X. OBLICZA

Zapamiętane twarze

 

W kancy siała staić wiarba

U toj wiarby jość malcziki

Adzin każe ja Aksiniu lublu

Drugij każe ja s niej na Sieno pajdu

Tracij każe ja s niej żyć budu

 

Trzej chłopcy i trzy filozofie.

Nie pamiętam jak w tej pieśni dalej było, czy dobrze czy źle się skończyło.

Była  bardzo nostalgiczna i bardziej melodię pamiętam niż słowa.

W tym ostatnim rozdziale postaram się z pamięci narysować kilka twarzy i osobowości z jakimi stykałem się na Białorusi. Wiele z nich już opisałem w poprzednich rozdziałach inne wyszczególniłem w indeksie.

Intuicyjnie raczej niż arytmetycznie składam tę powieść krok za krokiem ze strzępów jakie pamiętam.

Białoruskie twarze można krótko określić cytując powiedzonko: “Kościuszkowski nos”. Taki nos ja również odziedziczyłem po mamie. Takie nosy trafiają się w Indiach i w Afryce, tym nie mniej na Białorusi te kacze noski występują dużo częściej niż gdzie indziej. Taką fizjonomie miał również Mickiewicz i większość bohaterów mojej opowieści.

 

1. Pielgrzymi grodzieńscy

 

Siostra Biskupa

 

Ludzie z Grodna jakich miałem okazję poznać w 1991-m roku na pielgrzymce niosącej z Białegostoku na pieszo relikwie błogosławionej Bolesławy to głównie młodzież. Szliśmy po mszy beatyfikacyjnej i miałem nieodparte wrażenie, że wielu nie rozumie co się na tej pielgrzymce dokonuje. Niektórzy odłączali się na pół dnia potem znów się zjawiali. Głównym przewodnikiem miał być pracujący w tamtych czasach na Grodzieńszczyźnie ks. Henryk Radziewicz. Napotkałem go na plebanii parafii św. Maksymiliana w sytuacji tragikomicznej. Na jeden dzień przed pielgrzymką księdza Henryka wieczorem pogryzł parafialny pies tak boleśnie, że nie mógł on z nami iść a jedynie odwiedzał nas na postojach i towarzyszył przez szybę samochodu. Moja obecność na tej plebanii okazała się opatrznościowa. Namówiono mnie bym jako neoprezbiter poprowadził grupę. Starałem się jak mogłem. Starały się również misjonarki świętej rodziny, głównie nowicjuszki. Na drugi dzień wędrówki wspólnie z kierowcą biskupim księdzem Leonem zajechałem do Niewodnicy a potem do Seminarium, by znaleźć jeszcze kilku chętnych. Rektor pozwolił na wędrówkę pójść dwu diakonom. Jednemu rodem z Sokółki, drugiemu z Kuźnicy Białostockiej. To było po trasie wiec wędrowali po rodzinnych stronach i wyraźnie ożywili grupę. Pośród najpobożniejszych osób średniego pokolenia zapoznałem pewną panią, która ładnie mówiła po polsku i przedstawiła się jako siostra arcybiskupa Kondrusiewicza. Nie pamiętam tylko czy rodzona a może tylko cioteczna. Jeśli rodzona to być może ta, która tragicznie zmarła po dwu czy trzech latach przy remoncie dachu swego rodzinnego domu. Zmarła w wyniku odniesionych poparzeń. Upadło jej na głowę wiadro z wrzącą smołą. Jeśli to właśnie z nią się zdarzyło to podwójnie dla mnie smutna okoliczność tej przelotnej znajomości.

Nieraz łapię się na myśli, że niektórych dobrych i przyjaznych mi ludzi widzę jeden jedyny raz w życiu. Dopinguje mnie to owszem do lepszych, delikatnych zachowań. Czasem jednak się zapominam. Pisząc to nie wiem, czy jeszcze dane mi będzie spędzić na Białorusi choć chwilkę i napotkać te osoby i miejsca, których moja opowieść dotyczy.

 

2. Kolonia białostocka

 

Wróbelek

 

Jako kleryk miałem w 1988 roku oazę w Białowieży. To jedna z nielicznych w Polsce miejscowości, w której Polacy stanowią mniejszość etniczną. Około 2000 mieszkańców to Białorusini i tylko 700 to Polacy. To są dane sprzed 23 lat ale spodziewam się, że niewiele się tam zmieniło do dziś. Intrygowało mnie to miasteczko. Z chęcią odwiedziłem cerkiew i zapoznałem się z miejscowym popem “celibatariuszem”. Czasami bawiłem się z dzieciakami z sąsiedztwa, które choć prawosławne zapoznały się ze swymi rówieśnikami z oazy i w chwilach wolnych spędzały czas wspólnie. Czasem nawet zaglądały do kościoła.

Jedno z tych dzieci miało polskie nazwisko Wróbel. Napisałem do tej dziewczynki kilka listów a ona za zgodą rodziców mi odpisała. Nie wiem co było w tedy dla mnie ważne: zabawa czy ekumenizm. Może jedno i drugie?

Nieopodal kościoła mieszkali dwoje starsi ludzie z kresów. Byli to repatrianci z Prużan miasteczka pod Brześciem, w którym jako neoprezbiter pracował kardynał Świątek. Zapoznałem się z nimi i zaprzyjaźniłem, bo wyglądali na bardzo samotnych.

 

Profesorowie

 

W naszym seminarium duchownym było zatrzęsienie osób przybyłych “zza Buga”.

Za takiego można uznać księdza Hipolita Chruściela. Wykładał on u nas psychologię był wielkim ekscentrykiem. Palił papieroski, klął jak szewc ale nie wulgarnie. Maksimum co sobie pozwalał w obecności kleryków to było: “cholera”! Powiedzmy więc, że był cholerykiem. Wyświęcony przed wojną pracował na kresach i wsławił się akcją wysyłki paczek do zesłańców. Widziałem na własne oczy jego korespondencję z Kazachstanem z tamtych wojennych lat. Opowiadał mi jak kapiąc się w Niemnie niespodzianie dostrzegł Rosjan rewidujących jego sutannę. Jeden “komandir” gdy się zorientował, że “złapał popa” nie wypuścił go z wody póki ten mu nie odpowiedział na pytanie “co takiego Bóg”. Ponieważ odpowiedz była mądra i satysfakcjonująca plażowicz otrzymał z powrotem sutannę i obyło się bez przykrości.

Najsłynniejszym jednak profesorem pochodzącym spod Oszmiany był jednak ksiądz Michał Sopoćko Błogosławiony. Z jego biografii podoba mi się bardzo historia o tym jak zmuszany do śpiewu w cerkiewnym chórze beczał jak słoń. Zwolniono go więc ze śpiewania i konflikt sumienia zniknął.

Pracował w opisanych przeze mnie Taboryszkach i w okolicy zakładając  polskie szkoły. Do seminarium startował kilkakroć. Władze mu utrudniały. Zakończył jednak wyśmienicie. Z czasem otrzymał tytuł doktorski na USB w Wilnie. W czasie wojny się ukrywał. Po wojnie planował pracę misyjną wśród Rosjan. Ociągał się z opuszczeniem miasta mimo, że od 2 lat seminarium, w którym wykładał przejechało z Wilna do Białegostoku. Na wyraźne żądanie abp Jałbrzykowskiego udał się do Polski z racji na posłuszeństwo ale nie przestał marzyć o misjach na Wschodzie. Wprowadził w seminarium dwa nietypowe przedmioty: wychowanie fizyczne i język rosyjski. Sam prowadził zajęcia z walki kijem, co upodobniało go do jakiegoś wschodniego guru i narażało na pośmiewisko. W rzeczy samej był nietuzinkowym kapłanem. Jego marzenie o wysłaniu białostockich kleryków na wschód wypełniło się w stopniu minimalnym również poprze moją posługę. Z uporem maniaka piszę o tym, bo wydaje mi się to sporym zaniedbanie. Misyjne kredo i testament tak kochanego na Podlasiu błogosławionego pozostało nie wypełnione. Taka jest gorzka prawda o pasji księdza Michała.

Inni profesorowie związani pochodzeniem z Białorusią w rozumieniu terytorialnym to śp. ksiądz Kułakowski rodem z Brześcia, ksiądz Strzelecki urodzony w Grodnie, śp. ksiądz Jan Pankiewicz z Brasławszczyzny i opisany wcześniej śp. Lucjan Namiot.

Wszyscy oni na swój sposób niezwykli i bardzo “barwni”.

Ich dokładne portrety zamieściłem w pierwszym tomie “Człowieka Znikąd” pt. “Korzenie“.

 

Pan Stach z AK

 

Pan Stach był naszym kierowcą. Chudziutki jak wiórek z długim nosem i odmrożoną twarzą. Grabiaste dłonie i silny kresowy akcent wyróżniały go nad wyraz. Miło było przebywać w jego towarzystwie bo to taki szczery i oddany człowiek. Jeden raz zaprosiliśmy go na wieczorek świąteczny w randze honorowego gościa. Był bardzo wzruszony choć nie było nas wielu. Spotkanie było tylko dla chętnych. Opowiadał nam na tym okolicznościowym spotkaniu na rocznicę niepodległości jak go trzymano w mroźnym karcerze, za to  że był w AK. Był też na zsyłce ale się repatriował. Jego syn był jakiś czas klerykiem w seminarium ale nie wytrwał. To musiał być spory cios dla tak pobożnego ojca.

