×

Ostrzeżenie

EU e-Privacy Directive

Ta strona używa plików cookie do wspierania uwierzytelniania, nawigacji i innych funkcji. Korzystając z tej witryny zgadzasz się abyśmy zamieszczali tego typu pliki na Twoim urządzeniu.

Zamieszczane będą tylko dwa rodzaje plików cookie:
- nasze (ze strony xjarek.net - do poprawnego działania strony i sesji użytkownika)
- Google Analytics (do celów analitycznych i statystycznych).

Zobacz Politykę Prywatności i Cookies

Zobacz dokumenty EU e-Privacy Directive

View GDPR Documents

Nie zgodziłeś się na cookies. W przyszłości możesz zmienić tę decyzję.

KOŁOWROTEK MISYJNY

 

1. Rostów 

 

- regularne duszpasterstwo -

15 miesięcy pracy 1992-93 - trzy podróże tygodniowo z Batajska.

Około 70 rejsów.

 

Tak się złożyło, że choć cały rok byłem proboszczem rostowskim to nie było mi dane mieszkać w tym mieście na stałe. Owszem ponad miesiąc tułałem się po akademikach i mieszkaniach prywatnych 2 tygodnie mieszkałem nawet w małym hoteliku. Ostatecznie na całe 5 lat osiadłem pod Rostowem w Batajsku po lewej stronie Donu. Miejscowi ludzie uważają, że Don jest rzeką dzielącą Azję i Europę. Tak przynajmniej podawano w sowieckich podręcznikach. Skoro tak to przez cały czas mieszkałem w Azji.

 

Heroiczna włóczęga

 

Samochód otrzymałem dopiero po 4 latach pracy tuż przed przeprowadzką do Azowa.

Jeżdżenie więc do Rostowa tam i z powrotem z przesiadkami zwykłymi miejskimi autobusami graniczyło z heroizmem a może było na granicy szaleństwa. Pomagało jednak poczuć tamten grunt pod nogami, tamten dialekt i zapachy.

Słowami wszystkiego nie da się wyrazić. Na przystanku koło mostu sterczałem godzinami. Jedna z sióstr tak stojąc wymyśliła piosenkę o naszym autobusie który się nazywał 101 czerez  RDWS. Piosenka miała proste i głupie słowa:

Czerez-czerez erdewees.

Taki właśnie autobus jeździł na osiedle Gagarina gdzie mieszkały siostry i gdzie również kątem siedziałem i ja. Ileż to kilometrów i godzin w tych zatłoczonych i zasyfionych drżących ze starości autobusach. Mówiło się o nich, że to stare rzęchy.

 

Pierwsze misyjne eksperymenty

 

Widok jednak Donu i bezkresnego stepu, to coś co wspominam jak bajkę. Wiatr od strony rzek, rześki i wielkie bulwary z mosiężnymi postaciami z Cichego Donu, to tez sprawy niepowtarzalne. Nie, nie było czasu kontemplować to wszystko wtedy ale teraz wspominam. Zawsze jeździłem w sutannie i to samo czyniły siostry. Ilu poprzez to ludzi zachęciliśmy do myślenia o Bogu dowiemy się kiedyś w niebie. Ile literatury, obrazków, plakatów rozdaliśmy dzieciarni, tego się też nie da policzyć. Żadne z nas nie kończyło kursów misyjnych. Robiliśmy masę głupstw chodząc jakby po omacku. Był to jednak czas religijnego przebudzenia i głodu Boga. Rozdawaliśmy więc garściami to co nas nauczyli w Polsce i na Litwie, bo przełożona przyjechała właśnie stamtąd. O tym, że nasza praca może się podobać świadczą pewne reakcje ludzi.

 

Entuzjastyczne kolędy

 

Entuzjastyczne przyjęcie jakiego doznaliśmy w akademikach na Boże Narodzenie i cały styczeń. Pewien chłodek a nawet mróz wiał ze strony starych polonusów. Zastałem starca Rzewuskiego. Ponad 90 lat, był dyrektorem polskiej szkoły zamkniętej w 1936-m roku. To dawna szkoła parafialna na ulicy Gorkiego róg Sobornej. Uśmiechał się przy rozmowie, potwierdzał, że pamięta księdza i gadał z nim czasem przez płot ale nic więcej.

Inna 80-letnia kobieta o nazwisku Zielińska owszem przyjęła na kolędę ale jej syn, wykładowca uniwersytetu zachował się wobec nas jak obcy. Tylko wnuk troszkę gawędził z ciekawości. Nazywał siebie jednak Rosjaninem i nie dawał nam żadnych szans w kwestii nawracania czy choćby przyjaźni na przyszłość. Było jasne, że po śmierci staruszki a nawet za życia nikt z tej patriotycznej rodziny nie zaprosi do domu księdza.

 

2. Rostów

 

- odwiedziny koleżeńskie u salezjanów,

spowiedź, urzędy, spotkania dekanalne, katechetyczne, inne - comiesięczne 1993-1999.

Około 70 wizyt.

 

Do Salezjanów jeździłem z różną częstotliwością w zależności od humoru mojego i mego kolegi Edwarda. Bywało, że wpadałem co dzień a potem tygodniami mnie nie było. On też mógł wpadać często i znikać na długo.

Każde lato zastępowałem go w Rostowie gdy ten jechał na Białoruś na pielgrzymkę.

Również on mnie zastępował jak trzeba było.

Czasami siedzieliśmy do późna razem oglądając telewizor, z rzadka, najczęściej w samochodzie wspólnie odmawialiśmy różaniec albo brewiarz.

Z ważnych wydarzeń tego czasu pamiętam wykopy pod kościół.

Długo trzeba było czekać na ten dzień kiedy się one zaczną.

 

Batalia o kościół

 

Pamiętam, że kilkakroć spałem w kaplicy na zastępstwie i wtedy bez kompleksów chodziłem na kolanach po tym terenie raniąc się o kamyczki. Czasami polewałem te miejsca wodą święcono. Wciąż mi się zdawało, że zwyczajnymi środkami ta budowa nie ruszy. Potrzebne są środki nadzwyczajne.

Gdy któregoś razu architekci wezwali nas na swoją naradę i wielu oponentów atakowało nasz projekt, bo architekt jako były architekt główny miasta miał sporo wrogów, którym nastąpił w przeszłości na odcisk a poza tym już prawosławie miało tam swoich agentów ja poprosiłem by pozwolono mi mówić.

Rzekłem coś co nie można było zapomnieć bo ksiądz Edward cytował to do znudzenia. Trzęsącym się głosem zadałem pytanie architektom: czy wiadomo im dlaczego w carskiej Rosji kościoły były budowane na przedmieściach? Czy dostrzegli również, że nasz kościół też ma być daleko od centrum? Jeśli dostrzegli to powinni wiedzieć, że my się nie narzucamy i zdajemy sobie sprawę ze swojej małości. Jeśli tak to znaczy, że jesteśmy zalęknieni i zarzuty, że jesteśmy agresywnymi prozelitami, które na tej naradzie padały są nieszczere i nieprawdziwe.

Powiedziałem to i spocony zasiadłem. To był jeden z tych pięknych dni kiedy ksiądz Edward nie skrywał wdzięczności i sympatii. Architekci zgłosili zastrzeżenia, które były na naszą korzyść. Mówili, że mamy pozostawić nietknięty drzewostan i przerobić tak projekt by część mieszkalna była jedną bryłą z kościołem a nie jak pierwotnie obok świątyni.

 

Jedność w różności

 

Takim sposobem choć już nie pracowałem w Rostowie poprzez zastępstwa i wspólne odwiedziny w urzędach nadal. Uczestniczyłem w życiu rostowskiej parafii podobnie jak i ksiądz Edward włączał się w życie tych młodych wspólnot jakie ja otwierałem na prawo i na lewo. Kłóciliśmy się i nie zgadzaliśmy w wielu sprawach ale rzeczy Boże i oczywiste były mu drogie podobnie jak i dla mnie.

Pamiętam tę dziwną noc kiedy pośród pełni księżyca pokazywałem Hiszpanom na pożegnanie w 1997-m roku fundamenty kościoła. Nikt jeszcze wtedy z kapłanów nie mieszkał obok budowy, zdawała się taka opuszczona tym niemniej czuło się, że to coś co powstaje jest bardzo ważne dla miasta.

 

Słudzy niegodni

 

Gdy odjeżdżałem jakoś w czerwcu 1999 roku był w Rostowie biskup i chyba poświęcał plebanię. Ksiądz  Lucjan jako człowiek sprawiedliwy podjął temat tabu i powiedział coś czego jeszcze nie wiedzieli parafianie. Powiedział, że ten plac i projekt to zasługi Jarosława i że będzie bez niego smutno w Rostowie.

Wzruszył mnie tą nieoczekiwaną mową i chyba też jakoś uprzytomnił biskupowi i obecnym, że z chwilą poświęcenia tej plebanii i kaplicy w podpiwniczeniu zaczyna się jakaś nowa epoka w życiu kościoła nad Donem.

Ksiądz Edward nie miał tej satysfakcji, by usłyszeć jakiekolwiek podziękowania. Kościół był poświęcony zdaje się we wrześniu 2004-go roku, kiedy my oboje pracowaliśmy na Ukrainie. Jedna parafianka z Nowoczerkaska dotarła do mnie na Donbas i opowiadała szczegóły tej uroczystości. Wszystko  odbyło się skromnie bez pompy. Kleru zebrało się sporo ale podobno wszyscy mieli jakieś nieprzyjemne rozmowy z tajniakami toteż wypadło jak wypadło. O księdzu Edwardzie nikt nie wspomniał ani słowem. O moich zasługach była krótka wzmianka w okolicznościowej ulotce.

Tak to bywa w historii. Na pierwsze miejsca są sadzani nie ci co ciężko pracowali ale ci co siedzieli bliżej koryta w chwili gdy powstawały kroniki. Edward pozostał na drugim planie ale nagroda w wieczności go nie ominie.

 

Dygresje sachalińskie

 

Nawiasem mówiąc pewien kolega dominikanin przysłał mi z Japonii specjalne wydanie miesięcznika Maryknoll o pracy tych misjonarzy na Sachalinie. Chociaż w chwili gdy szła budowa kościoła i chcąc nie chcąc byłem za nią  odpowiedzialny autor opowieści ks. Emil Dumas nie wymienił mnie ani jednym słowem. Pisał wszędzie to myśmy zbudowali, myśmy zrobili. Owszem, wszystkie fundusze były stamtąd, z USA, z Korei. Tym niemniej parafią administrowałem ja od pierwszego do ostatniego dnia budowy. Niejeden raz toczyłem trudne batalie o ten teren. Najgorsze było to, że zaufany starosta opłacany przez Maryknoll z  oficjalnym tytułem inwestor Koreańczyk I Sek Hi w mojej obecności pozwalał sobie stawiać w wątpliwość całe przedsięwzięcie tylko dlatego, że nasz proboszcz i główny sponsor był już w szpitalu i w jego malutkim mózgu powstało podejrzenie, że zakon się wyprze tej budowy po śmierci swego kapłana. Pominął całkowicie osobę biskupa i moją jako administratora. Dostał za to w kuluarach po uszach i na przyszłość był bardziej wstrzemięźliwy w wypowiedziach. Opowiadam to, bo gdyby nie osoba Edwarda to w Rostowie też kościół by nie powstał choć paru dyletantom się zdawało, że to oni budują. Mam na myśli braci Mazur. To byli podobnego pokroju łapiduchy

Świat jest pełen tego rodzaju kreatur.

 

3. Taganrog

 

- cotygodniowe rejsy duszpasterskie z Batajska w latach 1993-97.

216 rejsów z przesiadką w Rostowie.

 

Sztuka włóczęgi

 

Do Taganrogu też jeździło się nie lekko. Minimum 4 godziny w jedną stronę czyli z szybkością 25 km na godzinę. Najpierw trzeba było dotrzeć na dworzec kolejowy w Batajsku autobusem numer 8, to zabierało minimum pół godziny. Dalej siadaliśmy na 101-szy autobus do Rostowa. Na to potrzeba było stracić godzinę. Potem tramwajem 5-przystanków na dworzec autobusowy, bardzo wolniutko, bo akurat następny przystanek to cerkiew i rynek. Tramwaj starał się nikogo nie rozjechać wiec sunął się jak żółw.

Na dworcu autobusowym siadaliśmy na autobus w kierunku Mariupola czyli na Ukrainę. Jazda trwała półtora godziny i tam w Taganrogu znowu tramwajem 20 minut do muzeum Piotra Czajkowskiego gdzie odbywała się Msza.

Proszę przyznać, że to imponująca przygoda!

Cztery godziny tułaczki, trzy autobusy i dwa tramwaje tylko po to by odprawić Mszę i wygłosić katechezę dla 10-15 osób. Rzadko bywało więcej.

Latem udawało się czasem po Mszy zejść do pobliskiego portu i w ciągu godziny dolecieć do Azowa. Stamtąd godzinka jazdy autobusem i już jesteśmy z powrotem w Batajsku. Ale to takie rzadkie chwile wytchnienia. Msza wieczorna w Batajsku bywała więc o 18.00. Powiem w skrócie: wyjazd z rana o 8-mej i  powrót o 18-tej.

Dziesięć godzin Franciszkowego kaznodziejstwa ulicznego. O ile to kogoś ruszało za serce, że są nad Donem tacy wariaci, to Deo Gracias.

 

Owoce włóczęgi

 

Z Taganrogu, miasta z ludnością 300 tysięcy mieszkańców w moich czasach było jedno powołanie. Chłopiec miał nazwisko Ryżow. Był studentem dobrze wykształconym i utalentowanym. Był jednak bardzo sceptyczny i na 4-m roku odszedł z petersburskiego seminarium. Więcej realnych sukcesów nie dało się wycisnąć choć jak widać bardzo się starałem.

Kupiłem domek dla księdza i sprowadziłem go osobiście z Warszawy. Przesiedział w nim niespełna 3 lata i uciekła na Syberię do Usola. Teraz w Taganrogu mieszka Argentyńczyk ks. Raul.

 

4. Elista

 

- regularne duszpasterstwo -

cotygodniowe rejsy w 1994-1995-m roku.

Około 15 miesięcy.

Około 70 rejsów. 

 

Filozofia włóczęgi

 

Podróże do Elisty nie były tak nużące jak do Taganrogu choć zajmowały całą dobę. Nie było tak wiele przesiadek. Dokładniej mówiąc było ich tyle samo ale napięcie psychiczne mniejsze, bo cała noc w autobusie dawała komfort w postaci mniej lub bardziej głębokiego snu. Nauczyłem się szybko zasypiać  wieczorem i budzić o 6-tej nad ranem kiedy to autobus kończył swą 500 kilometrową trasę. Ikarusy nie należą do wyjątkowo wygodnych samochodów, po kilku latach jeżdżenia wyją jak kombajny. Tym niemniej uszy przywykają i w takim nocnym autobusie sen sąsiadów jest zachętą i sygnałem dla reszty, żeby się nie wiercić i nie budzić jeden drugiego.

 

Inspiracje

 

Jak to było i komu to było potrzebne. Pomysł zawdzięczam Józefowi Czałabowowi, Asyryjczykowi z Taganrogu, który uważnie słuchał rosyjskiej redakcji Radia Watykanu. Pewnego dnia powiedział mi, że prezydent sąsiedniej z Rostowskim Obwodem Republiki Kałmucja wybiera się do Watykanu. Skoro się wybiera, pomyślałem, to musi mieć jakieś pobudki. Na pewno nie jest wrogi kościołowi, myślałem sobie i planowałem zrobienie wywiadu, czy są tam warunki do pracy. Pamiętałem, że kilka miesięcy wcześniej dawałem ślub i chrzciłem dziecko pewnej pary z miasta Remontnoje, które jest 80 km od Elisty czyli stolicy Kałmucji.

Intuicja mnie nie zawiodła. Znalazłem w Administracji prezydenta życzliwych ludzi, ci dali mi pozwolenie, by przez dziennikarzy zwrócić się do mieszkańców miasta z zapytaniem, czy ktoś z nich ma katolickie korzenie.

 

Poszukiwania

 

Odwiedziłem popa Zosimę i matkę Pawła Kiekszajewa, Kałmuka, który studiował w Polsce na KUL i szykował się do życia zakonnego u Franciszkanów Konwentualnych.

Z czasem on sam poznajomił mnie z rodziną Morozowiczów, których dwójkę dzieci ochrzcił parę lat wstecz. Ci z kolei opowiedzieli mi o innych katolikach. Reszty dokonała prasa i mozolny trud. Przyjechawszy o 6-tej rano na dworzec, szedłem pół godziny pieszo do Morozowiczów, piłem herbatę, żegnałem się z gospodarzami, którzy szli do pracy i ze starszą córką, która szła do szkoły. Pozostawałem pod opieką chorej na celebralny paraliż Oli. Najczęściej spałem do 10 - tej i dopiero wtedy szedłem na miasto poszukiwać nowych znajomości i przygód. Każdy raz do głowy przychodziły inne pomysły. Znajomiłem się z sąsiadującymi z Prawosławną cerkwią Adwentystami. Od nich z ciekawości przychodziła Sybiraczka Albina, co do której było podejrzenie, że jest tajnym informatorem. Nie wiem czemu jednak ta pani włączyła w życie parafii córkę z muzykalnym darem jako organistkę. Spędzałem z nią minimum pół godziny przed każdą Mszą ćwicząc motywy melodii jakie miały być śpiewane na Mszy.

Był jeszcze jeden tajniak, któremu podobała się modlitwa różańcowa.

Na te wojaże dołączała się często jedna z 3 sióstr, by pomagać w katechizacji. Najczęściej to była siostra Pawła, czasami siostra Teresa, przełożona.

Dla kobiet takie rejsy były nad wyraz trudne ale się podejmowały, bo parafianie byli bardzo zaciekawieni i życzliwi więc się opłacało.

 

Technologia i owoce misji

 

Tak więc sobotnia Msza w Eliście odbywała się o 15.00.

Na początku to było w Teatrze Lalek, potem w nieremontowanym narodowym Teatrze kałmuckim. Teatr trzeba było poddać remontowi.

Ponad rok modliliśmy się w pomieszczeniu, które nie było ogrzewane i w którym sufit był w stanie awaryjnym. Pan Bóg jednak oszczędził nam przykrych przygód.

Za jakiś czas jeden z parafian przeprowadzał się na Białoruś i sam zaproponował, że niedrogo sprzeda nam swój dom w samym centrum. Chociaż balem się niesamowicie to jednak do transakcji doszło. Parafia do dziś znajduje się w tym samym miejscu na ul. Kłykowa 78. Odprawiałem tam dosłownie dwa razy 13 maja była pierwsza Msza a za tydzień z jawił się na stałe kapłan z Ukrainy a dokładniej ze Lwowa, franciszkanin o. Lucjan Szumański. Dzięki niemu na tej działce obok domku za parę miesięcy  po moim odejściu pojawiła się niemiecka kapliczka podobna do tej jaką nam w 1993-m roku zbudowali w Rostowie wolontariusze z Bawarii.

Ostatnio Franciszkanie wycofali się z Kałmucji, co mnie i smuci i dziwi. Tym niemniej swój ślad pozostawili. Nie wiem kto teraz pracuje na ich miejsce. Wiem, że prowadzi tam swoje dzieła ruch Jana XXIII o co zabiegałem w Wołgogradzie i w Rimini na osobistym spotkaniu z założycielem ruchu don Oreste.

Spotkałem go w 1996-m roku w trakcie podróży z Emilio i ks. Jurkiem Królakiem o czym troszkę później. 

 

5. Wesołe,

 

cotygodniowe duszpasterstwo.

1994-1995.

Około 70 wypraw.

 

Polska wieś

 

Podróże do wsi Wesołe odbywały się w poniedziałki. To również Kałmucja, tyle że zachodnie rejony tej republiki przylegające bezpośrednio do obwodu rostowskiego. Tutejsi Kałmucy byli zawsze bardziej zeuropeizowani i wielu z nich w czasach carskich przyjęło chrzest. Jak się dowiedziałem, to właśnie z tych stron pochodził prezydent Ilumżinow, który zdecydował się na podróż do papieża. Jak każdy polityk miał on jakieś swoje niezrozumiałe dla mnie motywacje, tym niemniej opatrznościowo sprzyjało to wszelkim moim działaniom. Portrety prezydenta z Janem Pawłem II-m można było zobaczyć w każdym zakątku stolicy republiki Elisty a także w innych miastach Kałmucji. Wioska Wesołe leżała na terenie rejonu gorodowikowskiego, który dawniej nazywał się Baszanta. Adres dali nam Morozowicze. Do tej wioski również docierał przed nami brat Paweł Kiekszajew. Podobnie jak i prezydent wiedziony niejasnymi pobudkami ten młody chłopak kościołowi w Kałmucji zrobił wielką przysługę.

 

Wyczyny siostry Teresy

 

Tutaj do Baszanty i do Wesołego najczęściej jeździła ze mną siostra przełożona Teresa. Odległość była mniejsza ale roboty było więcej. Najpierw odprawialiśmy u państwa Szotów w samym rejonowym mieście. Odwiedzaliśmy też Jabłońskich i Ostrowskich. Te trzy rodziny to był rdzeń parafii. Prócz tego tak samo jak w Eliście odwiedzałem kogo się da: buddyjskiego gilunga, prawosławnego popa, dziennikarzy, urzędników.

Kilka razy mieliśmy programy na lokalnej rejonowej telewizji, która zgodziła się wyemitować film o św. Franciszku, film Misja i kilka innych kaset jakie miałem z Moskwy. Moją twarz rozpoznawano na ulicach Kałmucji, a ks. Abp Kondrusiewicz obejrzawszy kopie tych programów poklepał mnie po plecach. Skomentował to po przyjacielsku: ty to jak nie drzwiami, to oknem wleziesz gdzie tylko zechcesz. Poznajomiłem się nawet ze sprzedawczynią w kiosku i ona obiecała mi, że będzie sprzedawać naszą katolicką gazetę Swiet Ewangelia, podobną umowę miałem też w tej sprawie w Eliście. To jedyna Republika w Rosji gdzie katolicką prasę można było kupić w kiosku.

 

Kiedy ranne wstają zorze

 

Wszystko to robiliśmy dość sprawnie. Wstawaliśmy o czwartej rano. O piątej jechaliśmy do Rostowa 6.25 był autobus do Elisty przez Gorodowikowsk. Tam docieraliśmy w samo południe. Autobus jechał około 5 godzin. Od południa do godziny czwartej  była więc Msza i odwiedziny w urzędach. Około 16.00 jechaliśmy na wieś do Wesołego i tam miedzy 18.00 i 20.00 sprawowana był wieczorna Msza święta dla mieszkańców wsi. Modliliśmy się pod domach wedle grafiku jaki sami mieszkańcy ustalali. Najczęściej u babci Łagowskiej, u nauczycieli Łagowskich, u Filipów, Zielińskich i tak dalej. Miało to swoje plusy, bo takim sposobem coraz, coraz więcej osób czuło się za nas odpowiedzialnych i mieli z nami bezpośredni kontakt.

