II. MISYJNE RODZINY NA ROSYJSKIM POŁUDNIU

 

Salezjanie

 

Salezjanów w Rostowie za moich czasów było czterech a nawet pięciu. Każdy z inna misja i talentami. Najdłużej współpracowałem z księdzem Edwardem Mackiewiczem a potem z ks. Jurkiem Królakiem. Jedne wakacje spędził z nami ksiądz Dąbrowski na zastępstwie, jakiś czas był u nas ksiądz Tomek Piasecki i Marek Poniewierski.

Wszyscy przybywali w takim czasie i w takiej kondycji, ze rzadko znajdowaliśmy wspólny język.

Ciekawe było powitanie z księdzem Edwardem. Gdy powiadomił o tym jakim jedzie pociągiem, by objąć parafie i o jakiej porze ma przybyć, ja byłem tak zalatany sprawa budowy drewnianej kapliczki w parku, ze ledwie się na dworcu nie rozminęliśmy. Przybył on ze swym moskiewskim przełożonym i kolega księdzem Jozefem Zaniewskim pochodzącym z Białorusi.

Proboszcz parafii Niepokalanego Poczęcia był swego  czasu tak popularny i lubiany, ze musiał w dzień przeniesienia na inna parafie opuścić stara w stroju kobiecym, bo ludzie, którzy stali dzień i noc kolo plebanii nie chcieli dopuścić do wyjazdu lubianego Kaplana. Jak widać znajdował się on w areszcie domowym. Przedstawiciela Biskupa nawet pobito, gdy próbował pertraktować. Młody ale posłuszny kapłan tylko przebiegłością swoja uratował siebie i parafian od zniewagi Biskupa. Wszystko to działo się gdzieś w okolicach Oszmiany. Księża na Białorusi rzeczywiście byli i są na wagę złota. Tym niemniej właśnie stamtąd zabrał ze sobą do Moskwy ksiądz Kondrusiewicz najbardziej oddanych. W ich liczbie był wieloletni proboszcz z Baranowicz ksiądz Hej Antoni, nie mniej barwna postać niż ksiądz Zaniewicz...

Ksiądz Edward Mackiewicz nie był wyjątkiem. Zanim trafił do Rostowa pracował ponad rok w Lidzie, gdzie ilość ministrantów ponoć wyrosła do 70-ciu. Miał on nad nimi piecze i lubił się chwalić sukcesami z tamtych czasów. Opowiadał również niejednokrotnie, ze parafia mieściła się gdzieś niedaleko poprawczaka i ze rosyjski język zapoznawał on dzięki tej młodzieży. Słownictwo miał rzeczywiście młodzieżowe a nawet grypsowe czym zadziwił rostowska publiczność przyzwyczajona do literackiego rosyjskiego, którym starałem się posługiwać.

Ulubione powiedzonka księdza Edwarda to było: wieszać makaron na uszy(bajerować), szczeka opadła(zdziwko), za friko(halawa), siemano (kak dieliszki)oczywiście w rosyjskim wariancie.

Był wysokiego wzrostu i krepy oraz łysy z fragmentami blond włosów na lśniącej czaszce. Rubaszny, z ogromnym poczuciem humoru. Chwilami sknera a innym razem szczery do łez. Lubił w czasach gdy go zapoznałem w Różanostoku grac w karty i troszkę kopcił papierosy co rzucił w Rosji, bo miał szerokie zapalenie płuc. Właśnie z powodu tej choroby jego przyjazd do Rostowa się opóźniał.

Arcybiskup Kondrusiewicz w trakcie drugiej wizytacji w Rostowie dostrzegł, ze pośród cwaniaków i oszustów sobie nie poradzę i znalazł kapłana, który mógłby pociągnąć sprawę remontów i budowy kościoła.

W gruncie rzeczy nie pomylił się. Edward był szczery i pozwalał na głęboka krytykę ze swych wad, był nawet samokrytyczny. Gdy mu cos kradziono, to komentował to słowami, ze Pan Bóg widocznie dostrzegł, ze on żyje zbyt bogato i pora się podzielić.

 Chętnie pomagał powieźć mnie lub siostry gdzie trzeba jeśli pilna sprawa zaistniała.

Kilkakroć jeździliśmy wspólnie jego samochodem do Niemiec i były to zawsze rekolekcje w drodze, bo bardzo lubił odmawiać różaniec i pogawędzić. Gawędziarzem był niezastąpionym i w gruncie rzeczy choć plótł na kazaniach trzy po trzy to zarówno parafianie jak i ja sam słuchali tego uważnie.

Jurek  Królak był wiekiem troszkę starszy ale wzrostem i charakterem dużo mniejszy. Szybko się denerwował i wpadał w apatie. Mówił zawsze z francuskim akcentem, bo 13 lat spędził w Afryce zwłaszcza w Zairze czyli Kongo Francuskim.

On również dwukrotnie przyłączył się do naszych podroży po świecie. Raz był ze mną w Brukseli inny raz z Edwardem i ze mną we Szwabii potem ze mną we Włoszech.

Z oboma tymi Salezjanami można było konie kraść i w gruncie rzeczy sporo się dokonało wśród mniejszych i większych sprzeczek. Zarówno on jak i Edward znajdowali wspólny język z siostrami i troszeczkę współpracowali w miarę możności większość jednak odpowiedzialności za utrzymanie sióstr spychając jednak na mnie.

Ja to robiłem chętnie, bo widziałem sens pobytu sióstr, widziałem po owocach, ze ludzie w wielu wypadkach garna się bardziej do sióstr niż Kaplana, zwłaszcza do siostry Teresy, która nauczyła się żyć w ZSRR i rozumiała w pół słowa każdego Rosjanina i jego problemy.

Trzeci salezjanin jaki zamieszkał w Rostowie był Tomek Piasecki, który był jak siostra Faustyna wiecznym wędrownikiem w zakonie. Nie zagrzał miejsca w Moskwie gdzie wspólnie z babciami w 1991 roku usunął pierwsze urządzenia ślusarskie z pomieszczeń kościelnych i zdobył przedsionek dla celów liturgicznych. Potem w Odessie był świadkiem podobnych przemian w Katedrze. Jakiś czas pracował na Białorusi i w Petersburgu. Jedna z wersji tak częstych przeniesień jest taka, ze miał słabość do dziewcząt.

 

I rzeczywiście po dwu czy trzech miesiącach pobytu w Rostowie zapodział się. Z początku myśleliśmy, ze nie wytrzymał trudnego charakteru księdza Edwarda. On sam miał nawet wyrzuty sumienia póki nie dostaliśmy krótkiego telegramu z Petersburga treści: zenie sie. Już po tym telegramie miałem z nim wspólną podroż do  Azowa i innych parafii, długą nocna rozmowę i masę rozterek. Podobnie jak straszne uczucia się ma gdy człowiek umiera na twych oczach to odchodzenie z kapłaństwa jest podobna rozterka dla współbrata w kapłaństwie. Po długiej nocnej rozmowie mój współbrat zasnął na piętrze salezjańskiego fińskiego domku nie gasząc światła a ja do samego rana rysowałem na drzwiach ołówkiem twarz pobitego to łez i krwi ECCE HOMO. Tomek dal mi szanse bym sobie pogadał z nim i nie wykluczał, ze  mam racje próbując go zatrzymać w kapłaństwie, tym niemniej on już przyjechał z gotowa decyzja i tylko po to by zabrać swe rzeczy.

Ksiądz Edward z całych sil trzymał. Za mnie kciuki, bo miał mnie pewnie za cudotwórcę, ale Pan Bóg nie chce  się sprzeciwiać ludzkiej zdradzie. Sam miałem to odczuć na sobie poprzez liczne pokusy i inne podobne do opisanej sytuacje. Dziękuję Bogu, ze nigdy szatan nie doprowadził mnie do sytuacji, w której musiałbym wybierać tak jak to robił Tomek pomiędzy miłością do ołtarza i do kobiety. Tym niemniej kto stoi nie zważa by nie upadł. Nie spotkałem jeszcze kapłana, któryby się naśmiewał z kolegi, któremu się w tej dziedzinie nie powiodło. Wszyscy od chwili święceń chodzimy po linie i każdego z nas lekki wiaterek uczuć może strącić w przepaść. Podobnego rodzaju porównanie przeprowadził na rekolekcjach kleryckich biblista ksiądz Kudasiewicz  nazywając każdego kleryka i kapłana, który nie umie ustawić sprawy celibatu w sposób właściwy i uczciwy kamikadze.

Ksiądz Edward w tej sprawie miał dosadne powiedzonko: jak się baba uprze to  z księdza nie zlezie. Tak chyba było niestety w wypadku Tomka.

Jakaś dziewczyna ubzdurała sobie, ze z tym obcokrajowcem dobrze sobie urządzi Zycie w Europie i to pewnie była pokusa większa dla niej niż dla niego.

Rosjanki SA rzeczywiście bardzo powabne, ja bym powiedział, bardziej nawet niż Polki, tyle ze ich uroda jest krótkotrwała. Mami i gubi.

Rosjanki pod czterdziestkę robią się bardzo otyłe na tyle, ze nasi studenci Murzyni nazywali je rosyjskie słonie. Mam wrażenie, ze jest to skutek złego traktowania. Mężczyźni w Rosji są mięczakami nie są dżentelmenami szybko się rozpijają i krzywdzą swe małżonki, szybko tez dochodzi do rozwodów. Niektóre MADRE Rosjanki tak sobie planują życie, ze nie zawierając związku małżeńskiego zachodzą w ciążę wiedzione instynktem macierzyństwa ale wcale nie planują zakładać rodziny a jedynie marzą, by samotnie sobie wychować ukochane dzieciątko. Nie wiem jaki los czeka rosyjskie kobiety w międzynarodowych związkach, które tez zawierane są na szybkiego i z rozsądku a nie z miłości. Ponoć wiele z nich proponuje siebie przez Internet i sporo klientów maja takie matrymonialne firmy ale zdaje się wyjechawszy za granice szybko odchodzą, bo ślub jest dla nich środkiem dla polepszenia losu a nie celem. Po prostu fikcja.

Kolejny ksiądz Marek Poniewierski znany mi był z odwiedzin w Brzuchowickim seminarium. W 1996-m roku ksiądz Edward wstąpił ze mną do budynków, które kardynał jaworski wykupił od państwa na przedmieściach dla celów seminaryjnych. Chłopcy byli pierwszym rocznikiem i mieszkali w warunkach jak jaskiniowicze. Ksiądz Marek był ich ojcem duchownym i podziwiałem go  za samozaparcie.

Ciekawe tez było, ze jako Salezjanin pracował w seminarium diecezjalnym. Gdy przyjechał do nas zastąpić ks. Jurka Królaka zadziwił mnie swym zachowaniem. Z tamtego lwowskiego samozaparcia nic nie pozostało. Był bardzo wymagający i zdezorientowany, ze nie ma funduszy na prowadzenie działalności, ze warunki mieszkaniowe w Nowoczerkasku są kiepskie etc.

Po tym co przeżył ksiądz Edward z Jurkiem warunki były cieplarniane ale ksiądz marek przyjechał do nas wbrew swej woli i długo miejsca nie zagrzał po roku czy po dwu już go nad Donem nie było.

Prócz opisanej czwórki pamiętam na koniec jakiś czas mieszkał u nas dobrotliwy starszy kapłan Antoni. Mieszkali rok czasu u Edwarda dwaj klerycy szykujący się do matury, oboje z Gruzji. Potem jeszcze trzech rożnych praktykantów. Pewien Ormianin, który miał romans z córką prawosławnego księdza i uciekł z Rostowa, inny który przybył z Odessy i był uważany za prymusa poznajomił się z córką jakiegoś rostowskiego bogacza i tez odszedł z seminarium. Nie miał ksiądz Edward dobrej reki wychowawcy choć śmiał się ze mnie również, ze kog obym nie chciał wysłać do seminarium to ten się żeni a kogo on chce ożenić to ten idzie na księdza lub do klasztoru.

W Nowoczerkasku był  kleryk ze Śląska, który jakiś czas był nawet w Jakucji i nazywał się zdaje się Erwin czy Edwin. Miał niesamowity zmysł organizacyjny i młodzież po prostu kleiła się do niego. Planował nawet w Nowoczerkasku otworzyć Internet-cafe byle młodzież szła do kościoła. Jemu tez nie było lekko z księdzem Edwardem, tym niemniej mam nadzieje ze dotarł do święceń i ze jest dobrym misjonarzem na co miał sporo zadatków.

Ostatni i jedyny jakiego pamiętam i wiem ze do kapłaństwa doszedł był kleryk Aleksy, który ponoć pode mną dołki kopał i pisał na mnie do Biskupa donosy. Nie wiem czym mu się tak nie spodobałem ale rzeczywiście był człowiekiem nieufnym. Miał piękne blond włosy i dwie lewe ręce jak dosadnie wyrażał się ksiądz Edward. Dodam, ze Salezjanie mieli pod Moskwa nowicjat dla wszystkich kleryków z terenu dawnego ZSRR i dość często słali niektórych do Rostowa. Choć Edward był trudnym opiekunem ale cieszył się zaufaniem przełożonych stad mogłem niektórych z opisanych chłopców obserwować z boku. Większość z nich odbywała u mnie spowiedź i jak było im bardzo ciężko chronili się u sióstr jak w azylu. One chętnie udzielały im schronienia, bo jak prawdziwe matki im współczuły, opierały i karmiły jeśli taka wynikała konieczność.

Co by tam nie było bardzo rożni ale byliśmy jedna rodzina.

 

Franciszkanie

 

Do naszej rodzinki w 1995 roku dołączył ze Lwowa ojciec Lucjan Franciszkanin Konwentualny. Dwumetrowiec rubaszny jak Edward, człowiek z zasadami, sprawiedliwy. Miał spore sukcesy we Lwowie i nie mniej w Eliście ale nie miał  długi czas współbrata wiec w sposób naturalny ciągnęło go do Rostowa. Mnie nie można było zastać w domu a Edward był domator.

Ojciec Lucjan zagospodarował  mały domek w centrum miasta, który udało mi się wykupić w ostatnich dniach mojej pracy w Eliście. Domek służył mamie mego parafianina o nazwisku  Piwun nie tylko za mieszkanie lecz również jako punkt usług wróżbiarskich, bo właśnie takim rzemiosłem zajmowała się mama mego parafianina. Z czasem ludzie nadal. Przychodzili po porady do wróżki a ojciec Lucjan ich nie wypędzał lecz starał się rozmawiać o ich trudnościach i tak powiększała się parafia o jakąś ilość zabłąkanych w życiu osób.

Jego hobby jest gra w kosza i fotografowanie zwłaszcza małych żyjątek.

Prócz bieżących remontów w domku wróżki, ojciec Lucjan sprowadził z Niemiec dwie kaplice drewniane, w których do dziś zbierają się parafianie na modlitwę.

Po dwu latach do Elisty dotarł o. Andrzej Kulczycki i zajął się punktami dojazdowymi w Gorodowikowsku i w Wesołoje. Za jakiś czas wziął tez zastępstwo w Wołgodońsku, który obsługiwałem uparcie do 1999 roku. Trzeba zaznaczyć, ze wszystkie wspomniane salezjańskie i franciszkańskie parafie organizowałem z pomocą sióstr od zera i to była jedyna moja umiejętność, o której do dziś chodzą po całej Rosji lecz zwłaszcza na północnym Kaukazie legendy

Ojciec Andrzej tez stal się legenda Kałmucji. Sam widziałem na własne oczy jak ze zmęczenia zasypiał za kierownica a mimo to nie spowodował żadnego wypadku jak to się niestety w podobnym stanie przytrafiło mi w 1997 roku. Ojciec Andrzej był 6 lat odpowiedzialny za akcje powołaniową w zakonie. Nieźle włada gitara i to mu zawsze pomaga zjednywać młodzież. Tak tez było w Kałmucji.

Lubi kwiaty jak przystało na Franciszkanina, szczególnie maciejkę.

Los sprawił, ze we trojkę z tymi Franciszkanami dotarłem po niemal 10-ciu latach od chwili wyjazdu z Kaukazu do Uzbekistanu. Oni trochę wcześniej a ja śladem za nimi.

Zycie pisze dalej nasze wspólne losy na misjach. Pisze tak, ze się nie uda takiego scenariusza wymyśleć.

 

Karmelici

 

O tym jak trafili nad Morze Azowskie Karmelici można by pisać książki wiec to chętnie robie. W 1995-m roku pewien kleryk przywiózł mi z Petersburga mnóstwo archiwalnych dokumentów dotyczących kościoła w Taganrogu. Wynikało z nich, ze pierwszym Kaplanem i długoletnim proboszczem był ojciec Serafin Hoffeld Karmelita z litewskiej prowincji Karmelitów. Owszem miał wikariusza Franciszkanina Pietro de Vella, którego sprowadzili miejscowi Włosi jako swego kapelana ale nie mieszkał on na plebanii i zgodnie ze wspomnieniami proboszcza żył rozrzutnie.

Ja te dokumenty miałem przypadkowo ze sobą gdy jechałem na krotki urlop zarobkowy do Hiszpanii po raz pierwszy w życiu. Początkowo miałem lecieć samolotem ale zdało mi się takie podróżowanie niezbyt uczciwe, nie chciałem tracić wiele pieniędzy na samolot wiec z pomocą księdza Edwarda zwróciłem go w Warszawie i kupiłem sobie bilet na autobus odjeżdżający z Dworca Centralnego do Madrytu. To była jedna z najciekawszych podroży w moim życiu. Naprawdę zrelaksowałem się w podroży. W Częstochowie do autobusu przysiadła się Karmelitka Bosa właśnie, która cały dzień mnie obserwowała a potem się odważnie i rezolutnie przysiadła i zapytała wprost co się dzieje, musiałem mieć kiepski wygląd, skoro się zdecydowała na rozmowę. Powiedziałem, ze to trzeba spytać u karmelitów. Czemu właśnie u nich zapytała siostra zaciekawiona, no bo oni są winni moich rozterek, Nie może być wykrzyknęła zdziwiona. Owszem odpowiedziałem od lat pracuje na ich placówce, już sil nie mam na dojeżdżanie a oni się nawet nie domyślą by mi pomoc. Gdy siostra zapytała o szczegóły to pokazałem jej papier archiwalny opisujący historie fundacji. Siostra się owszem szczerze roześmiała gdy zorientowała się, ze karmelici w mojej parafii pracowali niemalże 200 lat temu, tym Niemnie dla Boga to żaden czas. Taka historie można reanimować. Siostra obiecała, ze się pomodli a mnie zobowiązała, bym z tym papierem się zgłosił na ulice Racławicka w Warszawie do Prowincjała.

