V. SAMO ŻYCIE

GEOGRAFIA MIŁOŚCI

 

1. GRODNO

 

Grodno miasto trybunalskie.

W Koronie były takie dwa: Piotrków i Warszawa. Na Litwie również dwa: Grodno i Wilno albo Troki, proszę samemu sprawdzić, bo trochę mnie pamięć nie zawodzi. Grodno na dodatek to miasto książęce, bo szczególnie faworyzowane przez Witolda, który wybudował tutaj sporych rozmiarów kościół farny. To również miasto królewskie, bo polubił je niesamowicie królewicz Kazimierz, święty młodzieniec i następca tronu, który w wieku 24 lat właśnie tutaj na malowniczo położonym nad Niemnem zamku dogorywał czyniąc dzieła miłosierdzia.

Historyczna część miasta położona jest na prawym brzegu Niemna.

Są tutaj: pojezuicka katedra, pobernardyński klasztor, obecnie Seminarium diecezjalne. Naprzeciw Seminarium jakiś sowiecki okrąglak. Nie pamiętam czy to muzeum czy hala sportowa. Na horyzoncie można z tego miejsca dostrzec Niemen i lewy brzeg porośnięty liściastymi drzewami i rzadko zabudowany różnego rodzaju domkami. Pośród tych zabudowań franciszkański kościółek, w którym jako diakon odbywał praktykę święty Maksymilian a potem po święceniach drukował pierwsze egzemplarze swego Rycerza. Gdy się wrócimy z Seminarium wzdłuż Torów w stronę dworca kolejowego to natrafimy na kościół Brygidek, w którym urzędują siostry Nazaretanki. Dosłownie 300 metrów dzieli ten kościół od dworca autobusowego jeśli przejść przez most nad torami i tyle samo do Katedry jeśli pójść na północ czyli w kierunku przeciwnym niż dworzec. Katedra jest jak bliźniak po dominikańskiego sanktuarium maryjnego w Różanymstoku. To tylko 20 km stąd. Wystarczy wejść na wieżę by dostrzec, ale to już druga strona linii demarkacyjnej Curzona, czyli tzw. Granicy. Natomiast wokół katedry jazgot autobusów, trolejbusów i niezmierzonego tłumu. Tutaj jak dobrze pamiętam urzędują też władze miejskie czy obwodowe. Być może jedne i drugie. Widnieje też tutaj sporych rozmiarów plac.

Pustkowie, które całkowicie dysharmonizuje z duchem starówki.

Dziwny plac ziejący pustką park po farze Witoldowej.

Na północ od tego placu wzdłuż Niemna w okolicach zamku najstarsza w mieście cerkiew. W tej samej okolicy, troszkę na wschód tzw. CUM czyli sowiecki Uniwersam, w którym zaopatrywałem się w tanie farbki plakatowe i różne inne głupstwa. Troszkę dalej na wschód jeszcze jeden niewielki park i pomnik Orzeszkowej, którą tutaj nazywają Arieszka.

Troszkę dalej dworzec kolejowy. Wracając z dworca w kierunku centrum natkniemy się na dom Prowincjalny sióstr Nazaretanek, których na Białorusi jest mnóstwo oraz wspomniany kościół Brygidek.  Nieopodal Brygidek wielki Bazar a kilkaset metrów w dół sporych rozmiarów Dworzec Autobusowy. To wszystko co wiem i pamiętam o tych okolicach

.

Grodzieńscy Bernardyni

 

W Muzeum Ateizmu, które jeszcze działało w 1990 roku w bazyliańskim klasztorze nieopodal Zamku Królewskiego widziałem ze zdumieniem mapę zakonów katolickich, które działały przez stulecia na terenie Białorusi. To było coś imponującego. Nie wiem czy to muzeum działa nadal. Ale chętnie bym popatrzył i powspominał jak wiele był tych dzielnych misjonarzy w Pierwszej Rzeczpospolitej, którzy zalali całą Białoruś swoim czarnym wojskiem. Mówię czarnym, bo w mentalności wschodu a nawet w językach wschodnio-słowiańskich “czerniec”, czyli czarny ksiądz to zakonnik właśnie. Słowo “Białe Duchowieństwo” zarezerwowane było dla księży diecezjalnych. W kulturze polskiej i katolickiej ten podział i klasyfikacja nie ma sensu, bo to właśnie zakonnicy używają w wielu wypadkach białych czy szarych habitów a diecezjalni odziewają się na czarno, tym niemniej Białoruś zawsze była tym właściwym “przedmurzem chrześcijaństwa”. Przedmurzem można rzecz dokładniej katolicyzmu. Jaka dokładnie wypadła rola bernardynom nie bardzo wiem ale piękno i rozmiary grodzieńskiego kościoła wskazywałyby na to, że w epoce baroku podobnie jak Jezuici nie szczędzili oni sił, żeby Kresy miały Boga w sobie. Kto pobędzie troszkę w Grodnie ten zrozumie, że ludek jest wyjątkowo pobożny. Nie wiem jak się to przekłada na licznych przyjezdnych z dalszych okolic Białorusi czy nawet Rosji. Ogólnie jednak co będę nie raz podkreślał w 1990-m roku zastałem entuzjazm religijny na podobieństwo szaleństwa.

U Bernardynów był szpital położniczy ale podjęto decyzję o rozmieszczeniu tutaj seminarium duchownego. Klerycy już mieszkali i modlili się na piętrze a na parterze wciąż wędrowały sobie kobiety rodziły dzieci niektóre a wiele jak to bywa na oddziałach położniczych usuwało ciążę czyli po prostu zabijało dzieci.

Przypomnę, że właśnie w tym klasztorze a dokładniej w tym szpitalu urodzili się dwaj bracia Steckiewicze, późniejsi repatrianci i absolwenci Seminarium Duchownego w Szczecinie. Wielce utalentowani i bardzo zaprzyjaźnieni z abp Kondrusiewiczem kapłani.

Byłem obecny przy pierwszych egzaminach wstępnych w 1990-m roku. Przyjęto wtedy 44 kleryków nie tylko z Białorusi. Seminarium miało wyjątkowo cykl nauczania 5-letni. Chodziło o  to by jak najprędzej zaspokoić wielkie potrzeby w terenie na nowych kapłanów. Białoruś w chwili gdy “wybuchła pierestrojka” miała co ciekawe około 40-tu niezłomnych i świętych kapłanów, których średnia wieku oscylowała w granicach 80-ciu lat. Owszem byli młodsi jak obecny Biskup pomocniczy w Mińsku, ksiądz Dziemianko z Nowogródka, sp. Ks. Ciereszko z Grodna, czy ks. Antoni Hej z Baranowicz(obecnie proboszcz w Brześciu Litewskim), wszyscy oni byli tajnie wyświeceni w różnych krajach i okolicznościach.

Białoruś a szczególnie Grodno poprzez swoje seminaria pełni niesamowicie ważną misję w odrodzeniu pohańbionej przez sowiecki system wiary.

Prefektem w seminarium był przez wiele lat ks. Andrzej Sadowski zwany popularnie dziadkiem z powodu przedwczesnej siwizny. Jest to jeden z tych kapłanów, którym reżym Pana Łukaszenki przedwcześnie zabrał wizę i nie pozwolił na dalszą prace w Republice Białoruś.

Kilkakroć odwiedzałem seminarium już jako ksiądz i za każdym razem odwiedzałem krótko tego kapłana, bo jako białostoccy księża mimo różnicy wieku byliśmy sobie bliscy. Bliskie były też dla mnie te standardy życia jakie ten ksiądz wyznawał mieszkając w seminarium w jakiejś zapuszczonej celi pozbawionej wszelkich wygód. Widać było, że wszystko co miał zainwestował w te sprawę czyli sprawę odrodzenia klasztoru w nowej jakości, jako Seminarium. Takich i podobnych szaleńców musiało być w seminarium wielu, bo po kilku latach nie potrafiłem już rozpoznać tego miejsca. Odniosłem wrażenie, że to seminarium jest piękniejsze od naszego białostockiego.

Rektorem w tamtych czasach był ktoś z tutejszych kapłanów starej generacji ale do dyspozycji miał księży z całej Polski zwłaszcza z diecezji radomskiej. Zaangażował się w tę sprawę bardzo biskup Materski pochodzący z Wilna. Mąż opatrznościowy dla sprawy Kresowej zarówno w Polsce jak i Białorusi. Przypuszczam, że rodzinna Wileńszczyzna też skorzystała z jego patronatu.

Trzeba od razu na początku powiedzieć, że bez zaangażowania abp Kondrusiewicza w tym decydującym okresie religijnego entuzjazmu nie mielibyśmy na Białorusi aż tylu katolickich instytucji, zwróconych świątyń i wypożyczonych z Polski a nawet z końca świata kapłanów oraz sióstr. Nie byłoby tylu powołań i kleryków.

 

Brygidki

 

Tę samą rolę jaką odegrał kościół i klasztor bernardyński w odrodzeniu kleru na Białorusi miał też odegrać klasztor Brygidek w kwestii powołaniowe w odniesieniu do najbardziej aktywnego Zgromadzenia w kraju tj. sióstr Nazaretanek. Sekret ogromnego entuzjazmu i wzrostu liczbowego tych sióstr tkwi zapewne u początków, bo jeśli się nie mylę to Zakon powstawał na kresach w 19-tym wieku.

Doczekał się też sławy na kresach ofiarowawszy kościołowi 11 sióstr męczenniczek w Nowogródku. To, że krew męczenników rodzi chrześcijan widać w sposób naoczny i eksperymentalny na przykładzie tego Zgromadzenia. Komu potrzebne dowody niech się uda na Białoruś i przekona się jak niezwykły wzrost nie 10-cio, czy stokrotny dała krew sióstr z Nowogródka. Z tego co pamiętam siostry same dziwiły się i z trudem przyjmowały tę ilość chętnych jaka zgłaszała się w czasach entuzjazmu do tego właśnie grodzieńskiego klasztoru, gdzie w tamtych czasach miał swą siedzibę dom prowincjalny i nowicjat sióstr Nazaretanek. Ktoś zapyta a co z Brygidkami? Jak się lekko domyślam zostały skasowane jeszcze w okresie rozbiorowym ale jak powiadają Rosjanie “święte miejsce nie bywa puste”. Ten dom stal się przystania dla Nazaretanek i zapewne tak jest do dziś.

 

Katedra

 

Pojezuicki Kościół o wezwaniu Wszystkich Świętych (tak mi to się w pamięci odłożyło) to swego rodzaju sanktuarium Matki Bożej Konwentualnej czyli studenckiej. Widocznie w czasach Rzeczypospolitej nie brakowało w mieście średnich a może nawet i wyższych uczelni. Skoro byli tu jezuici to powinno

Tez było działać kolegium. Jak wiadomo tej rangi szkoły jezuickie nie odbiegały poziomem wykładów od poziomu wyższych uczelni. Jedynie królewskie przywileje chroniły monopol kilku Uniwersytetów takich jak Krakowski, Wileński, Zamojski Akademia, czy Lwowski. Obecnie jak się domyślam jest w Grodnie kilka Uniwersytetów. Wspomniane Seminarium Duchowne też jest zapewne objęte opieką Matki Bożej i to w pierwszej kolejności.

Malutka ikona jest w prawej nawie dzisiejszej Katedry. Otoczona licznymi wotami i obrazami dokumentującymi liczne uzdrowienia i cuda. W nawie głównej barokowy ołtarz był udekorowany posągami dwunastu Apostołów, które podobne spłonęły niedawno z powodu krótkiego spięcia jakie się  przytrafiło w 2007-m roku.

Nie pamiętam księży proboszczów tego okresu entuzjazmu. Nie wykluczone, że był nim pewien infułat staruszek, którego jako kleryk widywałem w mitrze.

Potem był dawny proboszcz kijowski ksiądz Jan Kapran.

Jak jest obecnie trudno mi powiedzieć, bo moja ostatnia wizyta w Grodnie była zapewne w 1999-m roku a więc już dobrych 11 lat nie mam informacji bieżących co się w Grodnie dzieje.

Katedra jest zbudowana w barokowym stylu. Nie posiada jakiegoś podwórca bo przylega bezpośrednio do ulicy z dwu stron tzn. od frontu i z prawej strony gdzie znajduje się uliczka wiodąca do brygidzkiego kościoła i do dworca autobusowego. Zabudowa wokół katedra bardzo zwarta przez co Grodna w tym zakątku przypomina troszkę Przemyśl, czy inne polskie miasta dawnej Rzeczypospolitej. Choć sowieci bardzo się postarali wymazać historię zwłaszcza tamtego okresu duch Grodna można odczytać właśnie w tych okolicach. Gdy się jedzie na lewy brzeg owszem jest sporo małych drewnianych domków, które pachną 18-tym, może nawet 18-m wiekiem ale krzykliwie wdziera się tu zabudowa sowiecka, ogromne masywy 9-ciopiętrowych budynków na zboczach, które czynią to miasto bezdusznym i nieogarnionym. Odwiedzając te miejsca odczuwałem z jednej strony respekt wieśniaka do tego ogromu. Czułem, że miasto jest większe niż Białystok. Z drugiej strony brak mi było w krajobrazie tych osiedli katolickich krzyży i prawosławnych cebulkowatych kopuł.