O północy odwożono nas na motocyklu z przyczepką 7 km do trasy gdzie o pół do pierwszej w nocy był powrotny autobus do Rostowa. Pół do szóstej rano po całodobowej misji bywaliśmy z powrotem. Taki kołowrotek trwał półtora roku co tydzień non stop. Byłem młody i zapalony. Jest co wspominać i tam również pozostał trwały ślad. Ta misja dzięki Franciszkanom przetrwała kolejne 15 lat a obecnie na ile mi wiadomo znowu przejęli ją księża diecezjalni. Franciszkanie tymczasem więcej sił poświęcili placówce w sąsiednim Astrachaniu, gdzie mają do obsługi duży kościół i niewątpliwie solidniejszą parafię.

 

 

6. Wołgodońsk

 

- 1996-1999 -

cotygodniowe rejsy.

Około 160 wypraw.

 

Po powrocie  z franciszkańskiego nowicjatu na poprzednie placówki przystąpiłem ze zdwojoną energią do pracy w tych miastach gdzie dotąd było to fizycznie niemożliwe. Oddawszy Kałmucję Franciszkanom mogłem się solidniej zająć Wołgodońskiem i stanicami kozackimi na Kubaniu.

 

Wiedergeburt

 

Do Wołgodońska jakiś czas jeździłem jeszcze autobusami. Zajmowało to cały dzień od 6 rano do północy ale za jakiś czas otrzymałem z Niemiec pieniądze na samochód i od tej pory obsługiwałem punkty dojazdowe w bardziej sprawny i cywilizowany sposób. Pewien etap w moim życiu można by rzec się zakończył.

W 1996-m roku w marcu dałem wiele ogłoszeń w gazetach i już na Wielkanoc odprawiałem pierwszą Mszę świętą w siedzibie Towarzystwa Niemieckiego Wiedergeburt dla kilkunastu osób. Latem Mszy nie odprawiałem ale prowadziłem cotygodniowe katechezy w soboty. Przychodziło na nie maksimum 3 dorosłe osoby i kilkoro dzieci. Jesienią sytuacja się trochę poprawiła a już w styczniu 1997-go roku mieliśmy już rejestrację wspólnoty.

 

Wiara jak ziarnko gorczycy

 

Wystarała się o to dla nas Ida Hadzijewa, Niemka, księgowa, która w tym czasie była bezrobotna i podjęła się tego zajęcia z intencją, którą jej niefrasobliwie podsunąłem. Powiedziałem i jej i wielu innym osobom, że jeśli im bardzo zależy na wyjeździe do Niemiec to niech się o to pilnie modlą a najlepiej niechaj coś dobrego robią. Dotknąłem najbardziej bolesne miejsce. Wiele osób rzeczywiście się mocno rozczarowało czekając na zaproszenie do historycznej ojczyzny latami. Ida podeszła do sprawy w sposób dosłowny a Pan Bóg potwierdził na jej przykładzie, że to nie musi być teoria. Kobieta, która spośród wszystkich parafian jako ostatnia złożyła podanie na repatriację wyjechała do Niemiec jako najpierwsza.

 

Pokojowy atom

 

Wiele tam rodzin niemieckich zapoznałem i wiele z nich osiągnęło cel swoich marzeń jakim był wyjazd do Niemiec. W międzyczasie wspólnota mimo wszystko rosła. Spotykaliśmy się dwa lata na strychu 9-cio piętrowego budynku nieopodal tzw. pola duraków. Nieopodal był pomnik tzw. pokojowego atomu. Dekoracja była niesamowita, bo w metalowej konstrukcji - schemacie atomu, który przypominał układ planetarny wplecione były gałązki winogronu. Ja to odbierałem nie jako symbol z fizyki a raczej jako znak Eucharystii, którą sprawowaliśmy długi czas bez rozgłosu dla wtajemniczonych jakby w wieczerniku za żelaznymi drzwiami, które niełatwo było otworzyć z pomocą klucza a co dopiero wedrzeć się bez niego. Przez cały rok czasu w tym pomieszczeniu dwa tygodnie w miesiącu mieszkała jedna z naszych sióstr, siostra Inga.

 

Atomowa siostra

 

Inga to prawdziwie uśpiony atom, który wybuchnął w Wołgodońsku lecz mało kto tę eksplozję zauważył. To ona podjęła się niełatwego zadania katechizacji w tym mieście. To dzięki niej w chwili gdy przywieziono kaplicę z Niemiec, a stało się to w 1998-m roku parafia była niemal rozgrzana do czerwoności. Pomagali ją rozgrzać również klerycy z Hiszpanii, którzy też spędzili jedno lato w Wołgodońsku oraz 6-ciu kleryków z Petersburga, których jakimś cudem udało mi się wyżebrać u rektora Francuza na lato 1998-go roku. To był ten czas kiedy już była kaplica w mieście i wszyscy się bardzo interesowali naszym kościołem. Non stop ktoś  przychodził na pogawędki i nie sposób było kaplicy pozostawić z zamkiem na drzwiach.

 

Jubileuszowy zaszczyt

 

Po moim odjeździe w 1999-m roku do parafii zaczęły przyjeżdżać pewne zakonnice ze wschodnich Niemiec a w roku jubileuszowym naszą kaplicę przyrównano do Watykanu, można tam było otrzymywać jubileuszowe łaski. Tak zdecydował biskup Pickiel, to było wielkie wyróżnienie dla tej parafii. Rok czasu mieszkał w niej pewien kapłan ze  Słowacji, którego potem skierowano do Anapy. Po nim był Irlandczyk, który parafianom nie przypadł do gustu. Wiele lat parafia była bez kapłana, dojeżdżał ksiądz Tomek z Nowoczerkaska. Jaka sytuacja jest dziś tego nie wiem.

 

Powołaniowy boom

 

Wiadomo jednak, że jeden z moich wychowanków jest obecnie w Seminarium w Petersburgu i ma na imię  Ilja. Inna parafianka o nazwisku Pietrowa, która wędrowała a mojej grupie pieszo do Santiago w 1999-m roku za jakiś czas stała się zakonnicą. Jeszcze dwie inne próbowały szczęścia u Misjonarek Świętej rodziny i u karmelitanek. Owszem obie odeszły i pewnie rzadko widać je w kościele. Jedna z nich nawet przeszła jak twierdzi na prawosławie. Mimo to jest to miejsce bardzo specjalne, jak cała Rosja zresztą. Nie potrzeba wiele, żeby zapalić ogień w duszach ludzkich jeśli się go ma w sobie. Nie będę ukrywał, że wrzało we mnie i pewnie podobnie było z tą siostrą Ingą skoro nie bała się sama jedna mieszkać w oddalonym o 250 km od klasztoru mieście. Widać z tego, że ten drewniany kościółek, który ma ledwie 10 ławek dla 40 osób na siedząco i może pomieścić maksimum 80 osób jeśli wepchnąć drugie tyle na stojąco, ma krótką ale niezwykłą historię.

 

7. Stepnoje

 

1996-1999,

cotygodniowe odwiedziny.

Około 160 wypraw.

 

Podarunek od ks. Andrzeja

 

Do wioski Stepnoje jeździłem od 1993 roku ale nieregularnie.

To wieś w odległości 60 km od Batajska. Bardzo rozwlekła. Ciągnie się około 7 km.

Pierwszy raz przywiózł mnie tutaj zimą kapłan Murawski samochodem. Tutaj mieszkali krewni jego  parafian z Siemionowki pod Ust- Łabińskiem, jakieś 200 km od mojej parafii. Siłą rzeczy chociaż to był obwód krasnodarski, czyli teoretycznie podległy kapłanowi z Siemionowki. On jednak uznał słusznie, że lżej będzie dojeżdżać do tej wsi księdzu z obwodu rostowskiego czyli mnie. Wizyta była tak szybka i bez zapisywania adresów, że następne 2 lata miałem kłopoty z odszukaniem tej rodziny.

 

Szukajcie a znajdziecie

 

Moje drugie odwiedziny 1-go maja 1993-go roku miały miejsce na ulicy szkolnej w samym końcu wioski. Wtedy akurat pogoda sprzyjała więc można sobie było wesoło wędrować. Było nas 5 osób: siostra przełożona, parafianka z Rostowa ze znajomością niemieckiego, chłopiec z Batajska, który znał okolice i uprzedził tutejszych o naszej wizycie, gdy był u babci na cmentarzu kilka dni wcześniej na Wielkanoc.

Okazało się, że owszem, bardzo czekali, że są katolikami, że potrzebują kapłana, bo mają nieochrzczone dzieci i niesakramentalne pary, ale nie są to ci, których spotkałem zimą. Tamci nazywali się Eichwald. Nazwiska tych nowych nie zapamiętałem. Ta nowa rodzina była liczna. Było ich około 40 osób i wszyscy opuścili Rosję w następnym roku.

 

Rodzina Eichwaldów

 

Częste wizyty cotygodniowe zaczęły się w 1996-m roku, kiedy się pojawił w parafii samochód. W przeciągu roku przygotowałem tam 8 dorosłych osób do chrztu, w następnym kilka dzieci do pierwszej komunii. Coraz to nowi ludzie odjeżdżali do Niemiec ale na ich miejsce zjawiali się nowi. Wioska też nie była mała. Udało się nawiązać stosunki z miejscowym zarządem i jakiś czas Msza się odprawiała w Bibliotece koło dworca kolejowego. Póki nie było samochodu to było dobre rozwiązanie potem jednak wróciliśmy do schematu wahadłowego. Na wsi gdy się odwiedza różne domy to ma to  efekt misyjny. Rodzinę Eichwald, która opuściła Rosję odwiedziłem jeden raz razem z ks. Edwardem w mieście Goerlitz na samej granicy z Polską jesienią następnego roku po ich odjeździe. Mieliśmy nawet Mszę świętą u nich w parafii i dziekan miejscowy potwierdził, że uczęszczają do kościoła.

 

Wkład ekumeniczny

 

Jedna z żon ochrzczonych przeze mnie mężczyzn uczęszczała też na prawosławne zebrania po sąsiedzku.

Uczyniła tak dzięki zachęcie dziekana i katolickich członków rodziny. To już nie pierwszy przypadek, że wzrost pobożności i dobry przykład ze strony katolików stymuluje pobożność reprezentantów  innych wyznań. Na ten temat mogliśmy usłyszeć ładne świadectwo siostry Łucji w Coimbra. W roku 1995-m byłem w delegacji w grupie 50-ciu kapłanów z dawnego ZSRR. Myśmy się pytali, czy nawrócenie Rosji wedle objawień fatimskich ma być nawróceniem na katolicyzm, na prawosławie czy na jakieś inne wyznania. Łucja wyznała, że to co się dzieje, czyli odrodzenie wszystkich wyznań jest wypełnieniem zapowiedzi fatimskich jakie w 1917-m roku otrzymała trójka dzieci.

Odwiedzając Zgorzelec miałem oczywiście powody do dumy. Ta rodzina ze Stepnoje to była jedyna z pośród setek osób jakie wydelegowałem do Niemiec.

 

Sekret poliszynela

 

Podobno na Litwie był pewien japoński konsul, który wystawiał tysiące fałszywych wiz dla miejscowych Żydów na wyjazd do Japonii. Uratował dla wielu z nich życie. Podobno nawet na dworcu kolejowym gdy go ogłoszono “persona non grata” nada wystawiał fałszywe zaświadczenia. Nie chcę siebie porównywać z nim, bo skala i poziom bohaterstwa tego człowieka nie da się porównać z niczym. Pewne jednak skojarzenia się nasuwają czy po prostu inspiracje. Chodzi o to, że w ankietach na repatriację było dobrze widziane zaświadczenie z luterańskiego lub katolickiego kościoła, że dana rodzina jest członkiem wspólnoty. Ja widziałem zmęczenie niektórych ludzi czekaniem na repatriację. Było mi ich żal choć teoretycznie w interesach kościoła leżało powstrzymywanie ich od wyjazdów. Ja takie zaświadczenia jednak chętnie wystawiałem, bo nie miałem moralnego prawa kogokolwiek zachęcać do pozostawania w Rosji. Dobrze pamiętam czasy stanu wojennego kiedy milion Polaków wyjechało bez skrupułów. Życie w Rosji dla osób pochodzenia niemieckiego w czasach sowieckich stało się koszmarem. Tego nie trzeba było się domyślać, to było widać. Pomagałem więc jak mogłem. Widziałem wdzięczność w oczach wielu ludzi. Sam fakt wspólnych zebrań modlitewnych wzmacniał wolę i dodawał sił w niełatwym losie schorowanych i bezrobotnych często ludzi. Owszem, spora grupa Niemców miała się nieźle w Rosji ale ci do mnie o pomoc się nie zwracali i byli rzadkimi gośćmi w kościele.

 

Desperaci

 

Ja miałem do czynienia z ludźmi zdesperowanymi. Ja czułem ich wdzięczność za każdy życzliwy gest. Kiedyś gdy z Niemiec dostaliśmy w kontenerze kaplicę z Niemiec to było w niej również sporo mąki i sera. Ja obdzwoniłem parafian, żeby przyjechali to zabrać. Słowo dziękuję usłyszałem tylko od rosyjskich Niemców z Kuszczowka i Stepnoje.

Inne rodziny niestety jak na przykład te z Wołgodońska po opuszczeniu Rosji nie zawsze zachowywały się tak ładnie. Nikt mnie do siebie nie zapraszał i nie wszyscy pozostali katolikami To też miałem okazję sprawdzić ale dopiero po 10-ciu latach.

Ksiądz Andrzej Morawski, późniejszy wikariusz biskupi choć był nerwus i człowiek narwany to jednak wiele mnie w życiu nauczył i za tę wioskę Stepnoje jestem mu bardzo wdzięczny.

 

8. Leningradskaja

 

 - 1996-1999,

cotygodniowe odwiedziny.

Około 160 wypraw.

 

Bezdroża pod Jejskiem

 

Wspomniany ksiądz Andrzej pokazał mi prócz Stepnoje jeszcze jedną odległa wioskę nad Morzem Azowskim koło Ejsku(Jejsk). Wioska leżała malowniczo nad wybrzeżu. Tutaj byliśmy wiosną. Drogi a raczej bezdroża jakimi jeździliśmy były tak zabłocone, że zarówno ministranci jak  i przełożona wypychając samochód sąsiada z błota byli od stóp do głów zachlapani. Radość jednak była wielka. Obejrzeliśmy tak piękne okolice.

Kiedy wyszedłem z domu gospodarzy 20 metrów od domu i podszedłem do pnia drzewa za potrzebą to zakręciło mi się w głowie, bo za tym pniem było urwisko jakieś dobre 30 metrów. Gdybym się dobrze nie przytrzymam to bym spadł na samą plażę. Okazuje się, że w tych okolicach Morza Azowskiego plaże wyglądają właśnie w ten sposób.

 

Luterańska Kircha

 

Jeszcze kilkakroć odwiedzałem Ejsk z zamiarem otwarcia tam parafii.

Zachował się stary niemiecki zbór, który miejscowi nazywali Kościołem. Ponieważ nie zachowało się w archiwach żadnych informacji  o katolickim kościele to miałem przypuszczenia, że to luterańska kircha. Z drugiej strony jednak ks. Murawski odnalazł świadectwa, że w Ejsku po powstaniu styczniowym stały oddziały z wojskiem polskiego pochodzenia i miały księdza kapelana.

To wszystko mnie bardzo zachęcało do pracy ale odległość była spora 150 km. Zająłem się sprawą solidnie dopiero w 1996-m roku. Miałem już wtedy samochód i zbliżała się peregrynacja Matki Bożej. Zaplanowałem modlitwę w Ejsku i powiadomiłem o tym miejscowe władze.

 

Wola Boża

 

Niestety tuż przed planowaną uroczystością samochód rozbiłem jakieś 50 km przed Jejskiem. Stało się to na etapie oglądania trasy 3-go grudnia 1996-go roku. Ten i dwa inne kościoły w okolicy odwiedziłem w innych okolicznościach. Pomógł niezastąpiony ks. Edward z Rostowa.

Pomógł również w odwiedzinach w Stanicy Leningradzkiej, która niespodzianie stała się celem moich cotygodniowych wojaży i ostateczną siedzibą parafii w tym oddalonym jednakowo od Krasnodaru i Rostowa miasteczku.

W 1997-m roku miałem jeszcze jedną kraksę w pół drogi między Jejskiem i Leningradzką. To miejsce zapamiętam na długo.

Jeszcze jeden jest powód bym je pamiętał. Z tej parafii wyszedł kleryk i to nie byle jaki. Zakończył seminarium w Petersburgu, przyjął święcenia jako Franciszkanin i pracuje w Astanie jako sekretarz nuncjusza. Zanim się poznaliśmy w Leningradzkiej spędził on wiele lat w Ałmaty, gdzie się urodził i zaczynał podstawówkę. Tak więc los sprawił, że z Bożą pomocą wyszukałem i doprowadziłem do seminarium człowieka, który teraz pełni ważną rolę w życiu kościoła w Kazachstanie.

Nazywa się Aleksy Skakowski.

 

Zadbane miasteczko

 

Stanica Leningradzka jest zadbanym miastem jak większość miast na Kubaniu. Ma szerokie ulice, zadbane trawniki. Czuje się charakter ludzi pochodzących z Ukrainy. Ci trafili z okolic gdzie wyrósł Taras Szewczenko czyli z Humania pod Czerkasami. Stanica aż do końca II Wojny Światowej tak się nazywała właśnie: Humań. Inni mieszkańcy stanicy trafili tutaj z Leningradu i zostali wysiedleni po blokadzie. Stalin nie miał zaufania do obrońców Leningradu. To był inny naród, nieufny. Trzeba go było rozparcelować i rozsiedlić po całym imperium. Stąd nowa  nazwa stanicy.

Żartowałem czasem, że dziś można by stanicy przywrócić starą nazwę Humań albo przynajmniej nazwać Petersburskaja, skoro nie ma już kultu Lenina i nie ma już Leningradu.

 

Cena łez

 

Choć jak powiadam jego  parafia kosztowała mnie wiele wyrzeczeń i łez a sama kaplica zbudowana przez ojca tego kapłana została po latach spalona przez kozaków to mimo wszystko było warto. Korespondowałem z tym panem parę dobrych lat po odjeździe i mogłem z satysfakcja się dowiedzieć, że tato mego kazachskiego kleryka przeprowadził się na jakiś czas do Petersburga i zbudował kościółek św. Antoniego przy franciszkańskim klasztorze, w którym odbywał lata studiów kleryckich jego syn Alosza.

Zanim powstała kaplica modliliśmy się w Centrum Młodego Technika. Zabronili nam to jednak Kozacy. Ponad rok Msze były u Michalskich, kilkakroć u Ormianki Arewik pochodzącej z gruzińskiej katolickiej wioski Cchałpbiła.

 

Dalsze losy

 

Ta pani dała mi kilka adresów do miasta Szachty i można ją uznać za Matkę Chrzestną prężnej parafii MB Fatimskiej w tym górniczym miasteczku. Co ciekawe w Szachtach też spalono katolicką kapliczkę. Losy więc naszych parafii w tych okolicach przeplatają się i mają wiele motywów wspólnych. Kiedy kaplica spłonęła swe progi otwarła katechetka Stanisława. Prócz mnie pracował tu przez tydzień o. Mirek Kopczewski Franciszkanin rodem spod Miedniewic. To on w ramach wielkopostnych rekolekcji pomagał wznosić  kapliczkę. Ponad rok bywał tu kapucyn Dezor. Wiele lat dojeżdżali Salezjanie. Kaplicę poświęcał biskup Pickiel w 1999-m roku tuż przed moim odjazdem na Syberię.

 

9. Azów

 

- 1996-1997

 cotygodniowe odwiedziny z Batajska.

54 rejsy.

 

Tradycyjne wyznanie

 

Na myśl, że trzeba jeździć do Azowa natknąłem się w miejscowym muzeum.

Znalazłem tam broszurkę, z której wynikało, że w tym mieście w średniowieczu była katolicka diecezja, konsulat wenecki oraz kilka kościołów dominikański, franciszkański i nawet kościół braci szpitalnych czyli krzyżaków.

Prawosławne opowieści o tym, że katolicy nie są tradycyjnym w Rosji, że nas nad Donem nie było brały w łeb. Na odpust św. Stanisława zaprosiłem do Batajska księży z całego dekanatu i na zakończenie mieliśmy właśnie w muzeum konferencję prasową o wczoraj i dziś kościoła katolickiego. Upoważniony do spraw religii i mniejszości narodowych przy gubernatorze rostowskim miał do mnie  żal, że go nie poinformowaliśmy o tej sprawie. Dowiedział się po czasie. Prawdę powiedziawszy i ja do ostatniej chwili nie wiedziałem, że coś takiego mi się uda.

 

Pierwsze kroki

 

Stawiałem pierwsze kroki jako dziennikarz. Powolutku zaczynałem doceniać rolę mediów dla ewangelizacji. Owszem, były już udane próby w Kałmucji ale wtedy mi się zdawało, że to wyjątkowy kraj,  że to zasługa wyjątkowej polityki prezydenta Ilumżinowa. Z czasem dostrzegłem, że to po prostu takie czasy. Epoka Jelcyna była epoką wolnych mediów. Jeśli jakiś kościół w nich zaistniał wtedy to miał z tego dywidendy na całe lata.

My natomiast katolicy lekceważyliśmy tę sprawę i jak się później przekonałem jedynie Klaretyni starali się cos robić w Krasnojarsku i diecezja Nowosybirska.

W Moskwie było dużo trudniej się przebić. Owszem i w Moskwie i w Petersburgu było Radio Maria ale na ile były one skuteczne trudno mi się wypowiadać.

Tak więc z Azowie zaistniałem jako duszpasterz dzięki telewizji i dzięki szpitalowi wenerycznemu. W Rosji dzieje się tak, że narkomanów kierują do tzw. dyspanserów z chorobami skórnymi. Może teraz jest inaczej ale wtedy było właśnie tak.

U narkomanów

 

Szpital był na przedmieściu i wygląd miał obskurny. Spotkania miałem co tydzień na stołówce. Opowiadałem krótkie  katechezy i rozdawałem literaturę. Nie czułem się zbyt mocny a chorzy też nie wykazywali zaciekawienia. Tym niemniej był to punkt zaczepienia aż do Bożego Narodzenia. Grudniowe spotkanie z wędrującą statuą Matki Bożej Fatimskiej miało miejsce jeszcze w szpitalu. Na święta jednak miałem już wydzierżawione pomieszczenie w szkole plastycznej w samym centrum miasta. Latem miał być remont więc trzeba było szukać nowego pomieszczenia.