Zrobiłem jak poradziła. Na powrotnej drodze odwiedzając przyjaciół Jezuitów dodzwoniłem się na Racławicką i gdy pewien ojciec, który tam właśnie przybył z Białorusi dowiedziawszy się o co mi chodzi powiedział, bym się nigdzie nie ruszał, ze on sam do mnie zaraz przyjedzie. Podyktował mi tez po rozmowie co mam napisać do Prowincjała i żeby było ciekawie pisałem na tym archiwalnym dokumencie a już za dwa miesiące z tym papierem w dłoni dotarli do mnie dwaj karmelici z ojcem Bernardem na czele do Taganrogu. Prawie tydzień spędzili u mnie ojcowie z Gudogaja i mam wrażenie, ze się im spodobało. Już w czerwcu była podjęta decyzja ze przyjadą do pracy tylko nieznane było nazwisko ojca, któryby się tego podjął.

Odwiedziłem we wrześniu 1997-go roku siedzibę Prowincjała i zapoznałem się z ojcem Kasjanem, który był planowany do Taganrogu. Mieliśmy z nim serdeczna rozmowę i ponieważ ja byłem samochodem to zaproponowałem, ze go razem z jego rzeczami zabiorę. Kasjan był pełen obaw, bo słabo znal język. Miał plan, by przyjechać za Pol roku jak się poduczy. Ja jednak naciskałem, ze lepszego miejsca do nauki pod słońcem jak sama Rosja nigdzie nie znajdzie. W międzyczasie kupiłem podobny domek jak w Eliście i nawet poczyniłem zaawansowane remonty i urządziłem kaplice. Tak wiec ojciec Kasjan jechał praktycznie na gotowe i jakiś czas okazywał mi daleko idąca wdzięczność. Pokłóciliśmy się trochę po tym jak zima odwiedził go diakon i ja się spóźniłem gdy trzeba było diakona zawieźć na dworzec kolejowy.

Za rok dojechał do ojca Kasjana współbrat Paweł.

Powtórzyła się historia sprzed lat. Ten kto przyjechał, by objąć probostwo tym razem w Taganrogu, przyjechał troszkę wcześniej niż był spodziewany. Ja wcale o tym nie wiedząc miałem jakąś sprawę na dworcu i przypadkiem spotkałem ojca Pawła, który wyczekiwał Kasjana bezskutecznie. Ucieszyłem się bardzo, ze mnie rozpoznał choć widzieliśmy się dwa lata wcześniej w przelocie na święceniach biskupich w Grodnie.

Zapamiętałem, ze był brodaty a włosy długie jak u kobiety spadały mu na ramiona do polowy pleców. Tymczasem teraz została tylko broda i w miarę krotka fryzura. Ponadto był w świeckim ubraniu. Nie poznałbym nigdy w życiu, gdyby mnie nie zawołał po imieniu i do tego po polsku. Gdy niosłem do samochodu jego liczne klamoty to pewna kobieta do swej towarzyszki wyrzekła pewna popularna w Rosji frazę z antyklerykalnego repertuaru smotri pop niemytyj(zobacz jaki brudny klecha). Nie wiedzieć czego od takiego czarnego humoru zrobiło mi się lżej na sercu. Chyba wedle zasady, ze dla Chrystusa milo słuchać obelgi

Paweł przypadł do gustu biskupowi Klemensowi zresztą wzajemnie. Toteż był wkrótce mianowany naszym dziekanem i radził sobie jak na swój młodociany wiek dość mężnie.

Niestety pisać o tym nie mogę, bo w międzyczasie wyjechałem na Syberie i okres proboszczowania i dziekanowania ojca Pawła znam tylko z opowieści.

Dość na tym, ze nie mając żadnych za plecami znajomości przyczyniłem się niechcący do tego, ze nad Don, Morze Kaspijskie i Azowskie zjawiło się już trzecie z kolei zgromadzenie Zakonne. Takiego Morza łask nie mogłem sobie ani zaplanować ani wymarzyć.

 

Kapucyni

 

Następni z kolei mieli być kapucyni. Ich przełożonego również z Białorusi ojca Jana Fibeka napotkałem przypadkowo w Wołgogradzie. Miał krotko strzyżone włosy i długawą ryza brodę. Wystartował do mnie na ty wiec z niesmakiem pomyślałem sobie, ze to ktoś z neokatechumenatu, który znany jest z tego rodzaju zbratania ze świeckimi i familiarności.

Planował on odwiedzić kapucyński Astrachań ale ja go zapewniłem, ze go tam dowiozę byleby najpierw pojechał ze mną i obejrzał moje parafie z perspektywa objęcia moich wspólnot. Już miałem ustna nominacje na Kamczatkę  i potrzeba było tylko znaleźć zastępstwo na moje parafie. Jeszcze w kwietniu 1999 roku o. Jan wysłał do mnie na zastępstwo brata kapucyna ze Słonimia. To był co ciekawe bratanek ojca Kasjana Dezora, tego Karmelity, który objął Taganrog.

Po to, by Kapucyni wspierali południe Rosji odwiedzałem kilkakroć prowincjała na Miodowej a nawet miałem rozmowę z generałem, który odwiedzał na początku 1999 roku Warszawę osobista rozmowę. Jeden z kapucynów, który był w tym czasie sekretarzem warszawskiej  prowincji, gdy przychodziłem na Miodowa często żartował ze mnie, ze sam mógłbym być kapucynem, bo mi broda bardzo pasuje.

Byłem bardzo zdeterminowany w tej sprawie i ksiądz Edward mnie w tym wspierał. Był obecny na tej rozmowie z Generałem a potem gdyśmy samochodem wracali do Rosji to zgodził się jechać przez okolice Oszmiany i Dokszyc byle tylko odwiedzić wszystkich pracujących tam kapucynów i zajrzeć do delegata Prowincjała, znanego już nam Janka Fibeka i przekonać o możliwości pracy w Rosji. Ostatecznie jak wspomniałem w Wielkim Poście 1999 dotarł na oględziny i zastępstwo ojciec Dezor ze Słonimia. Wyraźnie mu się Azów spodobał. On również był lubiany pomimo, ze po wylewie krwi do mózgu miał trudności z wyraźnym mówieniem i poruszaniem się. Latem wracając z dziećmi z Parafiady odwiedziliśmy go w Słonimiu. Jego przełożony podarował nam wtedy spora ilość pumpernikla, czarnego wojskowego chleba w puszkach. Stało się to w Azowie parafialnym jedzeniem na każdą okazje. Zwłaszcza na towarzyskich herbatkach. Żadne ciasteczka nie smakowały tak świetnie jak ten chleb z humanitarki. To była najbiedniejsza pod każdym względem parafia, jaka kiedykolwiek obsługiwałem a mimo to panowała tam święta radość. Nieliczni parafianie żyli tymi samymi troskami co i ja i wspierali mnie jak tylko umieli.

Te podróże choć na pozór bez sensu dały jednak minimalny skutek. Sprawa została podjęta w kapucyńskich umysłach i sercach.

Kapucyni ostatecznie wsparli mnie w ten sposób niemalże rok a potem do Azowa zaczęli przyjeżdżać karmelici na moje miejsce i na miejsce kapucynów. Ten nieudany eksperyment z kapucynami powiódł się dopiero kilka lat później w Woroneżu, dokąd kapucyni przybyli na stale w 2002-m roku. Nie wiem czy kapucyni z Białorusi to znaczy z Warszawskiej prowincji podjęli te misje, czy wyłącznie Krakowscy, tym niemniej ucieszyło to  moje serce a w 2008-m roku, żegnając się z Ukraina w Berdiańsku spotkałem nawet osobiście pewnego brata, który spędził w Woroneżu kilka lat.

Od razu zaznaczę, ze choć do Woroneża nie dotarłem, to jednak miałem zgodę księdza abpa Kondrusiewicza, ustna zgodę na obsługę tej niezwyklej parafii. Niezwykła, bo mimo braku kapłanów było stamtąd kilka powołań do Seminarium. Choć jak wspomniałem do Woroneża nie dotarłem to obsługiwałem pobliski Rossosz dokąd los rzucił alpejczyków włoskiej armii a po wojnie w tym ich historycznym sztabie urządzono super nowoczesny do dziecka, do którego miały trafiać dzieci z najbardziej nieprzystosowanych do życia rodzin.

 

 

Ślązacy

 

Był czas, ze najważniejszym żywiołem na południu Rosji był element ze Śląska.

Ksiądz Bronisław Czaplicki pociągnął swym przykładem kilku kolegów ze swej diecezji. Byli to ksiądz Andrzej Morawski, Marek Macewicz, Janusz Blaut.

To najbardziej zdyscyplinowani i solidarni kapłani jakich znalem na misjach. Poprzez nich zapoznałem również niezapomnianego księdza Wiktora Skworca, obecnego ordynariusza w Tarnowie. Wtedy to był ekonom diecezji katowickiej.

Najbardziej kolorystyczna postać to oczywiście ksiądz Bronisław. Jego sposób mówienia, rumiana Konska twarz, wielkie oczy i specyficzne poczucie humoru zjednywały mu jednoznaczny autorytet, choć nie brakło również żartów na ten temat. Aspiracje dziekańskie miał również szpakowaty i zadziorny ksiądz Andrzej Morawski, który po błyskotliwej akcji budowy kościoła we wiosce Siemionowce trafił na jakiś czas do Moskwy próbując wspierać Biskupa w rożnych bieżących projektach ale powrócił do nas z konkretnym zadaniem budowy kościoła w Krasnodarze. Otrzymał również tytuł i pełnomocnictwa wyraźnie przewyższające tytuł dziekana. Był naszym wikariuszem biskupim i bardzo się obrażał, gdyśmy jakieś z jego zarządzeń ignorowali. Mnie on wyznaczył na odpowiedzialnego za katechizacje i pozwolił obsługiwać północne rubieże tzw. Kubania, czyli Krasnodarskiego obwodu. Robiłem to na jego prośbę od samego początku ale z chwila objęcia placówki w Krasnodarze moje działania w tym terenie nabrały wyższej rangi.

Nasz dziekan w międzyczasie z racji na stan zdrowia poprosił o przeniesienie do Petersburga. Na ile dobrze zrozumiałem miał on tam zająć się wykładami historii w seminarium, archiwami dotyczącymi  nowych męczenników i parafiami dojazdowymi w Murmańsku i Archangielsku. Na stale mieszkał w miasteczku Puszkin, gdzie udało mu się odzyskać kościół. Jest jednym z niewielu towarzyszy boju, który czasem odpowiada na moje maile. Jego listy są jak zawsze krótkie i zdawkowe, ale rozgrzewają moje serce. To jeden z niewielu kapłanów, którzy pamiętają moje pierwsze kroki na misjach u boku księdza Żylisa na Grodzieńszczyźnie w 1990 roku. Spotkawszy mnie na Kaukazie nie kryl radości z mojego przyjazdu i jak potrafił tak wspierał. Był moment, ze gdy dostrzegł zgrzyty w mojej współpracy z siostrami chciał mnie zabrać do siebie do miasta Prochładny, by obsługiwać parafie w Groźnym i Apołonskoj. To były niesamowicie ciekawe miejsca. Prochładny to jedyna zarejestrowana w czasach Breżniewa katolicka parafia na południu Rosji. Rejestracji dokonali Niemcy nadwołżańscy, którym pozwolono powrócić z Kazachstanu w te właśnie okolice. Było ich tak wielu, ze kaplica pękała w szwach. Na codzień pracowały tu łotewskie siostry Dzieciątka Jezus a kapłani dojeżdżali z Rygi od wielkiego dzwonu. Większość mieszkańców Kabardyno-Bałkarii to zdaje się muzułmanie, bardzo egzotyczny ludek. Czuło się w Prochładnym, ze to już nie jest Rosja. Uderzały zwłaszcza stroje kobiet. W Groźnym, dokąd nigdy nie udało mi się dotrzeć egzotyka dochodziła do absurdu. Ksiądz Bronek opowiadał, ze strzelanina tam była codzień nawet w czasach pokojowych. Gdy się rodziło dziecko lub gdy ktoś umierał niezmiennie obwieszczała o tym seria z karabinu maszynowego lub z gwintówek. Ksiądz Bronek dojeżdżał do Ordżonikidze i do Machaczkały. W jednym z przypadków katolikami, których odszukał w stanicy Pawłowskoje byli Asyryjczycy, którzy emigrowali z azersko-gruzińskiego pogranicza. Z czasem wszystkie te parafie przejęli ojcowie z Irlandii, Misjonarze Serca Jezusowego. Wiele się nauczyłem od księdza Bronka. Ten tytan pracy położył na południu Rosji podwaliny odrodzenia i podobnie jak ja potem szukał wciąż nowych księży do obsługi tych miejsc. Był dla mnie natchnieniem i przykładem.

Ksiądz Janusz Blaut dotarł do nas troszkę później na miejsca księdza Morawskiego w tych czasach, gdy on pomagał w Moskwie. Mieszkał na stale w Siemionowce ale obsługiwał również Krasnodar i kilka innych punktów. W notesiku księdza Morawskiego było Az 17 punktów dojazdowych. Nie mam pojęcia ile z tych niemieckich osiedli otrzymało z czasem status parafii. Najważniejsza była jednak parafia w Tuapse, do  której dotarł ze Śląska kolejny Kaplan. Niestety imienia nie pamiętam. Był na tyle zakochany w swej nadmorskiej miejscowości, ze nosa nie wychylał i na kapłańskich zebraniach widywałem go mało. Zdaje się był trochę młodszy od pozostałych śląskich kapłanów średniego pokolenia i nie znajdował z nimi wspólnego języka. Miał inny styl, a może to ja miałem na tyle Inn styl, ze nie szukałem i nie znalazłem z nim kontaktu. Wiem tyle, ze wcześniej był w Czechach i miał stamtąd wolontariuszy. Ponadto pamiętam, ze to on właśnie otrzymał cześć funduszy przeznaczonych na kościół w Krasnodarze. Dobrodziej z Niemiec miał zastrzeżenia co do sposobu w jaki ksiądz Andrzej Morawski korzysta z ofiar(najpierw plebania, potem kościół) i przekazał polowe pieniędzy do Anapy, gdzie budownictwo poszło po myśli sponsora(najpierw kościół potem plebania). Patronka parafii w Anapie była święta Jadwiga. Kościołek powstał, wiem z opowieści , na działce pewnej parafianki o imieniu Jadwiga, która sprzedała czy tez ofiarowała parcele dla parafii w zamian za pomoc w repatriacji. Paradoksalnie, choć Anapie była najbliższa sąsiednia z Azowem parafia, to mieszkając w Azowie nigdy nie dotarłem do Anapy i nie gościłem u siebie tamtejszego proboszcza. Ponoć jest to jedno z najpiękniejszych zakątków nad morzem Czarnym. Po nim podjął tam prace Słowak ksiądz Jozef, Ktory w wieku zaledwie 40-tu lat właśnie w Anapie zakończył krótkie swe Zycie

Jozef jakiś czas był proboszczem w Saratowie. Pamiętam dzień jego przybycia i pierwsze chwile na salezjańskiej plebanii w blokowisku. Choć plebania to było kilkopokojowe mieszkanie to gdyśmy się z księdzem Edwardem tam pojawili jako goście wiosna w 1998 roku to zastaliśmy księdza Jozefa śpiącego na rozkładanym fotelu. Za jakiś czas władzę w Saratowie miał przejąć Biskup Klemens i niezadowolony z pracy polskiego Salezjanina przekazał sprawy księdzu ze Słowacji. Ponoć Salezjanin był nazbyt uwikłany w relacje ze starosta, który reprezentował jak to często bywa służby specjalne i nie sprzyjał rozwojowi parafii.  Salezjanie pobudowali niewielki kościół w centrum, który biskup Klemens nazywał katedralna kaplica.

Nie wiem jak się powiodło Jozefowi, chyba niezbyt, bo już za rok był proboszczem w miasteczku Wołgodońsk. Owszem przyjeżdżał do mnie do Azowa popatrzeć morze, bo był zafascynowany morzem. W Wołgodońsku podobał mu się zalew, do którego miał bliziutko, tym niemniej ciągnęło go jeszcze dalej i znalazł swa śmierć właśnie tam w Anapie e w parafii św. Jadwigi. Już mnie wtedy nie było nad Donem, tym niemniej przeżyłem te historie na odległość. Potwierdziło się to o czym wielokroć sam sobie powtarzałem, ze pierwsze pokolenie misjonarzy musi wymrzeć, by jako gnój stać się nawozem dla duchowego i materialnego wzrostu dla następców.