Podobno nadal. Władze miejskie nie spieszą się z wydawaniem placów pod budowę nowych kościołów. Wymyśliły nawet pretekst, bo powiadają, że nowych pozwoleń nie będzie, póki nie zakończy się budowa aktualnie wznoszonej świątyni na osiedlu.

Budowa widocznie idzie ślamazarnie, bo ludzie są biedni. Tym nie mniej takie mnie z Grodna aktualnie dochodzą wieści.

Nie ważne, że o budowę ubiega się kilka osiedli w różnych końcach miasta.

Dwu kościołów jednocześnie w Grodnie wznosić nie wolno.

Faworyzowane jak zwykle przez władze na całej Białorusi jest Prawosławie. To oficjalna linia Prezydencka. Pan Łukaszenko bardzo się o to stara, by rozbić “polski separatyzm”. O tym można sobie poczytać obszernie na licznych stroniczkach w internecie i w polskich kresowych gazetach.

 

Franciszkanie

 

Tak więc lewy brzeg. Ten przylegający do Polski. Od niego zaczynała się każda moja wizyta w Grodnie. Tutaj Franciszkanie mieli do obsługi i pewnie maja nadal. Ogromne terytoria świeżo wznoszonych wieżowców. Na terenie tej parafii mieszkała rodzina kleryka Janka Puzyny, którego kilkakroć odwiedzałem na tych pierwszych zagranicznych wakacjach.

Proboszczem w tamtych czasach był młody kapłan, który nie pojawiał się w habicie.

Kończył seminarium zapewne w Rydze a jednak za jakiś czas się dowiedziałem, ze jest Franciszkaninem Konwentualnym. Nie pamiętam jego nazwiska ale dobrze kojarzę fizjonomię. Ponadto spotykałem wcześniej w Białymstoku rodzonego brata tego kapłana, który był organistą w katedrze grodzieńskiej ale zdaje się młodo zmarł.

Franciszkanie Konwentualni z czasem rozwinęli burzliwą działalność w Wieńcu i kilku innych parafiach.

Trafili do nich dobrze znani mi ojcowie z Rosji tacy jak Leszek, Mirosław i jakiś czas o. Darek Harasimowicz. Jeden z ojców, którego znalem zaocznie z Miedniewic o imieniu Ryszard, który był znany z pasji budowania podobno nawet gdzieś myślał o stworzeniu białoruskiego Niepokalanowa. Nie wiem czym to wszystko się skończyło. Wiem, ze z tych białoruskich parafii były  powołania do kapłaństwa, które się zrealizowały w Petersburgu w nowym Seminarium. Ci młodzi ojcowie należeli potem do młodziutkiej Kustodii Rosyjskiej. Białoruś ma więc swój  wkład w odtwarzaniu struktur kościoła katolickiego w Rosji.

 

Trzej Biskupi

 

W 1989 roku po raz pierwszy w historii Grodno nieoficjalnie stało się stolicą biskupią. O wyborze proboszcza grodzieńskiej Fary Biskupem Mińskim ogłoszono wiosną ale przygotowania do świeceń trwały aż do jesieni tego gorącego okresu kiedy to cała Wschodnia i Centralna Europa była ogarnięta szałem wolności i kiedy wojska rosyjskie opuściły Niemcy Wschodnie i wtedy to upadł berliński mur.

Osoba hierarchy nie była przypadkowa ale ze wszech miar opatrznościowa.

Ekscelencja urodził się w parafii Odelsk w dawnym powiecie sokólskim dwa lata po wojnie.

Linia demarkacyjna Curzona sprawiła, że urodził się już jako obywatel ZSRR choć wszyscy jego przodkowie byli obywatelami Polski. Połowa jego rodzinnego miasteczka leży po polskiej stronie i nazywa się Minkowce.

Był zdolnym studentem ale też zawsze pobożnym chłopakiem.

Zaczynał studia techniczne w Mińsku, zakończył w Leningradzie.

Kilka lat mieszkał na Litwie w tym głównie celu, by otrzymać rejestracje i pozwolenie na podjęcie studiów w Kowieńskim seminarium Duchownym. Napisał pracę doktorską na temat Soboru Watykańskiego II-go i był wyświęcony w wieku 33 lat. 5 lat pracował w Ostrej bramie, następnie uzyskał zgodę na przeniesienie do Grodna i tam po 3 latach zastała go nominacja biskupia.

Powierzchowność ma pospolitą. Bardzo okrągła twarz ze troszkę spłaszczonym nosem i przeciętą wargą. Krotko strzyżone blond włosy z czasem posiwiałe po objęciu rządów kościołem w Moskwie. Silne wysportowane krępe ciało.

Głos dobitny nostalgiczny. Gdy głosi po polsku wyskakują sympatyczne kresowe nutki, zwłaszcza fraza:

“Tak - o, widzisz, widzisz!”

Biskup miał kierować całym kościołem na Białorusi więc ogłoszono go arcybiskupem Mińskim. Warunków jednak mieszkaniowych nie było tam żadnych a jedyna czynna świątynia w Mińsku znajdowała się na terenie cmentarza miejskiego. Największy ciężar pracy, ogrom kościołów czekających na zwrot, żywych wspólnot i kapłanów znajdowało się na rodzinnej Grodzieńszczyźnie nic więc dziwnego, że większość czasu spędzał arcybiskup na plebanii franciszkańskiej parafii.

Stąd z Franciszkańskiej parafii zarządzał całym białoruskim kościołem przez okres 2 lat abp Kondrusiewicz zanim został przeniesiony do Moskwy właśnie. Zabrał wtedy z sobą “kilku orłów” z Białorusi. Pojechali na misje: ks. Antoni Hej, ks. Józef Zaniewski i neoprezbiter z okolic Indury ks. Janek Zaniewski.

Pojechały również obsługiwać kurię “grodzieńskie” siostry Szensztadzkie.

Niektórzy księża z Polski żartowali sobie nawet, że Apostolską Administraturą w Moskwie zarządza “białoruska mafia”.

Trudno się jednak temu dziwić, że w takich dziwnych czasach odrodzenia kościoła arcybiskup otaczał się ludźmi zaufanymi. Podobnie przecież postąpił i Jan Paweł II na Watykanie. U niego jak żartują na Watykanie, tez była “polska mafia”.

Prawdę powiedziawszy abp Tadeusz miał tam u Franciszkanów dokładnie takie same warunki do pracy jak większość wiejskich proboszczów na Białorusi. Budynek był stary drewniany u podnóża wzniesienia na którym stała świątynia. Solidny fundament jakieś budynki gospodarcze w podwórcu. Widywałem dziesiątki takich budowli na Białostocczyźnie, bezpretensjonalne otoczenie.

W rzeczy samej ksiądz Arcybiskup więcej czasu spędzał w samochodzie niż w domu. Był przez niespełna dwa lata wiecznym tułaczem. Objął zarządzanie kościołem białoruskim w wieku 42 lat. To chyba najważniejszy okres w życiu mężczyzny zwłaszcza w tak ciekawej działalności jaką są misje i to w tak ciekawym momencie rozpadu ZSRR. Gdy odjeżdżał z Białorusi to kraj ten jeszcze jurydycznie był pod kontrolą prezydenta Gorbaczowa.

Gdy objął zarządzanie kościołem w Rosji nastąpiły rozruchy, pucz i ogłoszenie Niepodległości zarówno Rosji, Ukrainy, Białorusi i innych sowieckich Republik.

Dzisiaj mają one niemal tyle lat co Polska w 1939 roku. Jeśli wspomnieć jak wiele się udało dokonać Polakom na fali niepodległościowego entuzjazmu to lekko można zrozumieć co przez te wszystkie lata przeżywaliśmy pracując w tych nowych republikach nad umocnieniem ich duchowej niezależności.

Po przeniesieniu abp Kondrusiewicza do Moskwy na Białorusi dokonano podziału na diecezje odradzając dawne struktury w nowych granicach, które miały się pokrywać z granicami obwodów.

Obwód Grodzieński otrzymał status diecezji w granicach przypominających dawne granice diecezji wileńskiej w obrębie Białorusi. Można powiedzieć, że tak jak niegdyś Białystok w Polsce stał się nowym Wilnem, tak Grodno przejęło wileńskie tradycje na Białorusi. Symbolicznym potwierdzeniem tego aktu sukcesji było naznaczenie na Biskupa Grodzieńskiego młodego proboszcza z  polskiej parafii Świętego Ducha z Wilna księdza Aleksandra Kaszkiewicza.

Trzeci grodzieński biskup a raczej pochodzący z grodzieńskiej diecezji kapłan Dziemianko został wyświęcony w 1998-m roku w pojezuickim kościele katedralnym.

Odbyło się to jesienią 1998-go roku z wielką pompą w obecności wielu hierarchów zarówno ze Wschodu jak i Zachodu, zwłaszcza z Polski.

O wyświęcenie księdza Dziemianki latami zabiegał abp Świątek obecny kardynał. Sam zainteresowany długo się opierał przed przyjęciem tych honorów i natychmiast został skierowany jako biskup pomocniczy kardynała do Mińska, gdzie faktycznie był Administratorem i ma wielkie zasługi dla rozwoju archidiecezji.

Był pierwszym katolickim biskupem od czasów rewolucji, który rezydował w stolicy czyli w Mińsku. Miałem przyjemność znać i spotykać trzykrotnie tego kapłana: jako dziekana w Nowogródku, jako biskupa elekta na święceniach i jako biskupa na czele grupy 300 młodzieńców reprezentujących Białoruś na Tor Vergata we Włoszech.

Obcowaliśmy wtedy kilka dni, byłem jego tłumaczem i był dla mnie wtedy bardzo koleżeński. Taki styl ma to młode pokolenie kapłanów na Białorusi.

 

2. INDURA

 

Ksiądz Kazimiras

 

Miasteczko na przedmieściach Grodna obsługiwane od lat przez księży Jezuitów. W moich czasach kleryckich był tam ksiądz Kazimiras Żylis. Niewysoki z szerokimi barami i zaczerwienioną cerą. Ostry niewielki nos, małe rozbiegane Oczki i spojrzenie spod byka. Na ulicy nikt by w nim nie rozpoznał kapłana gdyby był ubrany po świecku. Raczej by ktoś powiedział, że to rzeźnik z masarni albo jakiś “rozbijaka” z zawadiacką grzywką czesaną na dwie strony. Krzykliwy głos w wymowa jakby wciąż miał w buzi nadmiar śliny. Ubierał niemodne koszule w kratkę lub czarną koszule z koloratką, niedopasowane kolorem do reszty granatowe spodnie lub często po prostu sportowe dresy błękitnego koloru.

Sam o sobie powiadał, że  jest humorysta. Siadając do samochodu zaraz zaczynał głośno odmawiać różaniec żartując, że może nie zdąży odmówić brewiarza.

Opowiadał a nawet pokazywał, że ma pod łóżkiem toporek, bo jest inwigilowany nocami. Czy to złodzieje, czy nasłani “towarzysze” nie wiadomo, pewnie i jedno i drugie. Nad łóżkiem miał portret Jana Pawła II i widać było, że bardzo go kocha. Drewniana plebania znajdowała się naprzeciw kościoła ale po drugiej stronie ulicy i ciągnęła się w dół długiego podwórca jak wiele domostw po obu stronach granicy na Podlasiu. Pomimo, że drewniana zaopatrzona w wodę i w łazienkę.

Ściany plebanii udekorowane dywanami, co też jest typowe dla kresowych domów i jak  się domyślam jest tatarskim obyczajem przyniesionym z jurt koczowniczych.

Od strony ulicy była przybudówka z białej cegły, którą niespiesznie wznosili miejscowi majstrowie.

Jeśli mnie pamięć nie myli to w drewnianej części plebanii były trzy pomieszczenia: Najpierw korytarz z łazienką po lewej stronie i ze schodami na strych, pod którymi miała swoje legowisko na wypadek stróżowania siostra Bernarda. Dyżurowała tam pod nieobecność proboszcza na mój gust w warunkach bardzo kiepskich. Dalej przestronna na stary ład kuchnia, potem duży pokój gościnny z wejściem do prywatnego pokoiku księdza Żylisa. Oba zagracone kasetami wideo i książkami, które rzadko kto czytał. Kasety oglądałem z chęcią, bo ilustrowały liczne podróże arcybiskupa. Żylis był jego kapelanem, kierowcą i reporterem rejestrującym zdarzenia z całej Białorusi, w których wspólnie uczestniczyli.

 

Kościół Indurski

 

 

Kościółek w Indurze sporych rozmiarów o mało mi znanej historii mógł mieć ten sam wiek co i grodzieńska katedra. Stoi na trasie wylotowej do Brześcia i Wołkowyska praktycznie na ostatniej ulicy miasteczka.

Ławki nowe niezdarne mocno grubą warstwą tzw. olify i lakieru pokryte stąd swoisty zapach. W kościele w tym czasie proboszcz nadal. Używał staroświeckiej ambony skąd głosił wyraziście i głośno łamaną polszczyzną. Korzystał z przenośnego mikrofonu zasilanego i zespolonego z dużym magnetofonem stereo, co mnie bardzo śmieszyło i deprymowało.