 

Katedra św. Marka

 

Opatrznościowo tam gdzie kiedyś stała katedra św. Marka jeden dom był pusty, na oknach były przyklejone gazety. Właścicieli znalazłem daleko za Nowoczerkaskiem. Nie planowali sprzedawać domu, bo chcieli go oddać dzieciom. Na miesiąc jednak przed moją wizytą właścicielka domu zasnęła w szklarni otruta gazem z pieca i spaliła sobie jedną rękę pierś i część twarzy. Potrzebowała na leczenie i na operacje plastyczną dużo pieniędzy. Chętnie więc się zgodziła na transakcję. Dzięki temu parafia otrzymała lokal na historycznym placu. Nabożeństwa odprawiały się tam od czerwca 1997 do 2002-go roku. Ponad 5 lat.

Ten dom stał się moim mieszkaniem aż do wyjazdu na Syberię czyli ponad dwa lata. Innego nie miałem, bo poprzednie 5 lat mieszkałem kątem u różnych ludzi a najwięcej u sióstr w Batajsku.

 

Dziwni Parafianie

 

Parafianami byli głownie ludzie ze wspólnoty spokrewnionego z ojcem Włodzimierzem Korjaka kapłana z cerkwi zagranicznej. Na imię miał o. Borys, jeśli mnie pamięć nie myli. Jego małżonka, córka o. Włodzimierza jeździła ze mną na pielgrzymkę do Polski w 1993-m roku. Byliśmy więc w jakimś sensie zaprzyjaźnieni. Kiedy o. Borysa pozbawiono parafii ci inteligentni ludzie rozdzielili się na różne grupy. Niektórzy poszli do moskiewskiej cerkwi, inni wrócili do kultu jogi lub Anastazji, syberyjskiej prorokini, jeszcze inni zaczęli chodzić do nas i zbiegło się to z pielgrzymką MB Fatimskiej.

Kiedy to wszystko wspominam tak po ludzku to znajduję wiele motywów i przyczyn, że taka parafia w Azowie powstała. Myślę jednak, że najważniejsze w tym wszystkim, że to wola Boża była taka właśnie, by mnie  tam na jakiś czas posłać. Niespokojny duch jaki wtedy drzemał we mnie popychał mnie do nieustannych poszukiwań. Impulsem dodatkowym był również ten fakt, że do Franciszkanów w Moskwie zgłosił się pewien chłopiec z Azowa a jego mama właśnie była jedną z moich pierwszych parafianek.. Były u nas dwie Niemki, jedna Polka mieszkała nieopodal kaplicy, sporo Rosjan w tym również student kolegium prawnego, który się zgłosił do Proseminarium ale w ostatecznym efekcie został prawosławnym Kaplanem.

Była sybiraczka Lena i jej mąż kozak Siergiej, rodzina Olejników i wiele wiele osób, których twarze migają mi przed  oczyma a nazwisk ani imion już nie wspomnę.

 

10. Batajsk,

 

trzy rejsy tygodniowo z Azowa

1997-99

Razem 324 rejsy

 

Mieszkając w Azowie dojeżdżałem 3 razy tygodniowo na Mszę do sióstr. Miały już w tym czasie swój samochód więc mogły w pozostałe dni przyjeżdżać do Azowa lub do Rostowa. Relacje nie układały się zbyt dobrze, ja miałem zbyt wielkie oczekiwania a siostry też były skłócone od wewnątrz. Taki dom nie mógł się ostać. Żal było patrzeć, bo wszystkie te lata trwały remonty i kiedy się zakończyły i można było skutecznie podjąć pracę niestety nie było pomysłu co robić. Owszem w Batajsku zawsze było dużo dzieciaków i młodzieży.

 

Epidemia oszustów

 

Ta placówka powstała tylko dlatego, że parafianie w pośpiechu szukali taniego lokalu na przedmieściach Rostowa. Podobno kosztował 200 dolarów. Takiej kpiny z misjonarzy nie spotkałem nigdzie ale też nie było innego lokalu, na kupowanie nowego zabrakło mi odwagi. Bałem się, że dojdzie do jakiegoś oszustwa. Co chwila i mnie i siostry oszukiwano na czym tylko się dało. Obcokrajowcy w Rosji zawsze stawali się łatwym łupem dla kombinatorów i dla służb specjalnych. Powtórzę nie pierwszy pewnie raz historię z Jekaterynburgu, gdzie grupa osób żydowskiego pochodzenia założyła wspólnotę katolicką z niejasnych pobudek. Być może dla celów turystycznych czy komercyjnych. Kiedy zjawili się w tej wspólnocie kapłani musieli wszystko robić od początku. Z tego pierwszego składu nikt się nie ostał. Rostowska wspólnota robiła podobne wrażenie. Na spotkanie z papieżem w Częstochowie pan Silutin, profesor Uniwersytetu Rostowskiego nazbierał 50 katolików z czego ja za rok czasu widziałem tylko 3 osoby na oczy. Po odwiedzinach w Polsce szybko zapomnieli o kościele, pan Silutin również. Pojawił się ze  dwa razy na Mszy opowiadając o tym, że z Pińska pochodzi

 

Klasztor i dzieci

 

Tak więc i siostry i ja zamieszkaliśmy na przedmieściach.

Na klasztorku powstał szybko krzyż i cerkiewna cebulka.

Szkoła była obok i z okien szkoły ten bajkowy w swych kształtach klasztorek był widoczny. Dzieci przychodziły do nas, bo dostawały drobne upominki. Kiedy spodobał im się różaniec zażądałem, by się nauczyli ojcze nasz i Zdrowaś Mario. Z początku szło nieźle. Dzieci nosiły od rodziców pozwolenia na katechizację a ja nawet stworzyłem dziennik, w którym była lista obecności i te pozwolenia od rodziców. Kilkaset dzieci.

 

“Dzielni Kozacy”

 

Potem jednak wszystko to zamarło, bo kozacy zaczęli chodzić po osiedlu i straszyć rozprawą nad rodzicami i nad dziećmi. Z pogróżkami przychodzili też do nas. Wozili mnie pod eskorta do Atamana, mieliśmy spotkanie w urzędzie miejskim. Dostało się też Biskupowi Kondrusiewiczowi. Broniła nas pewna starsza kobieta Galina Michajłowna, dawna komunistka i kagebista oraz pewien Kałmuk o nazwisku Paweł Kiekszajew, który kozakom wyjaśnił, że w czasach przed Rewolucją nie wszyscy Kozacy byli prawosławni, że były też oddziały buddyjskich kałmuków i nieliczne oddziały katolickie i że mieli nawet swoich katolickich kapelanów.

Skąd on miał tą wiedzę nie wiem, ale w trakcie wizyty kozaków w dzień wizytacji biskupiej Kałmuk przemawiał tak mądrze i przekonująco, że kozacy odeszli z klasztoru i więcej się nie pojawiali przez wszystkie kolejne lata.

 

Moje mieszkania

 

Jak już wspomniałem mieszkałem w Batajsku niemal 5 lat. Najpierw rok u Białorusinki Tatiany. Potem ponad trzy lata kątem u sióstr: w zakrystii, w spiżarni. Na koniec po powrocie z nowicjatu był nad garażem oddzielny pokój dla kapelana ale mało z niego korzystałem, bo w międzyczasie wykupiłem dom w Azowie i tam się przeniosłem.

 

11. Rossosz  

 

Dwa rejsy

1993-1994

 

Mogiły włoskich żołnierzy

 

Słyszałem, że Rossosz jest w tej chwili parafią dojazdowa kapucynów z Woroneża. Jeśli to prawda, to cieszę się z tego niezmiernie. Może się okazać, że krew licznych Włochów katolików wydała plon i nie była daremna. Wielu z nich szło na tę wojnę z wiarą w słuszność swej sprawy. Wielu z nich znało prawdę o bezbożnych wyczynach Stalina i pośród nielicznych pobudek jakie mogły stanowić dla nich zachętę do udziału w tej wojnie z Rosją mogła być też chęć ukarania i zlikwidowania bezbożnego komunizmu.

Inna rzecz, że faszyzm był bezbożny w tej samej mierze.

W moich czasach była tam w Rossoszu ekipa budowlanych z Włoch, którzy wznosili  sierociniec na miejscu gdzie kiedyś był sztab alpejskich strzelców i włoski cmentarz wojenny.

Podobno archeologowie zabrali kości kilku tysięcy poległych i zabrali je z powrotem do Włoch. Ja natomiast jeździłem do Rossosza po odbiór różnych rzeczy w tym lekarstw, materiałów budowlanych i maszynki do kopiowania dokumentów.

To właśnie podczas jednej z tych podróży dwaj Ormianie spierali się o to jakiej ja jestem narodowości.

 

12. Krasnodar.

 

6 odwiedzin.

 

Milionowe miasto

 

Krasnodar to sporych rozmiarów miasto, centralnie położone pomiędzy Rostowem i Soczi. Stąd już bardzo blisko do Dagestanu, Czeczenii i Kałmucji. Dziwnie mały zawsze wydawał mi się dworzec i ten autobusowy i ten kolejowy względem deklarowanej wielkości miasta. Wedle oceny ks. Morawskiego miało to być miasto milionowe.

Nic więc dziwnego, że tutaj właśnie proboszcz Murawski jako wikariusz Biskupi próbował stworzyć ośrodek dla spotkań kapłańskich i koordynować działania misyjne. Planował stworzenie kwasi  kurii. Mnie nawet mianował odpowiedzialnym za sprawy katechezy. Nie czułem się w tym nigdy mocny ale za nominację byłem wdzięczny.

 

Andrzej rozjemca

 

Jak już wspomniałem ksiądz Andrzej jeszcze jako proboszcz w Siemionowce odwiedzał mnie kilkakroć, żeby mi pokazać gdzie są katolicy w terenie. Jeden raz chodził ze mną na rozmowy do Urzędu Miejskiego i był rozjemcą między mną i kozakami.

Udało im się im zamknąć usta w podobnym stylu jak to uczynił opisany wyżej Paweł Kiekszajew Kałmuk.

Jeżdżenie do Krasnodaru było o tyle utrudnione, że ks. Andrzej miał bardzo trudny charakter i dziwną manierę obcowania z ludźmi. Jako wieloletni proboszcz ze Śląska nauczył się gdzieś walić z grubej rury. Robił to kiedy trzeba i nie trzeba z powodu i bez powodu. Mam więc pomimo miłych wspomnień również i takie zakodowane wspomnienia kiedy to włosy się jeżyły na głowie od zakłopotania.

 

Odpustowa wpadka

 

Jeden raz na przykład, żeby nie opuścić niedzielnych nabożeństw w moich parafiach wysłałem na odpust do Siemionowki jedną z sióstr z delegacja ministrantów. Wydawało mi się, że to powinno zadowolić proboszcza. Sęk w tym, że to było poświęcenie kościoła jaki zbudował naprędce ks. Morawski i był niepocieszony moją obecnością. Owszem pojechałem nazajutrz kiedy już biskup odwiedzał inne placówki w Piatigorsku i w Prochładnym. Tego jednak było Andrzejowi mało. Najpierw mnie spotkał z zasępioną twarzą a potem jednak wypalił: Czemuś nie przyjechał?.

Oliwy do ognia dodało zachowanie siostry, która podobno gdy nadszedł czas toastów wypaliła do księży, że nie wypada pić w kraju który od wódki tonie i się pogrąża. Powtórzyła tylko to co słyszała nieraz z moich ust więc pozostali księża też mieli do mnie uraz, że źle wychowuję siostry.

 

13. Soczi.

 

4 wizyty:

 z klerykiem Petrosem, spotkanie regionalne z biskupem, rekolekcje, poświęcenie kościoła

 

Próżne żale

 

Do Soczi z początku nie lubiłem jeździć. Czułem dystans i żal do ks. Sewerynika, że mi pozostawił w spadku takich niesolidnych pomocników, że wykręcili numer z tym domem w Batajsku etc. Dziś wiem, że to nie jego wina. Takie były czasy, nie wszystko się dało samemu upilnować. Fałsz w zachowaniu pomocników nie od razu widać. Ja miałem siostry do pomocy i jedna z nich miała sowiecką mentalność więc nikomu nie dawała się wykiwać. Ksiądz Bogdan jednak tak samo jak ja był narażony na różne zagrywki ze strony cwaniaczków.

Moja jedyna wizyta na początku znajomości miała miejsce w maju 1993-go roku.

Podziwiałem jego pomysłową kaplicę i żal mi było gdy się dowiedziałem, że potem ją jednak sprzedano czy też oddano nowemu właścicielowi działki.

 

Cmentarz koński

 

Kościół powstawał po sąsiedzku z dworcem kolejowym na wzgórzu. Jego powstanie ma pewne podobieństwo do powstania Niepokalanowa w Japonii. Katolikom i tu i tam oddano dawny cmentarz zwierzęcy czyli rakarnię. Sporo wysiłku kosztowała dezynfekcja tego miejsca. Wszystko jednak się opłaciło, bo położone jest cudownie. Budowa szła sprawnie. Poświęcenie a potem konsekracja odbywały się w roku 1997-1998.

 

Przeprowadzka do Moskwy

 

W tym właśnie czasie ksiądz Bogdan wycofał się z tej palcówki i pojechał pracować w Moskwie. Tam otrzymał tytuł kanonika czy nawet prałata, był wikariuszem generalnym Administratury Apostolskiej i nawet proboszczem parafii Piotra i Pawła. Starał się jak mógł, toczył wiele spraw sądowych ale ostatecznie musiał się poddać i wyjechał z Rosji jakoś tak w roku 2001-m zanim jeszcze zaczęto wypędzać kapłanów. On opuścił Rosję niby dobrowolnie ale niewątpliwie ciągła nerwówka w Soczi i jeszcze gorsze nerwy w Moskwie dały taki wynik, że nagle usunął się z misji ten zasłużony dla Rosji młody człowiek.

W czasach biskupstwa Klemensa Pickiela nie Krasnodar a Soczi właśnie stało się ośrodkiem administracyjnym, bowiem tytuł wikariusz biskupiego otrzymał nowy proboszcz w Soczi ks. Darek Jagodziński. Było to zapewne policzkiem w twarz ks. Morawskiego. On również usunął się z misji w podobnym czasie jak ksiądz Sewerynik.

 

Wyjątkowe rekolekcje

 

Najbardziej zapamiętałem rekolekcje kapłańskie na których byłem w maju 1998-go roku. Trafiłem na nie prosto z Petersburga, gdzie miało  miejsce spotkanie z generałem Franciszkanów Konwentualnych. Wtedy właśnie w Petersburgu zapoznałem się z o. Celestynem Napiórkowskim. Woziłem wspominanego już Aloszę Skakowskiego na oględziny przed wstąpieniem do zakonu.

W powrotnej drodze jechałem dwie doby i cały czas czytałem Braci Karamazow.

Na rekolekcjach, na których była piękna braterska atmosfera wśród kapłanów podjąłem decyzję o wyjeździe na Syberie.

Ostatni raz byłem w Soczi razem z kapłanami regionu Kaukaskiego wiosną 1999-go roku. Był tam również o. Andrzej z Elisty, których na zebraniu spał cały czas na wykładach a potem zabrał mnie do siebie do Kałmucji, bym ja tam miał kazania rekolekcyjne dla jego parafian. Gdyśmy jechali z powrotem do Kałmucji to widziałem ze zgrozą jak mu się zamykają oczy a mimo to nie wpadł w żaden karambol.

 

 

14. Moskwa

 

1992-98.

Spotkania dekanalne, msza krzyżma,

podróże tranzytem minimum 2 razy do roku.

Razem 12 wizyt.

 

Moskiewski entuzjazm

 

Moskwa w te pierwsze lata powstawania struktur kościoła katolickiego była tak rozentuzjazmowana, że tego się nie da opisać. No może ci co pamiętają czasy sierpnia 1980. Można śmiało rzec, że jakieś dobre 8 lat, póki do władzy nie doszedł Pan Putin do Moskwy się jeździło jak do Mekki. Rozentuzjazmowana była malutka kuria, szaleli od pomysłów kapłani i siostry. Owszem już wtedy nas gaszono bajkami o tym, że Rosja to kanoniczne terytorium Prawosławia i że fora ze dwora wszystkim innym religiom. Nikt tego poważnie nie brał do serca, zdawało się nam, że faktycznie jesteśmy równi w oczach konstytucji, że coś potrafimy i możemy zrobić.

Nie bałem się chodzić  po ulicach Moskwy w sutannie i w biały dzień i w nocy. Często obładowany torbami z książkami i dewocjonaliami jak wielbłąd.

 

Ciekawe miejsca

 

Imponowało mi moskiewskie metro. Podobał mi się ten zapach smarów i wentylacji.

Podobali mi się ci ludzie, którzy podobnie jak w Warszawie każdą chwilę wykorzystywali, żeby czytać i się uczyć.

Moskiewska  starówka, której nigdy dokładnie nie zapoznałem, Arbat i Plac Czerwony, po których wędrowałem zaledwie 2-3 razy, nie przyciągały i nie ciekawiły w takim stopniu jak to co się działo w naszych kościołach na Lubiance i na Małej gruzińskiej.

 

Francuski kościół

 

Kościół na Łubiance ma jakieś 130 lat i wygląd nieco przygaszony. Jak jakiś wiejski kościółek w Polsce w neoklasycznym styl, z dwoma filigranowymi kopułami, solidnymi kolumnami i dość ciemnymi ścianami w środku. Za jakiś czas dokonano tam remontu, ale te stare meble i zakopcone ściany też były bardzo swojskie. W gruncie rzeczy kościół miał coś z atmosfery grodzieńskiej fary. Zaskakujące było dla mnie, że w zakrystii jest ubikacja.

Fajna była w tych czasach schola w tym kościele. Ton zadawał Ladsko(Władysław), świecki misjonarz ze Słowacji, który wielokroć mi obiecywał, że mnie odwiedzi w Rostowie. Z nim i z większością aktywnej moskiewskiej młodzieży zapoznałem się na pielgrzymce z Rygi do Agłony. To była taka sama złota młodzież kościelna jak ta, którą znałem z oaz białostockich. Nie odczuwało się wtedy, że Rosja to jakiś zacofany kraj.

Ludzie byli na pozór bardzo europejscy i rządni poznania świata, otwarci

Ponadto te siostry co przybyły z Polski i z reszty świata tez miały tak wiele zapału, to samo kapłani. Teraz może to widzę inaczej ale wtedy wszystko widziałem w różowych okularach. Nie udawało się nas nikomu zgasić. Jedynie sami sobie my katolicy potrafiliśmy dokuczać.

 

Polski kościół na Presnie

 

Czerwony kościół był obsługiwany przez Salezjanów i nazywany polskim. Słowo kościół a tym bardziej słowo polski drażniło wielu nowo nawróconych a także licznych nad wyraz lojalnych kosmopolitów również polskiej narodowości. Próbowano rugować słowo ksiądz i wiele innych słów pachnących Polską. Tym niemniej wszystko to na próżno. Kolonia polska była w Moskwie i jeszcze długo pozostanie najsilniejszym żywiołem w kościele moskiewskim. Kler z Polski czy polskiego pochodzenia nie da się szybko zamienić tubylcami, bo ich po prostu jest zbyt mało. Seminarium powstawało właśnie przy Polskim kościele i wykłady a także posiłki miały miejsce w kontenerach na podwórcu kościoła. Te dwa pierwsze lata kiedy klerycy byli w Moskwie dało wiele dla kościoła i dla samych kleryków. To oni pacyfikowali biura, które się nie chciały wynosić z pomieszczeń kościelnych.

Jeszcze do marca 1995-go roku nie było jasne jaki będzie dalszy los budynku kościoła. Mimo szumnych deklaracji o wolności sumienia ani jednej świątyni katolickiej Rosji władze nie oddały z własnej inicjatywy. O każdy kościoł trzeba było walczyć.

Żadna świątynia nie powróciła bez łez i potu.

 

Współczesne represje

 

Biskup Kondrusiewicz porównywał swe dwa lata na Białorusi i 10 w Rosji cytując cyfry. Na Białorusi niemal 200 kościołów czyli co 3  dzień zwracano jakąś świątynię. W Rosji przez 10 lat zwrócono może ze 20 kościołów, kilka wybudowano ale nadal. Większość świątyń jest w opłakanym stanie z dnia na dzień niszczeją a mimo to władze nie oddaja.

Miały przyjść i takie czasy kiedy oddane i zbudowane kościoły pozbawiano Kaplanów tak jak w roku 1937 - m.

Najwięcej w Moskwie ucierpieli Franciszkanie i Jezuici.

Ich inicjatywa polegająca na zbieraniu inteligencji wokół ciekawych inicjatyw nie podobała się konkurencji. Podobnie jak nie podobało się podobne zachowanie ojca Aleksandra Mienia prawosławnego lidera i nieformalnego guru prawosławnej inteligencji. Jest coś wspólnego w zachowaniu o. Aleksandra ,o. Grzegorza Ciorocha i Otto Messmera. Ich miłość do nauki, erudycja wymaga głębszego zbadania. Zbadania wymaga też cała historia szykan i tragicznej śmierci. Ludzi, którzy pokochali naukę już dawno i nigdzie tak nie tłamszono jak to ostatni dzieje się w stolicy cywilizowanego skądinąd państwa.

 

Wymowa faktów

 

Przypomnę fakty, ośmieszania i nawet palenia twórczości jednego z nich na podwórcu pewnej prawosławnej diecezji. Mam na myśli twórczość o. Aleksandra, palenie miało miejsce w Jekaterynburgu, akcją dowodził na początku lat 90-tych prawosławny biskup nie małej przecież diecezji. Mówiło się, że od czasów gdy palono bibliotekę aleksandryjską takiego barbarzyństwa nie widział świat. Ojca Ciorocha najpierw ośmieszono wprowadzając na zasadzie dzierżawy do starego pomieszczenia klasztoru kobiety lekkiego prowadzenia i potem nagłaśniając sprawę w ten sposób jakoby to zakonnicy prowadzili w klasztorze seks biznes. Ojcowie są przekonani, że to była dobrze rozpracowana prowokacja. Franciszkanie rzeczywiście mieli trudności finansowe i ta osób, która pośredniczyła w akcji podpisania umowy o dzierżawie proponowała jakby z podsłuchu dokładnie taką sumę jakiej Franciszkanie  potrzebowali na przeprowadzkę do większego, nowego budynku. W tym nowym budynki rozmieściła się redakcja katolickiej encyklopedii, wydawnictwa franciszkańskiego, postulatu i wielu innych wspaniałych inicjatyw. Ktoś zniszczył moralnie o. Ciorocha i współbraci a potem zabrał mu życie, bo w wypadek samochodowy mało kto wierzy. Mało kto wierzy również, że przełożony Jezuitów, którzy postawili w Moskwie na naukę i skutecznie prowadzili od lat Instytut Teologiczny dla świeckich podnosząc tym samym poziom wykształcenia katolickich liderów i tworząc środowisko sympatyków kościoła w obozie absolwentów z innych wyznań. Instytut nie dyskryminował kandydatów na studentów zgłaszających się z innych kościołów i z innych wyznań. Tak więc w Moskwie odebrano też życie bestialsko dwóm jezuitom i mało tego podobnie jak w przypadku o. Ciorocha próbowano im odebrać pośmiertnie część fabrykując pijaństwo, gejowskie zachowanie etc. Komu ci  ojcowie przeszkadzali?