Ostatnia postać, która chce opisać to ksiądz Marek. Chronologicznie był on drugi. Drugi po księdzu Bronku. Przyjechał razem z księdzem Morawskim w tym samym trudnym roku 1992 co i ja. Starszy ode mnie pewnie z 10 lat. Średniego wzrostu, ciemna czupryna z tendencja do łysienia. Nowiutkie złote żeby widocznie założone już w Rosji. Takim go pamiętam z pierwszego zlotu kapłanów kaukaskich w Piatigorsku. Odbyło się ono w styczniu 1993 roku. Zabrałem na ten zlot siostrę Teresę Misjonarkę świętej Rodziny i przyszłego kleryka Mikołaja, by w drodze nie było smutno i by oni również mieli udział w tych ważnych obradach. Nie znaliśmy się wcześniej. Nigdy tez wcześniej nie widziałem w Rosji tak uroczych miejsc. Czułem się jakbym trafił do Karpacza lub do Zakopanego. Tutaj również były źródlane wody, które turyści pili ze specjalnych porcelanowych dzbaneczków. Góra Elbrus widniała na horyzoncie. Odwiedziliśmy tez jakąś solankę w grocie. Już dzisiaj Malo pamiętam, owszem hotel gdzie nas zakwaterowano był na pół pusty. Widać było, ze raczej latem jest tutaj sezon a myśmy przyjechali tutaj po znajomości. Po obejrzeniu kurortu w którym zginął Lermontow każdy z nas miał okazje opowiedzieć o swej pracy o radościach i trudnościach. Już wtedy pół żartem pół serio księdza Bronka okrzyknęliśmy dziekanem. Marek był naszym gospodarzem. Miał do obsługi Mineralne Wody, Stawropol(ojczyzna Gorbaczowa) i trzeci punkt, którego nazwa wyleciała mi z Glowy. Zdaje się Essentuki, kolejna przystań dla gruzińskich Ormian katolików. To cudowne okolice. Ksiądz Marek trwał tam chyba z piec lat i to jemu obiecano oddać kościół w 2000 roku. Rzadki przypadek kiedy władze miejskie dotrzymują słowa. Nie wiem czym ich tak ujął ksiądz Marek ale z tego co pamiętam dotrwał on do tej ceremonii i potem dopiero opuścił Rosje, choć nie wiem w jakich okolicznościach, bo w tym czasie byłem już na Kamczatce.

Pewne informacje o nim docierały do mnie od Leonida Skakowskiego, który próbował mu pomagać w jakichś kwestiach budowlanych. Był to mój dawny parafianin i starosta ze stanicy Leningradzka. To był czas burzliwej korespondencji. Leonid często zmieniał miejsce zamieszkania i front pracy. Dużo mi o tym pisał.

Obecnie mieszka w Grodnie ale pewnie to nie ostatnia przystań. Jego syn jest Kaplanem we wspólnocie franciszkańskiej w stolicy Kazachstanu w Astanie.

Z rożnych opowieści i z obserwacji wiem a raczej domyślam się, ze Markowi nie było lekko i ze tez zapłacił swoja cenę za sukces zwróconego kościoła. Kto w nim pracuje obecnie nie wiem. Pamiętam napis w języku polskim na frontonie: Chwalcie Pana wszystkie narody. Pamiętam również w kruchcie obok marmurowej tablicy z tekstem ojcze nasz paralelny przekład z polskiego na litewski. Po raz wtóry i ostatni miałem być w Piatigorsku na wizytacji biskupiej we wrześniu 1993-go roku. To właśnie w trakcie tej wizytacji dowiedziałem się, ze maja do Rostowa przyjść Salezjanie i ze zmarł mój metropolita dosłownie parę miesięcy po przejściu na emeryturę. Był nim świątobliwy ksiądz abp Kisiel, człowiek, który nie przyjmował środków przeciwbólowych twierdząc, ze ból ofiarowuje za swoich kapłanów. Te wiadomość znalem z pierwszych ust od siostry Roberty, misjonarki, która mu przed śmiercią usługiwała.

Księża zwłaszcza Andrzej Morawski mieli do mnie żal, ze na wszystkie spotkania kapłańskie zabieram ze sobą siostry i ministrantów, a ja właśnie miałem taki czas, ze nie chciałem i nie potrafiłem samotnie podróżować po świecie. Chciałem, żeby bliscy mi ludzie tez mieli trochę radości z obcowania z Kaplanami i z podróżowania. Byłem młodym Kaplanem i jeszcze nie rozumiałem, ze prócz poważnych tematów na takich kapłańskich spotkaniach następuje rekreacja, rożne piwka, karty żarty i papieroski, które lepiej nie pokazywać świeckim, bo może być zgorszenie.

Ponoć na zjazdach kapłańskich kardynał Sapieha, który lubił sobie zapalić na przerwie rzucał hasło: prawdziwi mężczyźni za mną i większość rozumiała, ze zaczyna się przerwa.

Teraz kiedy wydoroślałem to przyjmuje  to spokojnie do wiadomości ale wtedy ja sam się gorszyłem, ze Książa na misjach prócz modlitwy i ciągłej bieganiny po świecie mogą mieć jeszcze pragnienia do rozrywki. Taki był ze mnie CKM.

Wracając do Batajska ze zlotu w Piatigorsku miałem poważną rozmowę z Mikołajem o kapłaństwie. On pierwszy raz w życiu widział na oczy tylu kapłanów z bliska. Nie wiem dlaczego ale dokładnie pamiętam, ze opowiadałem mu o losach świętego Maksymiliana Kolbe. Czuło się, ze ten chłopiec poszukuje w tym kierunku i ze obcowanie z ludźmi wierzącymi jest dla niego najlepszym pokarmem.

 

Podlasiacy

 

Zanim ktokolwiek jednak z kapłanów pojawił się na północnym Kaukazie już tu pracował ksiądz Bogdan Sewerynik rodem z Węgrowa czy tez raczej z Sokołowa Podlaskiego(obecnie diecezja drohiczyńska), nie pamiętam dokładnie. Chodzi o te samo miasto, z którego na misje wyjechała ogromna ilość kapłanów w tym również wspomniany wcześniej ksiądz Jurek Królak salezjanin.

Ksiądz Bogdan rozpoczął prace jako kapelan Budimexu zdaje się jeszcze w dalekim 1990-m roku. Obsługiwał pewne punkty na Krymie, gdzie docierali polscy robotnicy z Budimexu ale przede wszystkim pracował w Soczi.

On również dojeżdżał rok czasu do Rostowa nad Donem odprawiając co miesiąc msze święte, on mi przekazał parafie w czasie wizytacji biskupiej 21 lipca 1992-go roku. Mąż Opatrznościowy. Budowniczy kościoła w Soczi, fundator parafii w Tuapse, Łazarewskoje i w Adlerze. On również zapoczątkował duszpasterstwo i akcje humanitarna w pogrążonej w kryzysie Abchazji.

Po Bogdanie Soczi i Suchumi objęli dwaj bracia (zdaje się bliźniacy ale tez nie jestem pewien, bo tego drugiego nigdy nie spotkałem) również z siedleckiej diecezji. Nie pamiętam ich nazwisk tyle tylko pamiętam, ze ksiądz Darek otrzymał funkcje wikariusza biskupiego. W Soczi właśnie skoncentrowało się wiele akcji letnich związanych z odpoczynkiem dzieci i młodzieży.

Parafia w Soczi to podarunek Opatrzności. Powstała w chwili kiedy to Budimex już kończył wznoszenie kolejnego hotelu i miał zamiar opuścić miasto tym samym miała się zakończyć misja kapelana. Ksiądz Bogdan, który podróżował nieustannie odnajdując katolików w Krasnodarze w Piatigorsku i Stawropolu nie dostrzegał długi czas ich istnienia w samym Soczi. Paradoksalnie ich było tam najwięcej.

Złożyło się tak, że to miasto polubił nie tylko Stalin, który je utworzył i dal mu obecny rozmach ale również katolicka diaspora Ormian z okolic Achalciche i Ahalkalaki. Salezjanie, duszpasterze z Gruzji mieli wiele żalu do księdza Bogdana, ze zajął się duszpasterstwem wśród Ormian nie znając ich języka, obyczajów i obrządku. Siłą rzeczy nastąpiła latynizacja wschodnich chrześcijan i rusyfikacja młodszego pokolenia. Tak to już bywa w życiu. Znając pozycje drugiej strony musze powiedzieć, ze mimo tego zaocznego konfliktu parafianie bardzo polubili księdza Bogdana i jego następców. Włączyli się niesamowicie aktywnie w Zycie parafii i późno teraz roztrząsać w jakim się oni obrządku modlą, dobrze ze nie są poganami.

Tutejszy Caritas w Soczi to jeden z  najmocniejszych oddziałów w Rosji i myśmy rejestrując Caritas Priazowia wzorowali się na ich doświadczeniach. W wielu sprawach także budowlanych doświadczenia księdza Bogdana były natchnieniem dla kolegów budowniczych w Rostowie, Krasnodarze Tuapse etc.

Ksiądz Bogdan w uznaniu zasług był przeniesiony do Moskwy i w 1999 roku otrzymał tytuł kanonika i wikariusza generalnego Apostolskiej Administratury.

Były to ciekawe chwile w życiu kościoła w Rosji. Jeszcze wtedy mieliśmy nadzieje, ze będzie zwrócony kościół św. Piotra i Pawła w Moskwie, którego proboszczem został naznaczony ksiądz Bogdan. Wiem, ze miał z tym wiele udręki i wykorzystał wszelkie możliwe sposoby by świątynię przywrócić kościołowi. Tym niemniej nic  z tego nie wyszło. Zmęczony i zdegustowany narastającą nerwowością wyjechał z Rosji na własną prośbę tuz przed fala wydaleń. Niewykluczone, ze gdyby sam nie wyjechał wpisałoby go na czarna listę za liczne zasługi dla kościoła katolickiego jakie niewątpliwie tak w Soczi jak i w Moskwie posiada. To kolejny przykład na to jak Rosja wyciąga z człowieka wszelkie soki i zapomina, bo nie słyszałem, by ksiądz Bogdan prócz tytułu kanonika i osobistej satysfakcji cos ze sobą zabrał z Rosji. Jak to bywa, z małą walizeczka przyjechał i taki sam bagaż wywiózł.

 

Misjonarze Serca Jezusowego

 

Słabo poznałem i późno tych kapłanów przybyłych z Irlandii wiosna 1996-go to znaczy w tym czasie gdy odchodził na północ Rosji nasz dziekan Bronek a wracał z Moskwy ksiądz Morawski. Ujrzałem ich po raz pierwszy na rekolekcjach kapłańskich w Siemionowce. Nie pamiętam kto głosił ale pamiętam, ze poproszono mnie abym dla tych trzech księży z Irlandii tłumaczył na angielski. Chwilami się gubiłem próbując znaleźć odpowiednie słowa dla subtelnej rekolekcyjnej materii ale ksiądz  Michael starszy Kaplan i przełożony grupy z wyrozumiałością kiwał głową. Jak się potem okazało przez wiele lat był prowincjałem swego zgromadzenia gdzieś w Afryce. Niedługo zabawił u nas na Kaukazie. Po roku czasu ksiądz Biskup Klemens zabrał go do siebie do Saratowa.

Jego współbracia z początku tradycyjnie mieszkali w Prochładnoje ale potem jednak wybrali Nalczyk, stolice Kabardino Bałkarii. Zaleźli dobra lokacje dla kościoła. Nie wiem czy to właśnie w tym mieście stary kościołek zamieniono na dom mieszkalny czy nawet na studio radiowe, dość na tym, ze nowa lokalizacja była gdzieś po sąsiedzku. Z czasem do księży dołączyły jeszcze siostry Misjonarki Miłości Matki Teresy z Kalkuty.

Jedyne miejsce w saratowskiej diecezji gdzie pracują te niezwykle kobiety.

 

Verbo Incarnato

 

To niesamowite Zgromadzenie poczyna sobie dość śmiało na całym świecie ale zwłaszcza na misjach i to również na Wschodzie. Ojca Raula, który przyszedł pracować na miejsce Karmelitów w jednej z moich parafii w Taganrogu zapamiętałem dobrze z naszych spotkań kapłańskich w Saratowie.

Miał bardzo przekonujący wzrost i spora tusze co w zestawieniu z jego dziecięcą fizjonomią i z jego ciemna skora czyniło go bardzo oryginalna postacią na naszym horyzoncie.

 

Werbiści

 

Pamiętam twarz jednego młodego werbisty, który objął placówkę w Tambowie. Był to bardzo szczęśliwy człowiek, bo w Tambowie udało się odzyskać stary kościołek.

Miał na imię  Jozef i twarz tego Kaplana wydawała mi się znajoma. Jakoś na rożnych spotkaniach w Saratowie nie było możliwości pogawędzić i nigdy się nie dowiem ale miałem  wrażenie, żeśmy się już z nim spotykali na Białorusi, ze to ta sama osoba, którą jakiś czas obsługiwała mińską katedrę w dalekim 1992-m roku, ze bywałem u niego w gościach razem z dzieciakami z Zabiela, tuz przed wyjazdem do Rosji.

Werbiści są szczęśliwi podwójnie, bo maja jeszcze parafie w Moskwie. Długie lata poszukiwali lokalizacji ale ostatecznie wykupili jakiś dom kultury i z tego co słychać trwają tam solidne remonty. Sprawę pilotował niezmordowany ksiądz Jagodziński, którego cala Rosja znała z krótkich felietonów w gazecie Swiet Ewangelia.

Z czasem dotarli Werbiści również do Irkucka i Błagowieszczeńska ale to już oddzielna historia. Przyjdzie czas i na ta syberyjska opowieść.

 

 

Redemptoryści

 

Podobnie jak Werbistom udało się również młodym Kaplanom z Orenburga. Odzyskali oni kościół i pracowali z wielkim animuszem. Włączali się w wiele diecezjalnych inicjatyw ale również prowadzili akcje informacyjna w Polsce zapraszając do siebie do Orenburga Radio Maryja, by naświetlić rożne uroczystości takie jak zwrot kościoła.

 

Loretanki

 

Choć sąsiadowaliśmy bardzo blisko ja pod Rostowem one w Soczi, i długie lata to jednak żadnej z sióstr Loretanek nie pamiętam z imienia. Nie pamiętam tez żadnej szczególnej sytuacji związanej z ich posługą. Po prostu były i robiły swoje.

Wiem, ze maja statuty oparte na regule Benedyktyńskiej, ze skoro tak to musza pracować się i modlić mają centrum w Warszawie na Pradze przy katedrze świętego Floriana. Jako założyciela czcza błogosławionego księdza Kłopotowskiego, który wybrał dla sióstr ten sam charyzmat co ojciec Maksymilian Kolbe dla swoich niepokalanowskich braci czyli szerzenie słowa Bożego poprzez środki masowego przekazu. Siostry wydawały niegdyś i nadal. Wydaja pismo kolorowe Różaniec. Odwiedzałem niegdyś pod Mediolanem drukarnie we Włoszech, która PROWADZA TE SAME SIOSTRY. To one dla nas drukowały skrócony mszalik czterojęzyczny.

 

Misjonarki Miłości

 

Parę lat temu dowiedziałem się, ze są w Nalczyku na Kaukazie Misjonarki Miłości.

Opowiedziała mi o tym przełożona z Kijowa. Pomagała mi ona zbierać papiery i pisać podanie w sprawie ewentualnego przyjazdu tych sióstr na ukraiński Donbas. Przełożona lojalnie uprzedziła mnie, ze takich podań mają w Kalkucie cala gore i Male szanse, ze w najbliższym czasie Przyjma trzeci punkt poza Kijowem. Drugi miał być w Odessie, siostry nie powiedziały jeszcze nie ale mają dylemat. Niech się jednak ksiądz nie zniechęca - dodała, bo w Nalczyku się bardzo modlili i sprawa się dokonała zaledwie w przeciągu pół roku. W tym momencie przypomniałem sobie, ze starania o przyjazd sióstr na Sachalin tez trwały zaledwie rok

Rosja to kraj szczególnie uprzywilejowany i ulubiony gdy chodzi o emocje. Wielu misjonarzy z całego świata marzy aby tutaj trafić. Może to efekt owocu zakazanego, może z tego samego powodu tak wielu marzy o Chinach. No cóż, marzenia są właśnie takie, im cos  zdaje się odległym i niedosięgłym, tym bardziej się tego pragnie

 

Eucharystki

 

Siostry Eucharystki były głównie w miasteczku Marks pod pilnym okiem proboszcza a potem biskupa Klemensa Pickiela. Tam miały swój nowicjat i dom prowincjalny.

Pochodzą z Litwy tak jak ich założyciel Błogosławiony arcybiskup Jerzy Matulewicz.

W czasach sowieckich były siostrami bezhabitowymi, kiedy te czasy minęły maja już czarny strój z białym kołnierzykiem podobnej formy jak u redemptorystów oraz tradycyjny welon czarny z biała podkładka.

Nic szczególnego nie ma w tym ubiorze. Szczególny jest charyzmat tych sióstr do prowadzenia duszpasterstwa w warunkach sowieckiej Rosji i dziś w poranionych ateizmem postsowieckich krajach takich jak Kazachstan, Gruzja, Rosja, Litwa.

 

Misjonarki Świętej Rodziny

 

Podobnie jak Eucharystki do pracy w warunkach podziemia w szczególny sposób były predysponowane siostry Misjonarki Świętej Rodziny założone przez Bolesławę Lament w 1905 roku w Mohylowie na Białorusi. Ciekawym hasłem życia Bolesławy była formuła: Dzieła boże klęsk nie znają. Siostry prowadziły domy w Petersburgu, w Finlandii i w Estonii wszędzie poszukując charyzmatycznej posługi w środowisku wielowyznaniowym, toteż wypędzone z ZSRR osiedlały się głównie na polskich kresach. Gdy i kresy odpadły od Polski zachowały się w formie szczątkowej zwłaszcza w Wilnie, w Pińsku i w paru innych ośrodkach skąd po upadku Związku Sowieckiego wspólnie z siostrami z Polski rozpoczęły swe odrodzenie na Wschodzie zwłaszcza na Białorusi i w Rosji, głównie w Moskwie. Dom Generalny na Białorusi w Baranowiczach powstał dzięki dobrej współpracy z Werbistami. W Moskwie było podobnie, natomiast w Rostowie nad Donem siostry przetrwały siedem lat głównie z litości dla mnie i z nadziei na współpracę z Salezjanami, która się niestety nie ułożyła i z chwila mego wyjazdu na Syberie siostry zwinęły placówkę, co mnie do dziś martwi. Można tego było uniknąć dla dobra ludzi. Rostów zasługiwał na obecność sióstr, to wielkie miasto i następcy księdza Edwarda szybko to zrozumieli sprowadzając do Rostowa z Ukrainy siostry Honoratki.