 

Prałat Stefan Girstun

 

To nazwisko już w tekście występowało zapewne, gdy pisałem o diecezji witebskiej.

Ksiądz Stefan porzucił rodzinną Szarkowszczyznę i zapisał się w historii miasta Białystok jako długoletni dziekan Starosielc. Obecnie badane są dziennikarskie hipotezy o jego zaangażowaniu w roli agenta służb specjalnych w PRL. Jaki by nie był wynik tych badań jest faktem, że był to człowiek ambitny i nietuzinkowy. Sponsorował wielu kleryków zwłaszcza tych ze Wschodu i nie skrywał swych sympatii dla ojczyzny przodków. Pomysł by wyjechać do pracy w rodzinne strony po zmianach ustrojowych raczej mu do głowy nie przychodził.

Spędziłem u niego na plebanii praktykę diakońską w 1990-m roku zaraz po powrocie z  wyprawy na Grodzieńszczyznę. Był to oczywiście temat do wielu rozmów. Prałat odnosił się do mnie w sposób żartobliwy ale przyjazny. Pomagał drukować na swojej kopiarce materiały dla przyjaciół z Indury. Robił to chętnie i z oddaniem.

Był cały czas sponsorem Anatola Parachniewicza aż poświęceń.

Tyle wiem.

 

Anatol

 

Kleryk Anatol trafił do nas z okolic Homla..

Wyglądał na rozgarniętego ale też miał sporo kompleksów i na nieznane reagował agresywnie. Był bardzo zamknięty na początku pobytu w  seminarium i traktował Polaków jak wrogów. Z czasem znalazł w naszym środowisku kolegów, potem nawet przyjaciół i choć pozostawał kapryśny w obcowaniu i chwilami zniewieściały to jednak zakończył seminarium o czasie i bez większych trudności. Problemy zaczęły się dopiero na parafii. Choć głosił wszem i wobec swoje zaangażowanie patriotyczne i miłość do ojczystego języka to jednak nic nie wiem o jego sukcesach w tej dziedzinie mimo, że pytałem wiele napotkanych osób z Mińska. Właśnie do stolicy trafił Anatol po święceniach i miał ponoć do obsługi dwie parafie dojazdowe.

Najprawdopodobniej pierwszy odruch niepodległościowy zrodził u Anatola tęsknotę za utraconym językiem i kulturą. Potem jednak gdy się okazało, że władze w Mińsku nie propagują białoruskości a wręcz utwierdzają rusyfikację z czasów sowieckich Anatol opuścił skrzydła. Tak myślę bo jak jest naprawdę to się dowiem gdy się spotkamy i pogadamy chwilkę.

 

Janek Puzyna

 

Janek Puzyna nie miał aspiracji Anatola. Mówił po polsku z silnym akcentem ale miał się za Polaka i w tej sprawie chyba się nic nie zmieniło. Trafił po święceniach na parafię do Nowogródka, potem do Oszmian, czy jest tam nadal. Tego nie wiem.

To solidna parafia więc zapewne cieszy się szacunkiem ludzi. Wykształcenie jakie otrzymał w Białymstoku zapewne wyróżniało go pozytywnie na tle absolwentów miejscowego grodzieńskiego seminarium. Obiło mi się o uszy, że nawet wykładał w jakimś instytucie katechetycznym. Nasze spotkania po jego święceniach były nieliczne i przelotne. Oboje z Anatolem mi sympatyzowali i byli w rodzinnej wsi na mszy prymicyjnej w jako asysta. Janek jako lektor a Anatol w randze psalmisty.

Oboje bardzo przypadli do gustu mojemu byłemu wykładowcy rosyjskiego pochodzącego z Białorusi pana Janusza Szyszko. On również okazał mi cześć swoją obecnością na uroczystej mszy prymicyjnej.

 

Kozak

 

Kleryk z miasteczka Żełudok. Był ponoć seminaryjnym organistą. Widziałem go tylko raz jeden i pamiętam bardzo mgliście. Ci trzej klerycy stworzyli precedens. Zadomowili się i zdarzało się od czasu do czasu, że zamiast w Grodnie ktoś studiował właśnie w Białymstoku.

 

3. Grodzieńskie Seminarium

 

Steckiewicze

 

Budynek seminarium dawniej klasztor bernardyński, pełnił po wojnie role szpitala położniczego. Łatwo się domyśleć, że dokonano tu wielu aborcji. Wiele też się rodziło dzieci i mogło się tak zdarzyć, że ktoś z urodzonych w tym klasztorze potem trafił jako kleryk na studia. Coś podobnego stało się z dwoma braćmi bliźniakami Steckiewiczami. Kapłańskie święcenia przyjęli w Szczecinie, bo krótko po urodzeniu ich rodzice się repatriowali. Po święceniach jednak często odwiedzali rodzinne strony, zaprzyjaźnili się z abp Kondrusiewiczem i w ten sam sposób jak ja i w podobnym czasie trafili do pracy w Rosji. Jeden jako dziekan i wikariusz Biskupi w Królewcu drugi jako dziekan i restaurator katedry w Moskwie. Usunięcie abp Kondrusiewicza z Moskwy do Mińska w ramach łagodzenia napięć między katolikami i prawosławnymi spowodowało odpływ kadr z powrotem na Białoruś. Dziekan Moskiewski był bardzo zdegustowany stylem w jakim przeniesiono metropolitę moskiewskiego z powrotem do Mińska. Mówił mi o tym na Mszy beatyfikacyjnej w Białymstoku, gdy wynoszono na ołtarze ks. Michała Sopoćkę. Za jakiś czas dowiedziałem się, że ksiądz Steckiewicz też pracuje w Mińsku. “Murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść.”

Ci co opowiadają legendy o niesprawiedliwości w kościele otrzymali dodatkowy argument. Powiem tylko, że abp Kondrusiewicz przyjął tę decyzję bardzo pokornie i publicznie nigdy się nie skarżył.

Wobec tej sytuacji można zacytować te same słowa, które padły wobec deportowanego ks. Sadowskiego. Taka logika misji. Jak powiada kard. Gulbinowicz “Dobrze, że wydalili a nie zabili. Tak też być mogło”.

 

Andrzej Sadowski

 

Ksiądz Andrzej Sadowski to jeden z niewielu białostockich księży, który podjął pracę na Białorusi. Był jak to się w Białymstoku mówi ciekawie: “prokuratorem” czyli zaopatrzeniowcem. Dbał zdaję się też o remonty. Przedwcześnie osiwiał stąd przydomek “dziadek”. Jakiś czas podobnie jak ja był wikariuszem w Dolistowie nad Biebrzą. Podobnie jak ja on również przeżył smak deportacji.

Tutaj jak i w innych przypadkach przypominają się słowa pieśni: “posyłam was na pracę bez nagrody, na ciężki twardy i nieznośny trud, na pomówienia, drwiny niewygody, posyłam was tak mówi Bóg”(parafraza z pamięci).

 

Aktor z Borysowa

 

Kiedy trwały uroczystości papieskie w Białymstoku to białoruskich kleryków z Grodna przyjął na swej nowej plebanii ksiądz prałat Stefan Girstun. To była bardzo sympatyczna grupka około osiemdziesięciu osób. Choć seminarium otwarto w 1990-m roku, to na dwu kursach na Białoruś, Ukrainę i Mołdawię było już sporo kandydatów. Seminarium to działało w spartańskich warunkach ale duch był krzepki i widać to było, gdy jako neoprezbiter odwiedziłem ich u ks. Girstuna, żeby podarować trochę broszurek jakie w tym celu kolekcjonowałem wcześniej. Jako wyraz wdzięczności zaproponowali jakieś krótkie wystąpienie w wykonaniu kleryka z Homla. Mówili, że to niedoszły aktor. Pokazywał jakąś zabawę z parasolem. Czy został kapłanem tego nie wiem. Jak w każdym seminarium tak i w Grodnie miał miejsce odsiew kandydatów a przed święceniami długa czasem 2-letnia praktyka diakońska. Grodzieńskie seminarium dostało dyspensę od pierwszego roku filozofii i można było studiować zamiast 6 tylko 5 lat. Biskupowi Kondrusiewiczowi zależało, żeby przyspieszyć klerykom drogę do święceń ale dopiero po latach okazało się, że niektórzy absolwenci szkoły średniej, która na Białorusi kończyło się w wieku 17 lat kończą seminarium w wieku 23 i do kanonicznego wieku 25 lat brakuje im Az dwa lata. Zbyt wiele by prosić o dyspensę w Watykanie.

 

 Klerycy z Rogoźnicy

 

Dwu kleryków w czasach gdy przyjaźniłem się z tą parafią jako neoprezbiter studiowało w seminarium. Jeden w Szczecinie. Jest on obecnie proboszczem jednej z parafii w Królewcu czyli rosyjskim Kaliningradzie. To jemu właśnie niedawno rosyjskie władze zrobiły przykrość przekazując parafialny kościół św. Rodziny Cerkwi Prawosławnej. Ten młody kapłan od lat odprawia w baraku.