 

Rok 2002

 

Nadszedł straszny dla katolików 2002-gi rok, który był początkiem ale nie końcem szykan.

W białych rękawiczkach usunięto z Moskwy abp Kondrusiewicza poprzez watykańskie kanały dyplomatyczne prawosławna cerkiew sączyła do Rzymu niepochlebne opinie o nim, że blokuje ekumenizm, że jest niedzisiejszy

Zastosowano cały wachlarz metod zniechęcania misjonarzy.

Szerzono propagandę o rzekomym prozelityzmie katolickim, czyli przeciąganiu ludzi innych wyznań podstępem, przekupstwem, strachem na katolicyzm

Użyto politycznej procedury ogłaszania person non grata w odniesieniu do kapłanów, co przypomina lata stalinowskie, kiedy to zwykłych księży i świeckich nazywano szpiegami Watykanu i oskarżano o dywersję względem sowieckiego kraju.

Administracyjne metody odbierania placów budowlanych, wzmożonej kontroli budujących się świątyń lub uczelni takich jak centrum Inigo lub telewizja Kana w Nowosybirsku.

Kontrole podatkowe jak to zastosowano wobec księży z USA w Chabarowsku.

Skrytobójstwa jak kilka już wymienionych czy opisanych w innych moich tekstach zdarzeniach z Astrachania, Jarcewa na Jeniseju, etc.

Zaostrzony reżim wizowy wedle, którego kapłan lub siostra zakonna może pracować 3 miesiące w Rosji, potem musi wyjechać z kraju na kolejne 3 miesiące oczekując nowej wizy, bez pewności czy ona będzie wydana. W takich warunkach oczywiście niejeden kapłan już się wycofał i nadal. Wielu nosi się z myślą, że w Rosji pracować się nie da.

 

Nowy Babilon

 

Moskwa to miasto w dużej mierze opętane rządzą władzy, pieniądza, popularności gwiazdorów wszelkiej maści i psychopatów na wszelkich szczeblach władzy.

Niedawno odszedł jeden taki niepoważny burmistrz.

Dawno już była mu pora, ale takich właśnie nie ruszano. 

Ludzie porządni w Moskwie zawsze mieli się kiepsko. Wystarczy przypomnieć co z życzliwym mnichem Filipem uczynił Iwan Groźny powołując go najpierw z wysp Sołowieckich na urząd Patriarchy a potem doprowadzając go do samoizolacji i nawet po tym akcie dusząc go przez wodza Opryczniny.

Czasy anarchii trzech Dymitrów Samozwańców, które rzucają cień na polsko-rosyjskie relacje też potwierdzają moją tezę o niskim locie rządzących tym krajem na przestrzeni wieków. Moskwa zawsze miała wielu antybohaterów i im się kłaniała. Porządni ludzie czuli się tu źle. Można by o tym opowiadać wiele, ale to już całkiem inna bajka.

 

15. Saratów

 

1998-99.

Konsekracja biskupia, Spotkania z biskupem, 150-lecie diecezji, peregrynacja św. Teresy, wizyta z Emilio, z Bentele etc.,

 

Saratowski entuzjazm

 

Spory entuzjazm można było dostrzec latami na placu budowy kościoła w Marskie pod Saratowem, potem w samym Saratowie i nareszcie na terenie całej odnowionej diecezji. Dokładniej mówiąc chodzi o ten skrawek wielkiej diecezji, który ostał się na terenie Rosji. Krym, południowa Ukraina i Mołdawia to ta część tyraspolsko-saratowskiej diecezji, która znalazła się poza granicami Rosji i nie wymaga w tym miejscu jakiś szczegółowych opisów.

Po raz pierwszy do Saratowa dotarłem na święcenia biskupie w czerwcu 1998-go roku w towarzystwie kilku Niemców z brygady, która budowała kaplicę w Wołgodońsku. W niedzielę odpoczywali więc się chętnie zgodzili pojechać 800 km, by spotkać się z nowym ordynariuszem i ustalić wstępnie taktykę na przyszłość.

Święcenia nie były w Saratowie ale w Marksie. Kościół był dużo obszerniejszy niż saratowski kościołek wzniesiony przez Salezjanów poza tym na biskupa mianowano młodego Niemca z rodziny repatriantów, który od 7-miu lat pracował mozolnie w tym niewielkim mieście nad Wołgą.

Od tej pory każdy wyjazd do Saratowa kończył się odwiedzinami w Marksie. Choć owszem mówiło się, że sie jedzie do saratowskiego biskupa ale się rozumiało, że trzeba będzie dodatkowe 60 km jechać na drugi brzeg przez miasto Engels mostem długości 4 km.

 

Saratowskie krajobrazy

 

Wygląd Saratowa i ogólne wrażenie jakie na mnie zrobił determinowały drewniane tatarskie zabudowania na przedmieściach. Nazywam tatarskie, bo to rzeczywiście teren gdzie kultura plemion tureckich daje się odczuć na każdym kroku. Granica z Kazachstanem przebiega równolegle wzdłuż Wołgi jakieś 100 km od Morza Kaspijskiego pod Astrachaniem, Wołgogradem, Saratowem i Orenburgiem. Astrachań i Orenburg to w gruncie rzeczy jak mówią sami Kazachowie ich miasta. Liczba malutkich meczetów robi wrażenie. Domostwa mają paradne wysokie bramy i solidne płoty, by oczy niewtajemniczonych nie padały na podwórzec i ogród. Podobne ogrodzenia widywałem w Kabardino - Bałkarii i w Osetii. Zapach egzotyki choć intymny i nienarzucający się pośród natłoku współczesnych pozbawionych stylu zabudowań metropolii dawał się odczuć. Na południu kupić drewno jest trudniej, bo przeważają stepy. Na Kaukazie dominują domki ze słomy i z gliny, czyli z tzw. samanu a w okolicach Saratowa sytuacja się zmienia. Lasów jest sporo. Drewnianych domostw więc jest zatrzęsienie.

Prawy brzeg Wołgi na którym leży Saratów jest pagórkowaty. Są owszem ładne bulwary przechodzące harmonicznie coraz wyższymi zabudowaniami na pagórek. Na takiej wznoszącej się powoli skarpie jest nowy kościółek a la Corbusier posiadający część mieszkalną w południowej pierzei i modlitewny korpus połączony z mieszkalnym w północnej. Prezbiterium jest wyższe niż cała budowla i jest wykonane w formie mitry biskupiej. ale miasto ogólnie rzecz biorąc jest na takiej bezpiecznej wydmie, że mieszkańcy mogą się nie obawiać powodzi.

 

Pamiętne wyprawy

 

Z wypraw jakie najlepiej pamiętam wyliczę podróż z dziekanem Bentele, z Bratem Emilio Benedetti, z nowym kapłanem z Taganrogu, karmelitą o. Pawłem, z relikwiami św. Tereski z Lisieux, uroczystości 150-cio lecia diecezji.

Każdy raz jechało się innym samochodem z innym kierowcą i z innymi przygodami.

Bentele to ksiądz, którego poruszyło opowiadanie młodego dziennikarza z Monachium Eryka Haendelera. Eryk Przyjechał nad Don z jezuitą Benedetti.

Spośród tysięcy studentów on jeden dostrzegł ogłoszenie, że pewien kapłan oczekuje na święta wielkanocne wolontariuszy z Niemiec. Mieszkał u sióstr w proboszczowskim pokoju nad garażem i towarzyszył mi przez tydzień we wszystkich podróżach po moich parafiach. Napisał wzruszający tekst w gazecie Suddeutsche Zeitung.

 

Zagadkowy przyjaciel ze Szwabii

 

Po tym artykule dostałem list z zaproszeniem do Szwabii i obietnicę finansowego wsparcia. U Bentele byliśmy we trójkę: ja, Edward i ks. Jerzy z Nowoczerkaska. To było  zimą 1998 a latem tego samego roku mieliśmy rewizytę.

Odwiedziny Bentele wypadły w gorącym czasie kiedy to ledwie powstała kaplica w Wołgodońsku, ledwie dokupiłem skrzydło mieszkalne obok kaplicy w Azowie. U sióstr w Batajsku był gościnnie Franciszkanin z Legnicy, w Azowie i Wołgodońsku udzielali się klerycy z Hiszpanii a gości z Niemiec nie bardzo miałem gdzie upchnąć. Ostatecznie moi goście z Niemiec zamieszkali w Stanicy leningradzkiej. Moi parafianie wozili ich nawet na plaże nad Morzem Azowskim ale nasza dzika turystyka najwyraźniej nie zrobiła na nich wrażenia. Byłem szczęśliwy od tak wielkiej liczby pomocników ale koordynacja ich pobytu sprawiała mi ból głowy.

 

Zawroty głowy

 

Żeby pełnić rolę gospodarza w tych wszystkich oddalonych od siebie w najlepszym razie 35 a w najgorszym 330 km placówkach doprowadzałem swój parafialny samochodzik do rozpaczy. Terenowa Niwa miała już za sobą dwa solidne wypadki drogowe. Wciąż było realne ryzyko trzeciego. Owszem samochód posklejano i nie rzucało się w oczy to co z tym samochodem było. Dach trzeba było montować na nowo. Tylne drzwi też były zmieniane, nie mówiąc o oknach. Wymieniana była też skrzynia biegów, tzw. kardan czyli przekładnia na 4 koła. Pewnego razu pękł mi też na wybojach tzw. kożuch, czyli metalowy pojemnik z olejem a w nim zanurzone śruby napędzające koła, w rowerze kolarskim jest trafne słowo przerzutka. Sam też byłem w nienajlepszej formie. Obiecałem gościom, że ich zapoznam z rodakiem czyli z biskupem Pickielem. Musiałem jednak prosić o pomoc Edwarda.

 

Nieudany rejs

 

Z Bentele wiózł nas więc o. Edward Mackiewicz na swoim parafialnym luksusowym mikrobusie, póki nie zaczął zasypiać po drodze. Wybraliśmy trasę przez Wołżsk, miasteczko satelitę położone naprzeciw Wołgogradu z lewej strony Wołgi, od południowej strony zalewu cymlańskiego. Wydawało się o 50km krócej ale droga nie zawsze była asfaltowa i ks. Edward był bardzo zmęczony. Bentele i jego parafianin, nauczyciel historii zamienili Edwarda za kierownicą śpiewając w nocy w niebogłosy, żeby się lepiej jechało. Myślę, że uskrzydlała ich świadomość, że jeździmy po bezdrożach na których milionowa armia Marszałka von Paulusa wpadła w tzw. kocioł. Wielu Niemców ma do dzisiaj nabożny strach związany z tamtymi zdarzeniami i  kompleksy. Jednocześnie te miejsca są dla nich nieustannym natchnieniem i przedmiotem rozważań oraz wspomnień. Miałem nadzieję, że zadośćuczyniłem moim gościom wszelkie trudy ich podróży i niedogodności.

Ksiądz Bentele wrócił z tej wyprawy jednak bardzo zmęczony i nieufny.

Wiedział, że planuję wyjazd na Syberię i bardzo mnie za to krytykował.

Powtarzał po prostu to co na spotkaniu w Marksie usłyszał od mego starszego kolegi Biskupa. Na próżno się więc starałem. Próżne też były wysiłki księdza Edwarda. Okazało się jak różnymi jesteśmy kapłanami. My z Rosji dzikusi, on cywilizowany z Europy

 

Dwie inne wyprawy

 

Drugi raz wiozłem brata Emilio Benedetti. Tego razu zatrzymaliśmy się u neokatechumenatów. Miałem rozmowę z proboszczem Alojzym dla którego to były ostatnie chwile przed konsekracją kościoła w Wołgogradzie. Pamiętam, że jechałem sam na Niwie i to bardzo nieostrożnie tak, że brat Benedetti mimo wieku i braku praktyki zabrał mi kierownicę i jechał sam. Pamiętam, że musiałem od niego pożyczyć pieniądze na benzynę. Nie podobało mu się to, bo nigdy nie miał zbędnego grosza przy duszy. Proboszcza Taganrogu Pawła wieźliśmy znowu z ks. Edwardem.

Paweł był zauroczony. Nigdy nie widział takiego szaraczka na fotelu biskupim. Krzyknął więc ze zdumienia: “ale fajny biskup”.

 

Spotkanie z Tereską

 

Po relikwie natomiast po relikwie jechaliśmy nowym samochodem z Batajska marki Sobol. Było nas wtedy komplet czyli aż 7 osób. Powód był szczególny. Ktoś tak zaplanował tę pielgrzymkę relikwii, że na Kaukaz trumienka Teresy miała nie dotrzeć.

Zaplanowano przekazanie 10-ciu małych relikwiarzy dla wszystkich kapłanów z Północnego Kaukazu ale też nie bardzo  było wiadomo kto je dostarczy. Jechaliśmy z przygodami. Wiosna na Kaukazie była piękna, gdyśmy jednak wyjechali z Wołgogradu natrafiliśmy na śnieżycę. W Kamyszynie samochód przestał się słuchać kierowcy i cały dzień przyszło się sterczeć w Kamyszynie. Proboszcz nas przyjął bardzo dobrze, nawet proponował nocleg. My jednak ruszyliśmy prze północą w dalszą drogę. Pomodliliśmy się sami przy trumience, bo o północy rozmodlony tłumek się rozbiegł. Powiadomiono nas, że relikwie i materiały pomocnicze w postaci plakatów, książek, folderów i kaset czekają na nas. To były rzeczywiście wspaniale przygotowane materiały poligraficzne. Sama akcja była niesamowita. Biskupi zgodnie potwierdzali, że entuzjazm religijny w parafiach był tak wielki jak przy okazji pielgrzymki figury fatimskiej, która miała miejsce dwa i pół roku wcześniej. Liczba parafian na tych imprezach przypominała zebrania noworoczne lub paschalne.

Nie spotkawszy się z Biskupem ani z siostrami Chemain Neuf, czy raczej Beatitudes które opiekowały się relikwią na terenie Rosji,  wracaliśmy bardzo pokrzepieni i szczęśliwi bez szczególnego powodu.

 

Jubileuszowa wycieczka

 

Ostatni przejazd na 150-lecie diecezji. Wiózł ks. Edward ale pasażerów miał z całego północnego Kaukazu. Na powrotnej drodze prosiłem by mnie podwieźli do Wołgodońska i obejrzeli kapliczkę. Edward urządził glosowanie i nikt mnie nie

poparł. Na tej ostatniej wycieczce przekonałem się w sposób eksperymentalny jak nisko cenili mnie księża koledzy na Kaukazie. Owszem nie dbałem o ich względy i kolegowałem się raczej z siostrami. Edward był życzliwy ale też nie omieszkał sobie ze mnie pożartować kiedy miał na to okazję. Zbierałem owoce tego co siałem.

Dostałem przytyczka w nos i nauczkę na długie lata.

Choć odchodziłem z własnej woli to jednak prawdą jest, że prócz Biskupa, nikt się nie starał, żebym pozostał. Nawet siostry dla, których tak się starałem, miały już mnie serdecznie dość. O był najwyższy czas dla przewietrzenia i zmiany klimatu.

 

Wspomnienia z Wołgogradu

 

Za każdym razem jadąc do Saratowa a dokładniej do Marksa zatrzymywaliśmy się na chwilkę w Wołgogradzie. Jeśli w samochodzie był tylko jeden kierowca to konieczny był nie tylko odpoczynek ale i nocleg. Parafia miała do dyspozycji mieszkanie w bloku a raczej z tego co pamiętam dwa połączone mieszkania na parterze. Zawsze tam było szumno i jacyś ludzie z Polski, Włoch lub Hiszpanii kręcili się wokół księży. Gdyśmy tu byli z Emilio Benedetti to brat ten tak bardzo polubił to miejsce, że chciał tam jak najdłużej pozostać. Celem naszej wyprawy była rozmowa z Biskupem o tworzeniu struktur Caritas nad Donem. W Wołgogradzie nagle nam się zmieniły priorytety. Dla podstarzałego Emilio stało się nagle najważniejsze, że spotkał interesujących rozmówców z Hiszpanii i bardzo długo z nimi obcował zapomniawszy, że jedziemy we dwoje i że ja się niecierpliwię wydłużającym się postojem. Było to krótko po naszych wspólnych odwiedzinach we Włoszech, zachowania więc Emilio nie były mi obce. Prócz różnych miast i krajów w tych latach zapoznawałem też coraz głębiej ludzkie charaktery.

Nie przestawałem się wciąż dziwić różnym sytuacjom z marginesu, choć owszem sam już byłem dwoma nogami na marginesie i nic z tego co czyniłem i czym żyłem nie kwalifikowało się jako normalne. Byłem szaleńcem Chrystusa nawet jeszcze o tym nie wiedząc. Owszem diabeł też mnie doprowadzał do szaleństwa ale z jego objęć wciąż się wyślizgiwałem poprzez częstą spowiedź. Gdy tak patrzę na swe życie duchowe, to w tych tułaczkach i dla mnie i dla Emilio było nie mało ważne spotkanie z życzliwym człowiekiem, bo pośród tego duchowego bałaganu spotkanie z porządnym spowiednikiem należało do rzadkości a potrzeba takich spotkań była wielka. Miesiącami i latami chodziłem więc jakby po omacku poszukując porady: co dalej.

 

16. Delegacja do Gruzji,

 

dwie podróże 1993-1994,

 

Postsowieckie czasy

 

Ten temat również podejmowałem w swoich poprzednich wspomnieniach. Wracam jednak, bo to ważne przeżycie i pierwszy kontakt z tzw. Zakaukaziem. Gruzja, Armenia i Azerbejdżan mają aspiracje europejskie tego samego kalibru co i Turcja. Gruzja nawet aspiruje do NATO, nie jest jednak tam mile widziana, bo to się bardzo nie podoba Moskwie. Widziałem na własne oczy tzw. błękitne kaski sił ONZ, które tak naprawdę z ONZ niewiele mają wspólnego, bo są to przemundurowane, stronnicze wojska rosyjskie, które od początku bronią interesów Moskwy i rozbijają całość terytorialną Gruzji. Kto miał co do tego wątpliwości to już dziś nie ma. Trzeba być bardzo naiwnym, by podejrzewać Rosje o partnerskie traktowanie swoich byłych republik. To, że kolonialna czy neokolonialna polityka jest nadal. Prowadzona w sposób bardzo brutalny odczula najpierw Litwa, potem Łotwa i Estonia, kraje Azji Środkowej(terroryzm przenika nie tylko z Afganistanu, Kreml też rozgrywa swe karty) i już całkiem niedawno Ukraina i Białoruś. Nie piszę tego z jakiejś atawistycznej nienawiści do Rosji o jaką bywam posądzany. Piszę tak z obserwacji i z bólu jaki towarzyszył Polakom przez cały 19 wiek a teraz powraca  jako ból współczucia wobec maluczkich takich jak Gruzja właśnie.

 

Spostrzeżenia własne

 

Obserwacje te są nie od dziś a właśnie z czasów tych pierwszych odwiedzin w 1993-m i 1994-m roku. Trwała właśnie blokada energetyczna. Rosjanie przykręcili kurek gazowy, to ich ulubione zajęcie. Przestali posyłać ropę, bo jak słusznie twierdzą ktoś tam nie płaci. Dawne natomiast Republiki w prawie wystawiać rachunki za stulecia okupacji i nadmiernej eksploatacji, za wywózki swoich obywateli i ich rusyfikację.

Gruzinów a zwłaszcza Ormian, których wtedy odwiedzałem ogarniała głęboka apatia z powodu ceny jaką trzeba było płacić za świeżo uzyskaną czy wywalczoną niepodległość. Swoje obserwacje opisałem w liście do znanego mi z seminarium senatora Jana Szafrańskiego. Czy list dotarł, czy jakieś wnioski poczyniono nie wiem. Gruzja była wtedy w głębokiej izolacji.

 

Wyprawa pierwsza

 

Jechałem pierwszy raz małym samochodem terenowym z dwoma krewnymi moich parafian, którzy postanowili swoim rodzicom zrobić podarek w postaci tego wojskowego  samochodziku. Akurat zakończyły się uroczystości wielkanocne. Siostry obiecały zająć się parafią przez dwa tygodnie. Ja miałem jechać na naukę języka i obyczajów większości moich parafian, którzy pochodzili z Gruzji właśnie i mieli ormiańskie pochodzenie. Jechaliśmy przez Kabardino- Bałkarię i przez Osetię. Widać było, że kierowca męczy się długą trasą. Wspomniałem mu więc o parafii w Prochładnym ale trzeba było 30 km zjechać z trasy wiec nie dał się kierowca namówić na nocleg u mego dziekana Bronisława. Gdyśmy przejeżdżali stolicę północnej Osetii dawne miasto Ordżonikidze a obecnie Władykaukaz to nas uprzedzano, że w Południowej Osetii zaczęła się strzelanina miedzy Osetyjczykami i Gruzinami. Ta wiadomość ostudziła zapał kierowcy i stwierdził, że pośpimy do rana w samochodzie a o świcie przekroczymy przełęcz i gruzińską granicę. W nocy byłoby niebezpiecznie. Nieopodal pobocza gdzie zaparkowaliśmy było osiedle, zapytałem więc czy nie warto popytać o jakiś hotelik czy internat. Byłem naiwny, nie wiedziałem jeszcze wtedy, że w tych okolicach pojazd musi być w polu widzenia inaczej przepadnie on albo jego bagaż czy przynajmniej pewna część pojazdu. Biskupowi w Moskwie w biały dzień zdjęto niegdyś koła z samochodu. To się złodziej postarał, nie pożałował czasu i sił by 4 śruby na kole odkręcić.

Ormianie jednak zgodzili się na mój pomysł. Być może było im mnie żal.

Zapoznali się szybko z kilku mężczyznami i ci zaproponowali, że nas przenocują. Z tej okazji jak to bywa na Kaukazie trzeba jednak było wypić wina.

Nie wiem czy spojono kierowcę w tym celu, żeby samochód okraść, czy wszystko było zbiegiem okoliczności, dość na tym, że z samochodu zginęło duże i drogie radio oraz wiele podarków jakie wieziono do Gruzji. Dziś z perspektywy czasu tak sobie myślę, że w tak małej wiosce gospodarze nasi powinni byli wiedzieć i szybko złapać złodzieja gdyby im na tym zależało, oni jednak widocznie byli w zmowie i tacy jak my nie byli pierwsi. Dziwię się i dziękuję Bogu, że nie połakomili się na samochód. W tamtych czasach a nawet i dziś zabicie trzech podróżnych i zamiecenie śladów po to by zdobyć samochód na Kaukazie nic nie znaczy. Ludzie są wprawieni w zabijaniu a bogactwo osiąga się głównie metodą koczowników czyli przez napad. To najbardziej intratny biznes w tych okolicach. Mogło więc zdarzyć się i tak. Wtedy tego nie wiedziałem i nie balem się. Powiem może inaczej: cały ten wyjazd do Gruzji to było igranie ze śmiercią.