Zacznijmy jednak po kolei jak ta wspólna przygoda się zaczęła

Los tak chciał, ze pierwszymi pomocnicami w misjach na Kaukazie były siostry Misjonarki Świętej Rodziny, z którymi zetknąłem się jeszcze w Białymstoku. Widywałem je na ulicy Zielnej dokąd nasz kolega z roku chodził sobie szyć sutannę.

Kilka razy również odwiedzałem kaplice błogosławionej Bolesławy wypraszając sobie łaskę pracy na Wschodzie. Nigdy bym nie pomyślał, że Bolesława w tak dosłowny sposób zechce mi pomagać posyłając nad don swoje siostry. To było bardzo zaskakujące i niepojęte.

Okazuje się, ze jedna z sióstr, która szła w pielgrzymce papieskiej z Białegostoku do Grodna z relikwia błogosławionej dosłownie ze Mszy beatyfikacyjnej i która wydala mi się bardzo sympatyczna i pomocna trafi właśnie do mej parafii. To tak jakbyśmy te relikwie nieśli wspólnie nie tylko do Grodna ale potem dalej aż nad sam Don.

Siostra nazywała się Pawła i jeszcze nieraz będę wymieniał to imię, bo choć żyliśmy jak pies z kotem to jednak byłem pod wielkim wrażeniem tej nietypowej juniorystki. Ona potrafiła bardzo wiele. Zjednywała sobie ludzi, w lot pojmowała i robiła to o co się ja prosiło. Tak przynajmniej mi się zdawało z początku.

Najpierw jednak zapoznałem siostrę Annę, która Szla w pielgrzymce z Rygi do Agłony. Widać było, ze ciekawi ja moja osoba ale nie przyznawała się mi, ze to ona właśnie jeździła do Rostowa na oględziny domku dla sióstr w Rostowie, ze to ona opiniowała sprawę przyjazdu sióstr do Rostowa.

Pochodziła z Wilna i była w stałym kontakcie z siostra Teresa, która długie lata spędziła jako siostra w podziemiu i nie miała typowych nawyków klasztornych.

Po raz pierwszy zdaje się w życiu jadąc do Rostowa nad Donem zaczęła ubierać habit zakonny na codzień, bo wcześniej w czasach sowieckich to było niemożliwe. Była niskiego wzrostu miała drobna figurę, niewysoki wzrost i wyraziste żeby jak u myszki. Głośny rozbrajający śmiech i dusze chuligana z czego znana była nie tylko na Litwie lecz również w Polsce.

Siostra Teresa Przybyla razem ze współsiostrą Janina.

Janina pochodziła z Kurpi. Była cicha, zamknięta. Miała duże wyraziste wręcz choleryczne oczy i taki sam charakter. Nie od razu dało się to dostrzec, bo wyraźnie pracowała nad sobą i poprzez samodyscyplinę potrafiła robić wrażenie miękkiej i puszystej jak to się w Rosji mówi.

To właśnie ta siostra polubiła Batajsk bardziej niż Rostów przy pierwszych oględzinach i dodała mi odwagi gdy się wahałem co robić.

Janina jak kot chodziła swoimi drogami i nie zważała na nikogo gdy była zdeterminowana cos robić. Miała pewne zdolności muzyczne a jeszcze większy zmysł organizatorski i pewne zamaszki dyktatorskie, co z czasem dało niezły rezultat gdy objęła ster rządów. Tymczasem przełożoną była Teresa, która znajdowała wspólny język w pół słowa z Pawłą, nieźle dogadywała się ze mną ale gryzła się strasznie z Janina i długi czas nie mogłem pojąć kto szuka guza i po co.

Tym nie mniej niemalże rok nie patrząc na trudności siostry pracowały z oddaniem i miały niemało sukcesów, które ocenić można dopiero z perspektywy czasu. Za sukces uznam choćby sam fakt, ze ani one ani ja nie zrezygnowaliśmy z podjętej misji i doprowadziliśmy wspólnie parafie w Rostowie do stanu używalności to znaczy przekazaliśmy po roku czasu placówkę Salezjanom w podwojonym składzie w porównaniu z tym co zastaliśmy z własną parcelą, kapliczką i planem budowy kościoła. Malo tego, z terenu parafii było 4 kleryków i jedna siostra zakonna.

W grupie kleryków jeden Ormianin, który wybrał Salezjanów. Jeden chłopiec pochodzenia ukraińskiego Zenia Tarasov, Mikołaj Dubynin, pochodzenia białoruskiego i typowy kozak doński Sergiej z Nowoczerkaska.

 

 

 

 

 

III. NASI WSPÓŁBRACIA CHRZEŚCIJANIE

 

Starowiercy

 

Na terenie Rostowa zachowała się wielka świątynia starowierców.

Trudno mi powiedzieć co to za gałąź, bo są tzw. Popowcy i bezpopowcy. Mam wrażenie, ze rostowscy starowiercy posiadali księży czyli popów a nawet biskupa ale ja miałem rozmowę w 1992 roku z jakimś bardzo fanatycznym diakiem, który negował  nie tylko wszystko co prawosławne ale również odmawiał czci i wiary wszystkim innym wyznaniom. Ta katedra znajdowała się na zboczu nieopodal bulwarów. Nigdy więcej tam nie chodziłem, po prostu nie było kiedy.

 

Prawosławni

 

Prawosławni w Rostowie mieli ogromna katedrę na centralnym rynku nieopodal rzeki Don. Pięknie się prezentowała gdy się patrzyło na  miasto z drugiej strony rzeki czyli od południa. Gdy pierwszy raz byłem w Rostowie z naszym arcybiskupem i z księdzem Bogdanem to przyjmował nas w swej rezydencji biskup azowski Sergiej, który pełnił funkcje pełniącego obowiązki. Ordynariusz był nieobecny, bo  przeniesiono w tym czasie do Kijowa. Nazywał się Wladimir Sabodan. Był on cenionym hierarcha wiec odesłano go w ojczyste strony, by ratować rozpadający się na części kościół. Jego następcę również Wladimira poznaliśmy rok później na podobnej audiencji lecz po roku i jego przeniesiono do Petersburga i jest tamtejszym metropolita do dziś. Biskup Włodzimierz zdawał się dla nas życzliwy i nawet radził mi chodzić z bródką, by ludzie mnie lepiej odbierali. To zgodne z tutejsza tradycja dodał i ksiądz arcybiskup Kondrusiewicz mu przyklasnął. Za jakiś czas odpuściłem solidna brodę i tak jest do dziś. Mam żal do tego władyki, ze nie powstrzymał fali agresji i ksenofobii ze strony kozaków z jaka się napotkaliśmy w swej pracy w Batajsku. Potem niestety i on sam stal się ofiara nienawiści z ich strony co potwierdza regule, ze kto mieczem walczy ten od miecza ginie. Kolejnym władyką w Rostowie był stosunkowo młody hierarcha, który spędził 10 lat w Izraelu. Przyjął mnie i księdza Edwarda na audiencji w 1994-m roku ale był dość nieufny. Biskupa Azowskiego los rzucił do Saratowa i miał on tam dość poprawne stosunki z katolikami. Salezjanin, który tam pracował prowadził nawet wykłady dla prawosławnych kleryków.

 

IV. INNE DZIECI ABRAHAMA

 

 

Żydzi

 

Niedaleko od rynku i po sąsiedzku z mostem nad Donem znajdowała się potężna synagoga, do której zaglądałem kilkakroć. Najbardziej wbiła mi się w pamięć wizyta na Nowy 1993 rok, pisze nowy choć chodziło o liturgie z początku września, bo właśnie w tym czasie Żydzi celebrują nowy rok. Zaprowadziła mnie tam znajoma z pielgrzymki do Polski pani Maja Abramowa z zawodu zdaje się prawniczka a hobby jej była bioenergoterapia. Takich dziwnych miewałem znajomych w Rostowie. Jak się potem okazało i takie znajomości były potrzebne, by trwać w tych okolicach i funkcjonować. Żywioł żydowski jest elementem dość żywotnym na terenie całej Rosji i nierzadko SA to potomkowie polskich Żydów, którym udało się ocaleć . Nazwiska maja bardzo często polskie i dlatego mnie również kojarzono nieraz jako osobę żydowskiego pochodzenia.

 

Muzułmanie

 

Jeden z kolegów w podstawówce pod wrażeniem trylogii nazwał mnie na boisku Azja Tuchajbej - trzy ryby sina woda na piersiach pisane.

Trochę mnie to zabolało, bo Azja nie był sympatyczna postacią w filmowej wersji Sienkiewiczowskiej powieści. Dziś jednak kiedy coraz więcej Tatarskich dzieci spotykam na drodze  swego życia, wyczuwam jakąś nutkę proroctwa w tym przezwisku. Przyznam, ze intrygowali mnie Tatarzy zawsze. W średniej szkole spotkałem pierwsza żywą Tatarkę psorkę od matematyki Aisze Szehidewicz i polubiłem ja od pierwszego wejrzenia. Polubiłem jej fryzurę, gesty i specyficzny akcent. Była zadziorna, kokietkowata ale mądra. Duże wyraziste oczy, krotka fryzura chłopięca, niewysoka. Bardzo kobieca na dodatek i sympatyczna nad wyraz. Gdy zmarł jej tato opisała nam bardzo mężnie przebieg ceremonii. To jedyny raz kiedy pozwoliła sobie abstrahować od tematu. Jako kleryk na pierwszym roku odwiedziłem w Białymstoku na Piasta niewielki domek modlitwy, w którym spotykali się białostoccy Tatarzy. Podobały mi się ich egzotyczne fizjonomie. Dostrzegłem, ze mężczyźni na starość maja bardzo owalne twarze, skąpe wąsiki, mały zarost na brodzie i wydłużone końcówki uszu.

Potem jeszcze w Dokszycach na Białorusi widziałem wielkie cmentarzysko tatarskie obok katolickiego z małymi piramidkami z arabskimi sentencjami i półksiężycami. Byłem tez na cmentarzu i w meczecie w Bohonikach.

Gdy trafiłem na Kaukaz to byłem przekonany, ze będę ich spotykał na codzień. Owszem miałem w parafii tatarska parę, którym dałem ślub kościelny ale miałem z nimi sporo kłopotu, bo kobieta okazała się energoterapeuta i w naszej parafii bez mojej wiedzy za plecami agitowała i wyszukiwała sobie zwolenników czy tez klientów do swych praktyk.

Muzułmanie na ulicach Rostowa czasami witali się ze mną swym tradycyjnym Salom Alejkum. Dzięki temu wyczuwałem, ze się ze mną identyfikują, ze maja mnie za swego. Jeden raz zdarzyło mi się ochrzcić pewna Azerkę, która miała Ormianina za męża i dałem im ślub kościelny, potem częściej ja widywałem na Mszy świętej niż jej męża Mkrtycza, który ponoć był kuzynem jakiegoś księdza.

Na codzień miałem Malo do czynienia z muzułmanami i pamiętam jedynie, ze w Rostowie długi czas trwał jakiś protest obok dawnego budynku meczetu, którego władze nie zwracały. Po kilku latach gdy byłem już na Kamczatce parafianie pokazywaliśmy rowy wykopane pod fundament meczetu z satysfakcja informowali mnie, ze protesty mieszkańców spowodowały wstrzymanie budowy.

Dużo meczetów widywałem w Astrachaniu. Były to jednak niewielkie budowle.

Bezpośredni kontakt z Mułłą miałem na tzw. Okrągłym Stole w Eliście na Wielkanoc 1994-go roku. Był to akurat astrachański mułła w eleganckim szarym czabanie biała koszula, krawat i subtelny turban. On to właśnie dostrzegł pewien zgrzyt w wypowiedziach mnicha Zosimy, który najeżdżał tradycyjnie na sekty. Powiedział bardzo mądrze i trafnie oraz po męsku, ze Kaplan który dyskredytuje kapłanów  innych wyznań sam siebie dyskredytuje.

Poprzez ta wypowiedz nabrałem dużej sympatii do tego konkretnego Mułły i do muzułmanów w ogóle.

Gdy trafiłem na Zabajkale miałem w Czycie długą rozmowę z młodym Mułłą, który przy pożegnaniu powiedział do mnie, ze uważa mnie za muzułmanina.

 

V. TROSZKĘ O LAMAITACH

 

Buddyści

 

 

Gdy zdawałem na studia w Krakowie w 1982 roku spotkałem chłopaka na łyso ostrzyżonego w tybetańskim stroju. Moj kolega go znał wiec się przywitali. Nie był to azjata a egzaltowany Polak, student. Pomyślałem sobie, ze równie dobrze w naszych czasach można się egzaltować Chrystusem i w wielu klasztorach znaleźć nie mniej egzotyczne ubranka. Tym niemniej w głowie pozostało cos, jakiś robak gryzł. Doszło do mojej mózgownicy, ze Azjaci też zajmują się misjami i próbują przekonać Europe o sprawiedliwości swego światopoglądu. To właśnie w Eliście w Kałmucji w 1994-m roku odwiedziłem pierwszy raz w życiu buddyjski dacan i ujrzałem tzw. Gilunga.

Mężczyzna tez był ubrany po tybetańsku. Rozmawialiśmy po angielsku. On nie miał kompleksów, był oryginalnym Tybetańczykiem z Indii świetnie władał angielskim językiem i miał pewne wyobrażenie o kościele. Nawet pochwalił katolików za misyjny zapal. Powiedział, ze się u nas uczą i że już maja misjonarzy w Hiszpanii.

Świątynia w Eliście w tamtych czasach to był zwykły domek specyficznie pomalowany na żółte jaskrawe, czerwone i zielone barwy. Przyznam, ze lubię taką gamę kolorów. W środku tron z portretem dalajlamy. Podwyższenie z gongiem, bębnem i księgami zawiniętymi w chusteczki. Pod sufitem swego rodzaju klosze ze zwisającymi filakteriami. Mnóstwo poduszek. Kadzidełka, Male miseczki z ryżem, ziarnem, grosiki i papierowe pieniądze rozsypane na stół obok tronu. Przy wejściu do świątyni kilka obracających się na szpilce bębnów z modlitwami w środku.

Podobne domki miałem jeszcze ujrzeć w Agińsku i w Czycie.

Jakiś czas nie potrafiłem rozróżniać Kałmuków od Koreańczyków. Tym niemniej teraz dostrzegam, ze Buriaci, Kałmucy i Mongołowie, którzy pochodzą z tego samego rodu i rozumieją swe dialekty maja ciemniejsza cerę i bardziej owalne twarze niż Koreańczycy.

Owszem wśród Koreańczyków tez spotyka się buddystów ale ci liczni napotkani przeze mnie w okolicach Rostowa(60.000 w obwodzie rostowskim) byli protestantami albo niewierzącymi. Nam katolikom mimo prób nie udało się absolutnie znaleźć wspólny język z miejscowymi Koreańczykami. Owszem ochrzciłem dwie Male metyski i zaprzyjaźniłem się z kilkoma podrostkami i nic poza tym

Buddyści podobnie jak muzułmanie intrygują mnie do dziś, tym niemniej nie egzaltuje się i kogo mogę przestrzegam przed tym. Mam zawsze na uwadze ostrzeżenie Papieża zawarte w książce Przekroczyć próg nadziei, gdzie mowa jest o poziomie duchowości. Po pierwsze wschodnie systemy etyczne religia sensu stricte nie są, bo sam Budda proklamował ateizm i jedynie uczył żyć poczciwie, by się rozpłynąć w nicości, po drugie tam gdzie buddyzm osiąga szczyty duchowości tam dopiero zaczyna się katolicki katechizm a do wyżyn medytacji jakie osiągał Jan od Krzyża czy Teresa z Avila żaden Buddysta nie dochodzi.

Ponadto w innych opracowaniach znalazłem argumenty mówiące o rozprawach buddyjskich mnichów na katolickich misjonarzach, co trochę demaskuje obiegowa opinie o tolerancyjności Buddystów. Malo tego, okazuje się, ze buddyści w Kambodży kolaborowali z czerwonymi Khmerami.

Ja osobiście mam z Kałmucji dobre wspomnienia i nikt poczynając od zdeklarowanego Buddysty Prezydenta Ilumżinowa a kończąc na miejscowych mnichach i prostych ludziach przykrości mi nie robił z powodu mojego wyznania tym niemniej ostrożność nie zawadzi. W Rosji Buddyzm zapisano konstytucyjnie jako religie tradycyjna i mnisi buddyjscy tym sposobem trafili do elitarnego klubu nietykalnych. Muzułmanów, Żydów, Buddystów i Prawosławnych żadna przykrość w Rosji nie może spotkać. Co innego protestanci i katolicy. Ci musza się trzymać na baczności, bo wedle papierów tradycyjni nie są

 

 

VI. PÓŁNOCNO-KAUKASKA STOLICA

 

Rostów

 

Rostów to mała stolica Federalnego Okręgu Północnego Kaukazu. Ma grubo ponad półtora miliona mieszkańców. Istnieje około 300 lat jako miasto przygraniczne a na początku twierdza świętego Dymitra Rostowskiego, w skrócie Rostów. Cecha charakterystyczna wszystkich rosyjskich miast i świadectwem przynależności do wschodniej cywilizacji są ogromne bazary, na których toczy się życie.

W latach 90-tych wielkie zabrudzone bazary pełne psów, kotów i rożnych innych mniejszych żyjątek stały się dla mnie symbolem kraju. Przedłużeniem bazaru czy jego filia jest każde większe skupisko ludzkie jak dworzec, lotnisko, przystanek metro czy autobusowy, nawet foyer teatru, urzędu, kina czy szkoły.

