na progu Uczelni nogi mi zadrzaly i nie zrobilem ani kroku dalej. Jak się potem okazalo, Krzysiek miał dobrego nosa. Puscil korzenie we Wroclawiu na dlugo i tam zdaje się znalazl sobie pare ja tymczasem zmienilem kierunek z Wroclawia udalem się do Katowic.

Jadac tramwajem, który przecinal kilka miast po kolei obserwowalem sobie haldy gornicze i naprawde wzruszal mnie ten niespotykany zadymiony krajobraz. Miałem na sobie zamszowa kurtke, jaka podarowal mi Grzesiek z Bakowa. Była w miare czysta ale musialem poprzez ciagle podroze mocno pachnac potem, bo paniusia na sasiednim siedzeniu polozyla ostentacyjnie chusteczke na swój plaszczyk w tyym miejscu gdzie nasze plaszce przylgnely do siebie.

Przykład Jowity Bakowskiej, kolezanki z Brodnicy, która skutecznie studiowala w Poznaniu, zarazil mnie starymi marzeniami o romanistyce. Zlozylem papiery na US. Romanistyka znajdowala się w Sosnowcu miałem wiec okazje odwiedzic znowu Gliwice, bo nie tracilem nadziei, ze tam znowu spotkam niefortunna Iwone.

9. Gliwice, Grzegorza Piramowicza...

Tak jak adres Mietka w Opolu, również adres w Gliwicach lekko zapamietalem ale sprawdzilem jeszcze w pobliskiej bibliotece numer domu. Nie pomylilem się pani z biblioteki nie odmowila mi tej informacji. Intuicja mnie nie zawiodla Iwona korzystala a jakze z wypozyczalni.

W trakcie skladania egzaminow kilkakroc stukalem do drzwi jwj domu. Kiedys otworzyl mi jakis starszy mezczyzna na kulach i wyjasnil, ze nie ma jej w domu. Innego razu kiedy już było wiadomo, ze polalem egzamin poszedlem do kina niedaleko jej domu i zobaczylem przypadkiem jak stala z babcia i rzucala iskry zlosci w moim kierunku. Nie wierzyla zapewne, ze to przypadek. Sadzila, tak mysle, ze ja przesladuje. Nie ja nie miałem już na to sil. Mimo to w mojej pamieci to osoba pokrewna, bliska mi i droga a miasto Gliwice po prostu rodzinne, zwlaszcza ulica Grzegorza Piramowicza.

Tego tygodnia jaki spedzilem w Sosnowcu wystarczylo by pieszo powedrowac do Bedzina i kilku innych miejsc Czerwonego Zaglebia. Tak naprawde nie zalezalo mi już na zadnych studiach. Byle jakos ciekawie przezyc kolejny dzien. Spokornialem, zrobilem się lepszy, gotowy sluchac co podpowie Opatrznosc.

10. Ostrołęka i Olecko

Miasto Ostroleka tak jak Wloclawek w latach 70-tych stalo się wojewodzkim, lecz nie mialo takich silnych tradycji koscielnych, tej ilosci swiatym i slawnych mieszkancow. Imponuje tu rzeka Narew przybierajac duze rozmiary.

Ostroleka konkuruje z Myszyncem i Kadzidlem o laury Kurpiowskiej stolicy. Podobne pretensje ma pewnie miasto Lomza, które wielokroc odwiedzalem w tych czasach , które nie mniej mnie chwycilo za dusze niż sama Ostroleka. To niewielkie stosunkowo miasta ale poprzez liczne drewniane zabudowy, bardzo swojskie i cieple. Taki pamietam mazowiecki Zuromin z dziecinstwa, taka jest Ostrow Mazowiecka i Zambrow i wiele innych miejscowosci, które odwiedzalem wlasnie po to, żeby się w nich "troche ogrzac".

Moje studenckie ambicje slably coraz bardziej. Teraz chodzilo jedynie o unikniecie Armii. Tak naprawde i tego coraz mniej się balem. Perspektywa cierpienia w wojsku czy jakims innym miejscu wydawaly się mniejsze od tego co znosilem tulajac się jak mój dziadek Czeslaw w mlodosci po swiecie. Meczace było to moje zycie po omacku. Coraz wiecej dreczylo mnie sumienie, ze schorowanej matce nie przynosze zadnej radosci, ze jej nie wspieram materialnie choc w moim wieku wielu tak postepuje, ze pasozytuje...zly był to przykład dla mlodszych braci i siostry.

W Ostrolece a dokladniej w Przasnyszu przezylem fascynacje wiara prostego ludu modlacego się na ulicy przed odbiciem na szkle w formie obrazu na jednym z okien domu, w którym ponoc mieszkaly "rozpustnice". Nie zabawilem dlugo w tym miescie, chyba ze dwa miesiace, podobnie w Studium Nauczycielskim w Olecku. To był wystarczajacy czas, by zakipialo w mej duszy.