 

Przyczyny podróży

 

Jak wspomniałem żyło mi się w Rosji kiepsko nie dla tego, że trwał kryzys i że Kaukaz był pogrążony w wojnie domowej. Ciężko mi było bo byłem ambitny i młody. Chciałem mieć w pracy jakieś wymierne sukcesy a w mojej ocenie każdy dzień było coraz gorzej.

Rzuciłem się więc jak kamikadze w tę podróż, by z jednej strony wesprzeć Petrosa, kandydata do kapłaństwa, którego rodzice się sprzeciwiali i on mi powiedział, że moja interwencja  może zmienić ich serca. Z drugiej strony już był najwyższy czas, żeby odpocząć od tej zatrutej atmosfery w jakiej żyłem. Zatrucie pochodziło ze strony wydalonych na jesieni ale ciągle zarządzających parafią typków w stylu Igora Brackiego, Stanisława Ksanfa i Ireny Kajdanowskiej. Wszyscy oni byli skłóceni miedzy sobą ale kiedy zaczynałem od nich wymagać pojednywali się ze sobą przeciwko mnie i opowiadali jaki jestem nienormalny również mojemu biskupowi w Moskwie.

Trucizna szła ze strony księży prawosławnych, którzy ogłosili w swoich parafiach, że katolicy to sekta i żeby do nich nie dopuszczać dzieci. W porozumieniu z popami byli kozacy, którzy mnie inwigilowali i obiecali zabić. Mówili pół żartem pół serio,, że jak do Polski nie wyjadę to mnie wywiozą w cynkowanej trumnie. Nie bali się takich słów!

Sporo trucizny było też w relacjach w klasztorze, bo wszystkie trzy siostry były różne. Im było jeszcze ciężej niż mnie. Choć próbowały ukrywać swoje rozterki to od czasu do czasu przy jakichś trudnych sytuacjach wylewały pomyje również za mnie, bo to ja winienem był jako mężczyzna zapewnić im bezpieczeństwo i satysfakcję z pracy  a nie zawsze potrafiłem.

Nie chciałem wracać do Polski, bo to by było tchórzostwo. Wyjazd do Gruzji to w tym momencie był najlepszy sposób by odreagować tę sytuację.

 

“Ryzyk fizyk”

 

Pan Bóg tak pokierował naszą podróżą, że obyło się bez większych przygód mimo, że punkty kontrolne i gruzińskie i osetyjskie były co kilka, kilkanaście kilometrów. Chroniła nas moja sutanna i wyraziste Ormiańskie rysy twarzy kierowcy. Ormianie w Gruzji pozostawali jedynym neutralnym narodem w czasie słynnego konfliktu. Nie wpadliśmy też w żadną strzelaninę o jakiej nam mówiono w przeddzień.

Widoki w górach były niesamowite i wywarły na mnie wpływ terapeutyczny. Owszem byłem zadziwiony stanem dróg i serwisem na granicy. Spodziewałem się, że ktoś będzie sprawdzał moją wizę albo żądał jakiego ś skierowania czy zaproszenia do wolnego przecież i niezależnego państwa. Tak się jednak nie stało. Przypuszczam, że celnicy byli tak słabo wykształceni, że łacińskich liter w moim paszporcie nie byli w stanie przeczytać.

Pełna anarchia.

 

Gruzińskie krajobrazy

 

Z mijanych przez nas miast zapamiętałem jedynie znane mi z naklejek na wodzie mineralnej słowo Borżomi. To kurort niesłychanej piękności. Akurat w tym mieście szosy były równiutkie a domy piękne stylowe choć i tutaj oznak kryzysu nie dało się ukryć. Zaraz za miastem na krzyżówkach stali sobie oberwańcy sprzedający paliwo w beczkach, plastykowych kanistrach i jak popadło.

 

Serdeczne przyjęcie

 

Księża i parafianie już znali wiele opowieści o mnie widzieliśmy się osobiście w Rostowie i razem jeździliśmy do Biskupa w Moskwie omawiać strategię w sprawie opieki pasterskiej nad Ormianami. Biskup się zgodził, że powinienem się sprawą zająć i nauczyć się obrządku, by zadowolić tak liczną rostowską diasporę.

Mój przyjazd więc nie był aż taki dziki i nieoczekiwany jakby się zdawać mogło ze słów wstępu. To jak mnie przyjęto w Cchałpbiła było dla mnie jednak wielką niespodzianką.

Rodzice Petrosa choć i z trudem wielkim wydusili z siebie oczekiwane błogosławieństwo. Chłopak pojechał więc na studia do Krakowa, wytrwał całe 3 lata w Polsce. Potem jednak wrócił, by założyć rodzinę. W tym punkcie moja podróż stała się fiaskiem. Sukcesem było to, że wróciłem bez szwanku. Nauczyłem się co nieco, zdobyłem autorytet w oczach wielu Ormian, zdobyłem adresy do Leningradzkiej a w rezultacie również do Szacht, gdzie powstały katolickie parafie.

Myślę również że zmężniałem, odzyskałem szacunek sam do siebie.

 

Największe trofeum

 

Co najważniejsze właśnie tam w Gruzji zdobyłem  pasjonującą lekturę, która zdeterminowała kierunek mojej pracy misyjnej na wszystkie następne lata. To była niemiecka książka Jozefa Schnura wydana w latach 70-tych w Stuttgardzie. Była to opowieść o koloniach niemieckich w Rosji z uwzględnieniem luterańskich kirch i katolickich kościołów. Poznałem twarze i biografie swoich poprzedników, poznałem fotografie i historie kościołów w Taganrogu, Nowoczerkasku i w Gruntalu.

Odszukaniem tych parafii i kościołów zająłem się natychmiast. We wrześniu tego samego roku miałem już ustawowe dokumenty o rejestracji wspólnoty w Taganrogu i w Nowoczerkasku.

Na rejestrację Gruntala musiałem poczekać aż do 2008-go roku, czyli 15 lat. Tę parafię odszukałem na Donbasie, bo po rewolucji weszła ona w skład Ukrainy.

Oto jak bardzo warto było ryzykować. Nie ma wątpliwości, że podróż była opatrznościowa i że nie ja ją organizowałem ani moi Ormianie. Myślę, że byliśmy chronieni i prowadzeni przez całą armię aniołów Stróży.

Droga powrotna nie była łatwa. Autobusy do Rostowa jeździły nieregularnie. Już mi księża salezjanie chcieli pożyczyć 200 dolarów na samolot z Tbilisi, gdy nagle się okazało, że będzie autobus Ikarus i że będzie mieć pilota, który nas doholuje do granicy bez przygód.

 

Kolejna podróż

 

Następnego roku jechałem już sam z przesiadkami w Prochładnym. Z proch ładnego elektrowozem do Władykaukazu. Tam byłem gościem pewnej katolickiej rodziny. Dalej jechałem zwykłym 24 osobowym autobusikiem do Cchinwali, stolicy południowej Osetii. Kolejna przesiadka była do Gori. To pierwsze gruzińskie miasto gdzie wpuszczano osetyńskie busiki. Z Gori na Ikarusie do Tbilisi. Tutaj ujrzałem puste ulice milionowego miasta bez samochodów. Ludzie chodzili po tych szosach jak święte krowy nie bojąc się, że ktoś ich potrąci. Dalej był autobus do Achalciche, stamtąd jakiś busik w Scchwilisi a już do Cchałpbiła szedłem ostatnie kilka kilometrów pieszo. To sprawiło, że radość moja była wielka, gdy nareszcie dotarłem.

Znowu codziennie miałem próbne liturgie, rozmowy długie, głębokie. Proboszcz Iwaniuk potrzebował słuchacza, bo dawno nie miewał gości z tak daleka. Ja sam również potrzebowałem się wygadać.

Cchałpbiła była na tureckiej granicy

Drugi tydzień spędziłem w Turczchu na granicy z Armenią u proboszcza Janickiego rodem z Odessy.

Oboje kapłani byli jak wspomniałem wspaniałymi rozmówcami. Oboje naczytani i super wykształceni. Przekonałem się po raz kolejny, że mimo skróconego trybu studiów Ryga czy Wilno dawały nie gorsze wykształcenie niż którekolwiek polskie seminarium.

 

Dziwni Salezjanie

 

Oboje byli bardzo różni i pięknie się dopełniali. Anatol był wysoki jak niedźwiedź i dość otyły. Miał choleryczny charakter i wyłupiaste oczy. Jako były organista był estetą i bardzo dbał o liturgię, chór oraz szaty. Wszystko zdobywał w kontakcie z kapłanami gregoriańskimi, aby uniknąć wszelkich naleciałości rzymskich. Janicki był niewysoki, chudziutki, sprytny i nad wyraz utalentowany do języków. Mówił płynnie po gruzińsku i po ormiańsku podczas gdy po 5-ciu latach pobytu ks. Anatol dopiero zaczynał coś bąkać i kazania długi czas mówił jeszcze po rosyjsku. Utrudniało mu to sprawę, bo starsze pokolenie wieśniaków nie rozumiało niczego i mruczeli na kazaniach próbując jeden u drugiego coś się dowiedzieć o czym mowa. Próbowali w odróżnieniu od polskich parafian, bo kazania były zawsze na temat czyli dotyczyły konkretnej wspólnoty i konkretnych ludzi. Publika chodziła chętnie do kościoła bo tam się zawsze coś działo. Ksiądz konkretnie objeżdżał nieprawidłowe zachowania i wprowadzał surowe sankcje. Wielu nie dopuszczał do spowiedzi tylko dlatego, że wnuki czy dzieci nie uczęszczały na katechizację. To była super inkulturacja, bo inaczej nie dałoby się po dobremu tych ludzi z kościołem zbratać. Kaukaska mentalność jest właśnie taka. Niektórzy obrażeni pobili nocą księdza ale i o tym on potrafił mówić na kazaniach wiec zawsze było w kościele ciekawie.

Widziałem w tej wiosce bardzo pracowitych ludzi. Piękne kręte uliczki. Mnóstwo egzotycznych zwierząt, głównie osiołki a także przez granicę turecką wioskę, z której echo niosło melodie z uczt weselnych i donośne wołanie z minaretu.

 

17. Wycieczka po parafiach Uralu

 

1999: Rostów-Saratów-Syzrań-Samara-Toliatti-Kazań-Ufa-Czelabińsk-Jekaterynburg-Perm-Azow

 

Podróż na Ural była dla mnie czymś tak samo ważnym jak odwiedziny w Gruzji. Już dobiegała końca siedmioletnia epopeja kaukaska. Miałem prawo na odpoczynek i na nową przygodę. Zapoznałem sporo nieznanych mi miejsc na Powołżu, Ural i poczułem zapach Syberii, która mnie do siebie wołała wielkim hukiem.

Więcej opowieści z tej podróży będzie w syberyjskiej części książki.

 

Irlandczycy nad Wołgą

 

Tutaj ograniczę się opisami Powołża. Miasta Syzrań, Uljanowsk, Samarę ujrzałem po raz pierwszy w czasie tej wycieczki. Jak dotąd były to jedyne odwiedziny tej okolicy.

Aby dobrze opisać swoje wrażenia to muszę przybliżyć postaci dwu Irlandczyków jacy zaplątali się w te okolice. Tak się składa, że kiedy trafiłem drugi w moim życiu do Moskwy zaraz po pielgrzymce z Rygi do Agłony, to właśnie Salezjanie byli moimi gospodarzami. U nich odprawiałem niedzielne msze święte w drugiej połowie sierpnia 1992-go roku. Napotkałem tam gościnnie kleryka Filipa Andrewsa i ks. Tomasza Donnahy. Mam nadzieję, że prawidłowo cytuję jego nazwisko.

W trakcie obiadu po niedzielnej Mszy świętej kleryk Filip rzucił hasło, że warto obejrzeć galerię Tretiakowa. Starszy kapłan się oburzył. Powiedział, że nie pójdzie, bo nie jest turystą tylko misjonarzem. To oburzenie wcale nie wydało mi się święte i na odwrót, zdziwiłem się, że taki stary ksiądz nie rozumie potrzeby przeniknięcia w rosyjską duszę na misjach. Jak się potem przekonałem jego racje były słuszne. Ten staruszek się po prostu nieprecyzyjnie wyraził. On chciał cos tam skrytykować w zachowaniu swego młodszego rodaka Filipa, który miał wiele niedostatków. Ja natomiast nie znając kontekstu dałem mu nieprzychylną charakterystykę w sercu. Odwiedzając Samarę oraz obcując z ludźmi przekonałem się, że ten dziadek to postać niezmiernie pozytywna. Pozytywny na swój sposób był też kleryk Filip. Jako człowiek wychowany na Podlasiu w szacunku dla starszych powinienem był zbadać co zaszło miedzy Filipem i o. Tomaszem ale mój wybór był inny. Poszliśmy.

Nie zapamiętałem ani jednego konkretnego obrazu z tych odwiedzin. Skutek estetyczny i poznawczy był więc słaby. Poznałem natomiast trochę lepiej kleryka i udało mi  się go ściągnąć do siebie do Rostowa na jakiś tydzień może na dwa.

Tak więc ci dwoje byli bohaterami mojej wycieczki na Powołże. Był jeszcze trzeci, który stal się sponsorem naszej podróży. Dostałem na drogę trochę dolarów, do tego dołożył się kolejny Irlandczyk o. Michael, wikariusz generalny biskupa były prowincjał misjonarzy serca Jezusowego pracujących w Afryce.

To właśnie w ten dzień miałem z nim trudną rozmowę w trakcie, której podzielił się on ze mną niepokojem na temat swych obserwacji misji w Rosji. Powiedział, że jest ona jakaś nieprawdziwa i niepełna, bo nie czuć represji i prześladowań. Myślę, że był niedoinformowany. Wystarczyło powspominać co było ze mną i z Kozakami. Jemu brakowało krwi i trupów. Za parę miesięcy miał zginąć ksiądz z Astrachania. Za 3 lata miała się zacząć niesłychana nagonka trwająca do dziś.

 

Urlopowa wyprawka

 

Michael i bp Klemens wiedzieli, że wkrótce pojadę na Syberie i próbowali mnie zatrzymać jeszcze trochę. Może mieli nadzieje, że  po urlopie zmienię zdanie. Byli dla mnie łagodni i przyjacielscy.

Michael dał mi na podróż 30 niemieckich marek, taka sobie premia za 7 lat pracy na Kaukazie. To było tyle co nic ale w ostatecznym rozrachunku to była właśnie ta suma jakiej brakowało by szczęśliwie dojechać na Ural i powrócić.

 

Odwiedziny u Filipa

 

Z księdzem Filipem spędziliśmy pierwszy wieczór naszej włóczęgi po opuszczeniu Saratowa. Jechaliśmy po prawym brzegu, choć wedle mapy z Marksa szybciej byłoby po lewej stronie. Przekonaliśmy się o tym gdy już było zbyt późno wracać. Jakość dróg wskazywała na to, że Syzrań nie jest ani wielkim ani ważnym miastem. Kaplica była zrobiona bardzo oryginalnie. Można było w niej odprawiać w rycie trydenckim, tyłem do ludzi. Prezbiterium bardzo ciasne i pełne prawosławnych obrazków.

Przenocowaliśmy na plebanii w tej samej posesji i następnego dnia byliśmy już w Samarze. Przejeżdżaliśmy przez Ulianowsk i Togliatti. Ulianowsk to również parafia Filipa. Wyrażał się bardzo niepochlebnie o wspólnocie katolików. Byli mu nieposłuszni. Odprawiał chyba raz czy dwa w miesiącu w jakimś klubie.

 

Zagadkowe Toliatti

 

Do Togliatti mieli za jakiś czas przyjechać misjonarze Franciszkanie z Włoch, tacy od św. Maksymiliana. Podpadli, bo zrobili projekt kościoła przerastający potrzeby wspólnoty i zostali oskarżeni o prozelityzm.

Kaplica w tym czasie już stała ale ponieważ nie było jeszcze stałego kapłana nie było sensu tracić czas. Pamiętam jakiś długi most na rzece i poszukiwania stacji z gazem butanem, by zatankować samochód.

Kierowcą gazelki był Sergiusz Bołwinow. W samochodzie prócz mnie było jeszcze 5 osób z jego rodziny. Jechali przy okazji odwiedzić krewnych na Uralu w mieście Szadrińsku.

 

Największa świątynia

 

W Samarze byliśmy w samo południe. Zastaliśmy proboszcza. Był bardzo miły i wdzięczny, bo pomogłem mu w bezpiecznym przewozie kaplicy drewnianej w Togliatti. On się zajmował jej odbiorem i lokalizacją.

Mam wrażenie, że tak do końca nie był świadom jak wiele trudności musiałem pokonać by ten niemiecki transport dotarł bezpiecznie na miejsce.

Kościoły w Samarze były dwa ale ten starszy mniejszy oddano Luteranom.

Duży kościół jest największą budowlą kościelną w Rosji. Są kłopoty z jego utrzymaniem ale Salezjanie powinni sobie poradzić.

Dalej pojechaliśmy do Tatarstanu i Baszkirii i jest to jak już wspomniałem inna opowieść.

 

Powtórne spotkanie z Filipem

 

Na drodze powrotnej byliśmy w Permie w Mari-El i w Udmurtii.

Zajechaliśmy również do Penzy, by znowu się spotkać z ks. Filipem. Byliśmy u niego w mieszkaniu w dużym bloku. Nie wiedziałem, że jest czyścioch i meloman. Ujrzałem go też po raz pierwszy z fajką.

Pokazał nam stary kościół, którego domagał się drogą sądową ale sprawę przegrał. Mafia przerabiała kościół na nocny klub, ręce opadały od bezradności.

 

18. Piatigorsk

 

- 1993 - styczeń - wrzesień

 

Historyczna podróż

 

Pobyt w Piatigorsku to pierwsza odległa podróż poza Rostowski obwód. Mieliśmy załatwiony pobyt w hotelu po znajomości. Była ze mną siostra Teresa i organista Mikołaj Dubynin. Po raz pierwszy spotkałem w komplecie księży ze śląska w towarzystwie znanego mi już ks. Bogdana Sewerynika, proboszcza z Soczi.

Miłą niespodzianką dla mnie był przyjazd księdza Bronka z Prochładnego. Pełnił obowiązki dziekana, choć z tej funkcji naśmiewali się jego diecezjalni koledzy.

Znałem Bronka od ponad 2 lat ze swej diakońskiej praktyki w Indurze. On mnie wtedy przyzywał do ostrożności, bo nazbyt ostentacyjnie organizowałem zabawy oazowe w tym miasteczku.

Rozmowy mieliśmy różne. Siostra i organista nie byli na nie zapraszani. Bulwersowało mnie to. Myślałem, że na misjach powinniśmy być bardziej zbratani.

Ten konflikt mentalności miał jeszcze wracać. Oni przyjechali z polskimi nawykami a ja nie miałem żadnych, bo tylko jeden rok przepracowałem w Polsce jako wikariusz.

Przewodnika po mieście nie było więc sobie chodziliśmy na chybił trafił. W jakimś sensie to miasto przypominało mi Kudowę Zdrój ale było jakieś takie opuszczone i smutne z powodu zimy. Smutne też wydały mi się też te nasze dekanalne rozmowy.

 

Kolejna wizyta

 

Dużo weselej przebiegało drugie spotkanie na jesieni z udziałem Biskupa Kondrusiewicza, ks. Józefa Zaniewskiego, przełożonego Salezjanów. Od niego się dowiedziałem, że parafię w Rostowie przejmie ks. Edward Mackiewicz. Były to jednak bardzo zdawkowe rozmowy.

Ksiądz proboszcz marek jak zawsze robił na mnie wrażenie nadmiernie oficjalnego ze sztucznym uśmiechem rzędu złotych wykonanych na Kaukazie zębów. Ksiądz Murawski się na mnie boczył. Wszyscy byli jacyś na dystans z powodu docinków siostry Pawły.

Najlepiej mnie potraktował delegat diecezji katowickiej ks. Wiktor Skworc. Skierowano mnie z litewskim dziennikarzem na nocleg do jakiejś rodziny z parafii.

 

19. Prochładny

 

- 1993 - wrzesień - 1994 maj

 

Pierwsza wizyta w mieście Prochładny to był ciąg dalszy wizytacji biskupiej na Kaukazie. Moją parafię ta wizytacja ominęła bo biskup odwiedzał mnie w lipcu i zrobił to bardzo dokładnie.

Do Prochładnego pojechaliśmy z rana i na Mszy świętej w odróżnieniu od Piatigorska nie było żadnych parafian.

Odprawialiśmy jednak po niemiecku, by zadowolić nielicznych liderów i siostry, które wkrótce miały opuścić parafie i wracać na Łotwę.

 

Przedziwna parafia

 

Relacje ks. Bronisława i sióstr podobnie jak i w mojej parafii nie były najlepsze. Nasze siostry sporo plotkowały na ten temat. Powodem tych różnych sytuacji mógł być w danym wypadku wiek sióstr, które stały się w międzyczasie emerytkami ale były zapewne bardzo wymagające, bo to one zarządzały dziesiątki lat parafią. Gdy zjawił się nowy gospodarz siłą rzeczy musiały powstawać nieporozumienia i napięcia. Siostry Dzieciątka Jezus przyjechały tutaj jeszcze w latach 70-tych. Parafia liczyła około 2000 osób i na moment objęcia władzy przez bpa Kondrusiewicza to była jedyna zarejestrowana wspólnota na Kaukazie.

 

Oddany kapłan

 

Ksiądz Bronisław jako pierwszy zgłosił się do pracy w tych okolicach i szybko odnalazł kolejne punkty z ludnością pochodzenia niemieckiego takie jak Siemionowka i Pawłowskaja. Zarejestrował parafię w Czeczenii i odzyskał kościół, który niestety nie przetrwał wojny domowej a część parafian zmuszona do ucieczki zamieszkała w posesji sióstr.

Obecnie misjonarze Serca Jezusowego z Irlandii zmienili lokalizację parafii na bardziej centralny punkt. Wtedy to był dom prywatny na ul. Braci Mielnikowych. Przemieniono go na kościół, co się z nim stało i jak wygląda nowa parafia nie mam informacji. Nie byłem tam już 16 lat.

Ostatnia z zarejestrowanych przez ks. Bronisława parafii była w Dagestanie w stolicy w Machaczkale. Naśmiewano się w prasie, że ks. Bronisław odszukał jakąś kobietę pochodzącą z Kuby i że od niech zaczął tworzenie parafii. Te szyderstwa właśnie stały się dla mnie inspiracją, by pracować w podobnym duchu i nie składać rąk. Ks. Bronisław drażnił mnie zawsze swym nader natarczywym sposobem bycia i mówienia, był jednak wzorem do naśladowania w dziedzinie poszukiwania katolików, odtwarzania i tworzenia katolickich struktur.