Wokół kościoła zadziwiał piękny skalniak, krzyże ogromnych rozmiarów zapewne dębowe z kutymi ozdobami w litewskim stylu i sporo świeżych rzeźb, które niewątpliwie ksiądz Żylis sprowadził z ojczyzny.

 

Cmentarz

 

Dalej na tej samej ulicy wylotowej co i kościół było kilka domków w tym mieszkanko wikariusza, litewskiego jezuity chorego na depresję. Za tymi domkami, w których jak się dowiedziałem odwiedzając i nagabując siedzących na solidnych ławach starców mieszkała wyłącznie szlachta, był już był tylko cmentarz.

Na te dużych rozmiarów cmentarzysko kilkakroć prowadziłem jako diakon kondukt pogrzebowy i nie mogłem się nadziwić po pierwsze tym białoruskim ciężarówkom z wysoką plandeką, którą dekorowano dywanem. Trumnę z otwartym wiekiem

Stawiano na ten dywanik i najbliższa rodzina  siedziała tam obok trumny na taboretach lub na ławeczkach. Po drugie dziwiło mnie, że wszystkie pojazdy na ruchliwej trasie zatrzymywały się tworząc potężny korek przesądnie dając  przejazd konduktowi pogrzebowemu.

 

Cerkiew

 

Dużo lepiej usytuowana jest cerkiew. Stoi w drugim końcu pośród dwupiętrowych osiadli na podwórcu dworca autobusowego. Zaraz gdzieś obok jest poczta.

Popa miejscowego ni razu nie spotkałem. Z opowieści wiem, że prawosławni w miasteczku są ale w cerkwi ich tyle co  kot napłakał.

 

Moja wizyta

 

Moja wizyta rozpoczęła się kilka godzin po przyjeździe na Białoruś, bo tak zdecydował abp Kondrusiewicz. Zaszliśmy z kolegą diakonem Piotrem Sokołowskim akurat w takim momencie kiedy parafię opuszczali dwaj klerycy Salezjanie właśnie opuszczający parafię, by wrócić z wakacji na studia do Polski. Jeden z napotkanych bardzo pasjonował się swoją białoruskością stąd Żylis nazywał go Bulba. Drugi był dalekim krewnym abpa i po kilku latach zaraz po święceniach trafił do Moskwy na kanclerza. Trzeci Salezjanin z tej parafii miał dłuższe wakacje więc pamiętam kilka z nim pogawędek. Zawsze mnie zadziwiało, że gawędząc z nimi nie czułem ani trochę, że jestem za granicą i że rozmawiam z obcokrajowcem. Owszem wszyscy trzej mieli w sobie coś kresowego ale w takim białostockim stylu więc nie mogłem czuć się obco.

Czasami się nawet zapominałem gdzie jestem.

 

Indursy klerycy

 

Obecność 3 kleryków w jednym małym miasteczku bardzo była budująca i dobrze świadczyła o pracy proboszcza. Miał on też około 30 ministrantów, którzy i księdza i kleryków całowali po dłoniach gdy wchodzili do zakrystii. W tym celu ustawiali się w kolejkę. To było niesamowite przeżycie. Mój kolega Piotr robił sobie na ten temat wiele żartów.

Do dziś jedynie nie mogę pojąć skąd w jezuickiej parafii tylu Salezjanów.

Dodam jedynie ze smutkiem, że jedynie “Bulba” wytrwał w kapłaństwie i wiem z opowieści, że zajmował się budową salezjańskiego kościoła w Mińsku. Dwaj pozostali odeszli z kapłaństwa w 1998-m roku. Stało się to na pielgrzymce z Lidy do Budsławia. Zdruzgotany abp Kondrusiewicz na wiele lat zabronił wiernym ze swej diecezji w sposób zorganizowany chodzenia na takie pielgrzymki. Domyślam się, że indywidualnie nadal. Jakaś grupa ludzi udawała się na te wędrówki, bo to popularna i pobożna sprawa. Kapłani jednak nie mieli pozwolenia, by chodzić do Budsławia. Być może nawet nie prosili. Opowiadam to co słyszałem od uczestników tej feralnej pielgrzymki 2008-go roku.

 

Organista erotoman

 

W Indurze jak mnie pamięć nie myli było aż 3 organistów i wszystkie nabożeństwa miały dobrą obsługę. Jak wyglądał ich grafik pracy już nie pamiętam ale pamiętam dobrze, że z jednym z nich były wciąż kłopoty. Człowiek solidnego wieku, żonaty, dojeżdżał kilkanaście km na kilka dni do pracy. Tego wystarczało, żeby zdradzać żonę z młodszą od siebie o prawie  20 lat dziewczyną.

Widywano ich razem na chórze w godzinach kiedy nie było żadnych nabożeństw. Proboszcz miał do niego słabość, bo organista znał dobrze swój fach. Nawet nie dowierzał plotkom i mitygował starca. Ten ze łzami obiecywał poprawę ale  parafianie i siostra zakonna wiedzieli swoje.

Jako kleryk byłem zakłopotany, bo wiele osób zgłaszało mi ten problem.

Też nie wiedziałem jak się zachować, bo moje kompetencje były malutkie.

 

Kompetencje diakona

 

Miałem przez 2 tygodnie praktyki śpiewać egzekwie i głosić kazania. Taką rolę wyznaczył mi Biskup i potwierdził to proboszcz, który dodatkowo upoważnił mnie do dawania chrztów, wiązania par małżeńskich i prowadzenia pogrzebów. Sporo tego było, bo przyjeżdżali ludzie z daleka. Ochrzciłem nawet 12-to letnią dziewczynkę z Jakucji, która była pięknie ubrana jak do 1-szej komunii i nawet jakiś czas korespondowaliśmy ze sobą.

 

Organista z Grodna

 

Inny organista, który zapadł mi w pamięci to był młody student z konserwatorium, który lubił sobie pogawędzić więc po egzekwiach i wspólnym śniadaniu odprowadzałem go na dworzec autobusowy, by dać mu możliwość aby się wygadać.

Ciekawa rzecz, że równo po 20-tu latach napotkałem tego organistę w Mariupolu na pielgrzymce do MB Częstochowskiej. Tam na Wschodniej Ukrainie pełnił on rolę pre-postulanta do paulińskiego zakonu. Ja go nie poznałem, bo wtedy miał bujne blond włosy a teraz ma łysinkę i okulary. On jednak poznał mnie i wyraźnie się wzruszył.

 

Siostra Bernarda

 

Długi czas sądziłem, że Bernarda to po prostu katechetka. Zadziwiała siłą woli i autorytetem jaki miała w parafii nawet względem proboszcza. Zdawało się, że całą parafię trzyma w garści. Niesamowicie sprzyjała moim poczynaniom gdy chodzi o zbiórki na apel jasnogórski choć przyznam, że robiła to bardzo dyskretnie.

To ona właśnie zorganizowała mi prymicję za rok czasu, która wypadła lepiej niż w rodzinnej parafii. Ona też opiekowała się dziewczynkami sypiącymi kwiaty. Dopiero wtedy ujrzałem ją w skromnym habicie granatowego koloru. Okazało się, że należy do zgromadzenia sióstr Matki Bożej Ostrobramskiej. Te same siostry mieszkały w Brzostowicy a ich założyciel proboszcz z Krzemienicy, parafii sąsiadującej z Rogoźnicą był mi znany z Białegostoku. Przyjeżdżał bowiem razem z jedną z sióstr po to by dać do sprawdzenia statuty tego nowego czysto białoruskiego zgromadzenia. O  sprawie opowiadał nam szczegółowo ksiądz Rektor Piotrowski, który się podjął sprawdzenia tekstu i szczerze temu dziełu kibicował.

 

Franciszkanin

 

Pewnego razu zawitał na plebanie kapłan z franciszkańskiej parafii, bo poszukiwał proboszcza. Nie zastawszy zaczął się dopytywać kim jestem i jak do Indury dotarłem. Zaciekawiła go zawartość mojej walizeczki. Było tam mnóstwo dewocjonaliów, które przekazał na misje mój proboszcz ze Skrwilna, ks. Tadeusz Ptaśkiewicz. Z początku mi się zdało, ze to wszystko głupstwa. Proboszcz Żylis jednak pochwalił moją odwagę, że tak wiele udało mi się przewieźć przez granice a ten kapłan Franciszkanin chętnie zabrał z mojej kolekcji świadectwa pierwszokomunijne i inne drobiazgi, które mu zaproponowałem jako podarek.

 

Bronisław

 

Parę dni spędził w Indurze kapłan z diecezji katowickiej rodem jednak spod Przasnysza, czyli mój ziomek. Bardzo się wszystkiemu dziwił i bardzo mnie przestrzegał, że o wieczornych zebraniach dla dzieci niewątpliwie wie KGB i może się do mnie przyczepić.

Los sprawił, że mieliśmy się spotkać w Rosji na północnym Kaukazie. Wiele porad tego kapłana, który jakiś czas był moim dziekanem miało sens i byłem mu za nie wdzięczny. Czasami jednak jego ostrożność zdawała mi się przesadna.

Czas pokazał jednak, że KGB jest nieśmiertelne a jego pobłażliwość była chwilowa. Niewątpliwie było tak jak mi mówiono tyle, że mój pobyt był zbyt krótki na akcje odwetowe, ponadto sam proboszcz stworzył kilka precedensów, które musiały uśpić czujność tych służb i pomogły mi się czuć bezkarnie.

 

Chory jezuita

 

Kilkakroć widywałem wspomnianego kapłana w depresji ale po odprawieniu Mszy świętej on od razu znikał i tak jakby go nie było w parafii. Był raczej rezydentem niż wikariuszem i żadnych obowiązków z proboszczem nie dzielił.

 

Kleryk Jezuita

 

Ciągle wylatuje mi z pamięci nazwisko kleryka, który wtedy wpadł na parę dni a teraz jest już Kaplanem. Jakiś czas po latach zlokalizowałem go, bo pracował w Gdyni jako magister nowicjatu. Spotkanie z nim było o tyle ważne, że wracając z Moskwy podzielił się on wrażeniami i opowieściami o odrodzeniu parafii moskiewskiej i o ogólnej atmosferze bardzo sprzyjającej dla kościoła. Dzięki tym sensacjom już mnie nie mogło zdziwić to co za rok się odbyło czyli przeniesienie abp Kondrusiewicza do Moskwy właśnie. Mało kto się tego mógł spodziewać nawet na Białorusi. Ja tymczasem byłem już na  to przygotowany opowieściami kleryka.

 

Dzieci

 

Siostra Bernadeta miała kilka kuzynek, które bez przerwy kręciły się wokół kościoła i nawet błąkały się na plebanii. Zaproponowałem im, że ich nauczę polskich zabaw i opowiem im ciekawe historie. Nie od razu przyszła myśl, żeby nadać tym zajęciom formę oazy ale gdy tylko dostrzegłem zaciekawienie dzieci to myśl narzuciła się sama przez się. W ciągu dnia miewałem po 10-15 dzieci a na wieczorny apel i wesoły wieczór przychodziło do 100 dzieciaków. Bernarda opowiadała mi, że cała wioska śpiewa te piosenki i małpuje moje zabawy.

 

Jasia Stelmach

 

Prócz Bernardy największe wsparcie w pracy z dziećmi miałem ze strony Jasi Stelmach. Dziewczyna mogła mieć wtedy 18 lat. Była cicha ale bardzo uczynna i zdeterminowana. Ciągle mi się zdawało, ze ma powołanie i jak czas pokazał nie myliłem się wcale. W 1995-m roku dostałem od niej list gdzieś spod Poznania. Pisała, że jest u sióstr służebniczek Starowiejskich Edmunda Bojanowskiego. Bardzo mnie ta wiadomość ucieszyła. Mam nadzieję, że dobrze sobie  w tym zakonie radzi i że jej powołania nie udało się zniszczyć naszym polskim mistrzyniom. Piszę o tym, bo znam fakty, że nasze powołania ze Wschodu zarówno chłopięce jak i dziewczęce były traktowane niezręcznie i bez koniecznej delikatności.

Nie wolno oczekiwać od ludzi z innego kraju i innej kultury, że będą tak samo sumiennie akceptować wszystkie wymogi dyscypliny albo cierpieć jej brak.

 

 

 

3. BRZOSTOWICA MAŁA

 

 

Nowy dach

 

W każdą niedzielę z odległej o 40 km Brzostowicy Wielkiej przyjeżdżał ktoś z parafian, żeby zabrać proboszcza na południową Msze świętą. Często z tej okazji na powitanie odbywał się wesoły dialog:

“brałeś ślub w kościele?”

“brałem”

“pięć dzieci urodzić obiecałeś?”

“obiecałem”

“ile urodziłeś?”

“trzy”

“no to pracuj leniuchu!!!”

Proboszcz wszelkimi sposobami dbał o to, żeby parafian mu przybywało i robił to często w żartobliwej formie. Żartował tak z ministrantami:

“księdzem będziesz?”

“nie znaju”

“uważaj, bo wygonie z ministrantów!!!”