Olecko w okolicy było znane z pewnego zdarzenia jakie się stalo w miejscowym kosciele. Krzyz misyjny, do którego odbylem pielgrzymke, jakis czas krwawil i sa opowiesci, ze krwawi jeszcze. Dwa "cudowne zdarzenia" jedno w Przasnyszu drugie w Olecko, niech tam sobie ludzie roznie o nich mowia a kosciol niech zachowuje zdrowy dystans, dla mnie to jednak były bardzo potrzebne i pozyteczne "znaki czasu", by skierowac me mysli i pragnienia we wlasciwym kierunku.

Dwie generalne spowiedzi jakie odbylem w dwu miastach w Ostrolece i w Elku i pelny spokoj "co ma być to będzie".

Po nowym roku 1985 już nie wrocilem do Olecka. Pozostalem w domu i rysowalem freski w moim pokoiku. Brat kiedys powiedzial, ze boi się tam spac bo się czuje jak w sarkofagu... wiosna zastukal listonosz i wreczyl zaproszenie do wojska. Nie balem się ani troche.

11. Lębork

Miasto Lebork jak i reszta Kaszub znane mi z letnich wakacji. Dwakroc w Podstawowce jezdzilismy z siostra do pobliskiego Wejherowa. Chociaz to druga strona przedwojennj granicy klimat i aura baltyckiego miasta sa tutaj bardzo podobne. To dziwne ale mieszkajac na dalekim Sachalinie, moje uczucia i odzczucia tamtejszego morza porownywalem ze smakiem powietrza i baltyckim krajobrazem z tamtejszym bursztynowym piaskiem.

Do Leborka zjawilem się lysy, bez specjalnego planu. Jakos tak od poczatku spontanicznie zachowywalem się arogancko. Plan podpowiadalo zycie. Opowiedzialem kolego w wojsku, ze owszem mogę sluzyc, ale broni do reki nie wezme, bo potem nas mogą poslac do Gdanska strzelac do robotnikow jak to robili w stanie wojennym.

Wbrew mym najsmielszym oczekiwaniom, takie gadanie poskutkowalo. Moje slowa szybko doniesiono do wladz wyzszych i zanim nadszedl dzien przysiegi...chyba po tygodniu sluzby, byłem już w areszcie.

Karmili mnie dobrze. Miałem czas do rozmyslan. Po sasiedzku bez przerwy gralo radio mila dla duszy muzyke. Dokuczala tylko wilgoc, bo areszt był w podziemiach starych pruskich koszar.

Podsunieto mi do podpisu papier, ze odmawiam przyjecia broni... podpisalem. Probowali tez uroczyscie wreczyc karabin...taki sobie teatrzyk w obecnosci swiadkow, uparcie trwalem na SWOIM.

W Gdyni jacys swiatlejsi ludzie badali mój realny swiatopoglad, w Sopocie lekarze probowali ustalic psychiczne samopoczucie. Mój lekarz o nazwisku Magiera pochwalil mój charakter pisma wiele wypytywal i potwierdzil, ze mam prawo się ubiegac o warunkowe zwolnienie ze względu na ilosc przezyc i wstrzasow w zyciu rodzinnym i na studiach. Nie doszukal się we mnie choroby ale uparcie probowal mi pomoc.

W trakcie obserwacji w Sopocie postapilem tak jak Zbyszek Sosnowski w Brodnicy. Dlugo zbieralem od pacjentow psychotropy, które oni zwykle wypluwali w lazience a potem pewnego dnia najadlem się dozujac tak by był postrach lecz by nie było smierci. Glupiutki byłem 20 tabletek Mireninu to wedle nauki sporo. Byłem jednak mlody i chcialem zyc, nie chcialem tez wracac do wojska.

Doktor Magiera dotrzymal slowa. Potrzebne zaswiadczenie otrzymalem i z Sopotu trafilem do Gdanska.

12. Gdańsk, ulica Kurkowa

Tak oto "polski Gdansk" stal się kolejnym moim domem. Legendarna stolica wydarzen sierpniowych spotkala mnie upalnego lata 1985 roku zyczliwie. W Gdansku na ulicy Kurkowej przekazano mnie z wojskowego aresztu do cywilnego gdzie napotkalem roznych ludzi. Siedzial w tym czasie Szeremietiew, Frasyniuk i kilku innych "politycznych wiezniow", których mi pokazywano gdy sobie spacerowali po placu oddzielnie od reszty "zlodziei", bo tak popularnie mowiono o wiezniach. Nasluchalem się tam grypsu. Naogladalem roznej masci przestepcow.