Pamiętam dobrze jego mamę, prawosławną kobietę, gosposię u proboszcza Krzysztofa. Bardzo dobrze ze sobą żyli, różnica wyznań nie stanowiła żadnego problemu, potem jednak coś się popsuło z niewiadomych mi przyczyn. Do grodzieńskiego seminarium wstąpił kleryk Sosnowski. Jego siostra studiowała medycynę w Białymstoku a mama przejęła kuchnie na nowej plebanii.

Czy wytrwał poświęceń i jakie pełnie funkcje w diecezji tego Niewinem. Wyglądał na bardzo rozgarniętego chłopca więc jeśli jest kapłanem to zapewne zajdzie wysoko.

W tamtych latach lwią część kleru stanowili przybysze z Polski. Obecnie po 20 latach pracy grodzieńskiego seminarium sytuacja się powoli odwraca. Pan Łukaszenko podobno postawił wymóg, że w 2012-m roku ma na Białorusi nie być kleru z zagranicy. Miejmy nadzieję, że te pogróżki pozostaną w sferze marzeń.

Prawda jest jednak taka, że praktykę deportacji polskich kapłanów rozpoczął ten polityk zaraz po objęciu władzy i do dziś trwa w takim irracjonalnym zacietrzewieniu.

 

 

 

4. Wydawnictwo w Mińsku

 

 

Pani Zosia Soryl

 

Emigrantka z USA, która spędziła wiele lat w Mińsku inwestując wszystkie swoje pieniądze w katolickie wydawnictwo i kilka gazet w tym najsłynniejsza istniejąca do dziś gazeta Ave Maryja. Pani Zofia dowiedziała się o mej pracy w Rostowie nad Donem przy okazji współpracy z pewnym nawróconym luteraninem o nazwisku Wayne Wayble. Miał on odwiedzić moją parafię i składać świadectwa o Medjugorie. Zawsze to intryguje kiedy jakiś protestant zaczyna głosić oczywiste prawdy o niezwykłości Maryi. Dla mnie to też było ważne i czekałem na te odwiedziny.

Zosia była “spiritus movens” tego przedsięwzięcia. Człowiek nie dojechał. Pani Zofia jednak przywiozła dla mnie ofiarę dzięki, której mogłem wykupić kaplicę w Kałmucji. Do dziś tam istnieje parafia katolicka pod wezwaniem św. Franciszka. Pani Zofia nie zapomniała o mnie nawet teraz kiedy jestem w Uzbekistanie. Gdy pytała telefonicznie czy potrzebuję jeszcze wsparcia nie wypierałem się i od razu zaplanowałem, że jej ofiarę wykorzystam na druk książki o Białorusi. Myślę, że ją zadowoli taki układ. Pisanie o misjach to też potrzebna rzecz. Nawet nasi najbliżsi krewni potrzebują tego świadectwa. Krótkich spotkań na wakacjach bywa zbyt mało, by każdemu krewniakowi wyjaśnić potrzebę trwania. Przy byle okazji napotykam uparte zachęty, bym wracał do kraju czym prędzej. Pani Zofia to przykład świeckiej misjonarki, która takich zachęt nie wygłasza. Na odwrót oddaje ostatni grosz i żyje bardzo biedn9ie po to, by misje były głoszone również w formie dziennikarskiej i książkowej.

 

Galina Kalewicz

 

Dziennikarkę rodem z Oszmiany napotkałem na Donbasie.

Odwiedzała swą rodzoną siostrę z Gorłowki Irinę, motywowała do większego zaangażowania w parafii, sama starała się pomagać w miarę sił publikując w katolickiej gazecie Ave Maria materiały z Donbasu.

Napisała artykuł o pielgrzymce Donieck - Mariupol. Zebrała również materiały do większej publikacji książkowej o moich przygodach w Rosji i na Ukrainie. Czy to się uda kiedyś wydać? Czy białoruskiemu czytelnikowi moja pisanina się przyda. Nie mam pojęcia.

Historia  Galiny to temat ciekawy sam w sobie.

Ma bardzo silny charakter i jest bardzo emocjonalna. Gdy się podejmuje jakiejś pracy misyjnej to robi to solidnie. Opowiadała wielokroć o swych wędrówkach do klinik aborcyjnych i o dzieciątkach jakie się przez to udało uratować. W ramach Legionu Maryja na prośbę Biskupa jeździła do różnych odległych miasteczek we wschodniej Białorusi poszukując katolików. Nie krępowała się chodzić po bazarach i wypytywać u sprzedawców i klientów czy nie znają kogoś kto pochodzi z Zachodniej Białorusi. Przybysze z tych terenów są zwykle katolikami. Tak udało się stworzyć lub odrodzić kilka parafii w prowincji. O to samo prosiłem Galinę w 2009-m roku na Wielkanoc, gdy mnie odwiedziła w okresie odpustu w mojej malutkiej parafii w Angrenie w Uzbekistanie. Przyjechała razem z młodym kapłanem z Mińska, który odczuł powołanie do kapłaństwa właśnie pod jej kierunkiem w Legionie Maryja. Sam fakt, że udali się w taką daleką podróż na moją prośbę i przez dwa tygodnie ciężko pracowali wykonując moją misyjną prośbę godzien jest uwagi.

 

5. Kolonia Moskiewska

 

Ksiądz abp Kondrusiewicz przewędrował do Moskwy w 1991-m roku wraz z grupą aktywnych współpracowników z Grodna i okolic. Stanowili szkielet przy zarządzaniu tworzoną od zera Apostolską Administraturą. Byli pionierami odnawiania struktur.

 

Ksiądz Antoni Hej

 

Szpakowaty przystojny gentelman. Gustownie ubrany w garniturek z “clargyman’em“. Trafił do Moskwy po opuszczeniu parafii w Baranowiczach i przez długie lata funkcjonował jako proboszcz parafii św. Piotra i Pawła a potem jako Wikariusz Generalny. Jakiś czas był też rektorem Seminarium Duchownego w Petersburgu.

 

Ksiądz Jan Zaniewski

 

Pochodził z okolic Indury. Studiował w Rydze i świetnie władał językiem łotewskim. Miał trafić do Moskwy zaraz po święceniach i pracował tam jako kanclerz w kurii.

Miał bujną kędzierzawą grzywę, średniego wzrostu, humorysta. Poznałem go jako kleryka w Indurze a potem dokładnie jako przewodnika pielgrzymki z Rygi do Agłony. W tej podróży dobrze się zapoznaliśmy i zaprzyjaźniliśmy. Funkcja kanclerza to bardzo prestiżowa sprawa zwłaszcza w Moskwie, ale czasy były tak nerwowe, że ksiądz Janek ledwie to znosił i po 3 latach sam się z tej funkcji wycofał. Wrócił na Białoruś. Gdy go po jakimś czasie spotkałem i pytałem czy nie tęskni powiedział, że nie, bo jakby pozostał to by zwariował i powołanie stracił.

 

Ks. Wiktor Barcewicz

 

Kolejnym moskiewskim kanclerzem był niezbyt fortunny ksiądz Barcewicz. Jego również poznałem w Indurze jako salezjańskiego kleryka. O tym, że praca kanclerza w Moskwie jest robotą niewdzięczną i dla powołania młodego kapłana nieznośną mogliśmy się wszyscy przekonać po 3 latach pracy tego księdza. Odszedł z kapłaństwa właśnie na pielgrzymce Budsławskiej. To był jeden z tradycyjnych obowiązków kanclerza jeszcze za czasów Janka Zaniewskiego. Pozostawił niesmak i udrękę dla samego arcybiskupa. On i bez tego miał strapień wiele.

 

Ks. Józef Zaniewski

 

To o nim pisałem, że przyjął święcenia w Polsce podstępem wobec komunistów. Wyjechał do Polski biorąc fikcyjne małżeństwo z kuzynką, zatrudnił się jako kierowca biskupi w pewnej polskiej diecezji i tajnie studiował by zostać księdzem. Zdobył wielki szacunek pracując pod Oszmianą. Ludzie go bardzo polubili do tego stopnia, że aby okazać posłuszeństwo biskupowi musiał opuścić parafie w przebraniu kobiecym. Obecnie znany jest jako proboszcz przy katedrze.

Miał podobno talent do wyszukiwania tanich lokali dla zakonu.

Jego zasługą jest kupno wielkiego budynku szkolnego pod Moskwą w miasteczku Oktiabrskoje, gdzie odbywa się formacja kandydatów do zakonu.

Towarzyszył biskupowi w jego powtórnej wizytacji w moich parafiach nad Donem.

On również pośredniczył w przekazaniu parafii w Rostowie nad Donem i w Nowoczerkasku swemu współbratu zakonnemu Edwardowi Mackiewiczowi.