Z niektórych miejsc bazary znikają ale pojawiają się w innych. Na Ukrainie dostrzegłem tendencje, ze na miejsce bazarów pojawiają  się supermarkety, tym niemniej folklor tych miejsc pozostaje w ludzkiej mentalności. Na bazarze nikt nie dba o ubiór, słownictwo i wykształcenie. Tam nie ma komputerów i aparatów kasowych. Tam się ludzie głośno targują, śmieją, plują i wypróżniają w byle jakich wychodkach. Nie brak tutaj oberwańców, których wcześniej mogłem oglądać tylko w kinie. Tłumy żebraków beznogich, bezrękich i ślepych. Niemało cyganek. Sporo szulerów proponujących grę w karty lub jakieś inne zabawy. Na każdym rogu Azer lub Ormianin z szaszłykarnia, setki staruszek wysiadujących klientów jak kury na jajkach byle sprzedać parę szklanek z ziarenkami suszonego słonecznika lub dyni.

One również targują papierosami i czekoladkami. Ziarenka nasypuje się w trójkątne torebeczki z gazety, wszystko to niezbyt czyste. Nad rzędami stołów gdzie się sprzedaje mięso lub ryby spokojnie sobie latają muchy. Po wąskich przejściach w tłumie kupujących szwendają się liczni kieszonkowcy, zresztą to co tu się sprzedaje jeszcze niedawno zostało gdzieś ukradzione, zwłaszcza w tych miejscach gdzie leżą towary żelazne, części samochodowe, klamki uchwyty. Owszem milicja chodzi i sprawdza, ale jeszcze ważniejsi od milicji są tu reketierzy czyli chłopcy kontrolerzy, którzy niby dbają o porządek i bezpieczeństwo a tak naprawdę pobierają haracz ze wszystkich sprzedawców.

Na miejsce reketu lub wspólnie z nim na rynku polowaniem zajmują się pięknie staroświecko odziani kozacy, którzy pod koniec lat 90-tych coraz głośniej artykułowali hasło gnać czarnych. W miarę jak rosły nastroje anty czeczeńskie podsycane zewsząd również poprzez usta polityków a potem prasy i telewizji. Kontrola człowieka ciemnowłosego z niegolona szczecina na twarzy to obrazek na co dzień. Ja tez chwilami popadałem w ręce takich kontrolerów i nie pomagała sutanna.

Rostów to typowe miejsce do którego pasuje ten opis, choć można to było dostrzec i w innych kaukaskich miastach i miasteczkach.

Centralny plac, miejsce gdzie kiedyś stała katedralna cerkiew ma teraz pomnik Lenina w poniżej jakieś sylwetki kozackiego folkloru.

Niedaleko na tym placu Urząd Obwodowy a naprzeciw Urząd miejski zawsze konkurujące ze sobą. W kierunku na zachód dworzec kolejowy . Po drodze na dworzec największy rynek w mieście i obecna katedra z wielka dzwonnica o złoconych kopulach

Na wschód od centrum lotnisko a po drodze Muzeum krajoznawcze, teatr Lalkowy gdzie parę miesięcy odprawiałem i korpusy uniwersytetu, który czasem jest nazywany warszawskim, bo się z Polski ewakuował tutaj właśnie po wybuchu pierwszej wojny światowej.

Lotnisko jak rzekłem leży we wschodniej części miasta równolegle wzdłuż Donu obok dzielnicy Aleksandrówka i miasteczka Aksaj, w którym składane były koreańskie auta Daewoo.

Jadąc od centrum w stronę lotniska mijamy stara dzielnice ormiańską Nahiczewań. To było niegdyś oddzielne miasto założone w czasach Katarzyny Wielkiej, która kolonizowała Południe Rosji sprowadzając z Krymu Ormian i Greków. Takich ormiańskich miasteczek wokół Rostowa jest sporo. W dzielnicy Nachiczewan jest ogromny teatr na placu Karla Marxa przypominający swymi kształtami traktor. Dalej na wschód jest ogromne ormiańskie cmentarzysko. Po drugiej stronie Donu jest dzielnica zwana Lewy Brzeg pełna kafejek, sanatoriów i obozów dziecięcych. Tam tez zaczyna się miasteczko Batajsk i trasa na południe do Władykaukazu na Czeczenie, Gruzje i Osetie oraz na Abchazje i do Soczi. Najgorętsze miejsca na świecie pod względem klimatu i aury wojennej.

Rostów posiada schemat ulic podobny jak w miastach amerykańskich są tzw. linie czyli przecznice i kwartały czyli dzielnice. Największe masywy to Rostów Zachód na trasie do Taganrogu gdzie mieści się mnóstwo akademików i najwyższe w mieście domy. Masyw jest dość wysoki zwłaszcza za torami kolejowymi, idzie równolegle wzdłuż Donu i w miarę jak teren się obniża zaczyna się w pobliżu rzeki strefa domków jednorodzinnych. Troszkę dalej na północ równolegle idzie dzielnica wybudowana przez Turków za niemieckie pieniądze tzw. Wojenwied, czyli dzielnica wojskowa. Na osiedlu północnym jest piękna ormiańska świątynia Surb Chacz i korpusy Uniwersytetu Pedagogicznego.

Jedna z centralnych ulic wiodących od portu rzecznego na północ nazywa się Budionowskij i można ta trasa dotrzeć do ZOO i do Instytutu Kolejowego tzw. RiŻT.

Stamtąd już niedaleko do parku Kornela  Czukowskiego i do Sadowej Roszczy czyli kościoła katolickiego. Równolegle do tej trasy w kierunku wschodnim idzie ulica Lenina, która prowadzi do pomnika Gagarina i Brackiego cmentarza, dalej pomnik Lenina i stamtąd tez już jest niedaleko do kościoła. Ulica Lenina tez wiedzie do wspomnianego Surb Chacz, kończy się wielkim cmentarzem miejskim od którego skręcając na lewo na tzw. Kamionkę można dotrzeć do Iwerskiego Monastyru  żeńskiego. Dalej dojedziesz do obwodnicy i wylecisz na Taganrog. Jeśli od cmentarza skręcić na wschód to trafić można na tzw. Sielmasz czyli fabrykę kombajnów i innych maszyn rolniczych oraz na trasę do Nowoczerkaska, która wiedzie na Moskwę. Zaledwie 1200 kilometrów do stolicy.

 

 

VII. DEKANAT ROSTOWSKI

 

Nowoczerkask

 

Nowoczerkask ma podobnie jak Rostów dość szeroki ulice i typowe bulwary.

To dawna stolica wojska Dońskiego i wszystko tu przypomina o dawnej świetności. Katedra, która stoi na trochę sennym brukowanym rynku podobno 3-krotnie zapadała się pod ziemie gdy ja wznoszono. Na północnej pierzei wielki pomnik na cześć kozaka Jermaka, który podbił i upokorzył Syberie. Podobnie jak Rostów, Nowoczerkask leży na kilku wzgórzach. Również tutaj przepływa wpadająca do Donu niewielkich rozmiarów rzeka. Zwiedzanie można zacząć od północnego zachodu czyli od dworca autobusowego. Idąc na wschód spotkamy Politechnikę i tam Kociole oraz kirchę.

Dalej wspomniana katedrę i dworzec kolejowy. Po drodze do katedry kozacka parafia świętego Aleksandra Newskiego, naprzeciw muzeum ze słynna płyta azowska wskazująca na relacje Azowa z Wenecja w średniowieczu. Na wylocie na północ można dostrzec ładny luk tryumfalny zbudowany na cześć zwycięstwa nad Francuzami.

 

Batajsk

 

Miasto tranzytowe w drodze na Kaukaz. Około sto tysięcy mieszkańców. Niegdyś ważny węzeł kolejowy. Leży na mokradłach po lewej stronie Donu i często jest zalewane. Paradoksalnie odczuwalny jest w mieście brak wody pitnej. Dzieli się na dwie lub nawet trzy autonomiczne dzielnice: Awiagorodok przy trasie samochodowej, centrum i tzw. Kojsug na wylocie na Azów. W Awiagorodku mieszkają głównie rodziny żołnierzy, głównie lotników. Tutaj pierwsze szlify zdobywali niektórzy rosyjscy kosmonauci. Miałem tu również kilkoro parafian miedzy innymi Romana rodem z Białorusi, babcie Felicje rodem z Odessy i pewna rodzinkę z niemieckimi korzeniami.

Na Kojsugu tez mieszkali Niemcy ale ostatnio coraz więcej Koreańczyków. W niewielkim tym mieście na Kojsugu ponoć mieszkało 14-17 tys. Koreańczyków.

To właśnie na Kojsugu była cerkiew sąsiadująca z naszym osiedlem RDWS dosłownie przez pola i przez tory. Z tej cerkwi kapelan kozaków nasyłał na nas bojówkarzy, żeby dobrze postraszyć katolików.

Nasza kaplica mieściła się na południowy wschód od centrum kolo 22 szkoły an kwiatowym zaułku. Zamieszkaliśmy tutaj z braku konkretnego pomieszczenia w Rostowie. Siostry w domu numer 22 ja numer 14 u babci Nataszy, starej Białoruski.

Z czasem gdy powstał duży korpus mieszkalny z oddzielnym wejściem dla sióstr ja zamieszkałem na parterze przy kaplicy, choć tak naprawdę to mieszkałem w autobusach i pociągach i więcej mnie nie było w Batajsku niż byłem. W 1997-m roku po wypadku samochodowym zamieszkałem w kaplicy parafialnej w Azowie.

Na tej samej ulicy mieszkał Polak Arciszewski ale nie chodził do kościoła, bo był alkoholikiem, dość wcześnie zmarł i na pogrzebie zbrataliśmy się z wdowa.

Dobre stosunki mieliśmy z sąsiadem milicjantem Igorem.

Na końcu ulicy mieszkali państwo Zielińscy, których córka tez była milicjantka i sama przyszła się z nami zapoznać, bo była możliwość podłączenia telefonu i aby zmniejszyć wydatkach prosiła byśmy wzięli udział w tym projekcie. Okazało się, ze jej rodzice tez są z pochodzenia Polakami.

Wiele dzieci nas odwiedzało w kaplicy, ale najwierniejsi okazali się Żydek Pasza, Tatar Rusłan Begiszew, Sasza Rosjanin, kozak Wiktor, Maksym Zabołocki, Cygan który nawet spędził Pol roku na postulacie u Franciszkanów, Lonia Rosjanin, który we Franciszkańskim seminarium spędził cztery lata. Był Koreańczyk Edik - narkoman i mały Stas metys. Przychodził też Oleg i Katja z babcia kagebistka. Nie zapomnę nigdy babci Broni i Francewicza, oboje Polacy, którzy mieszkali w centrum miasta i przychodzili kiedy tylko mogli. Teraz trudno mi powiedzieć czy któreś z nich żyje. Niewiele tak naprawdę było tych parafian w Batajsku ale warto się było starać. Jeden z nich tez tatarskiego pochodzenia o imieniu Wadim, jako dyrektor Caritas Priazowie, w jakiejś mierze mój wychowanek zamieszkał na stale w klasztorze sióstr po ich odjeździe w 1999 roku i kontynuuje niektóre projekty oraz pamięć o parafii, która tak nagle powstała z niczego a dokładniej z rozpaczy rzuconych na wielkie wody niedoświadczonych misjonarzy.

 

Taganrog

 

Pod Taganrogiem około 20 km w kierunku wschodnim jest stacyjka kolejowa Tan ais i wielkie muzeum pod gołym niebem. Wykopaliska trwają już kilkadziesiąt lat. W sezonie letnim bywają tu wolontariusze z Polski, bo muzeum trzyma się na entuzjazmie dyrektora o nazwisku Czesnokow. To bardzo sympatyczny pan po pięćdziesiątce. Kilkakroć wpadałem do niego na kawę. Przyjaźnił się z nim i gościł u siebie w Rostowie salezjanin ksiądz Edward Mackiewicz. Jeden raz przyjechaliśmy cala delegacja, by przeprowadzić Koronkę Miłosierdzia Bożego w obecności pielgrzymującej figury Matki Bożej Fatimskiej. Działo się to 9-go grudnia 1996-go roku. Na modlitwie byli obecni wszyscy współpracownicy muzeum i delegacja z rostowskiej parafii. Wykopalisko to grecki port z okresu przed i po chrześcijańskiego, stad bierze się legenda, ze mógł tutaj bywać Andrzej Apostoł, który odwiedzał Krym, Bałkany i Ukrainę, wedle legendy również Kijów.

W Tanais znajduje się największa na świecie kolekcja amfor greckich, marmurowych figur i rożnych przedmiotów bytu codziennego, które wydobywane SA z terytorium kilkuset dobrze zachowanych pod ziemia domostw tego bogatego miasta.

Samo słowo Tanais ma związek ze śmiercią. Nie wiem czemu ktoś tak niezręcznie nazwał to miejsce. Czy może było tu żyć niebezpiecznie. Owszem port był narażony na ataki z zewnątrz. Ponoć rzeka Don tez po grecku tak się nazywała wcześniej. Skrócony tytuł Tana otrzymało w czasach włoskich dzisiejsze oddalone 30 km od Taganrogu portowe miasto Azów.

Sam Taganrog jest dość starym miastem, jeśli sie zważy, ze długie lata tereny południa Rosji były opustoszone wojnami, zwłaszcza tatarsko-mongolskimi. Potem bywali tu Kozacy, Az nareszcie caryca Katarzyna postanowiła zasiedlić te tereny Ormianami, Grekami i Niemcami. To była planowa kolonizacja i jej pozytywne skutki odczuwa się do dziś. Większość osiedli tego regionu ma przy wjeździe jakieś pamiątkowe znaki i tablice z datami końca 18 wieku jako data swego poczęcia. Taganrog jest trochę starszy, bo zawdzięcza swe istnienie ambicjom Piotra Wielkiego, by na miejsce rozgromionego tureckiego Azowa mieć swój własny port a nawet rosyjska stolice. Ponieważ Turcy zniszczyli Taganrog w odwecie do fundamentów prawdziwe i powtórne narodziny zawdzięcza to miasto Katarzynie właśnie.

Ulice rozchodzą się promieniście z okolic pięknego portu.

Ponieważ było tu dużo Greków jedna z nich nieopodal bulwarów nazywa się Grecka. Inna na cześć licznych Włochów ma imię Italiańska. Ulica, która komuniści nazwali Frunze nazywała się katolicka, co wiele mówi o starych tradycjach kościoła, który stał na tej ulicy. Nieopodal kościoła trochę w głębi wielkiego placu można dostrzec ogromne gimnazjum w którym uczył się genialny pisarz rosyjski Antoni Czechow.

Jakoś tak się składał los, ze moje ścieżki splatały się z jego ścieżkami. Moje kapłaństwo rozpoczęło się nad Morzem Azowskim gdzie jego Zycie, doroślałem na Sachalinie, gdzie i on szlifował swe pióro. On ciężko zachorował i leczył się w Krymie czyli na terenie dzisiejszej Ukrainy, gdzie mnie również dosięgła choroba. Jest to pisarz, któremu bardzo sympatyzuje, za jego wisielczy humor a zwłaszcza troskę dla katorżników Sachalinu.

Obecnie jest to miasto 300 tysięczne z wieloma osiedlami, dwoma dworcami kolejowymi, lotniskiem wojskowym, wieloma uczelniami m.in.. Instytut Języków Obcych, Wojskowa Szkoła Inżynieryjna etc. Produkuje się tutaj Male traktory i piece gazowe do ogrzewania domów tzw. Krasny Kotelszczik. Kościół się zachował ale go nie zwrócono, pomimo starań z naszej strony. Plebania była do wykupienia ale to już było nasze zaniedbanie. Kupiliśmy natomiast domek w okolicach starego dworca kolejowego i autobusowego naprzeciw zajezdni Trolejbusowej.

 

Azów

 

Starożytne miasto Azak założone w czasach Złotej Ordy. Kupcy z Wenecji i z Genui otrzymali zgodę na stworzenie tutaj swojej kolonii. Istniała tu siedziba włoskiego konsula i zachował się nagrobny kamień. Konsul nazywał się Corrado. Kamień znaleziono sto lat temu i chroniony jest w Muzeum Krajoznawczym w Nowoczerkasku. Na terenie gdzie znaleziono kamień wedle przypuszczeń i także wykopalisk miał istnieć kościół katedralny pod wezwaniem św. Marka, patrona Wenecji. Kapłanów było sporo a już od 1300 roku do Tany zaczęli nadciągać biskupi głównie dominikanie i Franciszkanie, Pierwszy z nich nazywał się Reinaldo de Spoleto. Jednym z nadprogramowych zajęć kapłanów w Tanie była asysta przy targu niewolnikami. Aby  się utrzymać księża dorabiali sobie jako notariusze spisując akty kupna sprzedaży czerkieskich najczęściej niewolników.

O jednym konkretnym przypadku znalazłem wiadomość w broszurce jaka kupiłem w miejscowym muzeum, Podobno pewien Franciszkanin kupił sobie chłopca czerkieskiego, ochrzcił go, nadal.  Mu imię Przepiórka i darował wolność,

Nie wiem jak wielu było tak szlachetnych księży ale myślę, ze jest to opowieść aktualna do dziś, bo w Azowie na terenie parafii działało centrum rehabilitacji narkomanów. Widziałem film o azowskiej parafii ze studio Kana o pewnym chłopcu, który mając długi staż narkotyczny wyszedł z tego stanu dzięki katolikom. Inna mama potwierdziła to ze lazzi a jeszcze inna opowiedziała jak parafianie modląc się za nieuleczalnie chorego chłopca wyprowadziła go ze stanu śpiączki i wbrew prognozom lekarzy człowiek żyje i ma się dobrze. Przypisuje swe uzdrowienie modlitwie. Ma na imię Maksim i jest to ten sam chłopiec, który stal u początków wspólnoty. Pomagał mi kompletować dokumenty ustawowe i wedle dokumentów był członkiem założycielem i pełnomocnym sekretarzem parafii.