Sadze ze nadal podsadzano do mojej celi tajniakow, bo nie wszyscy wygladali na typowych przestepcow. Był jedak jeden chlopiec, który siedzial za mordertswo dokonane w trakcie grabiezy i aby uniknac dozywocia wbil sobie igielki w galki oczne aby poprzez powolna slepote zaprotestowac przeciwko wyrokowi ostatecznie uzyskac zwolnienie.

Był w mojej celi pewien znany zlodziej, slynny licznymi ucieczkami, zdaje się 13 razy uciekal najczesciej z wieziennych szpitali do których trafial lykajac rozne metalowe przedmioty. Penego razu operowano mu serce (tak mowil) a on ledwie wyszedlszy z narkozy z ktoregos tam pietra na podworko wyskoczyl...

Pewien staruszek ksiegowy, który w mlodosci przezyl zsylke w Norylsku tez na starosc trafil za jakies przekrety w pracy. Trafiali tez do mojej celi zwykli zolnierze uwiezieni za bojki tzn. chuliganstwo.

Miałem duzo cierpliwosci do wysluchiwania "wielu spowiedzi". Ludzie w wiezieniu opowiadaja duzo i chetnie. Miałem tez czas na czytanie i rysowanie. Jako przywyklem, ze w celi jest toaleta niczym nie przykryta od oczu wspolwiezniow. Szybko tez przywyklem do kawy zbozowej i do codziennej zupy buraczkowej. Tamtejszy chleb był mi najsmaczniejszy. Trafilem tam we wlasciwym czasie, żeby dzisiaj opowiedziec.

Byłem w cywilnym areszcie jednak cale 3 miesiace oczekiwania na sprawe, chodzilem w mundurze komandosa i w ciezkich buciorach wojskowych. Niektorzy wspolwiezniowie przyznawali, ze na pierwszy rzut oka robilem wrazenie surowego wieloletniego bandyty ze stazem. Troche dziwna charakterystyka. Dzieki temu jednak nikt się do mnie specjalnie nie czepial.

Nowy mundur w upale poszarpany i przepocony powoli przylgnal do mych plecow. Moje nogi stopniowo przywykaly do ciezkiego obuwia na tyle, ze zwolniony warunkowo zamiast wrocic do jednostki aby oddac mundur i otrzymac papier zwalniajacy czasowo z armii, tak jak stalem niewiele myslac poszedlem pieszo do Czestochowy, bo był wlasnie poczatek sierpnia i ponad sto osob się wybralo w te droge z naszej wioski.

Świętych Obcowanie

Nie znalem w tych czasach eschatologii. Nie potrafilem wytluaczyc tego co się ze mna dzieje jak należy. Ten jednak fakt, ze w miare jak mój los się zmienial na gorsze ja coraz czesciej uciekalem myslami do tych ludzi, którzy odeszli jakby modlac się do nich a nie za nich...to była swietna intuicja. Tak to dzisiaj oceniam. Moi dziadkowie, wujkowie, babcia a nawet obcy ludzie, których nekrologi przechowywalem w kieszeni, w jakich mistyczny sposób towarzyszyli mojej melancholii nie poglebiajac jej a wspolczujac dawali porady i pocieszenia.

Najwiecej w tym czasie pokladalem nadziei we wstawiennictwo beatyfikowanego niedawno brata Alberta Chmielowskiego. Tak sobie myslalem, ze kto jak kto ale on powinien zrozumiec moja sterana dusze. Jako malarz i podroznik, a także wojskowy, on mogl być moim oredownikiem i choc to dzis trudno udowodnic ja twierdze, ze prawdziwie stal się.

"Swoja sprawe" po cichu zrobila tez Matka Boza, tego lata lat ulewny deszcz i po 5 dniach polowa pielgrzymow wycofala się z trudnej drogi. Ja tez sobie troche skrocilem, chcialem być jak najpredzej u mamuski. Ona wie co się wtedy dzialo w moim sercu. W tym czasie wtornie ogloszono mnie dezerterem i poszukiwano w rodzinnym Skrwilnie. Totez po pielgrzymce napredce wrocilem do Leborka oddac mundur buty i otrzymac pieczatke w ksiazeczce wojskowej, ze jestem czasowo zwolniony ze sluzby. Caly rok jeszcze byłem pod nadzorem kuratora lecz była to formalnosc. Bez butow wojskowych ale z zolnierska pokora powedrowalem znowu za kraty, tym razem dobrowolnie dalem się zamknac w Seminarium, żeby znalezc sens wszystkiego co przezylem przez te burzliwe lata.



ks. Jarosław Wiśniewski

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com