 

Ks. Bronisław Czaplicki

 

Do grona wymienionych “Białorusinów” w jakimś sensie należy również ks. Bronisław Czaplicki i ja we własnej osobie. Oboje stawialiśmy pierwsze kroki na misjach u boku ks. Tadeusza Kondrusiewicza. On również zmieniając adres pociągnął nas obu ze sobą w głąb Rosji na Kaukaz.

 

Deportowani z Białorusi

 

Inni dwaj “Białorusini” pracujący w diecezji moskiewskiej to opisany już wyżej ks. Krzysztof z Rogoźnicy, który trafił do Pskowa jak również proboszcz Pożarski z Duniłowicz, który trafił do Petersburga. Nie muszę chyba dodawać, że słowo “białoruski” nie należy traktować w sensie dosłownym, bo większość jeśli nie wszyscy opisani to kapłani z polskim pochodzeniem a nawet z polskimi paszportami.

 

Siostry zakonne

 

Wedle zasady “za mundurem panny sznurem” razem z biskupem Tadeuszem przeniosły się z Grodna do Moskwy i pracowały w kurii siostry Szensztadzkie.

Miałem okazję je dobrze zapoznać na wspomnianej pielgrzymce do Agłony. Widywałem je owszem również w Grodnie.

 

6. Kolonia nad Donem

 

Proboszcz Mackiewicz

 

Opowiadając o miasteczku Lida już sporo napisałem o tym księdzu.

Będę się może powtarzał ale warto co nieco dopełnić.

“Rudy łysy, kuternoga, przywileje ma u Boga”.

O księdzu Mackiewiczu można  opowiadać godzinami.

Powyższy cytat-motto, to jedna z wielu “skrzydlatych fraz”, jakimi on rzucał zawsze na prawo i na lewo. Akurat cytowane słowa troszeczkę opisują jego wygląd, a nawet stosunek nieba do niego samego, więc zacytowałem z nadzieją, że się nie obrazi. To nie leży w jego naturze. On może się gniewać ale nie na długo. Gdy chodzi o charakterystykę tego misjonarza to z jednej strony jest to wdzięczny temat a z drugiej lepiej by było go po prostu raz zobaczyć i wszystko byłoby bez słów jasne. Co do słów to choć nie pisze on książek to jednak ma wielki dar i może kiedyś ujrzą światło dzienne jego dzienniki, które skrzętnie pisze. Myślę, że kiedyś dotrze do niego moja życzliwa zachęta.

Edward jest urodzonym gawędziarzem. Być może nauczył się tego w wojsku, a może ma to wrodzone. Wystarczy, żeby troszkę zniżył swój kapralski głos i już publiczność zamiera w oczekiwaniu niesamowitych opowieści. Nic dziwnego, że miał zawsze wzięcie jako kaznodzieja mógł zahipnotyzować kogo chcesz.

Najlepiej mu się to udawało w relacjach z policjantami.

Wiele zawsze podróżował znał na pamięć wszystkie drogi na Ukrainie i Białorusi. W młodości przewędrował całą Litwę odwiedzając krewnych. Jego nazwisko mówi wyraźnie o jego kresowym pochodzeniu. Fizjonomia “bulbasza” nie da się ukryć. Łysawy, okrąglutki, wysoki.

Chwilami nie wiadomo było kiedy żartował a kiedy był poważny. To jemu zawdzięczam wiele wizyt na Białorusi. Razem byliśmy w Homlu, w Mińsku i w Dokszycach. W Borysowie w Grodnie i w Oszmianie.

Teraz mieszka w Bibrce na przedmieściach Lwowa.

Urodził się jednak w Lidzbarku Warmińskim i tam mieszka jego mama staruszka, bo tato, który był szewcem i miał niesprawne nogi już dawno zmarł. Ksiądz Edward ma wiele rodzeństwa i w Koszalinie i w Szczecinie. Jedna z sióstr mieszka w Hajnówce i ma prawosławnego męża toteż i on ma krewniaków prawosławnych i jest w tym sensie bardzo ekumenicznym kapłanem.

Najwięcej czasu spędził jako kapłan w Lidzie i na pielgrzymkach do Budsławia. Chodził na nie co roku i zawsze Bral na nie ze sobą parafian. Jego pielgrzymkowa pobożność była do pozazdroszczenia. Tak, warto to wyszczególnić, Edward mimo żyłki biznesowej i wielu życiowych przekrętów to człowiek bardzo pobożny…

Może właśnie stąd się bierze jego typowo salezjańska “święta radość”.

Dość długo nadużywał papierosów i przez to nabawił się w Lidzie właśnie zapalenia płuc. Kiedy przyjechał do Rostowa nad Donem, by mi pomóc wyplątać się z rąk aferzystów nadal. Był slaby. Tym niemniej zaangażował się bez reszty i jestem mu za to niezmiernie wdzięczny. Nasze charaktery były diametralnie różne. Potrafiliśmy nie gadać ze sobą miesiącami i nie odwiedzać się. Każdy taki czas był ciężki dla nas obu i w efekcie potem trzeba było nadrabiać wspólnymi wyjazdami do Niemiec, Włoch. Na trasie była Polska, Ukraina i Białoruś.

Jest więc co wspominać. Edwarda nie trzeba było namawiać. Wystarczyło, że na trasie było jakieś małe sanktuarium od razu chętnie robił przystanek i dzięki temu nasze podróże zamieniały się w pielgrzymki.

Jeden raz odwiedziliśmy moją siostrę w Chojnicach.

Bywaliśmy u jego brata w Koszalinie czy w Mielnie, nad samym morzem.

Razem byliśmy u don Bosco w Turynie i u św. Antoniego w Padwie. Wspólnie odwiedziliśmy Watykan i rodzinne miasteczko św. Benedykta.

Byliśmy też w kurii tarnowskiej i w seminarium duchownym, w sanktuarium MB Bolesnej w Limanowej, w Wadowicach i w parafii na terenie której żyła z mamą i siostrami Edyta Stein. Wspólnie byliśmy w sanktuarium narodowym Altoetting w Bawarii.

Dotarliśmy do Dortmundu i Koenigstein. Wszystkie te sanktuaria odwiedzaliśmy jego samochodem. Wielokroć odwiedzaliśmy wspólnie Saratów i wszystkie moje liczne parafie nad Donem. Kolo Wilejki wpadliśmy w poślizg i omal nie rozbiliśmy się w drobiazgi ale on puścił kierownice i tylko się szybko modlił.

Choć tego nie doceniałem był dla mnie jak starszy brat.

Dobro nie narzuca się i nie jest tak jaskrawe jak zło.

Bóg zapłać ojcze Edwardzie!

 

Oficer z Taganrogu

 

Kiedy pracowałem w Rostowie nad Donem i w okolicznych parafiach to natrafiałem na nieliczne ale oddane osoby pochodzące z Białorusi.

Najbardziej w pamięci zachowałem państwa Szyszko z Taganrogu. Oni podobnie jak prałat Stefan pochodzili z Szarkowszczyzny i byli mi bardzo pomocni do pewnego momentu.

Ochłodzenie nastąpiło zimą 1994-go roku kiedy to do służb specjalnych dotarła wiadomość, że w domu rosyjskiego oficera lotnictwa wojskowego bywają “jacyś sekciarze” z zagranicy. Zarówno gospodarz domu(w pierwszym okresie istnienia parafii w Taganrogu był on starostą) jak i jego syn, student Szkoły Inżynieryjnej, musieli podpisać deklarację, że z obcokrajowcami nie będą się kontaktować. Oboje zniknęli z parafii i  na kolędę więcej nie zapraszano. Żona natomiast i córka pozostały aktywnymi parafiankami. Obie starały się jakby podwójną aktywnością zmazać te rodzinną hańbę z męża - ojca i syna - brata.

 

Organista z Nowoczerkaska

 

W Nowoczerkasku też była pewna kobiecina, której brat czy to wujek był salezjaninem a syn choć miał inklinacje do kapłaństwa, to jednak ożenił się i swoją wiarę oraz lojalność dla kościoła wyraził jako parafialny organista.

To był bardzo biedny i skromny na wygląd człowiek. Cieszę się, że dla takich zahukanych ludzi kościół mógł stać się drugim domem.

 

Roman

 

W miasteczku Batajsk w tzw. Awiagorodku to jest dość daleko od centrum mieszkał mój rówieśnik, też oficer, rodem z Grodna. Kilka razy mnie odwiedzał deklarując chęć pomocy przy remoncie klasztoru.

Choć od słów do czynu nie doszło to i tak te odwiedziny pokrzepiały mnie na duchu. Roma miał manierę chodzenia w czerni. Wyglądał więc i zachowywał się jak kleryk.

Przyznał się pewnego razu, że wygodniej mu dojeżdżać do rostowskiego kościoła i być może tam właśnie uczęszcza.