Fajne też były dialogi z alkoholikami.

Kogo w czasie postu spotkał na ulicy pijanego wygłaszał jego nazwisko z ambony a jeśli jeszcze spotkał w kościele prosił żeby się ten pokazał i obiecywał, że następnym razem przy świadkach w kościele będzie bity “po srakie” czyli po tyłku.

Za takie dialogi śmiesznego Litwina lubiła cała okolica i legendy dochodziły do samego Grodna. Przez to traktowano go pobłażliwie nawet przez władze i podobnie jak Biskupowi Kondrusiewiczowi w skali diecezji, tak jemu w skali powiatu udawało się zwracać wszystkie kościoły pod rząd i powolutku remontować.

Podobnie było w Brzostowicach.

Oba te miasteczka leżały bezpośrednio naprzeciwko Gródka i Supraśla z Białostocczyzny jakieś 20 km. Ludzie tam tak samo pobożni jak po polskiej stronie. Mimo, że im kościół spalono i to tuż przed pierestrojką wywalczyli jego zwrot, modlili się w gołych ścianach i powolutku własnymi siłami pod opieką proboszcza stawiali nowy dach. W Brzostowicy Wielkiej Msza była w samo południe, tam Proboszcz jadł obiad u sióstr skrytek i wracając do Indury odprawiał po obiedzie w Brzostowicy Małej.

Tego oczywiście nie było mu dość, bo miał jeszcze kościółek w Zaniewiczach.

Tak więc minimum 4 Msze się odprawiały w każdą niedziele. Dwóch różnych kierowców woziło proboszcza a ten dbał jedynie, że by zabrać wino, ornaty i inne paramenty liturgiczne do przepastnej walizki.

Proboszcz jest sam dobrym kierowcą i miał samochód Żiguli ale nie muszę chyba podkreślać, że czekając na kierowców z parafii angażował ich w ten sposób do odpowiedzialności za parafię, katechizował po drodze i bawił do rozpuku kości swym wschodnim humorem.

 

4. BRZOSTOWICA WIELKA

 

Wysoka ambona

 

To kolejna parafia bezpośrednio położona na linii Curzona.

W Brzostowicy prze wojną były dwa kościoły: biały i czerwony.

Biały stał w samym centrum przy rynku i miał kilkaset lat. Ten zamieniono całkowicie w ruinę i o jego zwrot proboszcz się nie starał.

Odprawiał w czerwonym neogotyckim kościele, który się zachował w dobrym stanie bezpośrednio przy drodze wjazdowej od strony Indury. Mam wrażenie, że ludziom z centrum miasta było dość daleko chodzić na te przedmieścia ale i tak świątynia pękała w szwach.

Tej pamiętnej niedzieli zaraz po przyjeździe na Białoruś proboszcz pozwolił nam diakonom głosić kazania. W Indurze głosił sam. W Brzostowicach głosiłem ja a diakon Piotr miał głosić wieczorem w Zaniewiczach.

Jak już wspomniałem o Indurze podobnie i w pozostałych parafiach zachowały się wysokie ambony. Nie byłem przyzwyczajony więc trochę kręciło mi się w głowie od widoku wielu głów zwróconych twarzą do mnie.

Absolutnie nie pamiętam co głosiłem i jak. Czy to ludzie słyszeli czy nie. Pamiętam tylko ogromną tremę i wzruszenie. Takich uczuć w Polsce nie miałem nigdy chociaż jako kleryk miałem za sobą już pewnie z 10 kazań próbnych w różnych dużych parafiach Białostocczyzny.

 

Zrzucony krzyż

 

Brzostowica to jedno z tych wielu miejsc na przestrzeni dawnego Związku Sowieckiego gdzie krąży legenda o zwalonym krzyżu. Szczegółów nie pamiętam ale również tutaj były jakieś perypetie i człowiek, który się podjął strącenia krzyża zle skończył, jak to bywa w takich opowieściach.

 

Zakonnice

 

Wspominałem już o siostrze Bernardzie z Indury a teraz kolej opowiedzieć o siostrach z Brzostowicy. Muszę przyznać, że zakonspirowały się niesamowicie. Mieszkały dość daleko od kościoła i ani razu nie przyznały się, że są siostrami. O tym mogłem się dopiero przekonać po roku czasu spotkawszy je na białostockim lotnisku na Dojlidach w pięknych granatowych mundurkach.

 

 

5. ZANIEWICZE

 

Wysoka ambona  w pajęczynie

 

Wspominałem już o indurskich i brzostowickich ambonach.

Wspominałem o pachnących żywicą i oliwą nowiutkich niezgrabnych ławkach. Wspomnę więc również o swoim odbiorze kościółka w Zaniewiczach, który choć wypucowany w środku to jednak miał mało używaną ambonę, z której diakon Piotrek Sokołowski powrócił zapylony i w pajęczynie zaplątany. Widać proboszcz Żylis na tej czwartej wieczornej Mszy świętej nie miał już sił do głoszenia a może po prostu nie wchodził na górę. Zaniewicze robiły wrażenie zaściankowego szlacheckiego miasteczka. Kościółek na samym ryneczku ale czy był ceglany czy drewniany, nie pamiętam. Pamiętam jednak te drewniane podłogi ze sterczącymi główkami gwoździ. Wymyte do białości i czerstwe jak korek, pokryte podobnie jak w Małej Brzostowicy licznie ofiarowanymi dywanami parafianek.

 

Diakon Sokołowski

 

O Diakonie Sokołowskim wspomnę za pamięci, że choć przyjechał na te krótkie misje ze mną razem to jednak szybko zniknął, bo ksiądz Żylis wspólnie z abp Tadeuszem ustalili, że w ich podróżach po Białorusi nie zaszkodziłby diakon do asysty. W tych podróżach Piotrek dowiedział się, że również arcybiskup ma świetny humor,  potrafi żartować, choć na kazaniach płacze. Lubi bardzo kąpać się w ruskiej bani, jeść raki i sało z czosnkiem, które w każdej nawiedzanej parafii stało obficie na stole.

Choć pisałem już o tym wspomnę raz jeszcze, że choć bardzo różni z charakteru w seminarium kolegowaliśmy i jedna z przyczyn tkwiła w tym, że Piotrek jako charyzmatyk miał jeszcze na drugim roku seminarium coś w rodzaju proroctwa czy widzenia o jakim mnie powiadomił. Siedząc mianowicie wieczorem na chórze kaplicy seminaryjnej i patrząc jak ja sobie klęczę na parapecie tegoż chóru patrząc na tabernakulum Piotrek miał widzenie, że kiedyś razem wyjedziemy na Wschód.

Owszem spełniło się to po dwakroć, bo za rok mieliśmy w Indurze wspólną i piękna wzruszającą ceremonię prymicyjną.

Na dodatek choć potem Piotr nigdy nie wracał oficjalnie do tego widzenia i pomysłu to jednak zawsze zapraszał mnie do siebie gdy bywałem w Polsce i nawet dwukrotnie miałem rekolekcje w jego parafii na ulicy Ogrodowej w Białymstoku i mnóstwo katechez misyjnych.

Wielokroć słyszałem od niego, że oto wybiera się do Niemiec na całe lato, że bywa w Ameryce, bo taki właśnie był zawsze “pro Zachodni”. Tym niemniej pochodził z takiej parafijki na białostocczyźnie, w której katolicy stanowili mniejszość a reszta publiczności to byli Prawosławni. To parafia Michałowo, która w czasach rosyjskiego zaboru nazywała się Niezabudka i sławi się tym, że działał w niej pewien ksiądz katolicki, który był patriotą języka Białoruskiego. Został tu “zesłany” przez abpa Matulewicza i zdaje się, że tutaj właśnie zmarł. Było dla niego naturalnym więc środowisko Wschodu. Białoruś między innymi nie była dla niego żadną niespodzianką. Indura czy Brzostowica to sąsiednie z Michałowem miasteczka, lecz długo nie wyraził tego w żaden konkretny sposób. Mało tego ku memu wielkiemu zaskoczeniu z wielkim trudem składał krótkie frazy po rosyjsku. Zdawało się, że tego języka całkowicie nie trawi i absolutnie nie zna.

Mając 18 lat kapłaństwa Piotrek nareszcie wyjechał z kraju i to nie byle gdzie, bo do Grecji na jakąś odległą wyspę. Choć geograficznie to południe a nie Wschód tym niemniej jako kraj z miażdżącą większością Prawosławia Grecja jest traktowana w Europie jako kraj egzotyczny z przysmakiem Orientu.

Warunki pracy owszem misyjne. Czy to kolejny etap proroctwa tego nie wiem ale bardzo się z tej spóźnionej decyzji Piotrka cieszę i już niecierpliwie czekam na jego wspomnienia i wrażenia z rocznego pobytu, po którym miałby otrzymać samodzielną parafię i rozpocząć misje.

 

Kardynał Szoka

 

Jakiś czas “watykańskim premierem” był Amerykanin polskiego pochodzenia Kardynał Szoka. Widywałem go w telewizji ale jeden raz ku memu zaskoczeniu opowiedziała mi o nim siostra Bernarda, ze był w Indurze, bo to jego ojczyzna i żeśmy się rozminęli tylko o jeden dzień. Nie  pamiętam kto mu wtedy towarzyszył i czy była to wizyta oficjalna czy raczej incognito. Pewne jest, że tam był i stamtąd pochodzi.

 

6. WOŁKOWYSK

 

 

Misje redemptorystów

 

Zaraz po święceniach z inicjatywy pewnego młodego kapłana, którego napotkałem w trakcie pobytu papieża w Białymstoku wszyscy czterej neoprezbiterzy pojechaliśmy do Wilna na Mszę dziękczynną okrężną drogą czyli przez Wołkowysk.

Trwały misje parafialne, na które zjechał się wielki tłum  z okolicznych kołchozowych wiosek autobusami. Kolumny megafonów niosły głos misjonarz redemptorystów, którzy przyjechali z Porozowa (na północ od Grodna przygraniczne z Litwą miasteczko).

Młody kapłan prosił byśmy przyjechali pomagać spowiadać i miał rację potrzeba była wielka. Nigdy przedtem ani potem nie wysłuchałem tylu spowiedzi w ciągu doby. Nawet na  posiłki nie wychodziłem z powodu entuzjazmu jaki tam panował i z racji na realną potrzebę.

 

Nie zamykajcie serc

 

Motywem przewodnim i hymnem tych misji jaki mi w uszach brzmi po dziś dzień były słowa jakie wielokroć cytowałem w swoich licznych kazaniach i wspomnieniach:

“nie zamykajcie serc, zbawienia nadszedł czas,

Gdy Chrystus puka w drzwi, może ostatni raz”

Te słowa oraz melodie zespołu “Rajski Maj” to element składowy tego przedziwnego czasu. W kościołach był entuzjazm religijny a na ulicach entuzjazm muzyczny wyrażający się w wolności śpiewania dyskotekowych motywów.

 

Rajski Maj

 

Podobno pierwszym takim rewolucyjnym faktem w Związku sowieckim był fenomen szwedzkiej ABBY, którą ludzie polubili przyjęli na hura i powstała w ten sposób szczelina przez, którą pop-kultura zaczęła przenikać do wielkich miast i wsi.

W każdym kiosku w Grodnie, Wołkowysku, w Lidzie czy Nowogródku w tym okresie były latem wystawione głośniczki i dudniła ta muzyka dyskotekowa, że nie sposób się było od niej uwolnić. Przebój “Biełyje Rozy” dotarł do polskiego radia a nawet w Japonii stał się przebojem.

Wspomniany przeze mnie “Rajski Maj” to fenomen tamtych czasów.

Kilkoro chłopaczków z domu dziecka pod opieką pewnego wiejskiego poety i menedżera podającego się za krewniaka Gorbaczowa zrobiło furorę na przestrzeni kilku zaledwie lat. Wszyscy rzeczywiście pochodzili z okolic Stawropola na północnym Kaukazie. Grali sobie na poziomie naszych orkiestr weselnych korzystając z syntezatorów, które same symulowały perkusję i mogły grać kilka akordów.

Entuzjazm tych dzieci był wielki. Potrafili grac codzień po kilka koncertów i przemieszczać się po kilka tysięcy kilometrów w dzien. Spali byle gdzie, jedli byle co ale byli szczęśliwi. Zaproszeń było tak wiele, ze poeta z menadżerem na spółkę zaczęli klonować zespół. Mieli przygotowanych kilka bliźniaczo podobnych grup pod jednym i tym samym “Brandem” Majski Raj i ponieważ znani byli z radia a nie z telewizji mogli nie dbając o fizyczne podobieństwo bohaterów rozsyłać ich w jeden i ten sam dzień w przeróżne zakątki upadającego sowieckiego imperium.

Może by tak trwało do dziś gdyby sprawa się nie zainteresowało KGB i dziennikarze. I ci i drudzy zadali jak to bywa na wschodzie łapówek. Ponieważ nic nie dostali zespół został poddany szykanom i tak szybko jak powstał szybko i zniknął a głównego solisty nikt nie widział ponad 10 lat. Chłopak strasznie przytył, rozpił się, stracił dynamikę i oszałamiającą popularność o jakiej nie mógł marzyć. Takich scenariuszy sowiecka scena zna kilka.