Z licznych świadectw pisanych i archeologicznych wiadomo, ze katolicy włoskiej epoki mieli się nieźle w tanie Azowie do chwili upadku Złotej Ordy czyli do 1475 roku kiedy to Turcy wtargnęli do miasta i stopniowo zaczęli zamieniać kościoły na meczety. Wskazany teren moi parafianie odszukali i pomogli mi wykupić trzy spośród pięciu parceli należących do 5-ciu właścicieli. Urządziliśmy kaplice, plebanie i centrum rehabilitacji dla narkomanów. Szlo to opornie bo trzymało się jedynie na entuzjazmie starościny Leny Bołwinowej. W 2002 roku wszystkie 3 parcele wykupił wujek Piotr sąsiadujący z nami i historia się na tym zakończyła. Karmelici motywowali decyzje małą ilością parafian i ogólnym bałaganem. Dziekan Paweł dokonawszy transakcji odjechał w siną dal czyli jak mi się zdaje na Syberię i decyzja Biskupa obie placówki Azów i Taganrog objął ksiądz Raul z argentyńskiego Zgromadzenia Verbo Incarnato. Z chwila jego pojawienia się parafia zaczęła odżywać na nowo i kupiła najpierw mieszkanko a potem parcele w centrum miasta, podczas gdy teren starożytnego kościoła był na obrzeżach w Malo uczęszczanym zakątku w okolicy portu. Owszem tam było pięknie latem i dużo turystów ale dla utrzymania parafii to miejsce było rzeczywiście niewygodne. Ja jako pomysłodawca takiej lokalizacji parafii mam oczywiście smutek duszy i niesmak, tym niemniej cieszę się, ze parafia nadal. Istnieje choć pod innym adresem. Greckie słowo Tana, tan ais-śmierć, choć feralne w odniesieniu do parafii św. Marka okazało się nieprawdziwe.

 

Wołgodońsk

 

Młode miasto, które podobnie jak Soczi bierze swój rodowód w czasach stalinowskich powstało na styku dwu wielkich rzek rosyjskich Wołgi i Donu, stad jego nazwa. Najpierw przymusowi robotnicy zbudowali Cymlańską zaporę i elektrownie wodna. Potem powstało miasto Wołgodońsk, które jest znanym ośrodkiem produkcji maszyn atomowych i ostatnio również miejscem lokalizacji Elektrowni atomowej podobnego wzorca jak Czarnobylska. Budowa elektrowni zbiegła się z wybuchem na Czarnobylu toteż była zamrożona ponad 10 lat. Tym niemniej mer miasta w trosce o bezrobotnych wystarał się o pozwolenie na uruchomienie elektrowni i restauracje Atommaszu.

W Wołgodońsku prócz licznych osób niemieckiego pochodzenia, którzy powoli emigrują czy raczej repatriują się do Niemiec jest sporo Czeczenów, około 18 tysięcy. Nic wiec dziwnego, ze tutaj właśnie miał miejsce jeden z najtragiczniejszych wybuchów we wrześniu 1999 roku. Dokładnie 16 września. Miesiąc wcześniej pożegnałem się z ta parafia i bardzo przeżyłem to co się stało. Jak mi opowiadano potem, niektórzy mieszkańcy szukali schronienia i opieki w naszej parafii. Większość jednak nieszczęśników mieszkańców kilku 9 piętrowych bloków zamieszkało u sąsiadów, krewnych, znajomych lub na swoich daczach pod miastem w okolicach zapory.

 

 

Szachty

 

Duże miasto górnicze sąsiadująca z Nowoczerkaskiem.

Tutaj prowadziłem wspólnie z siostrami poszukiwania Ormian katolików, uwieńczone sukcesem.

W 1996-m roku powstała parafia MB Fatimskiej.

Przez parę lat obsługiwali Salezjanie. Ksiądz Jerzy Królak SDB sprowadził i ustanowił tu kaplice drewniana, która wcześniej stała w Rostowie w latach 1993-1998, kaplice niestety spalono. Sprawcy pozostali nieuchwytni. Jest podejrzenie, ze dokonał tego jeden ze współpracowników księdza Edwarda, Ktory pozostał niezadowolony swoją zapłatą za pracę na budowie.

 

Matwiejew Kurgan

 

Miasteczko na pograniczu Ukraińsko-rosyjskim, siedziba celników stacji Uspienka. Miejsce zamieszkania kilku rodzin ormiańskich, jeden raz jeździłem z posługą razem z ojcem Kasjanem chrzcić tam dzieci. Ojciec Kasjan się zapalił do tej sprawy ale z braku samochodu nie kontynuował. W miasteczku mieszkał prawosławny ksiądz Jarosław, odwiedzałem go w domu ale nie zastałem.

 

Nowoszachtińsk

 

Rodzinne miasto mojego organisty w przyszłości kleryka Franciszkańskiego a po święceniach przełożonego franciszkańskiej kustodii w Moskwie Mikołaja Dubynina. Siedziba parafii Najśw. Serca Jezusowego, 15 km od granicy ukraińskiej, przejście graniczne.

 

Biała Kalitwa

 

Duże miasto 100 km na północ od Rostowa.

Rodzinna miejscowość kleryka Romana, którego na prośbę Bernardo Antonini, rektora seminarium poszukiwałem, by mu wypisać opinie na kleryka. Spotkaliśmy się pół roku później. Podziękował za moje starania ale na ile wiem seminarium nie skończył, więcej go nie widziałem.

 

Wioszeńska

 

Typowa stanica kozacka na rubieżach obwodu rostowskiego po sąsiedzku z obwodem woroneskim.

Miejsce urodzin pewnej mieszkanki Częstochowy, która prosiła mnie o odwiedzenie chorej mamy. Z pomocą Bożą wspólnie z siostra Teresa wśród nocy po całodziennej podroży autobusem 500 km na północ od Rostowa odszukaliśmy staruszkę. Odbyła się spowiedź i namaszczenie chorych. Ciężko chora z lekkim sercem po 3 dniach zmarła. Rodzinne miasto noblisty Michała Szołochowa.

 

Millerowo

 

Miasto na pograniczu Ukrainy i obwodu woroneskiego. Miejsce zamieszkania wielu zdemobilizowanych ze wschodnich Niemiec żołnierzy. Wojskowe osiedla wznosili robotnicy ze Słowacji. Jeździłem, by im zaproponować im Msze święta i prosić o pomoc w penetracji tubylczych katolików. Słowaków nie zastałem, bo budowa była w stadium zakończenia i wszyscy na urlopie, kontakt się zerwał.

 

 

VIII. KOZACKIE STANICE NA KUBANIU

 

Starominskaja

 

Średnich rozmiarów stanica na północy krasnodarskiego Kraju czyli Kubani.

Tutaj właśnie na spotkaniu 8 marca 1997 roku zostałem poinformowany, ze każdy urząd miejski ma pełne dane statystyczne o zarejestrowanych wspólnotach katolickich i tajne instrukcje jak się odnosić do nas jako nietradycyjnej religii.

Tutaj również miałem dwukrotnie samochodowa kraksę, każda z nich mogła się zakończyć śmiertelnie. Pierwszy raz w trakcie rozwożenia materiałów drukowanych dotyczących pielgrzymki MB Fatimskiej oraz ustalania trasy pielgrzymki 3 grudnia 1996, drugi stal się 7 czerwca 1997 roku. Wtedy to byłem operowany w szpitalu wojskowym na przedmieściach stanicy. Ostrzyżono mi po wypadku głowę i zszywano skalp bez znieczulenia na okrętkę. Miałem po tym wypadku Pol roku głupiego Jasia czyli adrenalinowy szok i niesamowity humor oraz wielka chęć do pracy.

Swoje ocalenie przypisywałem świętemu Antoniemu, którego relikwie wieźliśmy razem z o. Dariuszem Harasimowiczem z Wołgodońska przez Azów do Krasnodaru. Po tym zdarzeniu parafie Miłosierdzia Bożego i błogosławionej Faustyny, na terenie której stal się już drugi wypadek traktowałem jako wotywną.

Wotywną kaplicą stała się również kaplica w Azowie, do której się po wypadku przeprowadziłem na stałe, dekorowałem własnymi freskami i zamieszkiwałem 2 lata.

 

Leningradskaja

 

Stanica kozacka Pol drogi z Rostowa do Krasnodaru. Dawny Humań. Przodkowie mieszkańców stanicy sprowadzeni z centralnej Ukrainy przez Katarzynę Wielka.

W latach powojennych sprowadzono sporo mieszkańców oblężonego Leningradu i wtedy właśnie zamieniono nazwę stanicy. Przystań dla kilku polskich rodzin z okolic kołchozu Zielony Gaj. W rodzinie Michalskich pokazywano mi świadectwo chrztu dzieci wypisane ręką Biskupa  Jana Pawła Lengi.

Inna rozgałęziona rodzina Skakowskich wspierała mnie w sprawie rejestracji wspólnoty i budowy kaplicy, która tam została podpalona przez chuliganów i ponoć spłonęła doszczętnie. Obsługiwali ja kapucyni, potem Salezjanie. Ostatnio mówiło się o zamknięciu parafii z powodu malej ilości wiernych i nadmiernej ilości zajęć rostowskich księży.

Pierwsza w Rosji wspólnota Jezusa Miłosiernego i błogosławionej Faustyny, zarejestrowana na początku 1997 roku zanim jeszcze doszło do kanonizacji.

 

Jejsk

 

Piękne miasto nad morzem azowskim, sympatyczny port.

Ponoć kiedyś tu była siedziba kapelana katolickiego rosyjskiej armii.

Jejsk to miasto, w których zachowała się sporych rozmiarów niemiecka Kircha, w której urządzono sale gimnastyczna. W okolicach Jejska odnalazłem jeszcze dwa takie niemieckie kościoły, gdzie wioskowi ludzie korzystali z nich jako z klubu. Jeden z tych kościołów odszukałem sam Pol drogi z Azowa do stanicy Starominskaja, drugi po drodze z Jejska na plażę pokazał mi Leonid Skakowski.

Wzruszające miejsca. Próbowałem sprawę jakoś rozruszać z pastorem Joachimem z luterańskiego kościoła. Wydawało mi się, ze wspólnymi silami miałoby sens restaurować świątynię i zachęcić ludzi do uczęszczania, ale mimo wielkiej sympatii ten młody Luteranin nie był w stanie się sprawa zająć. Jego praktyka w Rosji trwała tylko rok i za  parę miesięcy miał wracać do Niemiec.

Wielce ekumeniczny pomysł upadł.

Tak mi się marzy, ze jeszcze nadejdą lepsze czasy dla takich porzuconych kościołów. Może zjawi się cos na kształt zakonu serwitor, którzy konkurowali z Franciszkanami w dziedzinie odnawiania starych opuszczonych świątyń.

W 1996-m roku wyprosiłem u abp Kondrusiewicza zgodę na rejestracje wspólnoty katolickiej pod wezwaniem Cyryla, Wojciecha i Metodego. Dawałem ogłoszenia w prasie miasta Jejsk. Redaktor chętnie zapisał wywiad a władze miejskie chętnie wysłuchały moich wyjaśnień o tym jakie mam zamiary. Miejscowy proboszcz Prawosławny też był przychylny i nie robiłby trudności, gdyby się uprzeć i cos robić. Niestety sprawa utknęła. Byłem zbyt slaby żeby wszystkiemu podołać. Powiadają, ze 4 srok za ogon nie utrzymasz a ja już trzymałem Wołgodońsk, Azów, Batajsk, Salsk, Stepnoje. Umykało mi wiele ważnych spraw, ta również umknęła. Owszem, pod tym niemieckim kościołem przeprowadziliśmy z księdzem Edwardem szczera modlitwę w obecności MB Fatimskiej, by kiedyś zamknięte na kłódkę drzwi otwarły się dla wierzących. Tylko tyle byłem w stanie zrobić. W Leningradzkiej był nadmiar pracy, toteż Jejsk się nie doczekał moich częstszych wizyt. Bardzo mi żal a nawet wstyd.

 

Kuszczowka

 

Duża stanica na granicy obwodu rostowskiego i Krasnodarskiego kraju.

Miasto tranzytowe w drodze do Soczi i Władykaukazu. Duzy dworzec kolejowy.

Sporych rozmiarów jednostka wojskowa, ogromny parking z czołgami.

Bardzo żyzne ziemie sporej wielkości katolicka diaspora niemieckiego pochodzenia. Kilkakroć miałem tam spotkania, wielokroć odwiedzałem, jeden raz miałem na miejscowym cmentarzu pogrzeb sp. Irmy.

 

Stepnoje

 

Duża stanica w rejonie Kuszczowskim, duże skupisko osób niemieckiego pochodzenia. 40 km od Batajska. Był okres kiedy Msza święta odbywała się tutaj co tydzień.

 

Tichoreckaja

 

Duża stanica sąsiadująca z rejonem Leningradzkim i łuszczowskim nieopodal Krasnodaru..

Tutaj prowadziłem wspólnie z Hiszpanami poszukiwania katolików, dawałem ogłoszenia w prasie.

Niestety nie było żadnych reakcji na mój apel.

 

 

IX. SALSKIE STEPY

 

Kagalnickaja

 

Stanica w ziernogradzkim rejonie. Duże skupisko osób niemieckiego pochodzenia. Średnich rozmiarów wioska. Mieliśmy tam dużą grupę dzieci pierwszokomunijnych w 1996 roku na przejeździe kolejowym w tej stanicy zginęło w autobusie około 30-tu małych dzieci.

 

Klujew

 

 

Wioska w Ziernogradzkim rejonie. Miejsce zamieszkania polskiej rodziny Kubiaków dokąd udałem się na kolędę w 1992 roku.

 

Celina

 

Miasteczko w rejonie Ziernogradzkim, centrum starowierców Mołokan.

Ładna sporych rozmiarów cerkiew Prawosławna, z której Kaplanem miałem koleżeńską rozmowę. W miasteczku  mieszkali dziadkowie Wiktora Mojego ministranta z Batajska oraz duża polsko-niemiecka rodzina Kozłowskich. Jakiś czas regularnie ich odwiedzałem i sprawowałem sakramenty.

Zaprzestałem z powodu braku sił.

 

Salsk

 

Parafia św. Piotra i Pawła. Wspólnota, która zbierała się w Domu Kultury przez ponad rok, głównie dzieciarnia. Przyjeżdżając zaznajomiłem się z Adwentystami, którzy tez tam odprawiali. Z powodu braku dorosłych parafian, a także z powodu zmęczenia, zaprzestałem odwiedzać te wspólnotę.

Na przedmieściach Salska duża stadnina koni.

 

Proletarsk

 

Stanica na skraju obwodu rostowskiego granicząca z Kałmucją.

Tutaj prowadziłem poszukiwania katolików, dawałem ogłoszenia w prasie.

Niestety nie było żadnych reakcji na mój apel.

 

 

X. OKOLICE WORONEŻA

 

Rossosz

 

Sztab włoskich Strzelców Alpejskich, ochotniczej armii wspólnie z Niemcami atakujących ZSRR. W 1993 roku poświęcono tam sierociniec wybudowany na miejscu pochowku wielu zabitych żołnierzy włoskich, których ciała(około 11.000 ekshumowano i wywieziono do Włoch). Po zakończeniu prac Włosi przekazali nam kilkadziesiąt pudel z lekarstwami, kopiarkę cykrostyl, betoniarkę, maszynę do szlifowania i ciecia cegły, pieniądze i parę ton cementu.

Wszystko się bardzo przydało: lekarstwa dla chorych, kopiarka i pieniądze dla duszpasterstwa, cement do tynkowania klasztoru, betoniarka i szlifierka najpierw przy remontach w Nowoczerkasku potem przy budowie kościoła w Rostowie

Miałem zgodę arcybiskupa Kondrusiewicza, kilka adresów do ormiańskich rodzin oraz przychylność miejscowych władz dla podjęcia działalności misyjnej, ale jak zwykle zabrakło czasu. Z radością dowiedziałem się 2 lata temu, ze moje marzenia ziścili kapucyni z Woroneża.

To właśnie tutaj na dworcu w Rossoszu, w obecności organisty Mikołaja, dwaj Ormianie założyli się o pieniądze w sporze czy ja jestem Rosjanin czy Ormianin, obaj przegrali, bom Polak.

 

 

XI. KAŁMUCKIE STEPY

 

 

Gorodowikowsk

 

Miasteczko rejonowe w Republice Kałmucja zwane Baszanta, nazwę zmieniono na cześć sowieckiego wodza kałmuckiego Gorodowikowa. W połowie zamieszkane przez niemiecka diasporę, powoli się wyludnia. Katolicka parafia św. Antoniego. Jeden raz miała miejsce piesza pielgrzymka z wioski Wesołe do Gorodowikowska 13 czerwca 1995 roku. Niestety tradycja upadla.

 

Wesołe

 

Duża wioska w rejonie gorodowikowskim, parafia świętego Maksymiliana.

Sporych rozmiarów diaspora polskiego i zakarpackiego pochodzenia.

W 1996 roku ojciec Lucjan Szymański OFM Conv sprowadził z Niemiec mała drewniana kaplice, która upiększyła wioskę.

 

Winogradne

 

Duża wieś zamieszkana w większości przez osoby niemieckiego pochodzenia.

Jedna polska rodzina Potockich. Duża kaplica Baptystów, spory wioskowy szpital z legendarnym łotewskim lekarzem. W przeciągu 2 lat regularnie odwiedzałem wioskę, dzieci jeździły na ferie do Batajska, przygotowaliśmy 4 dziewczęta do pierwszej komunii świętej.

 

Elista

 

Mały kościołek na ulicy Jurija Kłykowa.

Jest mi milo na sercu, jestem dumny, ze tak trafnie udało się zlokalizować parafie. Choć prezydent Kałmucji Ilumżinow proponował dla parafii wielka działkę na terenie szachowego miasteczka Franciszkanie się nie zgodzili i pozostali na terenie, który ja wykupiłem z tych wyżebranych na całym świecie grosików. Wspomnę niespodziana ofiarę od pani Zofii Soryl z USA, która wpłynęła z rąk do rąk. Osobiście mi ja pani Zosia przekazała na ulicy Małej Gruzińskiej w maju.