 

Famoso Niccola

 

Najciekawszym parafianinem z tamtych czasów, który przy mojej osobistej zachęcie poszedł do seminarium w Moskwie w 1993-m roku był Mikołaj Dubynin, student 3-go roku filologii rosyjskiej. On również pomagał mi jako organista i tłumacz wielu pieśni kościelnych zanim wstąpił do seminarium. Rodzice mieszkali w Nowoszachtińsku a mama Wiktoria polskiego pochodzenia była córką zesłańców 1939-go roku. Mikołaj miał inklinacje religijne. Na studiach miał ksywkę: “ojciec” w znaczeniu “pop”. Przyciągnął wiele młodzieży do parafii. Brał udział we wszelakich akcjach. Między innymi pomógł mi sprowadzić grupę studentów z Hiszpanii i był dla nich tłumaczem w pielgrzymce ze Smoleńska do Mohylowa. Hiszpanie napisali z tej pielgrzymki obszerny raport. Przeżyli to bardzo i przez kolejne 9 lat odwiedzali Rosję w tych wszystkich placówkach na które rzucał mnie los.

Od początku marzył o zakonie i po roku wystąpił z Moskwy i przeniósł się do Łagiewnik na przedmieściach Łodzi, gdzie mieści się seminarium Franciszkanów Konwentualnych. Obecnie Mikołaj jest już na 3 kadencję wybierany kustoszem rosyjskiej kustodii Braci Mniejszych i stałym bywalcem na wszelakich “konwiwencjach” wysokiego znaczenia w zakonie. Mówiąc krótko robi karierę. O tym kto i jak kierował jego powołaniem woli pewnie nie pamiętać. Wyczuwam w jego zachowaniu wobec mnie jakiś sztuczny dystans. Człowiek bardzo wrażliwy więc czegoś mogę nie wiedzieć i nie pamiętać. Może czas uleczy te dziwne relacje.

Dla mnie to było opatrznościowe spotkanie, na tyle ważne, że gotów byłem sam iść po franciszkańskich szlakach. Z racji na nienormalność warunków w jakich pracowałem i podejmowałem decyzje nie zrobiło to na Mikołaju wrażenia.

Stał się obcy, jakby nie z Białorusi rodem. Ponoć w sposób przesadny podkreśla, że “nie jest Polakiem”. Tak zapewne wygodniej budować “rosyjski katolicyzm” w stolicy wielkiego imperium. Jest to temat do kolejnej wielkiej dyskusji jaka toczy się wewnątrz młodego kościoła zarówno w Moskwie jak i w Mińsku. Były czasy, że w Moskwie zabraniano używania “polskich” niby słów “ksiądz” czy ”kościół”. Mikołaj rósł w atmosferze tych ideologicznych nacisków i pewnie przyjaźń z “polskimi księżmi” takimi jak ja była dla niego krzyżem nie do uniesienia.

Po deportacji z Rosji mówiono o mnie w prasie różne rzeczy bez szansy sprostowania i obrony. Zresztą paradoksalnie moskiewscy franciszkanie też padli ofiarą okrutnej nagonki. Myślę, że pan Bóg kiedyś to wszystko uzdrowi i Mikołaj bez lęku poda mi rękę albo zwyczajnie odwiedzi czy zadzwoni.

Określenie Famoso Niccola wymyślił generał Gantin obecny biskup w jakiejś dykasterii watykańskiej. Po jego wyjściu z diecezjalnego seminarium abp Kondrusiewicz skierował do Watykanu skargę na Franciszkanów, że mu zabierają “najlepszych kleryków”.

Nic dziwnego, że Mikołaj rósł w powołaniu w opinii “wunderkinda”, o łaski którego trzeba zabiegać. Pewien współbrat powiedział mi w tajemnicy, że w trakcie 3-ciej kadencji mikołaj stał się bardziej przystępny i wyrozumiały dla współbraci. Wcześniej jako przełożony bywał nazbyt surowy i nadęty…

 

Mazurkiewicz z Elisty

 

Wysoki, siwy, kędzierzawy mężczyzna z dobrymi błękitnymi oczami. Szeroki w barach jak bohater ale nie gruby pod siedemdziesiątkę. Małomówny ale mądry. Mazurkiewicz to znany  kałmucki fotograf. Jest autorem pierwszego mojego zdjęcia jakie się ukazało razem z wywiadem jakiego udzieliłem w miejscowej gazecie w styczniu 1994-go roku w trakcie kolędy. Z Mazurkiewiczem się przyjaźniłem i bywałem u niego w domu. Mimo że nosi polskie nazwisko i ma wiele sympatii do katolików nigdy się nie deklarował jako wierzący i do kościoła w moich czasach nie chodził tym nie mniej na pożegnanie z Kałmucją zrobił ze mną bardzo ładny wywiad.

Przyznał również że niewiele wie o swym pochodzeniu tylko tyle, ze urodził się w jakimś powiecie pod Mińskiem, który miał autonomię i w szkołach wykładano po polsku. Mam była tan nauczycielką ale w 1937-m gdy on był malutki mamę rozstrzelano w Chatyniu razem z wielką ilością białoruskich inteligentów i chłopiec trafił do domu dziecka. Od tej pory jego więzi z polskością a nawet z Białorusią osłabły. Miał swoja pasję i tym żył. Bardzo lubił pieśni Anny German i miał w domu całą kolekcję jej płyt.

Pan Bóg stawiał na mojej drodze takich ludzi, którzy ze strzępów swych biografii mogli wykrzesać jeśli nie wiarę w to co ojczyste to przynajmniej sympatię. Podobnie jak Irena z Kamczatki pan Mazurkiewicz stanął na mojej drodze nie przypadkowo i dyskretnie, z dystansem wspierał wszystko to co Pan Bóg mi polecił na misjach.

Można tego pana w jakimś sensie przyrównać do egipskiego Józefa. On z dala od Ojczyzny w spierał to co w Ojczyźnie jest ważne czyli wiarę.

 

Pan Piwun

 

Piwun to po ukraińsku Kogut. To popularne nazwisko na Polesiu a więc również w południowej części Białorusi zwłaszcza pod Brześciem.

Piwun to kolejny Białorusin z Kałmucji.

Bardzo wysportowany człowiek pod 50-tkę, żonaty z 30-letnią Buriatką, dwójka dzieci. Oboje uczestniczyli w rekolekcjach świątecznych i przyjęli komunie świętą w 1995-m roku. Jego mama była znaną w mieście wróżką. Przeżyła zsyłkę w Syberii. W Kałmucji osiedlili się niedawno stąd takie egzotyczne małżeństwo. Marzeniem Piwuna był powrót do ojczyzny. Pochodzili spod Brześcia. Pomogłem im w realizacji tego marzenia, bo kupiłem domek Piwuna dzięki czemu mógł on za te pieniądze pojechać w rodzinne strony. Po roku czasu przypadkiem spotkałem jego żonę Buriatkę na dworcu kolejowym w Brześciu. Opowiedziała, że mieszkają w pobliskim Annopolu. Do nowo stworzonej parafii przez jakiś czas zgłaszali się różni dziwni ludzie w poszukiwaniu wróżki, matki Piwuna.

 

7. Kolonia w diecezji Irkuckiej

 

W kurii Biskupiej

 

Sam biskup Mazur choć pochodzący spod Jarosławia i legitymujący się polskim paszportem najlepsze swe lata jako misjonarz spędził w Baranowiczach i stamtąd właśnie trafił na Syberię. Podobnie jak i biskup Kondrusiewicz pociągnął on za sobą wielu ciekawych misjonarzy tak zakonników jak i osoby świeckie.

 

Biskup Jerzy Mazur

 

Jako członek Zgromadzenia Werbistów miał dobre misyjne przygotowanie i najlepsze z możliwych studia. Uczył się w Rzymie a praktykował 4 lata w Afryce, zdaje się w Ghanie. Potem na wiele lat trafił na placówkę do Baranowicz skąd kierował wszystkimi zakonnikami Werbistami na terenie byłego ZSRR w tym również w Moskwie. W tych czasach nuncjuszem apostolskim w Moskwie był również werbista John Bukovsky. Amerykanin słowackiego pochodzenia. Sądzę, że to on właśnie dostrzegł talenty księdza Mazura i skierował do pracy w Syberii mimo, że był również pupilkiem kardynała Świątka opuścił Baranowicze i udał się do irkucka. Deportowany po 5 latach pracy otrzymał diecezję w Ełku w Polsce gdzie sprawuje zarząd od Wielkanocy 2003-go roku. Nominacja miała miejsce w Wielki Czwartek. Na jego miejsce do Irkucka przybył inny “Białorusin” rodem z Kazachstanu, ks. Cyryl Klimowicz.

 

Biskup Cyryl Klimowicz

 

Syn zesłańców pochodzenia polskiego. Jakiś czas pracował w diecezji warmińskiej. Wyjechał na Białoruś do miasta Głębokie kiedy tylko pojawiły się warunki do pracy misyjnej. Najpierw posługiwał w Mińsku jako biskup pomocniczy kardynała Świątka. Zastąpił następnie wydalonego z Rosji Biskupa Mazura. Średniego wieku i wzrostu, rubaszny, łysawy, okrągła twarz, opływowa figura. Podobno jest bardzo ostrożny na placówce w Irkucku, dmucha na zimne i byle kogo nie puszcza do kurii, w której przedtem wrzało jak w ulu.

Takie postawy nie wynikają zapewne z charakteru ale z zachowania władz.

O wszędobylskich kapusiach nie wspomnę, bo to jasne jak dzień. Było to wielkim strapieniem poprzednika i jest zapewne jego wielką udręką.