Dokładnie w dniach mojego pobytu zginął przez przypadek a może specjalnie inny idol sowieckiej estrady solista zespołu “Grupa Krowi” bard koreańskiego pochodzenia Wiktor Coj. Inny śpiewak dużego kalibru Igor Talkow, którego pieśni nuciła cała młodzież początku lat 90-tych został zastrzelony przez pewnego żydowskiego emigranta, któremu udało się uciec za granice i uniknąć kary.

 

Diakon Stefan Katynel

 

Ważna postać w życiu kościoła na Wschodzie w moim odbiorze to był mój kolega diakon i rówieśnik napotkany w 1990-m roku w Wołkowysku. Średniego wzrostu, z okrągłą twarzą ale zdecydowanymi rysami człowieka z silną wolą. Ciemne włosy z długą grzywką. Powściągliwy i zagadkowy.

Ja właśnie zakończyłem dyżur w Indurze a on kończył dyżur w Wołkowysku dokąd się udałem z ciekawości. On wracał przez Wilno do rodzinnego Ostrowca, miasteczka na białorusko-litewskiej granicy i ja planowałem jechać do Wilna. Umówiliśmy się więc, że pojedziemy razem.

W szok wprawiła mnie jego znajomość łotewskiego.

Miał dzwonić w jakiejś sprawie do seminarium. Ja słyszałem przebieg rozmowy i pękałem z zazdrości. Dostrzegłem na przykładzie Stefana, że klerycy z Rygi nie mają sowieckich kompleksów są ludźmi światowymi a sam Związek Sowiecki w tym momencie nie wyglądał na zacofany kraj jak się miałem o tym przekonać troszeczkę potem, gdy pojechałem w głąb Rosji.

Plebanie Białoruskie, wszystkie “chlebosolne, gościnne i niebiedne”

Ludzie dla swych kapłanów oddawali wszystko co mieli, a klerycy w porównaniu z tym wysokim statusem jaki mieliśmy w Polsce to wręcz paziowie noszeni na rękach. Miasta były czyste, zadbane, mało się widziało alkoholików na ulicach.

Zadziwiały mnie szerokie, luksusowe szosy.

Piękny las też dodawał uroku podróżom.

Wilno miało mnie zaczarować ale to już jakby oddzielny temat.

Wracając do diakona Katynela to wiem, że z czasem udał się do Rosji i objął jedną parafii w Petersburgu, gdzie zapewne pracuje do dzisiaj.

 

7. PIASKI

 

Biskup Kuryszyłowicz i bracia Steckiewicze ze Szczecina

 

Pisaki to parafia w rejonie Mostów.

Dotarłem tutaj  troszkę później niż do Indury. Spędziłem w Piaskach i w Rogoźnicy kilka dni w listopadzie i w grudniu 1990-go roku. To była rodzinna parafia księdza Biskupa Kuryłowicza, franciszkanina konwentualnego, który w tamtych czasach został biskupem pomocniczym w Szczecinie.

Widywałem go tylko z daleka i to głównie w telewizji lub w gazetach. Odniosłem wrażenie, że to śniady mężczyzna z siwiejącą czarną czupryną.

Franciszkanie Konwentualni byli bardzo dumni z wyboru tego kapłana na biskupa diecezjalnego. Jakby nie było w Polsce to dość rzadki przypadek kiedy jakiś zakonnik staje się hierarchą. Na misjach dużo częściej.

Po kardynale Szoce to już kolejny książę kościoła, który pochodzi z Białorusi.

Mogę się tylko domyślać, że to on właśnie stymulował bliźniaków Steckiewiczów do wyjazdu, czy raczej do powrotu na wschód. Obaj trafili w jurysdykcje księdza Kondrusiewicza jako dodatek do wspomnianej “białoruskiej  mafii”, by obsługiwać kluczowe dla Rosji parafie w Moskwie i w Kaliningradzie w randze dziekanów. Niestety wraz z pojawieniem się w tamtych stronach nuncjusza Antonio Meniniego zarówno ksiądz abp Kondrusiewicz “musiał” powrócić na Białoruś jak i bracia Steckiewicze. Nie znam losów dziekana z Królewca, wiem na pewno, że dziekan z Moskwy na Białoruś wyjechał.

 

 

8. MOSTY

 

 

Spalony kościół

 

Mosty to miasteczko nad Niemnem. Są tzw. Mosty Lew i Prawe. Dzieli je od siebie rzeka. Czy w obu miasteczkach były kościoły nie wiem. Wiem, że w czasach sowieckich nie było żadnego. Jeden drewniany spłonął więc ludzie korzystali z kościoła w Piaskach. Myślę, że dzisiaj już cos zbudowano.

Bardzo bym się z tego cieszył.

Cieszyła by się również moja parafianka Janina Gołowko, która wiele serca włożyła w odbudowę struktur kościoła katolickiego na Donbasie w Ukrainie.

To jej rodzinne strony. Od niej zwykle dowiadywałem się mieszkając na Ukrainie co się dzieje w Grodnie, bo obecnie jej rodzeństwa właśnie tam mieszka.

Życie Janiny, która bardzo się pasjonuje kościołem byłoby zapewne bardzo smutne gdyby nie kościół. To jakaś charakterystyczna cecha dla starszego pokolenia Białorusinów z polskimi korzeniami, że ich polskość bardziej wyraża się w katolickości niż w kwestiach językowych.

 

9. ROGOŹNICA

 

Rogoźnica, Piaski i Plebanowce były w tamtych czasach obsługiwane przez ks. Krzysztofa Karolewskiego obecnego proboszcza w Pskowie.

Ten piegowaty, rudawy  blondyn o bladej cerze z tendencją do rumieńców średniego wzrostu to pokład energii. Zamyślony ale spostrzegawczy człowiek.

Dostrzegłem jeszcze w czasach kleryckich, że nie zabiega zbytnio o piękne stroje.

Wszystko inwestuje w sprawy kościelne. To taki drobiazg, ja choć nie jestem spostrzegawczy uznałem to za plus w jego misyjnej naturze.

Można rzec, że na Białorusi zdobywał szlify misyjne i spisał się nieźle.

Był na tyle skutecznym kapłanem, ze w 1996-m roku zaczął się obawiać o swe życie. Przyjechał do Moskwy do ks. Kondrusiewicza i ten zaproponował mu budowę kościoła w tym historycznym mieście. Wywiązał się nieźle choć i tutaj były pogróżki i nienawiść podsycana przez ortodoksyjne skrzydło Prawosławia i jak to bywa przez służby specjalne.

Parafia w Rogoźnicy w 90 procentach polska. Ludziom obiecano repatriację ale oni mówili, że wyjada tylko ze swym proboszczem. Władze wiec zrobiły dokumenty dla Proboszcza a parafian nie wypuściły. Takie zabawy “w kotka i w myszkę” to typowy sowiecki woluntaryzm i sobiepaństwo. O funkcjonowaniu jakichkolwiek norm etycznych nie ma co i gadać. Prawa człowieka, wolność sumienia czy wyznania, to wszystko na kilkadziesiąt lat stało się fikcja.

W trakcie pobytu w Rogoźnicy ks. Krzysztof zaprzyjaźnił się z potomkiem właściciela tych dóbr, który emigrował do Kanady i zbił majątek. Hrabia powrócił i nawet kandydował na prezydenta Białorusi konkurując z panem Łukaszenką. Można się domyślać, że szykany na ks. Krzysztofa to odwet za jego układy z Hrabią.

 

Historia naszej znajomości

 

Moje układy z ks. Krzysztofem to dość długa historia. Wyśledził on mnie jako kleryka jeszcze w 1985-m roku. Jechaliśmy do domu tym samym mławskim autobusem z Łomży. Ja byłem klerykiem pierwszego kursu w Białymstoku on diakonem łomżyńskiej diecezji choć  podobnie jak i ja mieszkał pod Żurominem we wsi Chamsk. Choć nie miałem koloratki to jednak ubierałem się na czarno i podobnie jak on miałem “gębę brewiarzową”. Rozgadaliśmy się i zaprzyjaźniliśmy. Pierwsza parafia tego księdza to był Lipsk nieopodal Dąbrowy Białostockiej. Odwiedzałem go tam jako wikariusza i z radością się dowiedziałem, że w 1989-m roku jako jeden z pierwszych zgłosił się do abp Kondrusiewicza do pracy na Białorusi.

Musieli się widocznie gdzieś spotkać na Podlasiu i na ten temat domówić. Abp był zawsze wszędobylski i rzeczowy. Szybko przechodził do konkretów. Oddany dla sprawy bez reszty z lekkością znajdował chętnych do pracy na Białorusi i z podobną lekkością troszkę później poszukiwał wolontariuszy do pracy w Rosji.

 

Plącząca na cmentarzu

 

W trakcie grudniowego spotkania w Rogoźnicy byłem świadkiem niezapomnianej sceny. Pewna kobieta, której twarzy nie mogłem dostrzec z powodu ciemności późnym wieczorem stojąc u jakiejś mogiły nie płakała lecz wyła. Była cienko ubrana, chuda, być może opłakiwała męża, rodziców lub dziecko. Co by to nie było scena była niesamowita. Ponadto było mroźno a ona była niezbyt dobrze ubrana.

Zachowywała się jak bohaterowie mickiewiczowskich dziadów. Wyglądało tak jakby chciała coś wymusić u Boga albo jakby po prostu oszalała z tęsknoty po kimś zmarłym. Takich scen nigdy dotąd ani potem nie widziałem w Polsce ani nawet w Rosji. Zapadło mi to mocno w pamięci i nigdy tego nie zapomnę.

 

Pięć łazienek

 

Ksiądz Krzysztof mieszkał kątem u pewnej rodzinki mieszanej.

Pani domu była jedną z nielicznych we wsi prawosławnych a mimo to była szczęśliwa, ze to właśnie u niej katem ksiądz mieszka. Jej syn wstąpił do seminarium w Szczecinie i nawet został kapłanem z tego co mi wiadomo. Kobieta była bardzo z tego dumna. Jej relacje z proboszczem były matczyne i bardzo  budujące. Nawet mu mocno zazdrościłem gdy widziałem z jaką troską szykuje mu obiad oraz kąpiel w misce, żeby sobie umył plecki po podróży. Opowiadam te szczegóły z prawdziwą nostalgią, bo już za chwilę tę sielankę źli ludzie zapragnęli zburzyć. Za jakiś czas ksiądz zmienił mieszkanie, bo ktoś rozsiewał plotki, ze on ma romans z córką gosposi. To wszystko głupstwa zapewne. Ksiądz Krzysztof miał kilka lat kapłaństwa i wiem z obserwacji, że był sprawie bardzo oddany i żadne flirty raczej mu nie chodziły po głowie. Nie trzeba jednak wiele by dolać oliwy do ognia. Polskie wioski czy po tej stronie granicy czy po tamtej są podobne. Lepiej na wszelki wypadek zachować ostrożność. Sam się w tej dziedzinie nieraz sparzyłem pracując w Rosji. Ksiądz więc postąpił słusznie, że odszedł z tego domu pospiesznie budując plebanie z białej cegły.

Wieśniacy byli bardzo zadziwieni i długo znowu plotkowali, tym razem na temat łazienek. Plebania miała dwa piętra. Na pierwszym była łazienka w pokojach proboszcza i na kuchni. Na Pietrze były trzy pokoiki gościnne i każdy miał oddzielną łazienkę. Dla wieśniaków którzy w większości korzystali z podwórkowych ubikacji nie mieściło się w głowie po co proboszczowi tyle łazienek.

Misja tego człowieka polegała więc nie tylko na głoszeniu słowa bożego ale również nowych standardów cywilizacyjnych.

Ten mechanizm się powtarzał w wielu innych parafiach na Białorusi czy w dalekiej Rosji. Słyszałem na ten temat wypowiedz pewnego Franciszkanina: “Musimy pokazać ludziom, że ubóstwo i dziadostwo, to dwie różne rzeczy”!

Mi osobiście nie udawało się nigdy w tej dziedzinie być wiarygodnym europejczykiem, byłem jednak dumny ze swych kolegów, że potrafią na antypodach tworzyć sobie godne warunki do pracy i zachęcać do tego otoczenie uśpione w letargu. Takim Prometeuszem Wschodu był i jest w moich oczach mój ziomek i starszy kolega na misyjnym wschodnim froncie.

Do jego zasług należy, że domówił się z władzami w sprawie budowy odcinka asfaltowej drogi z Piasek do Rogoźnicy. Powiesił kaloryfery w dużej kamiennej świątyni. Wielokroć woził do polski grupy pielgrzymów w tym również do mojej parafii Dolistowskie. My dla Rogoźnicy nie pozostaliśmy dłużni tez z całym autobusem dzieci i nauczycieli odwiedziliśmy ich szkole o czym za chwilkę.

 

Spotkanie w szkole

 

Spotkanie o jakim mowa było szokujące.

Było to wiosną 1992-go roku, tuż przed moim wyjazdem do Rosji.

Zebrałem dzieci z wioski Dolistowo i Zabiele, kilka nauczycielek i dwu księży.

kolegów. Mieliśmy w planie  odwiedzenie w przeciągu kilku dni najważniejszych miast Białorusi i litewskie Wilno.