Pod tym adresem mieści się potężnych rozmiarów katolicka świątynia pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia.

To nie jedyny choć główny sponsor kaplicy w Eliście.

Były tam tez pieniądze przekazane przez nuncjaturę a podarowane z Indii oraz z wielu innych miejsc. To były czasy kiedy nieustannie wysyłałem listy z prośbami o wsparcie na cały świat. Trzeba przyznać, ze odpowiedzi było mało ale te co przyszły, pojawiały się opatrznościowo nie tylko w potrzebnej kwocie ale tez w potrzebny czas.

 

 

XII. KAUKASKIE KURORTY

 

Soczi

 

To jak wspomniałem już oczko w Glowie Jozefa Wisarionowicza Stalina.

Tutaj maja się odbyć zimowe Igrzyska Olimpijskie w 2014. Tutaj lubił również odpoczywać arcybiskup Tadeusz Kondrusiewicz. Z czasem coraz więcej grup przybywało odpoczywać przy parafii zwłaszcza ze stolicy.

Miasta jest malowniczo położone wśród wysokich pagórków na samym wybrzeżu Morza Czarnego i ma cos w sobie z tych ciekawostek jakie można spotkać w Pietropawłowsku Kamczackim. Widać to szczególnie gdy się jedzie do miasta samochodem. Na kilkanaście kilometrów przed Soczi wija się tak kręte serpentyny, ze człowiek nieprzygotowany ma poczucie, ze jest na karuzeli.

Wszystkie kurorty leżą wzdłuż morza a ponieważ turystyka to jedyny tutejszy przemysł wiec wszystkie ulice prowadza na plaże.

Zadziwiło mnie gdy odwiedzałem plażę po raz pierwszy, ze nie ma tam białego piasku jak na Bałtyku lecz ciemne kamyki. Ludzie w większości chodzą po plaży w sandałach, bo gołymi stopami chodząc można się pokaleczyć, podobnie zresztą chodząc po dnie morza, trzeba być ostrożnym. Naprawdę byłem rozczarowany i nie mogłem pojąć co prócz słońca, które grzeje niemiłosiernie jeszcze może tu zachwycać. Owszem jest tu port i lotnisko, świadek pewnej tragedii. W tych czasach gdy mieszkałem w Rosji rozbił się na morzu samolot a wśród pasażerów ulubieniec młodzieży komik Galustian z popularnego programu KVN(Klub Wesołych i Spryciarzy).

Byłem świadkiem pierwszych pertraktacji jakie się odbyły zima 1993-go roku w rezydencji Ekscelencji na ulicy Basmannej czy nawet w samym budynku kościoła.. Ksiądz Bogdan z przejęciem opowiadał o zamiarze wydzielenia ziemi pod kościół i o czekających nas trudności.

Świątynia powstała na cmentarzysku zwierząt. Trzeba było długo dezynfekować teren tym niemniej warto było. Dzięki różnicy wzniesień kościół wygląda jak ptasie gniazdo przyklejone do zbocza góry.

 

Piatigorsk

 

Piec gór a największa y nich Elbrus.

W okolicach Piatigorska rozgrywa się kilka opowieści Tołstoja i nawet Puszkin się tutaj pofatygował. Zmarł tutaj Lermontow w czasie pojedynku. Nic dziwnego, ze Rosjanie cenią sobie tę ziemię. Tutaj właśnie stracił życie nasz białostocki kleryk  i Kaplan diecezji ełckiej, pochodzący z Sokółki akrobata Darek Sanko.

Aby tu dotrzeć trzeba wsiąść w samolot do Mineralnych Wód a stamtąd polo godzinki jazdy.

Kościół w Piatigorsku powstał w latach 30-tych 19-tego wieku. To wtedy trwała 70-letnia kampania przeciw Czerkiesom, Czeczenom i Dagestańczykom. Teraz to SA rożne narody ale wtedy wszyscy razem stawiali opór Rosji.

Podobno spora część Czerkiesów mieszka w Turcji w Albanii i w dawnej Jugosławii. Tak bezkompromisowa była tamta wojna. Niektórzy przyjęli rosyjskie panowanie. Inni zwłaszcza muzułmańskie plemiona woleli emigrować do najodleglejszych tureckich prowincji byle nie poddać się takiemu panowaniu. Bohater tamtej wojny miał ponoć przy sobie polska gwardie złożoną z 500 doborowych żołnierzy i nazywał się Szamil.

Większość jednak Polakow lojalnie służyła carowi i dlatego ten dal zgodę na budowę kościoła. Wznosili go Włosi. Bogu dzięki, świątynia się zachowała i udało się ja rewindykować. To jedyny tego rodzaju przypadek na północnym Kaukazie. Inna zwrócona świątynia to Nowoczerkask(na drodze sadowej) i Astrachan. Więcej nie ma się czym chwalić.

 

XIII. IMPERIUM KSIĘDZA BRONKA

 

Prochładny

 

Ksiądz Bronisław zamieszkał w stanicy Prochładny, bo tam miał najlepsze warunki do odprawiania i nawet skromne mieszkanko. Były tam jeszcze siostry Łotyszki, prawda schorowane i współpraca układała się słabo, tym niemniej było z czego zaczynać. Martwił się nasz dziekan, ze mu parafia topnieje na oczach. Wielu ludzi wyjechało do Niemiec i w ciągu kilku lat ilość wiernych z 2000 zredukowała się do 20-tu. Tym niemniej w chwili przyjazdu młodych misjonarzy z Irlandii wszystkie placówki ks. Bronisława nabrały nowej dynamiki. Okazało się, ze nic nie poszło na marne. Jego rozterki i modlitwy Pan Bóg usłyszał więc zapewne ostanie się parafia w miasteczku Prochładny i rosną wszystkie pozostałe.

 

Apołonska-Pawłowskoje

 

W tej miejscowości, gdzie ksiądz Bronisław miał również katechetkę, dziewczynę, która miała powołanie zakonne była niewielka chatka, ze kiedy ja biskup odwiedzał to zaczepiał o sufit pastorałem i mitra tez mu spadała. Podobnie jak w Piatigorsku i tutaj miewaliśmy zjazdy kapłańskie. Ponoć moja osoba bardzo Asyryjczykom przypadła do gustu ze względu na czarna brodę czym upodabniałem się do wielu z tubylców. Po Mszy świętej na której nas przedstawiono parafianom mielisz smażenie szaszłyków i tradycyjne kapłańskie rozrywki. Były tez ulubione kieliszki, co mnie osobiście bulwersowało ale widać tak już musi być.

Jak zwykle dostałem po uszach, ze przywiozłem siostry ale nie zwracałem na to uwagi. My w Batajsku byliśmy jak jedna rodzina wiec przynajmniej jedna z nich chciała wiedzieć co się dzieje i przewietrzyć a ponadto ciekawiły się ta katechetka i pragnęły ja przyjąć do siebie. Jeszcze kilkakroć podróżowały w tym kierunku, bo ksiądz Bronek miał nadzieje, ze obejma te placówkę. Przyznam, ze dawał to co miał najlepsze, bo katolików tu było sporo tak jak w Siemionowce. Jedyna trudność to Kozacy. Sprawiali oni Asyryjczykom wiele kłopotu i grozili, ze im spala kaplice co zresztą jak się nie mylę nastąpiło. Tym niemniej kaplice odnowiono, rozbudowano i zapewne działa nie gorzej niż przedtem.

 

 

Siemionowka

 

Parafie w Siemionowce poprzez kontakty rodzinne w mieście Prochładny wskazali księdzu Bronkowi mieszkańcy Kabardyno-Bałkarii pochodzenia niemieckiego. Okazało się z czasem, ze jest to największe skupisko katolików w tej części Rosji podobnie jak wieś Wierszyna czy miasto Usole lub Białystok na Syberii.

Tutaj po Ray pierwszy ksiądz Murawski wykazał się talentami budowlanymi. Gdy go w maju 1993 roku odwiedzałem to na placu budowlanym stały tylko cegły. Tym niemniej on już rozsyłał zaproszenia na poświęcenie kościoła św. Michała, który rzeczywiście powstał w ekspresowym tempie.

Mieścił pewnie ze dwie setki osób w środku i na ten moment mógł się spodobać, bo był dużo większy niż kaplica w Soczi, która dla księdza Bogdana na pożegnanie pomogli wznieść przyjaciele z Budimexu. Ksiądz Andrzej poradził sobie sam, bez przyjaciół. Z każdym dniem przekonywałem się coraz bardziej jak ten buńczuczny szlachciura spod Winnicy, którego Śląsk uczynił Kaplanem wygrywa wszystkie po kolei batalie i przeciwności losu. Jego obecność przygnębiała chwilami, bo nie przebierał w słowach ale również uskrzydlała gdy trzeba. Powiem wiec, ze to był również człowiek opatrznościowy.

W Siemionowce zachowała się stara budowla kościelna ale zamieniono ja na szkole wiejska i kołchozowy dyrektor nie dawał szans księdzu na zwrot świątyni. Ten powiedział, ze prosić nie będzie. Oprócz nowego kościoła wzniósł jeszcze ośrodek Caritas naprzeciw, gdzie pomieścił starców nie tylko z tej wioski ale tez z innych parafii.

 

 

Władykaukaz

 

Stolica północnej Osetii. Piękne stylowe, jakby europejskie z kaukaskim kolorytem miasteczko. Teren misyjnej działalności księdza Bronka i potem Misjonarzy Serca Jezusowego. Dwukrotnie odwiedzałem je w 1993 oraz 1994 roku w drodze do Gruzji.

 

 

XIV. KUBAŃSKA STOLICA

 

Krasnodar

 

Krasnodar leży po środku północnego Kaukazu. Po raz pierwszy przybyłem tutaj w 1996-m roku nocą na zaproszenie księdza Morawskiego. Mieszkał na ulicy szkolnej i jak powiedział wszyscy ja znają, więc znajdę bez kłopotu. Cały czas idzie się prosto. Ja szedłem prosto ze dwie bite godzin i pojąłem, ze chyba bladze. Na wskazany adres dotarłem dopiero nad ranem, bo choć to sam środek miasta, to dworzec jakby na obrzeżu i do tego środka, w kierunku lotniska idzie się wśród wszechobecnych i wysokich jak słoń szuwarów. Podobno teren jest podmokły i miasto nie pozwala na lokalizacje osiedli. Tym niemniej siady  Andrzej się zdecydował budować na błocie. Musiał wbić wiele pali z żelazobetonu i tym sposobem wygrał batalie o dobre miejsce. Dwa stare kościoły ponoć się zachowały ale nie zadowalały księdza rozmiarami wiec się nawet o nie nie starał, bo jako stary wyga wiedział, ze lepiej zbudować od zera niż remontować latami.

Miał do pomocy pewnego totumfackiego, który mu pisał dokumenty i załatwiał wszelkie pozwolenia na budowę. Pochodził zdaje się z niemieckiej, katolickiej rodziny. Był niegłupi ale nie bezinteresowny.

Ksiądz Andrzej był tez prekursorem w sprawie katechezy. Jako pierwszy z nas sprowadził z Moskwy młodą katechetkę, która owszem miała z nim ciężko ale w tych czasach nielekko było znaleźć prace w Moskwie wiec się dziewczyna zgodziła i robiła to dobrze.

Ksiądz Andrzej dobra dusza ale typ pieniacza i wiele osób tym do siebie zniechęcał. Podobnie jak w Soczi udało się i tutaj zebrać dużą diasporę ormiańską.

Kościół się mieścił na ulicy 50 lat Października, czyli ulica jubileuszowa.

Jak już wspomniałem kościół powstawał z przygodami. Sponsor się denerwował nietypowym podejściem proboszcza do kwestii budowlanych. Owszem forma świątyni była niesamowita i miała nawiązywać do życia św. Liboriusza patrona diecezji w Paderborn. Mnóstwo kanałów drenażowych tworzyło taka aurę jakby ten kościoł-stateczek płynął. Tym niemniej zanim powstał było przygód co niemiara.

Proboszcz nie miał gdzie mieszkać wiec zainwestował w mieszkanie na osiedlu. Kupił po znajomości i za jakiś czas sprzedał z lichwa dzięki czemu już bez sponsora, który się obraził na takie korzystanie z pieniędzy, mógł budować dalej. Pisze o tym nie po to by kogoś skompromitować ale by pokazać w jakich uwarunkowaniach powstają parafie w Rosji. Ten Kaplan naprawdę nie miał gdzie mieszkać w Krasnodarze i gdy dostał fundusze nie miał wyjścia. Nie miał tez wyjścia sponsor, bo u Niemców takie rzeczy się w Glowie nie mieszczą, ze mieszkanie dla Kaplana to tez kościelny projekt.

Zawsze mieliśmy trudności we współpracy z Niemcami, bo byli nadmiernie podejrzliwi i rozliczali księży z taka drobiazgowością jakbyśmy my do Rosji przyjechali tylko po to żeby cos sobie do kieszeni buchnąć.

Tak wiec kolejny etap budowy w Krasnodarze(milionowe miasto obwodowe), to była kaplica, która ksiądz Andrzej po prostu kupił. To był składany z elementów sklep.

Miejscowi Ormianie nie od razu przywykli że można się modlić w sklepie, ale pragmatyczny ksiądz Andrzej urządził kaplice dość ładnie tak, ze się mogła spodobać a na dodatek była ogrzewana wiec można było w niej nawet zima siedzieć bezpiecznie.

Potem dopiero trzeci krok budowa części mieszkalnej na zapleczu czyli za prezbiterium. Sprzedaż mieszkania(z lichwa), kupno cegły i wznoszenie ścian kościoła. Wiele nerwów kosztowały księdza Andrzeja te wszystkie przygody nic wiec dziwnego, ze zakończywszy za jakiś czas opuścił Rosje. Dochodziły mnie wieści, ze obecnie tam pracuje mój kolega Słowak, spychacz z Kamczatki, ksiądz Marcin Sebiń.

 

 

XV. POWOŁŻE

 

Wołgograd

 

Choć do Wołgogradu jest tylko 600 km to ja jednak jechałem cala dobę okrężnymi drogami przez Salskie stepy. Nie wiedziałem ze tym sposobem zajmie mi to cztery razy więcej czasu niż autobusem. Nie było komu poradzić.

Tym niemniej dzięki temu miałem przygodę. Zaznajomiłem się z przewodnikiem czyli z konduktorem. Młody sympatyczny chłopak lubił sobie pogadać. Gdy się dowiedział ze nie mam biletu powrotnego zaproponował, ze mnie dowiezie w swoim przedziale. Wyjazd miał być tej samej nocy.

Kościoła nie szukałem długo. Znajdował się na ulicy praskiej

To obok Dworca Kolejowego.

Tak się zdarzyło, ze Wołgograd odwiedziłem jako jedne z pierwszych miast rosyjskich na początku października 1992-go roku. Akurat ksiądz Biskup poświęcał kapliczkę z kontenerów, która wznieśli Włosi dosłownie na placu obok Dworca Kolejowego, miałem wiec ułatwione zadanie ale gdym przyjechał to od świątecznej uroczystości jak to się mówi już ślad wystygł... Wszyscy się już rozeszli. Szukałem wiec biskupa, z którym miałem mieć ważną rozmowę, na osiedlu, bo gdy przybyłem już się poświęcenie dokonało. Pomagały mi w tym dwie wolontariuszki Słowaczki z Kamyszyna. Jedna y nich na długo zapamiętałem. Nazywała się Maria Gudaczkowa i trafiła z czasem na Syberie. Spotkanie z jej proboszczem, legendarnym Jozefem Gunczagą tez było dla mnie symboliczne. On mi bardzo zazdrościł Rostowa i Pol żartem, Pol serio proponował mi zamianę na Kamyszyn, gdy usłyszał, że sobie nie radzę. Tam również spotkałem pierwszy raz w życiu księdza Antoniego Heja, Ktory wypowiedział wtedy właśnie, gdyśmy stali kolo jakiejś mapy świata, że tymi samymi ścieżkami, co Kiedos komunizm, teraz pójdzie i rozprzestrzeni się chrześcijaństwo. W tym momencie znacząco pokazał na Chiny. Dobrze pamiętam te krotka rozmowę.

Bardziej niż spotkanie z Biskupem.

Było mi tez milo napotkać legendarnego księdza Alojzego, którego znalem już z kasety jaka obejrzałem latem w kurii w Moskwie w kolekcji arcybiskupa.

Alojzy starał się o zwrot kościoła wbrew woli biskupa. Ekscelencja bal się, ze nie znajdzie się funduszy na odbudowe ogromnej świątyni ale wiecznie optymistyczny Alojzy przekonał Ekscelencje, ze to może się udać. Tylko nie czekaj na pieniądze, bo ja nie mam maszynki do ich robienia, żartował jak zwykle arcybiskup i Alojzy nie prosił. Z wiecznym uśmiechem na twarzy z piękna blond-grzywą na łysawym czole jak to się mówi jak czołg ciągle szedł do przodu. Tamtego pierwszego razu Kurhan Mamaja widziałem tylko z daleka i prawdę powiedziawszy nie ciekawił on mnie wcale. Biskup był dla mnie bardzo surowy bo dostrzegł, ze wszystko czego się nie dotknę sypie mi się z rak. Skrzyczał mnie nawet, bo dal staroście sporo pieniędzy na remonty klasztoru a się okazało, że ja nic o tym nie wiem i nie panuje nad sytuacja, bo żadnych remontów nie ma. Byłem na skraju rozpaczy.

Dobrze, ze czas nadchodził odjazdu. Siadłem więc na ten sam pociąg a mój konduktor widząc mój smutek poczęstował mnie najprawdziwszym czarnym kawiorem, który szmuglował do Rostowa w gumowcach. Miał je ukryte pod siedzeniem i z wielkim namaszczeniem wyciągnął i łyżką częstował. Chciał nawet poczęstować wódką ale od razu ostrzegłem, ze jestem abstynentem wiec dał spokój. Podroż przebiegała mi smętnie.