 

Margarita

 

Sekretarką tłumaczką i księgową w diecezji była Margarita, która z zachowania była jak zakonnica a faktyczny jej status nie jest mi znany. Domyślam się tylko, że podobne funkcje pełniła ona w Baranowiczach.

 

Siostra Fabiana

 

Misjonarka Świętej Rodziny z Baranowicz siostra Fabiana Potrząsaj, która jest autorką podręcznika do katechezy wielokrotnie przyjeżdżała do Irkucka z wykładami dla świeckich katechetów. Naraziła się przez to również obecnemu patriarsze moskiewskiemu, który wymienił ją z nazwiska w słynnym raporcie-donosie dotyczącym tzw. “katolickiego prozelityzmu w Rosji”. Siostrę Fabianę gani patriarcha za to, że ośmieliła się wygłosić jednorazową katechezę w pewnym Domu Dziecka na Kamczatce.

 

Czyta

 

Błogosławiony ks. Antoni Leszczewicz to długoletni duszpasterz z Czyty na Zabajkalu i z Charbinu w Mandżurii. Udał się na ferie w rodzinne strony na kresach i tam zastała go II wojna światowa. Nie udało mu się przedrzeć z powrotem do Mandżurii i oddał życie w płomieniach pewnej białoruskiej świątyni razem z parafianami, mimo że proponowano mu ucieczkę. Był członkiem Zgromadzenia Księży Marianów. Tuż po wojnie Chińczycy u progu rewolucji kulturalnej wydali Rosjanom pozostałych kapłanów z Charbinu, którzy byli więzieni w Czycie właśnie. Jeden z nich o nazwisku Tomasz Podziawa zmarł jako męczennik w opinii świętości.

Jego nazwisko wskazuje również na białoruskie korzenie. Choć nie znam szczegółów jego biografii to bez większego ryzyka wymieniam tutaj jego imię.

 

Na Sachalinie

 

Czesława i Bronia to dwie siostry które trafiły z Białorusi na Sachalin z przystankiem w Dniepropietrowsku. Ich losy to piękna ilustracja do tezy, że zagarnięcie “polskich kresów” było niedźwiedzią przysługa dla ich mieszkańców. Wielu się repatriowało do Polski inni się szwendali po całym ZSRR w poszukiwaniu lepszego losu. Przy okazji opatrznościowo stali się rozsadnikami wiary katolickiej na antypodach.

Czesława za mojej kadencji na Sachalinie wzięła ślub katolicki ze swym małżonkiem. Tym samym dała piękny przykład dla wnuczki już na Sachalinie urodzonej. Jej ślub pociągnął do rozważań nad wiarą kilkoro dzieci i ich mężów. Choć w parafii w Jużno-Sachalińsku dominowali Koreańczycy to jednak dzięki Broni i Czesi żywioł europejski znacznie się wzmocnił. Bronia była wdową ale i ona wprowadzała pozytywny ferment w nasze parafialne życie. Mieszkała blisko nowego kościoła i była stałą parafianką jako wdowa.

Na północy Sachalinu miałem tez młodą rodzinkę Guziewiczów.

Mój znajomy to bardzo przystojny i wykształcony gość. Chudy blondyn chodził często zaniedbany i nie golony. Pochodził z Grodna i był cenionym w Aleksandrowsku Sachalińskim ginekologiem. Jeździł od czasu do czasu na helikopterze w odległe rejony zamieszkałe przez Giliaków czyli Niwchów i wiele mi opowiadał o tych podróżach. Był dobrym człowiekiem moim rówieśnikiem. Miał jednak jedną wadę: pił na ubój.

Jego syn jedynak Edward bardzo lojalnie i patriotycznie przeżywał swoje pochodzenie. Studiował medycynę we Władywostoku dlatego praktycznie go nie znałem tyle tylko co z opowieści. Żona Guziewicza była urzędniczką, oboje bardzo gościnni. Ona również miała polskie pochodzenie. Jej przodkowie zostali wypędzeni na katorgę i pozostali na zawsze. To właśnie Guziewicz pomógł mi zidentyfikować i zlokalizować to miejsce na którym stał nasz kościół zamieniony potem na kino Majak czyli latarnia morska. Kościół był rzeczywiście usytuowany na rogu wysokiej skarpy. Z tego miejsca widać było zatokę i całą okolicę. Był z drewna i przetrwał niemal 100 lat. Nie remontowany popadł w ruinę i rozebrano go kilka lat przed moim przybyciem na wyspę.

Byłem z Guziewiczami na łowieniu ryb. To bardzo przejmujące zajęcie. W pełni księżyca ryby w czerwcu same wychodzą na brzeg i można je zbierać wiadrami.

Guziewicz pomógł mi również wygłosić serię wykładów o szkodliwości alkoholu, papierosów i aborcji w Szkole medycznej, w której sam przez lata wykładał i miał sporo znajomości.

 

Irma i Fiodor

 

Irma to nasza sachalińska Niemka. Podpadła mi bardzo na początku. Bo dzieliła się ukradkiem komunią świętą ze swą pięcioletnią wnuczką. Ujawniła tym samym swój zabobonny stosunek do Komunii świętej. Spodobała mi się natomiast poprzez swoje wielkie pragnienie ślubu kościelnego. Jej mąż Fiodor Białorusin. Egzaltowany jegomość bez wąsów ale z bujną siwą brodą twierdził, że da zgodę na ślub kościelny jeśli w mieście powstanie prawdziwy kościół. Do kaplicy chodzić nie chciał. Ku jego zaskoczeniu kościół wzniesiono wkrótce po tej deklaracji w super szybkim tempie bo niespełna rok. Jak tylko zakończyła się uroczysta liturgia poświęcenia kościoła Irma nie czekając co będzie się dziać w sercu Fiodora zawołała mnie z powrotem do ołtarza i trzymając za krawat swego 80-letniego Romeo poprosiła o sakrament. Byłem tak skonsternowany, że nie udało mi się parze tego wyperswadować. Przysięgę w sposób ekspresowy wypowiedzieli sobie powtarzając za mną z pamięci formułę przysięgi małżeńskiej. Trzeba było widzieć rozanielone twarze tych dwojga staruszków…

 

Kamczatka

 

O kapralu Dimie i Walentynie z Postaw już pisałem powyżej wspomnę tylko raz jeszcze, że mieszkali u stóp największej góry wulkanicznej na świecie i zaprosili mnie do siebie na Nowy 2000 jubileuszowy rok gdzie wymodliłem im częściowe uzdrowienie z raka mózgu. Stało się to przez przyczynę świętej siostry karmelitanki Maravillias z madryckiej dzielnicy Jetafe. Kilka tygodni wcześniej byłem w jej klasztorze osobiście i siostry przekazały mi dla Rosji dwie relikwie. Jedna trafiła do Wołgodońska, druga na Kamczatkę właśnie.

 

Dwie Ireny

 

Prócz Dimy i Wali miałem na Kamczatce dwie Ireny.

Jedna była ważnym urzędnikiem na osiedlu mieszkaniowym. Wykorzystała swe wpływy, by wyremontować dach domu, w którym mieliśmy wykupione dwa pokoje z kuchnia i urządzoną kaplicę.

Była bardzo lojalna i serdeczna. Chudziutka jak wiórek, krótko strzyżona jak chłopczyca bardzo się wzruszała każdym spotkaniem. Tak się dziwiłem, że mamy katolików na końcu świata i że chwilami opatrzność stawia ich na wysokich pozycjach w tym post-sowieckim społeczeństwie. To sekret sukcesu niektórych księży na misjach. Bez takich opatrznościowych osób z diaspory nasze działania byłyby bezskuteczne.

Druga Irena instruktorka karate była również jakiś czas dziennikarką. Miała krótkie ciemne chyba malowane włosy. Chodziła przeważnie w dresach, była niesamowicie wysportowana i energiczna. Miała tupet i wiele naturalnej dynamiki do prowadzenia wielu akcji parafialnych. Są to cechy o których już wspominałem nieraz. Kobiety z Białorusi są bardzo mocne w sensie woli i przezwyciężania trudności. Biją na głowę wielu mężczyzn. To jej właśnie zawdzięczam, że relikwia krzyża świętego trafiła na kilka dni do autonomicznego okręgu Koriackiego czyli do aborygenów na samej północy Kamczatki.

Ona również zaopiekowała się dziennikarzem z Polski Markiem Koprowskim i pomagała nam w znalezieniu transportu, by odwiedzić najciekawsze miejsca na półwyspie.

Syn Ireny pojechał w roku jubileuszowym do Rzymu razem ze swą małżonką i tam brał ślub w obecności abp Kondrusiewicza, Dziemianko i 300 pielgrzymów z Białorusi właśnie. Byliśmy rozlokowani w parafii San Gerardo razem z Białorusinami i innymi grupami z Kazachstanu i Rosji. W tym kościele odbywały się rosyjskojęzyczne nabożeństwa. Uroczystość wypadła więc wyśmienicie. Kamczatka dzięki młodemu Białorusinowi była na wszystkich ustach.