Druga wizyta u księdza Bronisława miała miejsce w tym czasie kiedy po raz drugi jechałem samotnie do Gruzji. Dał mi adresy do Władykaukazu, gdzie pewna rodzina zaopiekowała się mną i pomogła w organizacji dalszej podróży. Nie zniechęcał mnie tak jak to potrafili niektórzy. Cieszył się mojego męstwa i nawet zachęcał do odwiedzenia kościoła w Tbilisi.

 

20. Apołonskaja

 

- Pawłowskoje zima 1994

 

Stanica pawłowska ja w Stawropolskim kraju to kolejna parafia księdza Bronisława, do której zawitałem jak mi się wydaje jeden raz a może dwa.

Dyżurowała w kaplicy prawosławna dziewczyna z aspiracjami na zakonnicę.

Siostry jeździły ze swoją radną do Pawłowskiej, bo ksiądz Bronek im tam proponował pracę. Z kolei Anna wyjaśniwszy swój zerowy status małżeński przyjeżdżała nawet do naszych sióstr do Batajska na oględziny.

Ja ze swej strony starym zwyczajem na jedno ze spotkań dekanalnych przywiozłem do pawłowskiej grupę ministrantów. Była też w tej grupie Wanda Kubiak, bo szykowała się jak oni do bierzmowania.

 

Asyryjskie dzieci

 

W trakcie mszy gdy pytano u dzieci czy im się podobają kapłani to powiedzieli, że tak. Na mnie jednak z powodu, że byłem mocno zarośnięty powiedziały dzieci, że jestem straszny. Te rozmowy bawiły mnie, bo niemal wszyscy parafianie byli z pochodzenia Asyryjczykami i każdy mężczyzna miał zarost tak samo obfity jak ja. Byłem wśród nich jak swój, ale swoi mnie nie przyjęli. Do tej stanicy był z Batajska bezpośredni pociąg więc z podróżowaniem nie było specjalnych kłopotów tym niemniej po paru latach księdza Bronka skierowano na północ do Petersburga ze względów zdrowotnych. Irlandczycy choć i życzliwi prowadzili własne odosobnione życie i do siebie nie zapraszali jak to bywało wcześniej.

 

Delegacje i pielgrzymki zagraniczne w latach 1992-1999

 

 

Pariomania

 

Jeżdżenie samo w sobie bardzo mnie pociągało w młodości. Nie potrzebowałem żadnego powodu do podróżowania. Albo inaczej mówiąc byle byłby pretekst.

Profesor Kępiński w książce pt. “Lęk” określa taki ciąg do podróży kompleksem chorobowym o nazwie “pariomania”.

Kiedy byłem klerykiem ustatkowałem się znacznie w tym sensie, że podróże trzeba było planować wcześniej, zgłaszać do przełożonych i motywować: po co się jedzie.

Jako kapłan miałem ułatwione zadanie, bo w Rostowie byłem już sam sobie przełożonym i ksiądz biskup, który był daleko bardzo rzadko interesował się co porabiam i gdzie bywam. Choć  ktoś powie, że to plus, ja jednak uważam z perspektywy czasu, że przy licznych talentach naszego biskupa Kondrusiewicza wyraźnym minusem jego posługi był właśnie brak bezpośredniego i bieżącego kontaktu z kapłanami. Spotkania dekanalne  w Moskwie nie były regularne i nie były obowiązkowe. Mogło się tak zdarzyć, że przez 2 lata nie zamieniliśmy ni słowa.

Biskup jeździł po świecie w poszukiwaniu nowych kapłanów i funduszy a więc nie sposób mieć mu to za złe. Ponadto podobnie jak w moim przypadku relacje z władzami i z prawosławiem były tak męczące, że wedle relacji choćby dla zdrowia psychicznego ksiądz arcybiskup uciekał z Moskwy tak daleko jak się da: Watykan, USA, Polska. W tym trójkącie upływało jego życie. W Rosji jego ulubione miejsca to : Petersburg, Soczi, zwłaszcza latem, Kaliningrad. Po wpadce z kozakami w 1994-m roku przez następne 4 lata ks. Abp Kondrusiewicz nie był nad Donem ani razu.

Proszę się nie dziwić, że ci co tam pracowali na co dzień też z lata okazji “dawali dyla”. Te okazje to tradycyjnie choć w mniejszym stopniu niż Biskup: poszukiwanie sponsorów, poszukiwanie współbraci do posługi na misjach, świadectwa, rekolekcje, odwiedziny krewnych, doroczne zawody dla Młodzieży Parafiada i pielgrzymki.

 A więc po kolei, porozmawiajmy czym się zajmowałem poza parafią w latach 92-99.

W danym wypadku wszystkie opowieści dotyczą podróży poza granice Rosji. Było tego przez 7 lat ponad 140 tysięcy kilometrów.

 

1. Rostów - Agłona

 

Białystok - Taize - Paryż - Białystok - Suwałki - Kowno - Ryga - Agłona - Rezekne - Moskwa - Rostów 1992 - pielgrzymka piesza

 

Do Taize jechałem po raz drugi w życiu.

Wydawało mi się, że to takie swoiste pożegnanie z Europą.

 

Aby nie schamieć

 

Podobnie jak wtedy kiedy wstępowałem do seminarium miałem kilka kaprysów.

Chciałem na przykład pojechać do Jarocina, bo mi się zdawało, że jako kleryk nie dam rady. Chciałem pójść koniecznie do kina na jakiś fajny film albo do teatru. Tymczasem wszystko to było i nie mniej niż w życiu świeckim, bo mieszkając w dużym mieście wszystko mieliśmy na wyciągnięcie reki.

Owszem w Rostowie “schamiałem” w tym względzie. Nie bywałem w teatrze ani w kinie czy w filharmonii. Stąd może to silne pragnienie podróżowania. Nie wiem.

Jeśli można coś radzić kolegom misjonarzom to właśnie, by nie rezygnowali z imprez tego rodzaju i by brali ze sobą na nie parafian. To naprawdę bardzo integruje. Przekonałem się o tym dopiero po latach gdyśmy z młodzieżą wybrali się na Hamleta do Taszkienckiego teatru.

 

Pożegnanie z Europą

 

Tak więc moja pożegnalna podróż z Europą zaczęła się W Rostowie już po otrzymaniu dekretu na proboszcza. Dekret otrzymałem 21-go lipca 1992-go roku.

Spędziłem w Rostowie cały dzień na wędrówkach po mieście. Byliśmy u prawosławnego Biskupa, w urzędzie miejskim oraz w Muzeum Krajoznawczym na Mszy, gdzie zostałem przedstawiony jako proboszcz. Tego samego wieczoru moi nowi parafianie zapakowali mnie do pociągu a w Moskwie czekał na mnie kanclerz z biletem do Wilna. Szczegółów tej podróży nie pamiętam. Wiem, że z Rostowa jechałem bez biletu w przedziale dla przewodnika, któremu moi parafianie dali w Łapę. Do Wilna pojechałem, bo w sezonie letnim nie było biletów na Grodno czy do Brześcia. Było mi zresztą wszystko jedno jaką drogą jechać.

Czułem się odpowiedzialny za grupę jaka miała ze mną jechać do Taize 24-go lipca z rana. Wydawało się, że mam sporo czasu w zapasie. Już o północy 23-go lipca byłem w Suwałkach dokąd dotarłem przez Ogrodniki. Tam jednak utknąłem, bo nocnych autobusów ani pociągów nie było. Poszedłem “na stopa“.

 

Radość doskonała

 

Ponad godzinę wędrowałem na same przedmieścia i tam dopiero zatrzymała się ciężarówka, która niestety jechała tylko do Dąbrowy Białostockiej.

Jest to parafia, w której przepiękny kościół wzniósł Sługa Boży o. Fordon, grodzieński przełożony diakona Maksymiliana Kolbe.

Tutaj przeżyłem w czarujący i klasyczny sposób to co św. Franciszek nazywa “Radością doskonałą”. Niegdyś na prośbę braci, by im powiedzieć co znaczy szczęście Franciszek im opowiedział historię bardzo podobną do poniższej:

Owszem wszyscy kapłani w Dąbrowie byli mi dobrze znani. Inna rzecz, że oni mogli słabo znać neoprezbiter z sąsiedniego Dolistowa. Ponadto było dobrze po północy.

Wiadomo, kiepski czas na odwiedziny, kto otworzy? Pukałem do wszystkich wikariuszy, nie otwierali. Jedynie proboszcz staruszek o nazwisku chyba Skroba, dawny kustosz krypniański, wyszedł w długich szortach i przez szybę w drzwiach wejściowych pukając się w głowę wrzeszczał na mnie. Miał mimo złości wygląd bardzo uroczy. Nie miałem prawa się obrażać a tylko rejestrowałem w pamięci i smakowałem to niezwykłe piękno sytuacji! To było jak scena z filmu Zefirellego, kiedy to Franciszek stoi na sądzie przed biskupem a ten oderwany przez sługi od pierwszego posiłku po 40-u dniach postu też wrzeszczał: “jak to ja śmiałem go trwożyć?“. Byłem w sutannie więc wiedział kim jestem. Mówiłem skąd jadę i po co. Na próżno, trudno z naszych kanoników zrobić “miłosiernych samarytan“. Jeśli do kogoś z nich dotrze moja opowieść to niech się sami w sercu spytają co by w takiej sytuacji zrobili. Przecież był niegdyś zwyczaj, że do chorego z posługą ksiądz wstawał o każdej porze. Ja nie byłem umierający ale byłem potwornie zmęczony i przyszedłem do swoich współbraci kapłanów, nie po pieniądze ale po nocleg. Musiałem być na 9-tą rano w katedrze więc nie zabawiłbym długo i wiele bym kawy nie wypił a tylko to mi było potrzebne. Nie przyjął mnie niestety purpurat i szedłem sobie dalej wcale się nie śpiesząc.

 

Wymarzony kubek kawy

 

Jakieś 7 km dalej była wioska Krugło, rodzinna miejscowość kolegi kleryka, z którym mieszkałem przez rok czasu. Ja byłem diakonem a on pierwszakiem. Teraz miał pójść na trzeci rok i przeżyć obłóczyny. Ważne zdarzenie w życiu kleryka. Świtało gdy zapukałem do jego domu. Mogła być czwarta nad ranem.

Ludzie na wsi o tej porze już wstają więc miałem dużo szczęścia, że kogoś zastałem na ulicy, kto mi pokazał drogę do domu kleryka.

Owszem zaskoczenie było, czy wielkie nie wiem. Ugościli mnie kawą i nawet dowieźli do Sokolan, bo tam chciałem się zobaczyć z moim dawnym proboszczem dolistowskim, moim przełożonym, ks. Władysławem Kulikowskim. Nie pamiętam przebiegu tego spotkania. Być może, że go nie zastałem, bo to też był “powsinoga i nocny Marek“. Spotkałem się na pewno z seminaryjnym kolegą, z wikariuszem ks. Grześkiem Pikielem. Ten jeszcze raz poczęstował mnie kawą i pożyczył pieniędzy na autobus do Białegostoku. Chyba po 2 latach mu je zwróciłem, bo wcześniej nie było ku temu okazji. Oddałem przez ks. Zbyszka Rećkę wojskowego kapelana.

 

U wrót katedry

 

Zameldowałem się na czas przy katedrze, zmordowany jak maratończyk, słaniając się z nóg po 2 i pół doby spędzonych w pociągach, autobusach i pieszej wędrówce.

Takie to było pożegnanie z diecezją. Żadnych kwiatków ceremonii. Zwykła rozmowa na plebanii w Sokolanach, dialog głuchych w Dąbrowie i herbatka o świcie u kleryka. Nikt lepszego scenariusza nie wymyśli. Proszę się zgodzić: świetny materiał na książkę!

 

Psi zaprzęg

 

Do Francji wieźli nas wynajęci z Lublina przypadkowi panowie z jakiejś lewej firmy.

Przyjechali nocą i byli tak samo zmęczeni jak ja więc nie skrywali swej irytacji z byle powodu. Samochód był kiepski i brudny, taki sobie żółty Jelcz. Czepiali się wszystkiego i całą drogę palili papierosy. Czułem się jakbym trafił nie do Europy ale gdzieś na Czukotkę. Zamiast autobusu dostałem “psi zaprzęg”, zamiast silnika słyszałem tylko szczek kierowców. Niestety pasażerowie trafili mi się bardzo do nich podobni. Byłem całkowicie bezradny. Nie miałem siły się z nimi wykłócać. Jak tylko sprawdziłem listę obecności zaraz upadłem w sen i tak do samej granicy. Nie przypominam sobie gdzie był nocleg ani jak przebrnęliśmy przez granicę. W odróżnieniu od pierwszej wyprawy w roku poprzednim nie znalem w grupie ani jednej osoby. Wszystkie twarze zdawały mi się jakieś apatyczne. Nie przypuszczam, by wszystkiemu winni byli kierowcy i mój niewyspany wygląd. Mam wrażenie, że proboszczowie niezbyt szczęśliwie dobrali skład grupy. Wbrew moim oczekiwaniom to nie byli oazowicze ale banda rozkapryszonych jedynaków, którzy nie mieli żadnego pomysłu na wakacje więc się załapali na Francję. Niestety od początku denerwował ich serwis.

 

“Czarująca Francja”

 

Francja jest owszem piękna ale dla pięknych ludzi. Takich w mojej grupie nie było więc myślę, że pobyt w klasztorze ich też nie zmienił i nie satysfakcjonował. Czym się zajmowali w Taize, tego nie wiem, bo tam każdy dostał przydział niezależnie od narodowej czy parafialnej przynależności. Polskie grupy chwilami męczyły braci, bo wbrew regulaminowi młodzież opuszczała teren obozowiska i podróżowała sobie po okolicznych miastach tym sposobem niszczyła harmonię duszy, którą mozolnie budowali mnisi. Skarg żadnych nie było. Może dlatego, że pielgrzymów było kilka tysięcy i trudno było zidentyfikować do jakiej grupy należał ten czy inny uciekinier i ile czasu go nie było. Nie sposób też zbadać czym się zajmował poza granicami “klasztornej wioski”. Spotkaliśmy się znowu w autobusie po tygodniu. Mieliśmy w drodze powrotnej jeszcze odwiedzić Paryż. Nocleg w Paryżu nam zapewniono na jakimś kempingu na przedmieściach. Trudno mi teraz policzyć dokładnie ile czasu jechaliśmy do Paryża. Na pewno spędziliśmy tam jeden dzień i nocowaliśmy.

 

“Un jour j‘irai a Paris”

 

Kiedy w ogólniaku przerabialiśmy z panem Otrembą zwanym “Bążurkiem” materiał szkoły średniej z francuskiego, to nasz podręcznik nazywał się tak samo jak powyższy podtytuł. Znaczyło to, że “pewnego dnia udam się do Paryża”. Wbrew wszelkiej nadziei tych sowieckich czasów całkiem niespodzianie i w atmosferze dalekiej od ekstazy ujrzałem wszystko to co znałem z podręcznika: wieżę Eiffla, Triumfalną Arkę, Louvre, Wersal i Notre Dame de Paris. Byłem nawet na “górze Męczenników“: Mont Martres w kościele św. Denisa i w bazylice “Sacre Coeur“. Najprawdopodobniej to było w niedziele i poniedziałek 1-2- go sierpnia. Nie mam kalendarza przed oczyma. Tak się tylko domyślam. Miałem natomiast w pamięci prośbę kanclerza moskiewskiej kurii, żeby się dołączyć na pielgrzymkę z Rygi do Agłony. Ta pielgrzymka startowała właśnie tego dnia, kiedy nasz autobus opuszczał Taize.

Pokazałem grupie polskie seminarium w kolegium Irlandzkim a potem dałem czas wolny. Wszyscy chcieli do Louvre, wielu pragnęło odwiedzić kafejki i sklepy, może po prostu powłóczyć się po głównych alejach spędzając miło czas na słońcu a mnie to nie ciekawiło. Umówiliśmy się z kierowcą, że nas odbierze o 8-mej wieczorem spod Louvre’u. Poszedłem swoją drogą: odwiedziłem kościółek w Wersalu, zapoznałem się z proboszczem le Petit, który rzeczywiście był niskiego wzrostu. Potem widziałem Panteon i kościół Saint Germain de Pres. Stamtąd z Ulką Wardzińską, którą spotkałem przypadkiem poszliśmy do Notre Dame de Paris i z powrotem pod Louvre, żeby żebrać grupę. Operacja była karkołomna. Zgodnie z moimi złymi przeczuciami 4 osoby spóźniły się ponad godzinę. Kierowcy byli jak zwykle nerwowi a zagubione owieczki bardzo mi dokuczały już wcześniej. Byłem tak zmęczony fizycznie i psychicznie, że było mi wszystko jedno. Pojechaliśmy bez nich. To byli ludzie dorośli wedle daty, wszyscy mieli skończone 18 lat, powinni byli wiedzieć co ryzykują! O północy na kempingu ktoś mnie zawołał do telefonu. Pogadałem sobie z policjantami a potem z zagubioną dzieciarnią. Któraś z nich rzuciła mi przez telefon głupawy tekst: “Ksiądz się pewnie cieszy, że się zgubiliśmy?”. Nie, nie cieszyłem się, ale jak to się mówi: “głupie pytanie głupia odpowiedz!”. “Owszem - powiedziałem - macie teraz nauczkę za nieposłuszeństwo”.

 

 

Biegiem na Łotwę

 

Żadnych więzi z tą grupą nie stworzyłem, nikt mnie nie pytał kim jestem i skąd. Sam też się nie rwałem z opowiadaniami. Miałem jeden cel i marzenie: Jak najszybciej do Rygi. Malutki przystanek zrobiliśmy w Licheniu, gdzie kustosz na schodach pomodlił się szczęśliwą podróż. 3-go sierpnia wieczorem byliśmy w Białymstoku. Nocą udałem się do Suwałk, stamtąd pociągiem na Litwę. Przekroczyłem granicę na jakiejś małej stacji i raniutko byłem w Kownie. Podróż do Rygi trwała cały dzień. Około 17.00 byłem w stolicy Łotwy. Nie było czasu na zwiedzanie miasta. Miałem ze sobą program pielgrzymki. Byłem spóźniony o całe 3 dni. Pojechałem więc do stacji w miejscowości gdzie miał być czwarty nocleg. Okazało się jednak, że pielgrzymi są na 3-m noclegu o 30 km bliżej Rygi i trzeba było wracać. Zapoznałem się z dwoma tubylcami mieszkającymi koło kościółka i ci mnie dowieźli do wskazanej wioski.

Byłem bardzo szczęśliwy, było już po dziewiątej i nastawał zmrok. Przewodnik pielgrzymki powitał mnie z radością. Nazajutrz miał wracać do Rygi pewien Franciszkanin a ja miałem go na tej pielgrzymce zastąpić w roli spowiednika. Bardzo mi to pasowało. To był rzeczywiście finał godzien pięknego melodramatu w jakim przez ponad tydzień uczestniczyłem.

 

Pielgrzymkowe krajobrazy

 

Cała pielgrzymka była dla mnie wielkim wydarzeniem. W krajobrazach Łotwy dostrzegałem wiele podobieństw do polskich Żuław, okolic Elbląga. Nie były to miejsca tak romantyczne jak na Litwie. Ludzie napotkani byli nieufni a sami pielgrzymi dziwaczni. Folklorem dla mnie były łotewskie grupy, w których plątał się jakiś młody biskup z Paryża z klerykami. Ponadto wielu grupowych z Łotwy mieli na sobie stylizowane płaszczyki z kapiszonami jak u franciszkanów i nawet na pasie mieli sznury. Nasz rosyjska grupa była całkiem niezdyscyplinowana. Robiono nam często uwagi i rozmieszczano na noclegach na uboczu jak trędowatych. Skutek był taki, że ksiądz kanclerz Janek Zaniewski i jego bliscy doradcy zdecydowali, że już nigdy więcej rosyjska grupa nie będzie pielgrzymować na Łotwie.

Ładne krajobrazy i życzliwi ludzie zaczęły się dopiero w Latgalii.

Pierwsze miasto gdzie nam nie pozwolono spać w namiotach i rozebrano po domach to było Jakobspils.

 

Pielgrzymkowe twarze

 

Idąc zapoznałem i polubiłem grupę trzech kleryków jezuickich, którzy byli uniwersalnymi kaznodziejami i chodzili z grupy do grupy.

Zapoznałem i polubiłem dzieciaki z Kamyszyna, których było sporo i niektórych parafian z Moskwy oraz z Soczi. Najwięcej jednak obcowałem z siostrami, bo one dbały o księży i na postojach podkarmiały. Były tam dwie werbistki, siostry szensztadzkie i misjonarka św. Rodziny siostra Anna. Ona wiedziała, że mam współpracować z tymi siostrami i pewnie mi o tym wspominała ale ja chyba jej nie pojąłem albo to przyjąłem za żart.

 

Malownicza Agłona

 

Wrażeń z Agłony nie sposób opisać. Trwały przymiarki do odwiedzin papieskich. Ojciec święty był tu oczekiwany za rok. Po placu jeździły buldożery, likwidowano i wyburzano stare domki wokół. Plac miał formę wydmistą. Na horyzoncie był malowniczy gaj z cmentarzem, przy bazylice wielkie zabudowania klasztorne na solidnym fundamencie piętro zrobione z drewna. Tam urzędowały siostry dzieciątka Jezus. Te sam, o których dowiedziałem się więcej w Kabardyno Bałkarii.

Do Agłony weszliśmy 14-go sierpnia. Wędrowałem więc 9 z 13-tu możliwych dni. Każdy dzień odprawiałem po rosyjsku, słyszałem rosyjskie kazania i konferencje. Co dzień spowiadałem w tym języku. Był więc to dla mnie taki przyspieszony kurs misyjny. Poznałem w drodze pieśni młodzieżowe co miało mi się wkrótce bardzo przydać.

Jak wyglądał cudowny obraz nie pamiętam. Coś kojarzę, ze wisiał bardzo wysoko. Pamiętam też mogile legendarnego kardynała Vaivodsa, który był patriarcha katolików ZSRR. Miałem sobie za zaszczyt odwiedziny na jego grobie. Pamiętam zdziwienie obecnością dwu unitów na uroczystościach. To był bodajże drugi kontakt z nimi od czasu odwiedzin abp Marusyna w naszym białostockim seminarium.

Pamiętam też celebrę i obecność prezydenta, którym okazał się być katolik w luterańskiej Łotwie, gdy tymczasem w katolickiej Litwie rządził wtedy luteranin Landsbergis. Takie sobie małe paradoksy.

 

Gorzkie refleksje

 

Wracaliśmy pociągiem przez Rezekne. Jeszcze na dworcu proszono mnie o spowiedź. Nie były to łatwe rozmowy. W kilku wypadkach miałem chęć odmówić rozgrzeszenia, bo młodzi nie mieli poczucia skruchy, chlubili się swoimi grzechami.