Pierwszy nocleg miał być u parafian u księdza Krzysztofa.

Spóźniliśmy się do Rogoźnicy, bo przetrzymano nas na granicy. Ponadto jechaliśmy przez Indurę a tam krotko się nie dało. Ksiądz Krzysztof był na mnie obrażony, bo wszystko było zapięte na ostatni guzik. Cała szkoła dzieci i nauczyciele czekali na nas do północy.

Były występy i dyskoteka a nawet sporo jedzenia i wódka, której nikt z przyjezdnych nie chciał pic. Tutaj tez spełniliśmy misje cywilizacyjna. Pokazaliśmy, ze picie na spotkaniach międzynarodowych nie jest konieczne.

 

Organista z Gdańska

 

Jedną z ciekawostek parafialnych był fakt, że proboszcz wprowadził religię w szkole czego w tamtych czasach ani dziś na Białorusi się nie praktykuje. Wykładał sam na zmianę z panią Basią która  przyjechała z polski jako narzeczona organistego z Gdańska. Zwykle bywa tak, że na misje jadą księża w pojedynkę. Ten kapłan miał rodzinę misyjną do pomocy i to było widać jak bardzo skuteczną. Ci młodzi ludzie mieli we wszystkich wioskach autorytet nie mniejszy niż sam proboszcz. Katechetka miała dodatkowo lekcje polskiego w szkole i organizowała wspólnie z proboszczem liczne wyjazdy do ojczyzny czym rzeczywiście zapisała się na zawsze w historii wioski. Wieś dużo mniejsza od Indury ale ks. Krzyśkowi udało się zdyscyplinować ją w podobnym stopniu jak Żylisowi i siostrze Bernardzie. Rogoźnica to rzeczywiście fenomen na skale całej Białorusi. Ciekaw jestem jak tam obecnie sprawy się maja.

 

Powołania

 

W tamtych czasach prócz kleryka w Szczecinie studiował jeszcze jeden chłopiec w Grodnie i mam nadzieje, ze skutecznie seminarium zakończył.

Nazywał się chyba Sosnowski, jego siostra studiowała medycynę w Białymstoku a mama stała się nowa gosposią na plebanii. Mam nadzieje, ze kolejnych plotek nie było na ten temat a jest i były to chyba dodatkowy dowód na skuteczność proboszcza, który w krótkim czasie stal się kluczowa i centralna osobistością w tej dużej gminnej wiosce.

 

10. PLEBANOWCE

 

Młody Fordon

 

Wracając do kwestii powołaniowe to inspiracją dla chłopaków mogła być nie tylko postawa  Krzysztofa Karolewskiego ale również osobowość Sługi Bożego księdza Fordona. Trafił on do parafii w okolicznych Plebanowcach jako neoprezbiter i podobno przepracował lat kilka.

Potem zasłynął jako budowniczy kościoła w Dąbrowie Grodzieńskiej przemianowanej przez komunistów na Dąbrowę Białostocką. Ostatecznie znamy go jako współpracownika i przełożonego św. Maksymiliana Kolbe na franciszkańskiej placówce nad Niemnem w Grodnie.

 

Odpust z prosiaczkiem

 

Powrócę do odpustowej opowieści o prosiaczku. W Plebanowcach właśnie dowiedziałem się jak funkcjonuje mechanizm obsługi odpustowego stołu. Okazuje się, że na Białorusi istnieją nielegalne kostnice dla prosiaczków. Wkłada się zdechlaczka do lodówki a potem kilkakroć ten sam egzemplarz jest pokazywany dyrektorowi kołchozu jako nowy zdechlak. W międzyczasie jego żywi braciszkowie trafiają na świąteczne stoły całej wioski.

Dzieje się tak z powodu, ze kołchoźnicy są zle traktowani i w ich ocenie państwo ich oszukuje i okrada. Nie maja wiec skrupułów, by czasami coś z kołchozu przynieść na stół dla proboszcza. Wyrozumiały księżulo nie warczał na nich tylko się z tego śmiał do łez gdy mu opowiedzieli całą historię.

Takiego właśnie prosiaczka w całości na talerzu widziałem po raz pierwszy w życiu na dzień św. Antoniego, bo to dzień odpustowy. Wytrwaliśmy się z kolegami neoprezbiterami z wołkowyskich konfesjonałów i odprawiliśmy wspólnie prymicje oraz rozdaliśmy 3000 prymicyjnych obrazków spośród 5000 jakie  przygotowałem do rozdania w Wilnie i w Indurze. Pozostałe 2000 podzieliliśmy na pol. Dwu kolegów odprawiało sekundycję w kościele św. Ducha w Wilnie a ja z Piotrkiem pojechaliśmy błogosławić naszych przyjaciół w Indurze następna niedziele po św. Antonim po czym szczęśliwi wracaliśmy do kraju obejmować swe pierwsze wikariaty i dowiadywać się o planach wakacyjnych naszych pierwszych proboszczów.

 

Oaza z Arturem i Kasią

 

Mój dolistowski Proboszcz był tak życzliwy, ze pomimo krótkiego urlopu w lipcu zgodził się bym do Plebanowiec pojechał w sierpniu na oazę, byłem tylko sobie zapewnił zastępstwo. W pierwszym tygodniu oazy zastąpił mnie mój kursowy kolega ks. Bolesta z Goniądza, po którego dolistowski wikariusz dojeżdżał codzień 15 km. Drugi tydzień zastępował mnie pewien salezjanin z Suwałk znany mi z pielgrzymki do Różanegostoku. Były to niezapomniane chwile. Miałem do pomocy 3 animatorów z Białegostoku i dwoje z Suwałk. Pierwszych przywiozłem 18-go sierpnia w dzień moskiewskiego puczu. Druga grupa dotarła za tydzień. Opuściłem oazę na jeden dzień dosłownie, żeby odprawić niedzielna Mszę świętą w Dolistowie i powróciłem przez Suwałki, Ogrodniki i Perezowo w ekspresowym tempie na taksówce! Za kierownicą siedziała sympatyczna kobieta Litwinka, z która przez kilka godzin szlifowałem język.

Moi animatorzy spisali się dzielnie. Z czasem miałem się dowiedzieć, że Artur, który przywiózł na oazę swoją sympatię potem wziął z nią ślub. Spotkaliśmy się dopiero po 18 latach na rekolekcjach w parafii błog. Bolesławy w Białymstoku. Bogusia z Suwałk z czasem wyjechała jako świecka osoba na misje do Kazachstanu a teraz jest zakonnicą w Muszynie pod Krakowem.

Na oazie, która była dochodząca dzieci pojawiały się z rana. Mieliśmy wspólną msze, zajęcia w grupach, obiad i rozstawaliśmy się po apelu jasnogórskim. Parafia miała radość, bo ks. Krzysztof nie nadążał każdy dzień ze Msza św. z Rogoźnicy i Piasków do Plebanowiec. Dzięki oazie msza była codzień przez 2 tygodnie. Proboszcz wpadał wieczorami i przeważnie brał ze sobą kleryka Sosnowskiego stad go dobrze pamiętam, bo nam troszkę pomagał.

 

 

11. GNIEZNO

 

 

Piękny gotyk

 

Gniezno to była niewielka parafijki w okolicach Wołkowyska, którą znalem jedynie z filmu o poświęceniu kościoła, który zrobił ksiądz Żylis a także z opowieści diakona Piotra. Dowiedziałem się, że do tej wioski na otwarcie kościoła wieziono biskupa w karecie po asfalcie usłanym kwiatami na długości kilku kilometrów.

Kościółek starożytny, gotycki.

Kiedy się wchodziło do środka to podłoga była niżej poziomu podwórka, jakby się zapadał pod ziemie ze starości.

Wyjeżdżając z Rogoźnicy postanowiłem sam go obejrzeć i pokazać mojej grupie. Stamtąd jechaliśmy do Nieświeża, Żyrowic i Nowogródka.

 

12. ŻEŁUDOK

 

Miasteczko nieopodal Szczuczyna. W białostockim seminarium był z tej miejscowości kleryk o nazwisku Kozioł, który był utalentowany muzycznie i grał na organach. Jedna z tych miejscowości gdzie duszpasterstwo w okresie międzywojennym trwało nieprzerwanie. Mieszkał tu i pracował jeden z 40-tu 80-cio Latków, którzy w sowieckiej epoce oparli się zębowi czasu i wytrwali na posterunku aż do nastania wolności religijnej.

 

13.SZCZUCZYN

 

Duże miasto na trasie z Grodna do Lidy i Mińska.

Ośrodek duszpasterski ojców pijarów, zachował się dużych rozmiarów klasztor zwrócony przez wojska obrony antyrakietowej. Naprzeciw klasztoru stoi prawosławna cerkiew. W tym mieście w drodze do Nowogródka pierwszy raz w życiu spróbowałem zjeść owoc granatu i długo się z nim męczyłem nie wiedząc jak postąpić.

 

Wojsko w klasztorze

 

Szczuczyn jest mi znany z jesiennej eskapady na Wszystkich świętych 1990-go roku.

Pewien ojciec pijar opowiadał mi i koledze z rocznika, (tym razem był to Jurek Rojecki, któremu zatrzymano święcenia diakońskie) jak to z klasztoru odchodziły wojska sowieckie zrywając parkiety i wszystko co się da w pośpiechu. Mapę jednak świata wielkich rozmiarów przylepioną w biurze dowódcy pozostawili, bo była na trwałe przyklejona do ściany za plecami dowódcy.

 

14. LIDA

 

Zaproszenie z Lidy

 

Warto w tym miejscu wspomnieć, że mój historyczny wyjazd na Białoruś zawdzięczam Anatolowi Parachniewiczowi i jego koledze z Lidy. Rozmowa na temat zaproszenia dla mnie i dla Piotrka Sokołowskiego miała miejsce wiosną. Za parę miesięcy w czerwcu papierek z zaproszeniem miałem już na rękach. Wypisała go dla nas siostra mama albo koleżanka tego chłopaka z Lidy, którego widziałem jeden jedyny raz w życiu.

Moja mama nawet się dziwiła skąd ja znam jakąś Lidę na Białorusi.

Gdyby nie białostockie wychowanie, które mocno akcentuje sprawę posłuszeństwa i norm grzecznościowych to pewnie byśmy pojechali do Lidy bezpośrednio i tam szukali szczęścia. My jednak poszliśmy prosto z dworca do księdza Biskupa rezydującego w Grodnie i ten nas odwiódł od takiego pomysłu.

“W Lidzie jest dosyć księży, jedzcie do Indury, tam proboszcz słabo gada po polsku, niech usłyszą normalne kazanie nareszcie”.

Owszem zaraz po odbyciu praktyki w Indurze pojechałem do Wołkowyska a stamtąd przez Lidę do Wilna. Patrzyłem zaintrygowany na to kresowe miasteczko, w którym nie dane mi było się na dłużej zatrzymać. Patrzyłem może z pół godziny, bo tyle postoju miał autobus. Następne odwiedziny w Lidzie miały być dopiero za rok.

 

Drewniany kościółek Salezjanów

 

Lida mnie owszem intrygowała, bo dobrze ją znałem z licznych opowieści. Miasteczko zadbane. Sporo drewnianych domków ale nie mało cztero piętrówek i prywatnych domków z białej cegły. Tak też wyglądała salezjańska plebania kilka ulic dalej niż drewniany kościół. Jeśli dobrze pamiętam Salezjanie planowali wznoszenie nowego kościoła. Stary odwiedziłem w 1998-m roku.

Odwiedziłem go z grupą pielgrzymów, którzy mieli się udać do Budsławia razem z miejscowymi parafianami z Lidy a ja sam udawałem się dalej do Polski z młodzieżą na Parafiadę.

Czuło się sporo emocji. Zazdrościłem wychodzącym ich entuzjazmu.

Potem się jednak miało okazać, że ta pielgrzymka była klęską, bo właśnie na niej dwu indurskich prezbiterów porzuciło kapłaństwo.

Niestety nie miałem możliwości przyjrzenia się uważnie temu miastu.

Pamiętam z opowieści księdza Edwarda Mackiewicza, że za jego czasów liczba ministrantów dochodziła do 70 osób.

Z Lidy pochodził mój wykładowca ks. Lucjan Namiot i mama mojego wychowanka Mikołaja Dubynina obecnego przełożonego rosyjskiej Kustodii Franciszkanów Konwentualnych.

 

Chlebosolny ksiądz Edward

 

Ponieważ w Lidzie właśnie przeżył najpiękniejsze chwile swego kapłaństwa mój kolega z Rostowa Salezjanin Mackiewicz chce mu tutaj właśnie parę słów poświęcić.

Okazuje się, że gdy otrzymał propozycję wyjazdu do Rostowa miał problemy z płucami. Musiał zrezygnować z palenia i wielu starych nawyków. Zrobił w imię swego zdrowia ale tez dla dobra nowej placówki w Rostowie, którą potraktował bardzo serio. Mimo, że jest człowiekiem rubasznym jak Zagłoba to jednak są rzeczy, których mu nie wolno odmówić i pośród nich co bardzo cenię jest jego łatwość w poruszaniu się pośród manowców kresowej kultury.