Radość z tych przeżyć powróciła na Kamczatkę a za jakiś czas również na Białoruś bowiem  Irena powróciła do swej siostry mieszkającej w Brześciu i jakiś czas mieszkała w ojczyźnie przodków.

 

Młoda lekarka

 

Pod koniec pobytu na Kamczatce odszukałem przypadkiem jeszcze jedną młodą Białorusinkę, której rodzice byli z Grodna. Dziewczyna przeżywała kryzys rodzinny. Jej ukochany małżonek odszedł i próbował odebrać też dziecko. Był bardzo religijnym Baptystą i jego zachowanie bardzo zniechęcało ją do praktykowania jakiejkolwiek wiary. Tym niemniej miałem wrażenie, że do katolików nabrała zaufania. Zaprosiła mnie również na kolędę. Sama rzadko przychodziła do parafii z powodu nadmiaru pracy, jej postrzelony brat jednak był stałym bywalcem i również trafił z grupą młodzieży na Tor Vergata. Dzięki nim moja parafia znacznie się odmłodziła.

 

8. Kolonia na Donbasie

 

Jenakiewo

 

Na  początku swego pobytu na Donbasie starałem się o zwrot kościoła w rodzinnym miasteczku obecnego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza. Udało się świetnie. Mieszkałem w oddalonej o 44 km od miasta Jenakiewo parafii Makiejewka, więc zależało mi by ktoś ochraniał kościół na co dzień. Tę misję powierzyłem pewnemu klerykowi z Grodna o nazwisku Jan Mickiewicz. Bardzo wymowne nazwisko.

Chłopak miał dobre 2 metry wzrostu i ze 150kilo żywej wagi. Trochę się lękałem tego człowieka, bo na praktyce kleryckiej w 1998-m roku już mi sprawiał trochę kłopotu gdy pracowałem w Rosji. Jak mnie odszukał na Ukrainie tego mi nie objaśnił i po co też do dziś nie wiem. Może liczył na moje wsparcie w uzyskaniu święceń kapłańskich, niewykluczone. Długo poszukiwał takiej możliwości ale były jakieś powody, że wyrzucano go kolejno zarówno z Grodna jak i z Petersburga. U mnie wytrzymał 3 miesiące. Odprawiłem go po tych 3 miesiącach do innego kapłana ale ten nawet tygodnia z Jankiem nie wytrzymał. Ten atleta z wyglądu miał duszę dziecka i ciągle trzeba było nim sterować nie wykazywał żadnej inicjatywy. Pewnie byłby niezłym zakonnikiem ale na misje nie nadawał się zupełnie.

Z drugiej strony trzeba mu przyznać, że instynkt wyżywania w trudnych warunkach życiowych nie jest mu obcy. Poradził sobie w nieznanym mieście, sam sobie robił zakupy, gotował i nawet zaprzyjaźnił się z pijaczkiem stolarzem. Gdy jednak chodzi o kwestie parafialne to je zaniedbał i choć to było jego główne zadanie w kościele bywał mało.

 

Makiejewka

 

Na Donbasie mieszkały w mej wspólnocie parafialnej trzy siostry z okolic Postaw, inna pani Anna z Krewa i pan Tadeusz Żuromski z okolic Gudogaja i Ostrowca. Wszyscy oni stanowili zwarty i bardzo aktywny kolektyw. Czułem się w ich otoczeniu jak w rodzinnym domu. Nic dziwnego, że moja praca na Donbasie była wyjątkowo skuteczna.

Troszkę mniej ciepła wyczuwałem w zachowaniu Heleny Salcewicz mojej organistki. Miała chroniczne depresje i w takich chwilach lepiej jej było nie denerwować i nie angażować w żadne sprawy. Potrafiła bez powodu opuścić niedzielną mszę lub inne uroczyste dni. Nadrabiała to jednak w chwilach gdy wracała równowaga psychiczna.

To, że pochodzi z Białorusi było widać nie tylko dzięki nazwisko. Jej solidna postura też utwierdzała w takim mniemaniu.

 

Gorłówka

 

Pochodzenia i przynależności parafialnej pani Jadwigi z Gorłowki nie znam.

Była zawsze uśmiechnięta i bardzo gorliwa. Mieszkała na granicy dwu miast i starała się bywać na Mszy zarówno w Gorłowce jak i w Jenakiewo, bo w tym drugim mieście mieszkała jej córka i wnuczki. Wspólnie przygotowywaliśmy je do pierwszej komunii.

Halina to kolejna Białorusinka w Gorłowce, bardzo skromna i schorowana. Na tle agresji męża nabawiła się wylewu krwi do mózgu. Niewysoka, duże oczy, krótkowłosa,, szpakowata.

Irena to siostra opisanej wyżej dziennikarki z Mińska. Z zawodu księgowa. Mąż i syn pracują w fabryce leków, która powoduje duże ubytki zdrowia tak u pracowników jak i u pozostałych mieszkańców, bowiem w powietrze trafia sporo chemikatów. Zamiast leczyć więc ta fabryka kaleczy. Zdopingowana przez siostrę uczęszczała bardzo aktywnie w nabożeństwach i w pielgrzymkach, zwłaszcza latem.

Średniego wzrostu blondynka z krótkim dziewczęcym warkoczykiem. Wychowała dwoje dorosłych dzieci. Pogodna osoba, kilkakroć bywałem u niej na kolędzie. Mieszka w małym glinianym domku w dzielnicy o niskiej zabudowie.

 

Donieck

 

Najaktywniejszą Białorusinką na Donbasie była jedna pani Janina z Mostów grodzieńskich, o nazwisko Gołowko. Była bardzo aktywna w Legionie Maryja i pomagała mi opiekować się chorymi odwiedzając ich w każdy pierwszy piątek miesiąca. Czasami odwiedzała Białoruś i od niej dowiadywałem się wiele szczegółów z życia grodzieńskiego kościoła.

Inny “Białorusin” w Doniecku ma na imię Józef. Emerytowany górnik po siedemdziesiątce. Najgorliwszy pielgrzym na pieszej wędrówce z Doniecka do Mariupola. Wędrował już 4 razy, czyli że był na wszystkich pielgrzymkach. Jest również aktywny w Legionie Maryi. Wstaje co dzień o 4 rano i długo się modli po polsku. Gdy się modli to łzy zapełniają mu oczy. Jest bardzo wysportowany, siwy ale bez łysinki. Ma twarz chłopięcą. Chyba się nie pomylę jak powiem, że to święty człowiek.

 

Artur

 

W Doniecku mieszkała pewna rodzina, która zajmowała się biznesem. Handlowali oni meblami i część dochodów skierowali na doniecki kościół. Starszemu panu się zmarło i choć były wątpliwości co do jego praktyk w kościele to jednak jako osoba wysoko postawiona otrzymał od proboszcza kredyt zaufania w postaci katolickiego pogrzebu. Było wielu szanowanych ludzi w mieście, bo był on “honorowym konsulem Białorusi” na Ukrainie w Doniecku. Jego młody syn Artur przejął po ojcu firmę i tytuł konsula oraz obowiązek sponsorowania kościoła. Proboszcz z Doniecka miał pewne zastrzeżenia również co do młodszego pana, który sporadycznie pojawiał się w kościele. Tym niemniej chętnie opowiadał mi o tych relacjach.

Jakby nie było to miłe widzieć od czasu do czasu w świątyni również “wielkich tego świata”, którym udało się przedrzeć przez “ucho igielne”.

 

o. Bernard

 

Opisując różne miejscowości diecezji grodzieńskiej wspomniałem o paulińskim kapłanie z okolic Jezioran i Woronowa, który trafił na placówkę w Mariupolu zaraz po święceniach. Napotkałem tego kapłana jeden raz w Częstochowie i choć twarz szybko mi się zatarła w pamięci to jednak napotkawszy go w Doniecku ucieszyłem się bardzo, że na pielgrzymce mariupolskiej będzie wędrować dodatkowy człowiek z kresów.

 

9. Białorusini w Azji Środkowej

 

Ksiądz Antoni Hej

 

Oto ciąg dalszy opowieści o tym kapłanie.

Ksiądz Antoni hej wyrasta do rangi bohatera mej książki. Wspominam o nim ponownie w kontekście jego niezwykłej biografii. Już wspomniałem, że wyrósł w Kazachstanie i bywał jako dziecko świadkiem nielegalnych domowych nabożeństw. To właśnie w takich warunkach zrodziło się jego powołanie. To z jego ust usłyszałem historię rozmnożenia ryb w wygłodzonym kołchozie Oziornoje pod dzisiejszą Astaną.

Także historię nagłej ulewy w innym kołchozie, gdzie modlitwy wiernych drażniły niewierzącego dyrektora kołchozu. Kiedy jednak na skwarze ludzie wymodlili deszcz nie przeszkadzał nigdy więcej ich praktykom i pewnie w sercu sam uwierzył.

Wszystkie opowieści ks. Heja były z życia wzięte. Podobał mi się zawsze jego kresowy akcent oraz miła powierzchowność. To był prawdziwy macho tamtych czasów. Nadawał się świetnie na różne ważne państwowe uroczystości i ks. Abp Kondrusiewicz chętnie go delegował gdy nasz kościół bywał zapraszany tu i ówdzie.