Ludzie  w tej pielgrzymce nie rzucili palenia, wielu nie porzuciło swych seksualnych przywiązań i spali koedukacyjnie w namiotach. Zdarzali się również pijani. Bulwersowało mnie to. Nie byłem jednak przewodnikiem i nie miałem żadnych kompetencji, by się czepiać do ludzi. Ja się po prostu przyglądałem i uczyłem się w przyspieszonym tempie, co to znaczy być katolikiem i misjonarzem w Rosji.

Wchodziłem powolutku na ten sowiecki grunt. Wszystkie te spotkania powodowały, że z obłoków spadałem powoli na ziemie. Zaczynałem rozumieć co mnie czeka w Rostowie. W Moskwie już co nieco zrobiono a ja jechałem na parafię gdzie nie było żadnych fundamentów. Jak się czasem wyrażał arcybiskup zadaniem naszym miało być kopanie wykopów pod fundament.

Z drugiej strony jednak napraszała się natrętna myśl, że ci młodzi Polacy z Taize i ci zsowietyzowani “do mózgu i do kości” młodzi Rosjanie z Agłony wędrują w tym samym kierunku i tak samo lekceważą dzieła Boże. I tu i tam obie pielgrzymki były  “sypaniem pereł dla świń“! Jedynie stosunek do kapłana w Agłonie był o niebo lepszy. To też warto dostrzec i podkreślić. Moje rozczarowanie polskimi dziećmi nie da się wyrazić w słowach. To po prostu katastrofa.

 

Kilka dni w Moskwie

 

16-go sierpnia byłem z powrotem w Moskwie. Czekałem jeszcze tam trzy dni, bo mi klerycy jezuici obiecali, że pojadą ze mną do Rostowa obejrzeć moją parafię. Zatrzymali się jednak na dłużej na Łotwie i zadzwonili, że nie są w stanie przyjechać. Znalazłem więc sobie innego piętaszka. Był nim kleryk Filip Irlandczyk. Tego jednego starczyło mi za 3 jezuitów. To był wyjątkowo utalentowany chłopak. Choć po rosyjsku mówił słabo i ze strasznym akcentem to jednak miał dar zawierania znajomości z ludźmi i robił to na poczekaniu. W Rostowie prze pierwszy tydzień pracy to się okazało bardzo przydatne.

Zanim jednak siedliśmy razem do pociągu musiałem obejrzeć przedziwny spektakl pod tytułem: Filip dzwoni do przyjaciół. Musiał ich mieć wielu, bo póki wszystkim wyjaśnił, że go w Moskwie tydzień czasu nie będzie na dworcu utworzyła się długa kolejka do telefonu. Ludzie się denerwowali i klęli głośno a on się do nich wdzięcznie uśmiechał i nawet machał rączką.

 

2. Rostów - Opole

 

- Brześć - Warszawa - Białystok - Opole - Skrwilno - Brześć - Rostów - pożegnanie z biskupem i z rodzicami - rozmowy w kurii w Opolu

 

Minął miesiąc od chwili mego powrotu z Taize oraz z pielgrzymki Agłońskiej. Udało się zapoznać z parafią, określić miejsce spotkań na niedzielnych Mszach świętych. Siostry zdecydowały, że przyjmują domek w Batajsku jako swoją bazę ja natomiast zdecydowałem, że pojadę się “po ludzku” pożegnać z rodzicami i z biskupem, bo w tym bałaganie związanym z podróżą do Taize nie było kiedy myśleć o rzeczach ważnych i formalnych.

 

Sprawy ważne  i formalne

 

Miałem też pismo od Biskupa Kondrusiewicza do Biskupa Alfonsa Nossola, żeby wziął Rostów pod swój patronat.

Ponadto siostry zgodziły się, że jedna z nich pójdzie na studia dzienne do uniwersytetu, żeby mieć kontakt z młodzieżą i stałe zajęcie w mieście.

Musiałem więc jeszcze w Polsce załatwić oficjalny dokument z poprzedniej uczelni siostry Pawły. Chodziło o papier z ATK, że ta uczelnia jakby prosi uczelnię w Rostowie o przyjęcie swojej studentki na studia dzienne w Rostowie. Taki miałem pomysł, żeby to załatwić w ten właśnie pomysł. Tak więc siedliśmy razem z siostrą Radosławą, która nadzorowała przyjazd sióstr do Rostowa w jeden i ten sam pociąg do Brześcia i miło sobie gawędząc przez półtora doby dojechaliśmy do Brześcia skąd już było blisko do Warszawy.

W Komorowie pod Warszawą na rosyjskiej maszynce jaka była u sióstr wystukałem prośbę Zgromadzenia o przyjęcie siostry Pawły na studia i poszedłem z tym papierem do biskupa Karpińskiego na Skwerze Wyszyńskiego, żeby awizował tę prośbę w imieniu episkopatu. Sekretarka Biskupa była niezadowolona licznymi błędami w rosyjskim tekście ale Biskup nie miał co do sprawy zastrzeżeń więc się podpisał pozostało pojechać na ATK i wziąć podobną deklarację. W Rosji lubią żeby było dużo papierków i dużo pieczątek.

Pogawędziliśmy sobie z rektorem ATK bardzo mu mój pomysł ze studiami zakonnicy przypadł do gustu i zrobił wszystko o co prosiłem. Załatwiwszy te sprawy pojechałem do Opola do Rodziców, do Białegostoku i z powrotem do Brześcia. Ogółem nie było mnie w Rosji jakieś 10 dni. Opuściłem tylko jedną niedzielną Mszę.

 

Pod moją nieobecność

 

Siostry miały spotkanie z parafianami i przebiegało ono podobno w tak miłej atmosferze, że nikt nie dostrzegł braku księdza i Mszy świętej. Na przyszłość ten model moich 10-dniowych wyjazdów bardzo się przyjął. Jeden tydzień bez mszy świętej niedzielnej był do wytrzymania. Siostry miały pozwolenie od Biskupa, by same przyjmowały komunię w takich wypadkach. Ludzie natomiast na spotkaniu niedzielnym bez księdza pod przewodnictwem sióstr odmawiały różaniec i katechizowały.

 

3. Rostów - Moskwa - Wilno - Rostów 1992 -

 

pielgrzymka odpustowa pociągiem.

 

Dosłownie kilka miesięcy pracy minęło w Rostowie ale tego wystarczyło, żeby zmobilizować grupkę około 12 osób. Chodzi o ludzi chętnych do odwiedzin w Ostrej bramie. Na początku gdy to ogłosiłem wyglądało na to, że nazbiera się cały autobus. Nawet prosiłem parafiankę, która pracuje w firmie turystycznej, żeby się dowiedziała w tej sprawie, czy to możliwe i ile by kosztował przejazd na tak długą trasę. Z każdym tygodniem czym bliżej wyjazdu ilość chętnych topniała. Ostatecznie było nas tylu ilu apostołów.

 

Apostołowie w Moskwie

 

To skojarzenie było o tyle trafne, że pierwszy nocleg i przesiadkę mieliśmy w Moskwie. Zatrzymaliśmy się u Salezjanów i nocowaliśmy w kościele kto jak potrafił. Było bardzo romantycznie i  symbolicznie, bo rzeczywiście. Siedzieliśmy za jednym stołem jak w wieczerniku. Podróż nas bardzo zjednoczyła. Byli państwo Szpakowscy, Marina i Nona Mirzabekova, Kajdanowska, organista, siostra Teresa i ja. Kto jeszcze prócz tych ośmiu osób nie jestem sobie w stanie przypomnieć domyślam się, że to była młodzież studencka ale kto konkretnie wyleciało mi z głowy.

 

Odpust wileński

 

W Wilnie już zastaliśmy grupę z Petersburga, to był ks. Stefan Katynel ze swoją młodzieżą, troszkę później dotarł ks. Janek Zaniewski znany mi z pielgrzymki do Agłony. Choć nie koordynowaliśmy tych wyjazdów to okazało się że każdy z nas miał podobny pomysł na to jak rozruszać parafian..

Nocowaliśmy na ile pamiętam u sióstr misjonarek św. Rodziny ale też u różnych parafian, następny dzień po odpuście mieliśmy przejażdżkę do Taboryszek, do pewnej inwalidki, która pięknie maluje kopie obrazów Matki Bożej Ostrobramskiej. Jeden z nich nawet trafił do Watykanu. Cel naszej wizyty był taki, żeby zamówić i dla nas kopię cudownej Ikony. Prócz Ostrej bramy odwiedziliśmy kościół Piotra i Pawła na Antokolu, świętej Anny i świętego Ducha czyli Polski Kościół.

 

Skarb w kościelnej piwnicy

 

Na drodze powrotnej znów mieliśmy postój w Moskwie. Zajrzałem wtedy do piwnicy. Kościoł był zwrócony tylko w małym kawałeczku, resztę świątyni okupowały różne biura, natomiast piwnica w całości była zawalona dewocjonaliami. Zaangażowałem pielgrzymów, żeby każdy wziął do pociągu po kilka paczuszek zwłaszcza książek ale również różańców. To wszystko miało nam się wkrótce przydać do rozprowadzania wśród dzieciarni i studentów. Studentom rozdawaliśmy różańce, biblie i wszelkiej maści broszurki w czasie kolędy.

 

Corpus delicti

 

Dzieci przychodziły z sąsiadującej z nami 22-giej szkoły. Podarki otrzymywali tylko ci, którzy znali ojcze nasz i zdrowaś Maryjo. Ta zabawa spodobała się dzieciakom. Kiedy za jakiś czas wzbudziło to czujność kozaków jako dowód moich przestępstw leżały na biurku u atamana właśnie te dowody rzeczowe czyli różaniec, obrazek Matki Bożej i biblia. To były trofea z Ostrej Bramy a dokładniej z kościoła Niepokalanego Poczęcia w Moskwie. Ksiądz proboszcz chętnie się tym wszystkim dzielił, bo dla Moskwy tego było nazbyt dużo a rozprowadzać po parafiach nie miał jak. Myśmy mu w tym pomogli.

 

4. Rostów - Częstochowa

 

Kijow - Lwow - Kraków - Opole - Częstochowa - Lwow - Kijow - Rostów - pielgrzymka z grupą parafian - czerwiec 1993

 

Pielgrzymka do Opola miała na celu zapoznanie się z zaprzyjaźnioną diecezją opolską. Wolą arcybiskupa było, aby Opole jako diecezja wzięło patronat nad Rostowem i pomagało nam w różnych sprawach w tym również w budowaniu kościoła, którego w Rostowie nie było. Kościół zburzono w latach stalinowskich więc tułaliśmy się tu i tam. Najdłużej odprawiałem w teatrze lalkowym ale i ta możliwość odpadła, bo latem zaczęły się w teatrze remonty.

 

Pielgrzymkowe niedobitki

 

Jak już wspomniałem rok wcześniej odwiedzałem Opole z listem polecającym abp Kondrusiewicza. Kościół jaki miałby powstać w Rostowie byłby kościołem św. Anny choć tytuł parafii pozostawałby poprzedni: “Ostatnia Wieczerza”.

Program pielgrzymki zgłosiliśmy w Opolu faksem.

Mieliśmy się zgłosić najpierw w Gliwicach u ks. Bpa Wieczorka popatrzeć na święcenia kapłańskie, potem spotkać ks. Kowalczyka, patrona Ormian i jego malutki kościółek. Następny punkt programu to obiad na Górze św. Anny i przyjazd do Opola. U św. Anny czekano 40-tu pielgrzymów a nas dojechało ledwie 11-tu. Już w Kijowie nam się grupa rozpadła, bo reszta “pielgrzymów” była obładowana torbami z wódką.

Większość towaru odebrano tym ludziom na granicy ale ja już nie chciałem z nimi mieć nic do czynienia, powiadomiłem, że pierwszy nocleg W Kalwarii i w Krakowie nie będziemy nawet 5 minut. To tych ludzi zmartwiło, bo liczyli na dobry handel w tym dużym mieście. Ja jednak zburzyłem ich plany. Mówi się trudno, ja nikomu nie obiecywałem, że w Polsce się będziemy zajmować biznesem. Owszem w Opolu  zbieraliśmy ofiary do puszek, wszystkich 11-tu rozesłano do 11-tu różnych kościołów w mieście. Dzięki temu, że w Krakowie nasza grupa oczyściła się z cwaniaczków pozostali tylko zaufani ludzie więc otrzymaliśmy spory zastrzyk finansowy na różnego rodzaju akcje duszpasterskie po powrocie.

 

Niesmak

 

Biskupa Nossola niestety nie było ale przed wyjazdem on pozostawił instrukcje dla sekretarza z kurii ks. Mikołajca. Korespondowałem z nim potem a nawet odwiedzałem. Niestety, do kurii nie dotarł mój list z podziękowaniem i z obszerną relacją o przebiegu zbiórki. To, że nas było mniej niż zgłoszono też spowodowało niesmak. Zamiast długoletniej współpracy wyszła razowa akcja, po której już nigdy więcej nikt się w Opolu losami Rostowa nie ciekawił. Mój brak doświadczenia i brak dobrej organizacji wielokroć jeszcze psuł mi krew w żyłach.

 

5. Rostów - Entratico

 

Moskwa - Mediolan - Petersburg - Moskwa - Rostów

 

 Do Mediolanu nie chciałem lecieć. Bałem się posądzenia, że na misje pojechałem jako turysta i dla rozrywki. Takie głupie młodzieńcze skrupuły. W rzeczy samej ciekawiły mnie Włochy, marzyłem o odwiedzinach w Watykanie. Wielu księży w moim wieku mimo trudności i podróżowało do Włoch do Papieża pod byle pretekstem. W tym punkcie jednak czekało mnie spore rozczarowanie.

 

Żebranina w Alpach

 

Owszem, obejrzałem Wenecję, Mediolan, Bergamo. Program pobytu był nasycony. O Rzymie jednak nie mogło być mowy. Każdy dzień jeździliśmy na zbiórkę z kazaniami do jakiejś parafii w dekanacie, do którego przynależała parafia Entratico, stąd na dłużej niż pół dnia nie wolno było opuszczać Seriate gdzie była nasza baza.

Jak już wspominałem do Włoch miała jechać ze mną siostra przełożona ale arcybiskup się obawiał, że sobie nie poradzi na spotkaniach z inteligencją, bo takie też były zaplanowane. Radził, żeby jechała studentka Pawła. Ponadto w tych czasach na Litewski paszport trzeba było mieć wizę. Nie wiem czy to była przeszkoda, decyzja była właśnie taka. Miała jechać ta sama siostra, która wyrzucała księżom w tym również biskupowi, że nie powinni byli pić alkoholu na odpuście w Siemionowce. Ku memu zaskoczeniu najlepiej radziła sobie gdy były spotkania ze zwykłymi parafianami a kiedy trafiła się inteligencja to “pyskata siostra” nie wiedziała co mówić. Może miała po prostu zły dzień.

Kiedy tak sobie to wszystko rozważam, to przy odrobinie fantazji można było takie spotkania zorganizować w pierwszej lepszej polskiej parafii i skutek byłby podobny.

Żaden z proboszczów nie zaproponował tacy niedzielnej “na misje” jak to bywało w Polsce. W zwykłe dni na nasze spotkania przychodziło po sto-dwieście osób.

Ale skutek całotygodniowej żebraniny nie był nazbyt imponujący.

Przywieźliśmy około 4 tysięcy dolarów i wszystko to oddałem do Rostowa koledze Salezjaninowi, bo jak wspomniałem intencja Biskupa była, by pomoc z Włoch szła na rostowski kościół.

 

Owoce duchowe

 

Ja miałem inną satysfakcję: spotkałem wiele ciekawych osób: filozofa del Asta i jego żonę Marę, cały zespół redakcyjny gazety “Nowa Europa” a zwłaszcza najmłodszą dziennikarkę Delfinę, która mi przypominała moje parafianki, Ormianki i siostrę Giovannę, która za dwa lata poprosiła o pomoc w adopcji dziecka z Rosji. Rodzona siostra Giovanny była bezpłodna i szukała możliwości adopcji w Rosji. Napotkałem też pewną siostrę, która prowadzi akcję rehabilitacji narkomanów. Siostra ta trochę mnie zdenerwowała, bo lekceważąco odniosła się do sprawy, o której na tej samej mszy świętej mówiłem czyli do misji. Mimo słabej znajomości włoskiego pojąłem jak krzyczała do ludzi, że obecnie najważniejsza misja nie jest gdzieś w Rosji za granicą ale w samych Włoszech i że są to narkomani. Owszem czuło się, że ma charyzmat, zazdrościłem jej, bo sam nie potrafiłem tak płomiennie głosić i tak przekonująco w tej sprawie dla, której przyjechałem. To była bardzo potrzebna konfrontacja dwu różnych światów i stylów głoszenia.

Jednym ze skutków tego wyjazdu była poprawa relacji z siostrą Pawła, która potrafiła kąsać nie tylko księży w Siemionowce ale i swojego proboszcza w tym samym stopniu. Po tej akcji odwiedzin w Alpach do żadnych konfliktów już nie dochodziło, były natomiast przegięcia w inną stronę ale na ten temat wolę pomilczeć.

 

6. Rostów - Skrwilno

 

Lwów - Kraków - Częstochowa - Łódź - Skrwilno - Warszawa - Lwów - Rostów - czerwiec 1994

 

W kolejnej pielgrzymce do Polski pomagała mi siostra Stefania. Odwiedziliśmy dużo więcej miejsc niż rok wcześniej. Żadnych biznesmenów na ten raz w grupie nie było.

Do Kijowa nie zajeżdżaliśmy. Mieliśmy natomiast tym razem zapewniony nocleg we Lwowie. Zaplanowałem podróż w ten sposób, żeby trafić na odpust św. Antoniego.

 

W drodze do rodzinnej wioski

 

Po odpuście jeden z parafian pokazał nam drogę na dworzec autobusowy a stamtąd jechaliśmy do Przemyśla. W Krakowie po raz kolejny spotkałem średniego brata. Nie było to długie spotkanie ale nad wyraz pokojowe. Przyszedł punktualnie na wyznaczone miejsce koło pomnika Mickiewicza. Posiedzieliśmy chwilkę w kościele mariackim, tam zaśpiewaliśmy Anioł Pański, bo było południe.

Dalej była Kalwaria tradycyjnie, Częstochowa, Łódzkie Łagiewniki, gdzie jako kleryk spotkał nas Darek Harasimowicz. Nocą na dworcu kolejowym w Rypinie obrażał naszą grupę pewien pijak. Były odwiedziny w domu u rodziców i świadectwa w kościele, które tłumaczyłem. Pielgrzymami byli głównie parafianie z Taganrogu oraz dwie malarki rostowskie Natasza i Ola. W imieniu parafian córka Marusi przemówiła po polsku. Resztę świadectw tłumaczyłem z rosyjskiego. Sam od siebie mówiłem niewiele, bo i bez tego było bardzo wzruszająco. Zahaczyliśmy pewnie o Warszawę ale tego epizodu podróży nie pamiętam niestety. Powrót musiał być przez Przemyśl i Lwów. Coś mi  miga w głowie, że Przemyśl tez zwiedzaliśmy.

 

7. Rostów - Polska  - Grodno

 

pożegnalna pielgrzymka autobusowa przed nowicjatem lipiec 1995

 

Najdłuższa pielgrzymka po Polsce i najliczebniejszą to była ta właśnie do Polski w 1995-m roku. Autokar był świetny, kierowcy, tacy sobie. Poprosili malutką zapłatę za tydzień pracy 350 dolarów na dwie osoby. Póki pobyt trwał a napięcie rosło, suma podskoczyła do 500 i to z mojej własnej inicjatywy. Jak zwykle w takich sytuacjach miałem dokładnie tyle pieniędzy ile trzeba ani grosza mniej ani więcej. Płaciłem przecież sporo za benzynę, zwłaszcza po terenie Polski.

 

Oszałamiająca trasa

 

Zrobiliśmy przecież w bardzo krótkim czasie oszałamiającą trasę: Warszawa, Niepokalanów, Toruń, moja wioska Skrwilno, Licheń, Częstochowa, Kraków, Rzeszów, Radzyń Podlaski, Białystok.

Dwa razy moi parafianie odwiedzali radio i brali udział w audycjach. To było w Niepokalanowie i w Toruniu. W obu wypadkach byłem tłumaczem. Ponownie w Skrwilnie ludzie dawali świadectwa. Gdy się kończyła pielgrzymka kierowcy mi pokazali na liczniku, żeśmy zrobili pętlę po kraju niemal 2000 km. Do przygód jakie pamiętam należy poszukiwanie 12-letniej dziewczynki, która nam zagapiła się na Kalwarii Licheńskiej i cała grupa 44 osób szukała jej ponad godzinę.

Inna przygoda polegała na tym, że w Częstochowie zgubiliśmy średniego brata, który miał razem z nami jechać do Krakowa.

 

Sentymentalne pożegnanie

 

Ostatni romantyczny akcent podróży to odwiedziny w rodzinnym miasteczku siostry Pawły. Podobnie jak moja wioska i Radzyń w  przyjęcie gości bardzo się zaangażował. Byliśmy owszem sporo czasu w stolicy Podlasia, jak czasem nazywany bywa Białystok. Ludzie ujrzawszy tak wiele chcieli nareszcie zrobić zakupy. Chodzili tak długo po rynku na Bema, że zaczynałem się niecierpliwić. O noclegi zadbały siostry Misjonarki św. Rodziny. Było to konieczne, bo spóźniał się również mój zastępca na parafii w Batajsku o. Jacek Soroka, którego z trudem odszukałem przez telefon. Na szczęście zapewnił mnie, że już jest w drodze i że z rana przyjedzie. Przyjechał owszem w południe ale jak wspomniałem parafian to nie zmartwiło. Cieszyli się, że mogą zrobić zakupy.

Pożegnanie z grupą było w Grodnie we Franciszkańskim Kościele. Wszyscy bez względu na towarzyszące pielgrzymce nerwy czy zaszłości z trzech poprzednich lat ustawili się w kolejkę jak do komunii świętej by mnie po bratersku mocno uścisnąć. Żegnałem się z ulgą i z nadzieją, że spotkamy się za rok, los sprawił, że to trwało znacznie krócej.

 

8. Warszawa - Fatima

 

lipiec 1995 -

 

Mimo, że na rok opuszczałem misje w Rosji to jednak biskup Kondrusiewicz zakwalifikował mnie do reprezentacji, która z jego Administratury miała jechać do Portugalii na swego rodzaju rekolekcje fatimskie i jednocześnie kursy.