Jego rodzice pochodzą z Litwy zdaje się spod Trok.

Tato był krawcem i był przykuty do wózka inwalidzkiego. Tym niemniej dzieci było sporo i Edward był chyba najmłodszy. Na Litwie i Białorusi pozostało wielu krewniaków, których odwiedzał od najmłodszych lat. Mimo, że repatriowali się do Lidzbarka Warmińskiego to jednak nigdy nie zerwali więzów rodzinnych z kresami.

To też chcę podkreślić w osobowości Edwarda. Miał do ludzi takie właśnie podejście. Traktował jak członków rodziny. Szybko przechodził na ty i nawet kiedy był daleko od swych poprzednich placówek to zawsze opowiadał o Białorusi Litwie czy Ukrainie jak o swym domu ojczystym. To taki  typowy produkt Polaka wedle kresowej definicji jagiellońskiej.

Kiedyśmy razem pracowali nad Donem to wciąż słyszałem opowieści o Lidzie, o wielkim entuzjazmie do wiary o niezliczonej liczbie ministrantów. To zapewne sprawiło, że w latach 1995-1998 sam chodził i zabierał ze sobą sporą ilość parafian z Rostowa na piesze pielgrzymki z Lidy do Budsławia.

Z jego opowieści znam Oszmianę jak również wiele innych miast. Nie było żadnej trudności z namówieniem go na przejażdżkę po Białorusi i Ukrainie nawet gdyby to opóźniało cała wyprawę o parę dni czy o tydzień.

Mimo, że często bywałem z nim surowy i krytyczny on mi to po wschodniemu zapominał i przebaczał i już następnego dnia siadał ze mną za stół czy za kierownicę.

Jeśli trzeba gdzieś było razem jechać on mówił po prostu drapiąc się po głowie: “a czy ja mam inne wyjście?”.

Nie potrafił odmawiać, taki był i jest ks. Edek Salezjanin z Bibrki.

 

15. NOWOGRÓDEK

 

Wojewódzkie miasto

 

W czasach międzywojennych Nowogródek w granicach II Rzeczypospolitej był wojewódzkim miastem. Status ten niewątpliwie zawdzięczał legendzie Mickiewicza, bo dużych miast wokół nie brakuje. Tym nie mniej centralne położenie na kresach pozwoliło na taką nobilitację tego miasteczka. Dziś widać gołym okiem, że to rzeczywiście była metropolia, która aż nazbyt szybko straciła swój status.

Gdy odwiedzałem Nowogródek w roku 1990-m, to tak jakbym chodził po uliczkach mazowieckiego Zielunia.. Brukowane porośnięte trawą boczne uliczki i skwery. Sporo drewnianych przekrzywionych czasem kamienic. Nieremontowane i porośnięte mchem świątynie… oraz naprędce restaurowane z polskich funduszy Muzeum Wieszcza.

Jak wspomniałem kościołów było kilka i niektóre z nich zamieniono na cerkwie.

Jedynym działającym w tym momencie był ten gdzie pochowano siostry Nazaretanki.

Miasto leży w pagórkowatej okolicy i samo się wznosi malowniczo na szczycie jednego z takich pagórków. Mam na myśli centrum, czyli rynek.

Góra Zamkowa i fara jeśli się nie mylę znajdują się na wschód od centrum i troszeczkę niżej.

 

Młody dziekan

 

O Dziekanie Dziemianko i o jego święceniach Biskupich jest opowieść w rozdziale grodzieńskim. Teraz pora opowiedzieć o jego drodze do kapłaństwa. Wspominałem już o tym w innym opowiadaniu ale nie zaszkodzi powtórzyć, że obecny biskup pomocniczy w Mińsku był jednym z siedmiu studentów Prałata Lisowskiego, którzy z sukcesem zakończyli tajne, prywatne kursy kapłańskie i skutecznie zostali wyświęceni poza granicami Białorusi również w sposób tajny. Nie wszystkie tajemnice udało się skryć i podejrzenia wobec młodego księdza były. Ciekawostką jest jego wiek. Z obaw o dekonspiracji i zapewne z wielu innych powodów, których nie znam święcenia miały miejsce zaraz po osiągnięciu pełnoletniości i tuż przed pójściem do wojska. Jak wiadomo w prawie kanonicznym pozwala się święcić mężczyzn, którzy ukończyli 25 lat i odbyli odpowiednie studia w seminarium oraz cieszą się dobrą opinią przełożonych i wiernych. Święcenia więc młodego kleryka odbyły się z pominięciem większości tych norm. Warunki jednak konspiracji usprawiedliwiały wszystkie to niedociągnięcia. Życie potwierdziło dobitnie, że ten wyjątek był usprawiedliwiony i błogosławiony. Chłopak w wojsku za kręgiem polarnym był traktowany tak zle, że przez 2 lata nie miał możliwości odprawienia Mszy świętej a po powrocie jeszcze kilka lat walczył, by zalegalizowano jego status kapłana. Podobnie było zapewne z pozostałymi siedmioma tajnie wyświęconymi klerykami z Nowogródka.

     

Siostry męczenniczki

 

O Nazaretankach wiadomo, że modliły się za swego proboszcza, który trafił do aresztu. Wiadomo też, że podjęły przed Bogiem zobowiązanie, że gotowe same pójść do więzienia i umrzeć byle parafia nie pozostała bez księdza. Wiadomo, bo gdy wszystko się nagle dokonało wedle tego dziwnego scenariusza i Niemcy przyszli aresztować siostry, to jedna z nich w tym momencie była nieobecna i zachowała życie, widocznie w tym celu zachował ją Bóg, by pomagała księdzu jako żywy świadek opisanych wydarzeń. Dodatkowym świadkiem okazał się też pewien Niemiec, który wykonawszy na siostrach wyrok przyszedł do knajpy się napić i nikomu w niczym się nie tłumacząc głośno płakał powtarzając jedną zagadkową frazę: “jak one pięknie umierały”. Frazę ktoś usłyszał i mieszkańcy miasta skojarzyli fakty. Po nitce do kłębka odnaleźli w lesie zbiorową mogiłę jedenastu męczennic i po wojnie ekshumowali ich ciała oraz przenieśli na plac kościelny. Kiedy ja odwiedzałem parafię ich ciała jako Sług Bożych oczekujących na beatyfikację uroczyście przeniesiono do sarkofagu w bocznej kaplicy po prawej stronie w malowniczo położonej Farze nieopodal Góry Zamkowej.

 

 

16. GUDOGAJ

 

Bernard i Artur w Taganrogu

 

Gudogaj to pograniczne miasteczko z Litwa kiedy się jedzie z Wilna do Lidy.

Niedaleko stamtąd zarówno do Ostrowca jak i do Oszmiany. Obie te miejscowości już w tekście wymieniałem.

Kilkakroć bywałem tam przejazdem.

Los sprawił, ze z Gudogaja właśnie podobnie jak z Dokszyc otrzymałem wiele sygnałów wsparcia moralnego i realnej pomocy.

Ku memu  wielkiemu zdziwieniu w odpowiedzi na odręczny list do Prowincjała warszawskiej prowincji karmelitów, który jesienią 1996-go roku przekazałem przez ręce ojca Ryszarda dostałem wiadomość, ze do Taganrogu maja przyjechać w gościnę dwaj ojcowie z Gudogaja. Taganrog to była jedna z licznych obsługiwanych przeze mnie parafii na południu Rosji, do której tak bardzo poszukiwałem Kaplana na stale.

W pewnej podróży do Hiszpanii w autobusie o moich rozterkach dowiedziała się pewna zakonnica karmelitanka z Częstochowy siostra Serafina. Zachęciła mnie bym z ta sprawa się udał do Prowincjała i obiecała ze będzie się modlić. Przypadkiem los nas połączył na kilkanaście godzin w jednym autobusie do Madrytu i proszę popatrzeć jakie błogosławione skutki modlitwy. Ja tej siostry ani przedtem ani potem nie widziałem nigdy i mógłbym opowiadać legendy, ze to n9ie był człowiek a anioł z nieba w brązowym habicie ale ja wiem, ze ta  siostra gdzieś nadal. Mieszka i się modli i pewnie wspiera niejednego Kaplana na misjach w ten sam skuteczny sposób jak to było ze mną. Tak wiec wiosna 1997-go roku karmelici z Gudogaja odwiedzili Rosje. Jesienią przysłali na stale ojca Kasjana, który przetrwał w Taganrogu 3 trudne lata, potem przekazał wspólnotę ojcu Pawłowi i udał się do Usola na  Syberii, by tworzyć wspólnotę św. Rafała Kalinowskiego tez związanego cale Zycie przed zakonem z Białorusią. Ten białoruski ślad  z Gudogaja można odczytać i w Taganrogu i w Usolu i zapewne we wielu innych miejscach na świecie. Można, bo Gudogaj to sanktuarium a wiec generuje wiele  modlitw na cały świat.

Ojciec Bernard w chwili gdy mnie odwiedzał miał ten sam status co ojciec Jan Fibek, który tez bywał w gościach w Taganrogu. Proszę dostrzec, ze zarówno kapucyni z Białorusi jak i Karmelici patrzą na Rosje z ta sama nostalgia.

 

 

17. OSZMIANY

 

Salezjanie i siostry

 

O Salezjanach z Oszmiany miałem okazje słyszeć nieraz od księdza Mackiewicza, który spędził jakiś czas w Lidzie i był świadkiem pewnych zaszłości. Ktoś z Salezjanów w Oszmianie odzyskał i odremontował piękny kościół w którym była jakaś Fabryka. Zakon stracił duże pieniądze remontując świątynię ale Kapłan dopuścił się pewnych nieprawidłowości czy skandali już nie pamiętam o co poszło. Dość na tym, ze Salezjanów z parafii wyproszono. Nie ma dymu bez ognia. Proboszczem jakiś czas był tam mój kolega z białostockiego seminarium ks. Janek Puzyna.

Do tej parafii skierowano tez siostry Misjonarki świętej Rodziny i jakiś czas tu pracowała wspomniana już przeze mnie siostra Pawła. Pierwsza moja wizyta jednak w 1996-m roku to była wspólna podróż z siostra Teresa Łuksza.

Byliśmy w Oszmianie dosłownie chwileczkę. Autobus miał tam dłuższy postój wiec zdążyłem na chwilkę wpaść do kościoła a siostra Teresa opowiedziała mi o tej wspólnocie wszystkie znane jej ploteczki. To chodząca encyklopedia czasów podziemia i współczesnych.

 

Krewo

 

Opuszczając Oszmiany przeżyłem szok moralny, bo całkiem niespodzianie pierwszy raz w życiu ujrzałem przez okna autobusu mała wieś Krewo niegdyś wielkie stołeczne miasto litewskie.

Z czasem na ukraińskim Donbasie zapoznałem się z parafianka która pochodziła z tych okolic i miała na imię Anna. To była tak mocna osobowość i jest, ze bez niej nie wytrwałbym może i polowe tego czasu jaki spędziłem w mieście Makiejewka jako proboszcz. Anna to osoba z tak silna wola i taka miłością do kościoła i polskości, ze nie potrafię przemilczeć jej imienia w tym tekście.

Od czasu do czasu można będzie znaleźć w tekście opowieści o parafianach pochodzących z Białorusi, bo to osoby silne z charakteru choć na wygląd miękkie i słoniowate. Anna opowiadała o sobie, że potrafi 100 kilogramowe belki z torów kolejowych dźwigać i nie da sobie w kaszę dmuchać.

Spędziła w mojej obecności 5 lat nieustannie pracując przy remoncie kaplicy w Makiejewce na Donbasie a potem w Szachtach, Miczurino i innych moich parafijkach. Gdy nadchodziła kolęda brała wolne w szkole gdzie była woźną, żeby brać udział w kolędowaniu. Najwięcej radości sprawiało jej śpiewanie po polsku.

Choć była jawna patriotka i Polski i Białorusi, co jej tak było do twarzy to jednak ten patriotyzm ma przysmak tragiczny.

Nie potrafiła jednak swoich dzieci nauczyć miłości do ojczyzny i do wiary przodków. Jej mąż Iwaszyn był Ukraińcem i bardzo dużo pił. To się udzieliło starszemu synu. Stracił on kontrolę nad rodziną. Dzieci razem z żoną odeszły do wspólnoty protestanckich baptystów. Inne wnuki, dzieci córki i młodszego syna rosną nie chrzczone i zapewne zostaną z czasem ochrzczone naprędce w jakiejś prawosławnej cerkwi lub sekcie…

Podobne wrażenia wyniosłem z domu Tadeusza Żuromskiego, parafianina, górnika, który na modlitwie wzruszał się do łez. Późno odszukał nasza parafię w Makiejewce ale jeździł na każde ważne nabożeństwo nie ważne świątek piątek. Mimo podeszłego wieku podobnie jak Anna udzielał się przy pracy. Synowie jednak podobnie jak on górnicy nie zachowali żadnego sentymentu do wiary czy kościoła. Starszy syn mimo wyższego wykształcenia rozpił się i się powiesił w wieku 40-tu lat. Młodszy choć żywy to nie ustrzegł się podobnych inklinacji. Tadeusz był na mej liście pierwszo piątkowej ale miesiąc po mej przeprowadzce do Uzbekistanu zmarł.