Z czasem doszło do pewnych tarć między dwoma kolegami.

Wikariuszem Generalnym został młodszy kapłan

Ks. Antoni wyjechał do Petersburga a z czasem powrócił na Białoruś.

 

Krystyna

 

W Taszkiencie napotkałem niezbyt zrównoważoną Białorusinkę Krystynę, która często wyznawała mi swoją troskę o mnie  jako o rodaka. Chętnie brała sutannę do prania i zapraszała na kolędę. W jej rodzinie stał się cud. Jakoby niepłodna córka urodziła wnuczkę mając ponad 40 lat czym sprawiła babci wielką radość. Z tego powodu Krystyna zebrała cały nasz parafialny aktyw i wszystkich księży z biskupem włącznie na wspólne świętowanie. Był bardzo smaczny płów i wiele innych dań.

Gdy odwiedzili nas goście z Mińska Krystyna wzruszyła się bardzo. Zaprosiła do siebie do domu, urządziła smaczną kolację a nawet przygotowała dla nich nocleg. Gdy wracali do siebie kupiła na rynku kilkanaście kilo warzyw, mimo że na Białorusi nie brak ani ziemniaków ani rzodkiewki czy sałaty. Prosiła by to przekazać dla krewnych. Kiedy miałem urodziny i ona się o tym dowiedziała to również urządziła na swój koszt piknik na 12 osób i zaprosiła kupę znajomych mimo, że ja sam nie planowałem żadnych uroczystości z tego powodu. Taka jest ta wschodnia wylewność, gościnność i coś jeszcze. Coś czego się nie da słowami powiedzieć.

Polska gościnność jest przysłowiowa. Białoruska natomiast w połączeniu z elementami średniej Azji to misterium, wręcz liturgia.

Być może dlatego Msza święta u Prawosławnych jest taka pyszna i niezrozumiała dla wielu Polaków…

 

o. Denis

 

Młody proboszcz z mińskiej parafii św. Józefa.

Blondyn z niewielkim brzuszkiem. Człowiek niesamowicie łagodny.

Członek Zgromadzenia Misjonarzy Świętej Rodziny. Na moje zaproszenie do Taszkientu przyjechał wygłosić katechezy o Legionie Maryja oraz kazania odpustowe na święto Miłosierdzia Bożego w parafii w Angrenie. Zrobił to w stylu przebojowym. Towarzyszyła mu wspomniana kilkakroć dziennikarka z Mińska Galina Kalewicz.

Denis podobnie jak Galina Kalewicz wielokroć składał świadectwo swego nawrócenia i powołania na spotkaniach w Angrenie, w Almalyku i w Taszkiencie. Nie wstydził się wyznać, że był Świadkiem Jehowy i że będąc członkiem sekty miewał na tle wyznaniowym myśli samobójcze. Powrót do kościoła i zaangażowanie w Legionie Maryi pomogły mu się wyrwać z pęt sekty i z rozpaczy. Aż trudno było uwierzyć patrząc na jego optymistyczną okrągłą buzię, że ten młody człowiek przeżył tak wiele rozterek.

 

Pani Mirosława

 

Córka sowieckiego oficera z pochodzenia Azera. Był on wicerektorem Taszkienckiej Akademii Medycznej. Był to więc człowiek z elity. Mirosława zawsze posługiwała się znajomościami taty na rzecz swoich polskich korzeni. Stało się tak, że jej ojciec “jako trofeum” przywiózł z wojny żonę Polkę. Wedle wschodniego zwyczaju dzieci dziedziczą wiarę i narodowość nie po ojcu a po matce właśnie. Mimo więc wydatnego nosa i typowej kaukaskiej urody Mirosława deklarowała się jako Polka.

To współtwórczyni ogólnokrajowej organizacji polonijnej “Świetlica Polska w Taszkiencie”. Razem z mamą Eugenią i siostra Ireną stworzyły niesamowicie silne polskie lobby w Uzbekistanie. W jakiejś mierze dzięki niej i jej siostrze Irenie Polska otwarła placówkę dyplomatyczną w Taszkiencie i zajęła się grobami żołnierzy gen. Andersa. Ona również stała u początków odnowionej przez prałata Świdnickiego katolickiej parafii Najświętszego Serca Jezusa.

Utalentowana muzycznie inspirowała dwa zespoły śpiewacze i taneczne: Bawełnianki i Społem. Jej związki z Białorusią to kwestia losu. Jej małżonek był ambasadorem Białorusi w Uzbekistanie. Po jego śmierci Mirosława wyprzedała dom i wróciła do Mińska gdzie mieszka jej syn. Jej wyjazd z Taszkientu to spora strata dla Polonii. Tym niemniej swoją opatrznościową misję wypełniła.

Jako kapłan myślę, że chwilami sam Bóg działa w ten właśnie sposób.

Przy okazji też widać jak różne żywioły trafiają na Białoruś.

Mimo trudnej sytuacji politycznej w kraju Białoruś nie przestaje być azylem i przystanią dla wielu.

 

Miłosne pieśni

 

Hymnem miłości nazywany bywa 13 rozdział Pierwszego Listu do Koryntian.

Większość tego o czym śpiewa zespół Pieśniary jest również o miłości w tym również o miłości do białoruskiej ojczyzny. Taką pieśnią pt. “Spadczyna” rozpocząłem swoją opowieść. Inną bardziej trywialną chcę zacytować pod koniec książki.

Pieśń nie jest żadna wybitna ani podniosła podejmuje jednak ważny temat światopoglądu. Z opowieści dziennikarki Galiny wiem, że Białoruś ma najniższy procent aborcji w całym dawnym ZSRR. Jest wiele do zrobienie ale już teraz nie jest źle. W Ukrainie wskaźnik jest 5 razy wyższy.

Na początku opowieści była pieśń o Hanulce i chłopcu, który nie znał miłości.

Dzieli się z ukochaną swoim pierwszym uczuciem. Zakończę inną opowieścią Pieśniarów, która mówi o rozczarowaniu miłością w małżeństwie zwłaszcza gdy wybranka okazuje się głupia. Wbrew intencjom autora śpiewki zakochani nie byli aż tacy głupi skoro zadbali o trzy kołyski.

Oto co śpiewają Pieśniary na ten temat:

 

Chłopiec s duroj ażaniłsa

Ojej Bożesz Mój

Na wiaś s żonkoj udaliłsa

Ojej Bożeż mój

Ani łyżki ani miski

Ojej Bożeż mój

Nakupili try kałyski

Ojej Bożeż mój…

 

Epilog

 

Rosjanie mówią “Nie imiej sto rublej no imiej sto druzjej”.

Jadąc jako diakon na Białoruś w 1990-m roku zakochałem się w tym kraju, choć dla kogoś może się to zdać głupie a miłość bezsensowna. Z tej miłości wyrosło wiele dzieci w sensie platonicznym, czyli takich dzieci, braci, sióstr i matek o jakich mowa w rozmowie Jezusa z Piotrem.

Jeśli dla królestwa niebieskiego pozostawisz rodzinny dom, ojca, matkę, siostry braci, po stokroć więcej otrzymasz.

Jak widać z tekstu ja mam na Białorusi rzeczywiście setki jeśli nie tysiące mniej lub bardziej bliskich mi osób. Kiedy słyszę, że tam się dzieje dobrze lub zle, to nie są to dla mnie wiadomości obojętne. Kawałek tej troski za Białoruś chciałem w swojej opowieści przekazać i myślę, że po przeczytaniu książki u niektórych czytelników pojawi się pragnienie ruszenia w drogę. Niektórzy może pomodlą się za Białoruś a inni siądą za komputer lub odwiedzą bibliotekę. W tekście jest wiele nieścisłości, bo nie jest to praca magisterska ani doktorat. Pisałem tak jakbym opowiedział przyjacielowi. Może tak się właśnie stanie, że dla kogoś z czytelników ta przyjazna opowieść stanie się początkiem większego zainteresowania losem misjonarzy, których jest przecież niemało na Wschodzie. Przy większej aprobacie i zaciekawieniu Polaków sprawami kresów mogłoby nas być tam więcej.

Ksiądz Kondrusiewicz wspominany tu wielokroć i nieznany mi osobiście metropolita Mieczysław Mokrzycki ze Lwowa wiele uczynili i nadal. Czynią, by między Polską i kresami zaistniała ściślejsza więź. Umiera niestety pokolenie, które rosło na Kresach i repatriowało się do Polski. Dla nich moja książka nie jest konieczna, bo sami wiedzą lepiej czym są kresy z autopsji. Ja pisałem głownie zmyślą o młodszym pokoleniu znającym kresy zaocznie. Oto na pożegnanie wspomniana piosenka o głupim zakochanym chłopcu. Jego wybranka też głupiutka a mimo to kołyski są. Miłość bez kołysek nie ma sensu. Jeśli moja opowieść “do poduszki” ukołysała kogokolwiek z was, to też nie jest zle. Niechaj się wam przyśni kraj Świtezianki i Pana Tadeusza.

To dobre miejsce, by u tulić duszę.

 

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com