 

Kamyszyn

 

Kiedy się podróżuje do Saratowa to zachwycają białe zbocza nad Wołgą, jakby ktoś sol posypał lub śnieg pośród lata na te plażę. Owszem spotykane na Kubaniu szuwary, przestronne stepy i wysepki niewysokich sosnowych lasów.

Kamyszyn ze swa parafia to tez taka wysepka kipiąca życiem. Kilka pagórków czyni miasto bardzo malowniczym. Jedziesz z Gorki na pazurki i znów do góry.

Podobno w Kamyszynie jest sporo zakładów chemicznych i nawet huta szkła i zakład porcelany. Widać z daleka wielką ilość kominów.

Kościołek zbudowany w pospiechu przez księdza Jozefa Gunczagę stoi na jednym ze zboczy takiego pagórka w południowej części miasta.

Stary kościół stoi po sąsiedzku. Nie udało się go zwrócić. Nowy powstał z białej cegły. Podziwiałem rozmach. Wszystko zrobione chałupniczą metodą ale dużo tego było i plebania i Stodola i dom katechetyczny połączone sprytnie jak jakaś Góra Atos.

Kiedyś odwiedzając nas jedna z wolontariuszek opowiadała jaka straszna mieli katastrofę na drodze. Dziwiła się, że po takim nieszczęsnym wypadku ksiądz Jozef nie boi się siadać za kierownicę. Martwiło ją że dużo czasu spędza samodzielnie remontując samochody. Ja tak sobie myślę, ze po prostu nie zawsze miał fundusze na remonty. To był człowiek boży. Z jego ust  nie znikał uśmiech. Zawsze marzył o dużej parafii a w Kamyszynie widocznie się męczył.

W tej parafii była spora niemiecka diaspora ale po wyjeździe wielu Jozef zajmował się tak jak w Moskwie poszukiwaniem młodzieży.

Prócz budowy kościoła zajmował się również drukowaniem modlitewników i książek. Często można było spotkać  bardzo skromne broszurki na najgorszym papierze ale świetne w treści. To były jego prywatne reprinty. Redaktor Gazety Swiet ewangelia Wiktor Chrul mówił mi kiedyś, ze on jako jedyny Kaplan zabiera ze sobą wszystkie zwroty gazety i rozdaje ludziom jakichkolwiek spotyka. Prawdziwy misjonarz.

Odjechał do Orla, wywalczył kościół w Kursku i starał się o kościół w Biełgorodzie. Dojeżdżał również do Woroneża. Miał po przeprowadzce pełne ręce roboty.

Ciekawostką jest, ze seminarium zakończył w podziemiu jednocześnie robił studia medyczne i jest być może jedynym na świecie księdzem ginekologiem. Świetnie rozumie i propaguje metody małżeńskiej wstrzemięźliwości. Gdy przyjmował święcenia to nawet rodzona mama o tym nie wiedziała. Wkrótce nastąpiły lepsze czasy i od Razu zgłosił się na misje do Rosji. Jadąc na misje po raz pierwszy ubrał się w sutannę.

 

Kamienka

 

Jedna z największych świątyń katolickich mieści się w pobliżu trasy wołgogradzkiej. Mijając Kamyszyn jakieś 50 km przed Saratowem po lewej ręce widać sylwetki wysokich wież. Nie sposób nie obejrzeć. Dach trzymał się z trudem, okien nie było, opadły tynki, drewniane dekoracje spróchniale skrzypią pod nogami przypadkowego turysty i kóz, które tu sonie trawkę szczypią. Przygnębiające wrażenie a z drugiej strony romantyka jakaś jak w Disneylandzie. To tutaj można nagrywać rycerskie sceny. Sowieci odarli z piękna świątynię ale ich nagość okazała się jeszcze powabniejsza jak niedokończony rysunek, szkic, lub stara ikona, która potrzebuje restauracji, jak Nike z Samotraki

Zapraszam, to trzeba koniecznie zobaczyć.

 

Saratów

 

Milionowe miasto nad Wołgą od 1856 roku siedziba diecezji tyraspolskiej.

Diecezja, która swymi granicami pochłaniała tereny dzisiejszej Mołdawii, Krymu, Odessy, Donbasu, północnego Kaukazu, Powołża. Ponoć sto lat temu, któryś z prawosławnych biskupów żalił się, ze ma gorsza bryczkę i mniejsza zapłatę od państwa niż katolicki biskup. Owszem, można sobie wyobrazić te żale. Dziś żaden katolicki biskup nie dorówna tym bryczkom na jakich jeździ patriarcha i jego biskupi, minęły dobre czasy.

Biskup Klemens w przeddzień swej konsekracji gryzł paznokcie ze strapienia, bo go Urząd Celny powiadomił, ze może sobie odebrać mały autobus jaki mu podarowano z Niemiec ale cło będzie takie same jak jego cena czyli krocie, Nie wiem czym się ta historia zakończyła ale sam fakt, ze katolicki Caritas nie był i pewnie nie jest honorowany jako organizacja charytatywna ale jako komercyjna i za większość darów płaci jak za import jest przejmujący. Tak samo było z naszymi drewnianymi kaplicami, które nadchodziły jako pomoc humanitarna z Niemiec, Za wszystko trzeba było płacić krocie.

Kościół w Saratowie jest tak zdeformowany z zewnątrz, ze jeśli długo nie będziesz przekonywać przechodniów to nikt ci  nie uwierzy. Budowla jest ogromna. Takich kin dziś nikt nie buduje. Tym niemniej na ulicy niemieckiej stoi nikomu niepotrzebne kino z setka przybudówek. Gdyśmy czasami w gronie księży dyskutowali dlaczego nie oddaja to padała odpowiedz. Na kościół oko położyła mafia, zbyt dobry jest to punkt w mieście, by tak po prostu oddać. Gdy widziałem katedrę św. Klemensa po raz ostatni to we foyer sprzedawały się samochody, mebel etc. Samo kino jakby martwe. Bez przeszkód udało się wydzierżawić jedno z pomieszczeń gdyśmy świętowali 150-lecie diecezji saratowskiej.

Miasto jest ładne, drogi dobrze oznakowane. Jadąc od strony Kamyszyna spory las i dwupasmówka. Tutaj również jedziesz z Gorki na pazurki. Jest jakaś studnia ze źródlaną wodą na zboczu na przedmieściach. Wielu kierowców się tam zatrzymuje aby nabrać wody.

Długi 4-ro kilometrowy most a z drugiej strony jakby dzielnica Saratowa rozciąga się miasto Engels, dawna stolica Nadwołżańskiej Republiki Niemieckiej jaka przetrwała do 1941-go roku. 28-go sierpnia została zlikwidowana w jeden dzień tak samo jak zlikwidowano żołnierzy katyńskich jednym podpisem Stalina przestało istnieć niezwykle państewko. Cala historia, piękna kultura, swój niepowtarzalny dialekt rosyjscy Niemcy. Coś niesłychanego. Zostali wypędzeni do kazachskiej Karagandy, do uralskiego  Czelabińska, do syberyjskiego Tomska, zabajkalskiej Czyty, Uzbekistanu

Za jakiś czas pozbierali manatki i wrócili do Niemiec po 250 latach.

Ktoś mówi, ze 3 miliony wyjechało, ktoś ze 5. Nie ważne.

Nie ma Niemców w Saratowie ale jest ogromna znieważona katedra i mała katedralna kaplica.

Jest również niemiecki biskup Klemens Pikiel i cały wianuszek sióstr Eucharystek, które w wielu wypadkach maja również niemieckie korzenie. To jednak temat z innej bajki. Jedzmy do następnego miasteczka. Z Engelsa udajmy się do Marksa.

 

Marks

 

Jest żart o tym jak Czukcze posłano na kursy partyjne i kiedy wrócił jego sąsiedzi z igloo pytali się co tam w Moskwie się dowiedział. Miał on rzec ponoć, ze nareszcie wie, ze Marks i Engels to nie jest małżeństwo i ze tak naprawdę to ich było czterech Karl, Marks, Fridrich i Engels

Dziś już się Malo kto w tym połapie nie tylko na Czukotce ale nawet w samych Niemczech ale w Rosji te reliktowe dinozaury komunizmu są nadal. Beztrosko czczone poprzez pomniki, nazwy ulic i miast, zwłaszcza nad Wołgą. To się robiło ze względu na mieszkających tu Niemców i komunizm. Dziś komunizmu nie ma, Niemców tez mało a nazwy pozostały.

Kościół w Marksie się nie zachował. Jest legenda, ze gdy go zburzyli to ludzie zabierali cegły jak relikwie do domu a potem jak nastały lepsze czasy to zwrócili, by te cegły założyć jako kamień węgielny.

Piękna legenda.

Poprzednikiem biskupa Klemensa w Marksie był długie lata kazachski Niemiec Jozef Werth. Gdy dostał dekret na Biskupa Nowosybirskiego poprosił swego dobrego kolega  Klemensa Pickiela, by ten opuścił Tadżykistan i udał się do Marksa. Gdy po 7 latach i jego wybrano biskupem saratowskim poszły plotki, ze Marks to jest kuźnia biskupia.

O ile biskupów z Marksa mamy tylko 2 to sióstr mamy pewnie ze setkę. Nowicjat w Marksie pękał w szwach i trzeba było budować kilkupiętrowy dom. Widziałem początki tej budowy i mogę się domyśleć, ze pod pilnym okiem biskupim siostry maja piękny klasztor dzisiaj. Mam również nadzieje, ze powołań im nadal. Nie brakuje.

Życzę im tego z serca.

Roboty w Rosji dla sióstr Rosjanek nigdy nie zabraknie.

 

Astrachań

 

Stare tatarsko mongolskie miasto  na trasie szlaku jedwabnego.

Pracowali tutaj kapucyni, Którzy obsługiwali głównie tutejszych Ormian w 18-m wieku. Może właśnie z tego powodu kościół ma bardzo orientalne kształty.

Jego zwrot, odrodzenie zawdzięczamy księdzu Niemyjskiemu. Obsługują od chwili jego śmierci bracia Franciszkanie, którzy się częściowo przenieśli tutaj z Elisty.

Kilkakroć odwiedzałem to miasto w latach gdy działało tu Proseminarium. Skierowałem tutaj pewnego kleryka, któremu nic nie wyszło w życiu. Tym niemniej na jakiś czas miał zajecie. Opowiadał mi potem, że księżom nie udało się ich przyłapać ale lubili wieczorami sobie popijać, stad zawsze był kłopot z obudzeniem kleryków. Jeden z absolwentów proseminarium wstąpił do klaretynów i był nawet pewnego lata u mnie na praktyce w Taganrogu. Jego siostra mieszkała w Białej Kalitwie wiec nazywał mnie swym rodakiem. On doszedł do święceń na ile mi wiadomo ale problem z alkoholem pozostał.

Przy astrachańskim kościele działał tez jakiś Instytut Świecki z Kanady.

Ksiądz Niemyjski obcował z nimi po francusku wiec chyba przybyli z Quebeku.

Było w tym mieście sporo studentów kolorowych i dość dobrze działał Caritas. To SA takie migawki jakie sobie przypominam. Miasto robiło wrażenie bardzo egzotyczne. Wielki most na Wołdze na samym wjeździe do miasta, mnóstwo karawan czyli autobusów z ogromnym bagażem na dachu, często z jakąś dagestańską lub czeczeńską flaga. Nierzadko w okolicy można było dostrzec osiołki ciągnące wózki lub nawet wielbłądy. Wracając któregoś razu z Astrachania na granicy z Kałmucją zrobiłem sobie zdjęcie na wielbłądzie ale oczywiście nie zachowałem, bo nie kolekcjonuje niestety.

 

Tambów

 

Swego czasu cala Rosja śpiewała hit malczik choczet w Tambów. Nie wiem co się temu chłopcu chciało w Tambowie. Jeden jedyny raz przejeżdżałem przez to tranzytowe miasto. Wszystkie samochody z Czeczenii i z Dagestanu podróżują właśnie ta droga. Zapewne z tego powodu nie jest tu łatwo mieszkać ale bez tej drogi życia  Tambów nie miałby sensu.

Jak już wspomniałem są tu werbiści i kościołek, którego nie widziały moje oczy.

Domyślam się tylko, ze musi być uroczy jak wszystko to czego opatrznościowo ręka sowieckich barbarzyńców nie zdążyła dotknąć.

 

 

Orenburg

 

To przedziwne miasto na rozstaju dróg. Polowa w Europie i polowa w Azji. Wołga dzieli je na dwie polowy. Ostatecznie kanonicznie przyłączono miasto do diecezji Saratowskiej ale równie dobrze mogłoby ono należeć do diecezji w Nowosybirsku.

Kazachowie uważają Orenburg podobnie jak i Astrachań za swoje miasta.

 

 

 

XVI. OJCOWIE I DZIECI - DODATEK SENTYMENTALNY

 

Ojciec Wirgiliusz

 

“Ojciec Wirgiliusz kochał dzieci swoje

A miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje

 

Dlaczego Wirgiliusz

 

 

Motto do opowieści wybrałem ze szkolnej piosenki w zbiorze nut dla młodego akordeonisty.

Tak mi się zdaje, ze tam była taka przyśpiewka. Nie wiem czy chodzi o poetę Wirgiliusza czy o jakiegoś innego wielodzietnego człowieka. Ważne, ze podobnie jak ja w swoim motto kapłańskim postawiłem troskę o dzieciach, tak i ojcowie pijarzy maja ten charyzmat szkolny.

Chce wiec opowiedzieć o swych spotkaniach z księdzem Jozefem.

Nasza wspólna przygoda z pijarami rozpoczęła się jeszcze w latach kleryckich. Zapoznałem się z klerykiem  pijarem Adamem Kurzakiem na rekolekcjach w Sidzinie pod Krakowem. Pokazał mi dom zakonny i klasztor w centrum po sąsiedzku z siostrami prezentkami.

Potem aż do 1990-go roku nie widywałem ojców Pijarów. Spotkałem ich jako diakon na Białorusi w Szczuczynie w chwili gdy odbierali klasztor z rak sowieckiej Armii. Na ścianie w kancelarii jeszcze widniała mapa świata w formie płaskiego globusa, która posługiwali się żołnierze obrony powietrznej.

Nie pamiętam imienia proboszcza, widziałem go pierwszy i ostatni raz w życiu.

Po raz trzeci i jak na razie ostatni spotkałem pijara ojca Jozefa Jońca w Warszawie dzięki Wspólnocie Polskiej. Zastępczyni pana Prezesa Stelmachowskiego pani Agnieszka na jego polecenie miała mi pomoc w zdobywaniu Śródków dla mej zadłużonej parafii na północnym Kaukazie. To niewielka parafia w Batajsku nad Donem, do której powracałem po opuszczeniu nowicjatu franciszkańskiego. Pani Agnieszka znalazła sposób jak mi pomoc. Po dłuższej rozmowie, w trakcie której zrozumiała, ze najbardziej sobie cenie prace z zaniedbanymi dzieciakami z ulicy dala mi fundusz na prace z młodzieżą a konkretnie na Parafiadę i poznajomiła z pewnym panem, który wymyślił grę w ringo. Ten z kolei zabrał mnie do redakcji Radio Jozef i zapoznał z ojcem Jozefem.

Takimi to okrężnymi drogami w nieszczęściu zapoznałem człowieka, który mi zaimponował rozmachem parafiady. Nie narzucający się i skromny. Niezbyt atrakcyjnej powierzchowności gość. Łysawy z długim nosem i krepy, niezbyt elokwentny ale uparty gość. Minęło już 14 lat od tego pierwszego spotkania. Ja szczęśliwie przywiozłem dzieci na Parafiadę czterykroć i każdy raz miałem okazje Zamienic z księdzem Jozefem parę ciepłych slow. Na moich oczach Parafiada rosła i stawała się coraz bardziej rósł poziom sportowy imprezy i naszym uczestnikom ze wschodu było coraz trudniej rywalizować z Polakami.

Zdarzało się, że sędziowie naciągali rezultaty na korzyść przyjezdnych dzieci. Owszem była taka tendencja, sam pamiętam jak faworyzowano moje rosyjskie dzieci w rożnych dyscyplinach zwłaszcza kulturalnych, choć nie mieliśmy polotu. Ostatni raz w 1999 roku na pożegnanie byłem świadkiem sprzeczki i buntu ze strony polskich uczestników zawodów, którzy byli niezadowoleni poziomem sędziowania i wzywali do bojkotu parafiady. Przyszedł czas na wdzięczność. Podniosłem się i drżącym zalęknionym głosem powiedziałem czym jest parafia da dla nas wschodniaków. Kłóćcie się miedzy sobą prywatnie ale nie niszczcie Parafiady powiedziałem. Nie było tego wiele. Wiem tylko, ze głośni podżegacze uspokoili się i nikt na tej Parafiadzie nie agitował więcej do bojkotu zawodów. Stało się jasne czego ci wyczynowcy nie wiedzieli. Oni widać zrozumieli, że my nie przyjeżdżamy po medale ale przyjeżdżamy z tęsknoty do Europy i do rodzinnych stron naszych przodków, że bez Parafiady wielu wschodniaków by nigdy nie byli w stanie odwiedzić Polski. Mówiłem nie w swoim imieniu, bo już odwykłem odwiedzać Polskę, jakoś mnie nie ciągnęło do kraju rozdartego na pół podziałami politycznymi. Kraju, w którym sztucznie podsycano w mediach nienawiść do kościoła. Tak, tak, w ten właśnie sposób postrzegałem Polskę w latach 95-99, ale właśnie w tych czasach miałem powód, by przyjechać nie dla siebie ale dla dzieci, którym niesamowicie podobało się spędzanie czasu na obiektach AWF, oglądanie stolicy i innych miejsc.

To w ich imieniu mówiłem.

Te szanse dal nam o. Jozef Joniec prezes Fundacji Parafiada, człowiek prosty ale dobry. Jeden z niewielu, kto odpowiadał na moje e-mailowe listy.

Taki niedzisiejszy rycerzyk kresowy.

 

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com