Tak zakończyła się kolejna białoruska dynastia katolików na emigracji.

Mimo tych minorowych opowieści uważam, że Białoruś wniosła swój wkład w budowanie struktur kościelnych w innych sowieckich republikach czemu sama Ania jest przykładem najlepszym.

Niech ma opowieść będzie właśnie takim dytyrambem na cześć Krewa i Oszmiany.

Pamiętajmy, ze z tych okolic również pochodził ksiądz Michał Sopocko.

 

Ksiądz Józef Zaniewski

 

Wygląda na to, ze teraz jest odpowiedni moment by wspomnieć o innym salezjaninie, którego ksiądz abp Kondrusiewicz zabrał ze sobą do Moskwy.

To kolejny Kaplan z podziemia, który święcenia otrzymał w sposób ukryty i było to zdaje się w Polsce. Miał on pewna kuzynkę w Polsce która była zakonnica. Myślę, ze nie zgrzeszę jeśli wydam pewien sekret z czasów sowieckich. Tak wiec na ile mnie pamięć nie myli to właśnie ten kapłan aby się dostać do Polski i by otrzymać święcenia zawarł z zakonnica fikcyjny ślub z kuzynką, co pozwoliło mu na pobyt stały w Polsce. Zatrudnił się on przy pewnej kurii jako kierowca biskupi.

Miał okazje by pilnie studiować za co nagrodzono go święceniami.

Otrzymawszy święcenia a nawet trochę wcześniej rozwiódł się z kuzynka i powrócił na Białoruś. Otrzymał pewna litewska parafie nieopodal Oszmiany, w której mimo ze Polak paradoksalnie był bardzo lubiany i to tak bardzo, ze kiedy otrzymał od biskupa przeniesienie to parafianie dyżurowali dzień i noc żeby nie uciekł. Urzędnik z kurii który przyjechał z dokumentem został pobity a sam kapłan uciekł w przebraniu kobiety.

Proszę zobaczyć jakie przygody czekały kandydatów do kapłaństwa w sowieckiej Białorusi i jak im się potem pracowało z ludźmi. Nie ma co pewnie porównywać do tego co dzieje się w Polsce.

 

 

18. BIENIAKONIE

 

 

Michał Wołosewicz

 

Jako kleryk dostałem od mej parafianki pani Góralskiej adres do pewnego organisty z Bieniakoń, który codziennie dojeżdżał na rowerze do pobliskich Solecznik grać w kościele na terenie Litwy. Wskazuje to jak blisko od siebie położone są te dwa podzielone granicą miasteczka. W wierszach Michała Wołosewicza, które mi przysyłał pisane na maszynie bez polskich znaków ortograficznych tryskało miłością do Adama Mickiewicza i jego historii zwłaszcza do jego młodości spędzonej u Puttkamerów. Nie pojąłem dokładnie co student Mickiewicz robił w Bieniakoniach ale z czasem naocznie się przekonałem jak dobrze oznakowane są te miejsca, gdzie odbywał się romans naszego wieszcza z Marylą Wereszczakówną. Z jej zachowania widać, że zaocznie trwał on do końca życia.

 

Kamień Maryli

 

Jednym z materialnych znaków takiego zachowania Maryli jest odwiedzany jakoby przez nią do końca życia kamień w sąsiadującej z Bieniakoniami wiosce. Tam też Maryla nieopodal zbudowała dworek, w którym urządziła szkołę dla wiejskich dzieci i sama w niej wykładała. Była bardzo emancypowaną kobietą i wolno myślącą. Paliła fajkę i chodziła w spodniach, co w 19 wieku na Białorusi musiało mocno dziwić otoczenie, wręcz szokować. Hrabina jednak nie zwracała na to uwagi, bo jej status majątkowy pozwalał jej na wiele nonszalancji.

 

Pallotyni

 

Kościół w Bieniakoniach pełnił rolę magazynu. Materiały budowlane, węgiel, sol. Wszystko to miało wyniszczający wpływ na wnętrze i nie łatwo było przywrócić kościołowi dawną świetność. Nie każdy zresztą by się tego podjął. Podjęli się księża Pallotyni.

 

Uzdrowiciel

 

Opowiadano mi, że najpierw był w tej parafii był pewien ksiądz, który jako młody kapłan wsławił się tym, że mu woda sodowa strzelała do głowy. Ponoć zajmował się leczeniem parafian i że w tej sprawie do niego wielu się zwracało. Być może jego procedury pomagały chorym, ale psuły nerwy współbraciom w zakonie. Zgubiło go to, że nie słuchał napomnień przełożonych w tej sprawie. Zalecali mu ostrożność a on ostrożny nie był. Był on pierwszym proboszczem i był znany mi z opowieści jako “uzdrowiciel”. Był młody i ambitny. Nazywał się Kopeć.

Gdy się “pałka przegięła” ponoć przełożeni wysłali delegację zakonników, którzy go “pod pachy“ zabrali z ulubionej parafii i zawieźli do Polski, czy też na inną kresową placówkę. Choć brzmi to niewiarygodnie na Białorusi mogło się zdarzyć. To kraj niezwykły pod każdym względem. Nic dziwnego, że Mickiewicz stąd właśnie czerpał tak wiele natchnień. Historia księdza Kopcia jest warta jego pióra. Przepraszam, że tak nieudolnie i bez wierszy tak niezwykłe losy kapłańskie opisuję.

 

Pobożny staruszek

 

Podczas pobytu w Bieniakoniach zapoznałem starego pallotyna, który wyglądał na bardzo pobożnego, bo gdy niespodzianie zjawiłem się w kościele zastałem go na kolanach przy najświętszym sakramencie.

Miałem z nim krótką rozmowę i wyczułem coś szczególnego w jego zachowaniu i mowie. Trzeba mieć spory zapał by wyjechać na misję za granicę w podeszłym wieku. Trudno zwłaszcza gdy się zważy, że dla wielu młodych zakonników taki wyjazd zdaje się zsyłką i karą.

 

Olimpiada

 

To rodzinna wioska pani Janiny Góralskiej. Wioska ta przynależała do wymienianej już parafii Michaliszki, którą obsługiwał bardzo świetlany kapłan o nazwisku Zubielewicz. Nigdy go nie spotkałem ale znam dobrze z opowieści pani Janiny.

Choć pewnych faktów mam prawo nie znać lub przekręcać to mimo to wieś Olimpia lub Olimpiada znana jest mi z widzenia a do Michaliszek po prostu nie dojechałem bo nie śmiałem o to prosić moich gospodarzy Wasiukiewiczów z litewskich Solecznik, którzy i bez tego byli Az nazbyt wylewni i grzeczni.

 

19. WORONOWO

 

Wasiukiewicze w ostatni dzień mego pobytu na Litwie w 1990-m roku byli tak dobrzy, że zawieźli mnie do odległego o 30 km rejonowego miasteczka Woronowo skąd miałem wcześnie rano autobus do Grodna. Przejeżdżałem przez jakieś Jeziorany i Nowogród. Były to kolejne ciekawe okolice i krajobrazy, które mogłem oglądać tylko kątem oka ale lekko mogłem ocenić, że są niemniej piękne niż polskie Mazury i są praktycznie przedłużeniem tego samego pasma jezior.

Ostatnio, po 20-tu latach tych moich wojaży miałem okazje zapoznać się z młodym kapłanem pochodzącym z tych okolic. Jest zakonnikiem z paulińskiego zakonu i pracuje obecnie w Mariupolu. Ma na imię Leonard.

Zdziwiłem się bardzo, gdy wieczorem tego samego dnia bez specjalnego wysiłku dotarłem do rodzinnego Skrwilna. To było  jakbym powracał zza światów a w rzeczywistości geograficznie to zaledwie jakieś 500 km i samochodem można dziś pewnie “machnąć za pół dnia”, gdyby nie ta paskudna granica dzieląca Polskę i

Białoruś.

 

20. SOPOĆKINIE

 

W parafii Sopoćkinie nigdy nie byłem choć przejeżdżaliśmy obok pośród nocy w trakcie podróży do Ostrej Bramy z grupą z janowa i z Dolistowa w 1991-m roku.

Mówiło się wiele o tej parafii, bo był to jedyny dekanat dawnej diecezji Łomżyńskiej, czyli popularnie mówiąc Suwalszczyzny, który po II wojnie światowej dołączono do ZSRR a dokładniej do Białorusi.

Przez wszystkie lata powojenne aż do pierestrojki rezydował tam starszy i legendarny kapłan, którego nigdy nie spotkałem i nazwiska nie pamiętam.

Pamiętam jednak tę noc kiedy pośród wielkiej mgły wracając z Bieniakoń zabłąkaliśmy się gdzieś aż w okolice kanału augustowskiego na białorusko - litewskiej granicy i z pomocą mapy szukaliśmy drogi powrotnej do Gardininkai. Wracaliśmy przez Litwę i choć sporo czasu spędziliśmy na Białorusi żadnych specjalnych zaproszeń czy wiz nikt od nas ani na Litwie co oczywiste ani tym bardziej na Białorusi, co przynajmniej dziwne nie pytał i nie prosił. Takie były czasy. Może to łaska Boża, że jako neoprezbiterowi udało mi się tak wiele przeżyć i nie zaznać konfuzji.

 

21. ODELSK

 

Odelsk to kolejna parafia na Grodzieńszczyźnie, do której chętnie bym wstąpił ale nie było okazji. To rodzinna parafia metropolity Tadeusza Kondrusiewicza. Owszem z drugiej strony granicy w Minkowcach byłem jako kleryk trzeciego kursu i pamiętam tę parafijki i opowieści jak bardzo ludzie byli wzruszeni, że po kilku latach spędzonych w ZSRR ich wioskę a dokładniej kawałeczek Odelska oddzielono od reszty i przyłączono do sokólskiego powiatu, czyż nie jest to temat dla oddzielnej opowieści czy jakiegoś przygodowego filmu?

Podobne rzeczy działy się na Bieszczadach ale tam sytuacja była bardziej skomplikowana. Diaspora ukraińska w Ustrzykach była silna i ją z Polski usunięto.

Tutaj jednak na Grodzieńszczyźnie większość miast i wsi to katolicy, czytaj Polacy bardzo utwierdzeni w swoim wyborze wiary i światopoglądu. Oddzielanie ich linią Curzona od reszty kraju było zabiegiem bardzo tragicznym dla wielu osób i całych rodzin. Arcybiskup Kondrusiewicz również pozostawił sporo krewnych po polskiej stronie granicy. Pewnie los tak chciał, widać potrzebne to było dla większej chwały Bożej, żeby to Polskę spotkało.

 

22. KOPCIÓWKA

 

Parafia księdza Jana Chrabąszcza, który pod koniec okresu międzywojennego podjął się budowy kościoła 15 km od Grodna. Trafił na zsyłkę a niedobudowany kościół zamieniono na młyn. Produkcja mąki w kościele to dość symboliczna funkcja. Ojczyste miasto Jezusa i jego przodków Betlejem to “dom chleba”…

Na zsyłce ksiądz Jan wstąpił do oddziałów Andersa i w nieznanych okolicznościach zmarł w Jakobagsie pod Samarkandą czyli w Uzbekistanie. Tymczasem krewni nie znali jego losów. Mówiono im po prostu, że zginął w Katyniu lub na Syberii. Jeden z pociotków Leszek, który został klerykiem w kieleckiej diecezji próbował coś więcej się dowiedzieć o losach wujka. Zbadał tylko tyle, że dotarł do jego parafii i nawet jako kapłan spędził 19 lat w Kopciówce, odzyskał kościół, zarejestrował parafię i zorganizował małe sanktuarium MB Częstochowskiej do którego chodzą już jednodniowe pielgrzymki z Grodna. Za jakiś czas wyszło na jaw, że jednak nie w Katyniu a w Uzbekistanie jest grób wujka. Dotarł do nas i opowiadał wiele ze wzruszeniem o całej tej historii. Robiliśmy mu aluzje, że skoro przepracował tyle czasu na parafii wujka to teraz czas popracować w Samarkandzie w okolicach gdzie jest jego grób. Mówiliśmy tak, bo było wiadomo, że kończy się już okres pracy jego na Białorusi, że są chętni do pracy w Kopciówce. Oczekujemy na kolejną wizytę tymczasem ten niezwykły i lojalny pociotek podjął pracę w randze proboszcza parafii w  Pacanowie. Jak bardzo wymowna jest nazwa tej parafii i co sugeruje nie będę się rozwodzić. Powiem tyle, że ta historia ma początek dla mnie ale nie ma końca.

Tak wiele losów kresowiaków otknęło się o zsyłkę Sybir i wędrówki po Azji Środkowej aż do Ziemi Świętej i Monte Cassino.

W tym wszystkim musi być palec Boży i wołanie o refleksję.

Może ksiądz Leszek jeszcze będzie w stanie otworzyć w Uzbekistanie jakieś sanktuarium i miejsce pielgrzymkowe z natchnienia jakie dał mu ten wujek męczennik.

 

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com