 

“Pielgrzymkowa kuchnia”

 

Stary Werbista niemiecki, który większość swego życia spędził w Fatimie oprowadzał delegację 50 kapłanów z całego byłego ZSRR po miejscach związanych z dziećmi fatimskimi. Przelot z Warszawy organizowali ojcowie pallotyni. Wszystko było za darmo a mimo to trzeba było odprawić jakąś solidną ilość intencji. Teraz już nie pamiętam czy 60 czy więcej. Minimum 2 miesiące trzeba było tę wycieczkę “przemadlać“. Ponieważ intencji mszalnych wielu z nas nie ma w Rosji, to nie było wielkim kłopotem. Dla mnie natomiast w nowicjacie stanowiło pewien ciężar, bo byłem na parafii, gdzie ciągle były nadwyżki intencji i proboszcz miał ze mną kłopot, nie mógł mi nic dać do odprawiania, przez to czułem się swego rodzaju darmozjadem. Tak to zwykle jest w zakonach, że jeśli przyjechałeś w gościnę do jakiegoś klasztoru to formą wdzięczności jest odprawienie miejscowej intencji, za którą ktoś już wniósł ofiarę i przez to klasztor ma  fundusz na utrzymanie takiego gościa.

Wróćmy jednak do Fatimy.

 

Dygresje

 

Dzięki tej przygodzie po raz trzeci i czwarty w życiu siedziałem wewnątrz samolotu.

Są osoby, które przeżywają stres w takich chwilach. Zwłaszcza przy starcie i lądowaniu. Ja jednak na odwrót, zwłaszcza przy starcie mam poczucie euforii. Gdy chodzi o ten konkretny rejs, gdzie wszyscy byli pielgrzymami to po raz pierwszy w życiu usłyszałem przy lądowaniu burzliwe oklaski.

Czekał na nas duży autokar, który jeszcze kilkakroć miał nas wozić po kraju.

O trzeciej nad ranem byliśmy w swoich boksach. Te pokoje noclegowe przypominały raczej szatnię w piwnicy, bo nie miały okien a zamiast ścian zwykłe siatki. Było słychać co robią i co mówią pielgrzymi w całym wielkim pomieszczeniu. Tej nocy jednak nic mi nie przeszkadzało. Zasnąłem kamiennym snem. Mój towarzysz niedoli, z którym byłem zakwaterowany za 3 lata miał otrzymać święcenia biskupie. Nazywał się Klemens Pickiel. Nie rozumiał polskiego a wszystkie tłumaczenia z portugalskiego były na polski język właśnie. Była z nami cały czas pewna studentka z Warszawy, blondynka Zosia. Ja dla Klemensa robiłem przekład na rosyjski.

Miałem w tej pielgrzymce ataki kaszlu, które przywiozłem z Kałmucji. Tam panowało w stepie niesamowite zapylenie i wszędobylska ambrozja rosła. Pierwszy raz w życiu dostrzegłem, że jestem podatny na tego rodzaju alergię.

Lekarz sióstr misjonarek w Reszlu radził mi nie wracać do tego klimatu, bo alergia miała oznaki astmy. W autobusie siadałem zwykle na ostatnim miejscu. Kiedy nie trzeba było tłumaczyć i Zosia przychodziła na koniec i musiała patrzeć jak się męczę.

Nawet proponowała jakieś lekarstwa, bo prywatnie miała coś wspólnego z medycyną.

 

Ekspiacja

 

Cały pobyt w Fatimie był dla mnie czasem ekspiacji nie tyle za Rosję co za grzechy własne. Był to też czas duchowej mobilizacji i  przygotowań do nowicjatu. Robiłem wrażenie pobożnego, chodziłem jako jedyny w grupie w  sutannie. Nie było to jednak na pokaz, bo po pierwsze chodzenie w sutannie zawsze mi odpowiadało jeszcze z czasów kleryckich a po drugie taką miałem falę w sercu. Nagły przypływ pobożności spowodowany okolicznościami. Coś podobnego było ze mną w Gruzji, zwłaszcza podczas drugiego pobytu w tym kaukaskim kraju.

Wstawałem wcześnie, bo jako pierwszy szedł do kaplicy ksiądz Klemens a szedłem ostatni, bo najdłużej siedziałem na “ślizgawce” czyli marmurowej dróżce wiodącej z górki czyli z okolicy naszej noclegowni przy początku wielkiego fatimskiego placu aż do samego dołu czyli Cova da iria, gdzie stała kapliczka z cudowną figurą i płonęły świece pod specjalnie do tego przeznaczoną ścianą za kaplicą.

Na tej ślizgawce modliłem się tak długo i szczerze, że nie uszło to uwagi pewnego włoskiego księdza, z wyspy Alby. Przyszedł on pewnego dnia mi to wyznać a następnie podarował swój sweter i różaniec. Skorzystałem z okazji i u niego właśnie odbyłem spowiedź generalną. Była to dobra okazja, by ostudzić jego zachwyty na mój temat. Później mieliśmy jeszcze okazję na pogawędki, z których pozostały mi w głowie jego natrętne żale na kapłanów z Polski, których ten ksiądz spotykał we Włoszech w bardzo dziwnych sytuacjach. Stworzył sobie przez to wizerunek księdza zdziercy i karierowicza. Owszem nie było mi lekko tych wyznań słuchać.

 

Ciekawostki

 

Zwrócono naszą uwagę, że kiedy nad kaplicą robiono zadaszenie w przeddzień wizyty papieskiej to całkiem przypadkowo okazało się, że drewno zakupione na obszycie dachu było importowane z Syberii i każda deska miała wypaloną gwiazdkę na bocznej ściance.

Prócz Fatimy odwiedzaliśmy Coimbrę, czyli klasztor, w którym mieszka ostatnia żyjąca wizjonerka i miasteczko Nazare nazwane na cześć Nazaretu. W tym ostatnim przewidziana była kąpiel na plaży ale my z Klemensem poszliśmy oglądać kościoły w tym mieście. Za jakiś czas otrzymałem z poczty list z fajnym fatimskim zdjęciem, na którym jesteśmy we dwoje. Niestety nie kolekcjonuję zdjęć więc nie zachowało się ono u mnie. Gdybym je miał, to byłaby miła pamiątka.

Prócz tych pobożnych chwil pamiętam jeden dzień w Lizbonie, który owszem też był pełen przeżyć religijnych, bo mieliśmy “występy” na krajowej mszy telewizyjnej i mnie poproszono, bym czytał na tej mszy ewangelię po rosyjsku. Była wzruszająca wizyta pod kościołem stojącym na miejscu gdzie się urodził święty Antoni a także wycieczka na górę z ogromnym pomnikiem Jezusa. Po tym wszystkim jednak był suty obiad w jakiejś bardzo bogatej restauracji.

Księża jak zwykle opróżniali butelki z winem z ogromną szybkością a zdegustowany Klemens zrobił dziwny komentarz: “nigdy nie myślałem, że polscy księża to sangwinicy”. W ten sposób chciał wyrazić jak myślę swój niesmak spowodowany głośnym rechotem w trakcie obiadu. Kolejny raz musiałem się zetknąć z krytyką polskich kapłanów. Nie miałem jednak nic na ich obronę prócz osobistej abstynencji.

 

Narodowe przywary

 

Zawsze sobie w sercu tłumaczę, że pijaństwo nie jest cechą narodową Polaków ale skutkiem zniewolenia. Rozpijano nas przecież sztucznie  we wszystkich trzech zaborach z jednakową determinacją. Nasza wina polega na tym, że zbyt mało sobie to uświadamiamy i wciąż za mało z tym walczymy na swoim własnym podwórku. Również w chwilach uroczystych. Nie nie wszyscy jednak obecni byli Polakami. Większość księży dawnego ZSRR ma polskie korzenie ale wśród obecnych byli też Niemcy, dwaj bracia Messmer Mikołaj i Otto. Owszem starali się być blisko nas, rzeczywiście mniej pili albo wcale i też mieli miny minorowe jak Klemens. Podczas tej pielgrzymki to byli moi najlepsi koledzy. Oni akceptowali moją abstynencję i nie śmieli się z tego, że chodzę w sutannie. Po raz pierwszy w życiu odczułem pewien dyskomfort z tego powodu, że jestem Polakiem. Wcześniej jakoś nie rzucało mi się w oczy to co tak trafnie Klemens dostrzegł. Wypowiedział jednak swoją krytykę tak delikatnie, że można to było przyjąć za komplement. Ja jednak nie komentowałem, bo sam byłem zdegustowany.

 

Pragnienie świętości

 

Jak już wspomniałem byłem na całkiem innej fali, nie ciekawiła mnie turystyka ani rozrywki. Chciałem z Fatimy przyjechać święty, bo czułem się w przeddzień zbrukany i wypluty. Przez 3 lata pobytu w Rosji sporo z moich kapłańskich ideałów ucierpiało i potrzebowałem jakiegoś impulsu. Fatima to był strzał w dziesiątkę. Obecność Klemensa i braci Messmer to był podarunek losu. Podobnym podarunkiem byli dla mnie ksiądz Gunczaga Słowak i Bronisław, mój dziekan. Oni wspólnie z Klemensem i ze mną tworzyli delegację biskupa Kondrusiewicza. To byli solidni ludzie. Słyszałem w kółko przez siatkę jak czytają wspólnie brewiarz  i jak prowadzą pobożne rozmowy. Ci ludzie również bez wątpienia byli “na fali nawrócenia i uświęcenia”.

Piąty był ksiądz proboszcz Zaniewski z Moskwy ale nie pamiętam czy dotarł.

Miał zdaje się jakieś trudności. Być może nie dostał wizy na czas, lub nie miał w parafii moskiewskiej koniecznego zastępstwa.

 

9. Lublin - Batajsk

 

Miedniewice - Białystok - Donieck - Rostów - Moskwa - Grodno - Miedniewice - luty 1996

 

Pewien pastor miał kazanie o ryzyku. Nazwał je nawet “hazardem dla Jezusa”. Pierwszymi, kto ryzykowali swoje życie i przyszłość mieli za nic byli ci co poszli śladami Apostołów. Takim hazardzistą byłem również ja, kiedy ulubione zajęcie czyli misje opuściłem z nadzieją, że uda mi się na nie wrócić we Franciszkańskim habicie.

 

Hazardzista w habicie

 

Naczytany od dziecka o Maksymilianie o jego porywających podróżach po świecie dla Maryi miałem cichą nadzieję, że się czegoś u Franciszkanów nauczę, bo źródełko było niemal puste. Nie wiedziałem jak dalej żyć na misjach. Owszem te pół roku w zakonie otwarło mi oczy na wiele rzeczy. Poczułem się silny na tyle, żeby podjąć kolejne ryzyko: powrotu na misje “bez habitu”. Podróż do Doniecka była dla mnie sprawdzianem na ile jestem mocny…

Owszem, dotarłem i to nawet w habicie. Jeden jedyny raz w życiu odwiedziłem Rosję niemal dwa miesiące po obłóczynach. Nie miałem płaszcza choć była zima ani torby, ani kanapek na drogę. Troszeczkę pieniędzy jakie dostałem w Białymstoku, całkiem przypadkowo.

Patrzyłem na świat oczami człowieka, który nagle odzyskał wolność ale nie stracił nic z tej miłości do ulubionych zajęć czyli do włóczęgi, która mnie wcześniej tak wycieńczyła. Ona we mnie odżyła na nowo.

 

“Rozmowy niedokończone”

 

W Białymstoku byłem za zgodą mistrza nowicjatu i na prośbę sióstr Misjonarek. To było 50-lecie śmierci błogosławionej Bolesławy ich założycielki. Tam w Białymstoku siostra Bożena po uroczystościach w kościele św. Rocha zabrała mnie na ul. Stołeczną. Miały tam być “Rozmowy Niedokończone” dla Radia Maryja, w których uczestniczyłem do późna w nocy. To było wyróżnienie dla młodego księdza. Pośród zaproszonych do rozmów byłem traktowany jako gość honorowy i nawet czytałem wiersz Bolesławie poświęcony. Bardziej jednak niż ta popularna audycja ważna była rozmowa z Bożeną. Ona objęła w tym czasie funkcje wice prowincjalnej na Wschodzie i spędziła sporo czasu w mojej parafii, którą oddałem na rok w ”dzierżawę” braciom Franciszkanom, na czas nowicjatu.

Powiedziała krótko i węzłowato: “księże wracać, parafia ginie i w tej sytuacji trzeba będzie siostry zabrać”.

 

Lubelski Dworzec

 

Mądrej głowie dość po słowie, następnego dnia z rana już byłem w drodze do Lublina. Z tamtych okolic pochodził jeden z braci jaki mnie zastępował ale prysnął z placówki i ślad po nim zaginął. Miałem plan, by pogadać z rodzicami i znaleźć go jakimś cudem, prosić by do parafii wrócił. Intuicja jednak i strach, że to nic nie da popchnęły mnie do innej decyzji. Opatrznościowo szukając autobusu do wioski Góra ujrzałem autokar z napisem Donieck.

To miasto na Ukrainie zaledwie 200 km od Rostowa i Batajska, czyli rzut kamieniem.

Moje rozterki prysnęły, zyskiwałem niemal 2 doby do namysłu. Tyle zwykle trwała podróż na Don. W mojej głowie odbywała się “burza mózgu”, tak mówią Amerykanie. Rosjanie mówią w takich chwilach: “dach legi”. Polacy po prostu: “czacha dymi”.

 

Było nie było…

 

W tych czasach nie mając dowodu osobistego starym rosyjskim nawykiem zawsze przy sobie miałem zagraniczny paszport z rosyjską rejestracją. Mówiłem sam sobie: “raz kozie śmierć, jeśli wola Boża bym szybko do Rosji dotarł, to mnie przepuszczą przez granicę, jeśli nie ma na to woli Bożej, to po prostu mnie wysadzą”. Po raz drugi w życiu zaryzykowałem wyjazd do Rosji bez pieczątki AB co było całkowitą kpiną z przepisów granicznych dawnego ZSRR. Już wtedy niektórzy Polacy robili sobie wizy ale pieczątka służbowa AB była nadal. honorowana. Była wydawana w każdym urzędzie paszportowym. Widząc sutannę urzędnicy nie robili nigdy trudności. Dla kapłanów taka pieczątka była dobrym argumentem i najprostszym sposobem do podróżowania po dawnych krajach ZSRR. To była pieczątka “służbowa”. Takie przepisy obowiązywały aż do wstąpienia Polski do Unii i wzajemnych wiz. Naprawdę tego dnia, a był to 31-szy stycznia 1996-go roku nie miałem ani wizy ani pieczątki AB. Nie miałem nic co by mnie uprawniało do przekroczenia granicy.

Autobus jechał przez Chełm - Dorohusk. Tam właśnie przekroczyliśmy Bug. Polacy dość pilnie sprawdzali autobus pełen Ukraińców. Mój paszport ich nazbyt nie ciekawił. Kto wie może  bardziej ich interesował mój habit. Celnicy po stronie ukraińskiej to również zignorowali albo nie dostrzegli. Może im wystarczyło, że mam ważną pieczątkę z rejestracją w Rosji…

 

Dwudniowa podróż

 

Półtora doby zajęła mi podróż bezpośrednim autobusem z Lublina do Doniecka.

To był chyba zwykły Ikarus, pamiętam, że zająłem jedno z ostatnich miejsc z lewej strony ale nie od szyby, tam już siedziała parę lat starsza blondynka, która jak wszyscy w autobusie była z Ukrainy i wiozła towar z Polski na handel. Ja byłem jedynym Polakiem i to bez bagażu.

Pani nie zadręczała mnie pytaniami ani rozmową. Mozę się krępowała człowieka w habicie. Dopiero niedaleko Połtawy, po całodobowej podróży przerwała milczenie i poczęstowała jabłkiem. Ja to  jabłko dowiozłem do Rosji…

Z Doniecka dojechałem późnym wieczorem do węzłowej stacji Jasinuwata.

Tam zamarzłem na kość. Moje pantofelki nie były przystosowane do tych mrozów trzaskających jakie wyjątkowo tego roku opanowały południe  Ukrainy i Rosji.

Przez chwilę poczułem się strasznie bezradny i głupi. Gorący jednak wagon przelotowego pociągu z Moskwy do Rostowa rozgrzał mi kości.

 

Drugi cud graniczny

 

Po raz kolejny czekała mnie kontrola graniczna.

Tym razem byłem jedynym pasażerem z zagranicznym paszportem.

Nie pamiętam szczegółów ale wygląda na to, że celnicy i tutaj niczego nie dostrzegli. Miałbym spory kłopot z wracaniem do Polski, gdyby coś wywąchali. Był to jednak taki czas, że na Polaków patrzono z przymrużeniem oka.

Do Rostowa więc szczęśliwie dojechałem.

Przekonałem się o prawdziwości słów siostry Bożeny, ponadto ponowna wizyta na Kaukazie wywołała we mnie tak wiele emocji, że nie było praktycznie żadnych wątpliwości co robić dalej. Biskup w Moskwie nie zdziwił się widząc mnie u siebie. Nie robił też żadnych kłopotów przełożony Franciszkanów o. Grzegorz Cioroch.

Ostatnia trudna wizyta w Białymstoku u ordynariusza poszła również jak z płatka.

Pozostawało tylko oddać habit i pożegnać się z mistrzem nowicjatu oraz zdobyć środki dożycia na zadłużonej  parafii.

 

10. Miedniewice - Rostów

 

Komorów - Wilno - Mińsk - Moskwa - Rostów - luty 1996

 

Ta kolejna przygoda i podróż do Rostowa w połowie lutego przez Komorów i Wilno była skutkiem poprzedniej. Siostry wysłały do Miedniewic jakiś stary samochodzik, bo wiedziały na bieżąco co się dzieje. W tym czasie kończyły się doroczne rekolekcje, na których była przełożona z Batajska. Była bardzo zadowolona, że wracam.

To ona ustaliła trasę powrotu przez Wilno co mnie niesamowicie cieszyło.

 

Euforia

 

Ta wizyta wprawiła mnie w euforię, bo to miasto w cieniu którego rosłem jako kleryk mieszkając w Białymstoku. Niezaprzeczalna duchowa stolica dla Białostoczan w tej samej mierze co dla mieszkańców zachodniej Białorusi.

Podróż przez Oszmiany i Mińsk, to dodatkowe wzruszenia i wspomnienia.

Podobnie krótki pobyt w Moskwie. Trafiłem tam po raz pierwszy w sytuacji kiedy

Zwracano już pomieszczenia pod sufitem i atmosfera modlitwy na Małej Gruzińskiej była całkiem inna niż w śmierdzących smarami pomieszczeniach na parterze.

To był dzień pierwszych objawień Faustyny - 22 luty, kazanie Biskupa było o wierności katedrze św. Piotra. Akurat trwało zebranie dekanalne. Nigdy tak żywo nie uczestniczyłem w sprawach ogólno diecezjalnych. Dotąd byłem zapatrzony w swoją parafię i dużo mniej na Kaukaz. Do wszystkich napotkanych misjonarzy miałem stosunek super pozytywny. Niemal miesiąc trwała moja kolejna głodówka. Kolejne kilka miesięcy aż do Wielkanocy żywiłem się sokiem z owsianki, który mi siostra Teresa gotowała 3 razy na dzień. Tym sposobem przetrwałem najtrudniejsze dni ponownej adaptacji. Mało tego, gdzieś tam w niebie tę modlitwę wyraźnie przyjęto, bo dwie stare parafie w Batajsku i Taganrogu, gdzie było niemal pusto, z dnia na dzień zapełniały się ludźmi. Mało tego, ruszył proces organizacji i rejestracji 3 nowych wspólnot: Azowa, Leningradzkiej i Wołgodońska. Wiele by o tym mówić.

 

11. Rostów - Warszawa - Rostów

 

- Parafiada czerwiec 1996

 

Ważne sprawy i osoby

 

Jedną z ważnych spraw jaką załatwiłem opuszczając nowicjat było zawarcie osobistej znajomości z prof.. Stelmachowskim, który mnie skierował i rekomendował opiece pani Agnieszki. Ta z  kolei skierowała mnie do o. Józefa Jońca, pijara. Ten serdecznie zapraszał na Parafiadę i pomógł zdobyć na ten cel fundusze. Ten kapłan zginął 10 kwietnia 2010-go roku pod Smoleńskiem. Moja opowieść parafiadowa jest formą wdzięczności za jego opatrznościową pomoc i zawsze dobre serce.

Profesor Stelmachowski jest również po drugiej stronie “oceanu życia”. Nie często zdarza się spotykać tak szlachetnych ludzi w tak krótkim czasie i w jednym miejscu jak to mi się wtedy udało tamtej zimy.

 

Moja pierwsza parafiada

 

Pieniądze wydawał mi młody urzędnik o nazwisku Bućko. Zapamiętałem, bo dużo takich nazwisk spotyka się zarówno na Wileńszczyźnie, Grodzieńszczyźnie jak i w Białymstoku. To były grosze tym niemniej z nowicjatu wracałem z nadzieją, że można coś pożytecznego zrobić dla młodzieży, która pod moją nieobecność w parafii się rozbiegła. Pieniądze wydałem na robienie  paszportów dla kilkunastu dzieci. To trwało sporo czasu ale do czerwca zdążyliśmy.

Najwięcej było dzieciarni z Taganrogu i z Batajska. Miałem dwu opiekunów: Józefa Czałabowa i panią Szyszko.

 

Bogaty młodzieniec

 

Wyjazd był wielkim sukcesem sportowym i moralnym. Na dodatek udało mi się wzbogacić grupę o kleryka z Tarnowa, którym był diakon Kita. Miał on przypadkowo potrzebną pieczątkę AB i kilka dni wolnego. Miałem nadzieje, że ten pobyt wzbudzi w nim i tak żywe zainteresowanie Wschodem jakie przejawiał w rozmowach ze mną w trakcie Parafiady.

Owszem, odnalazłem go po dwu latach na parafii w Limanowej.

Potwierdził, że wybiera się na misje ale nie prędzej niż za 3 lata.

Styl naszej rozmowy i treść doprowadziły mnie do szczerych łez. Na moich oczach rozgrywała się po raz kolejny scena rozmowy z “bogatym młodzieńcem”, który miał już zbyt wiele do stracenia, żeby pójść za Jezusem bez kompromisów i od razu.

Po powrocie ks. Edward zaskoczył mnie jeszcze bardziej. Okazało się, że na oba listy jakie pisałem w lutym w sprawie dofinansowania na samochód i na dom parafialny w Taganrogu dostałem pozytywną odpowiedz.

Zapowiadały się bardzo ciekawe dni w moim życiu.

 

12. Rostów - Niemcy

 

Komorów - Wrocław - Monachium - Koenigstein - Warszawa

z Ks. Edwardem wrzesień 1996

 

Podróż nasza wspólna do Bawarii i Westfalii przebiegała z wieloma przygodami i przystankami. Na początek byliśmy w Warszawie u przełożonych ks. Edwarda na Pradze w kościele na ul. Kawęczyńskiej. Potem odwiedziliśmy Komorów gdzie znajdował się dom Generalny naszych sióstr. Następnie pojechaliśmy na Śląsk.

Smutne urodzinki

 

Jak wspominałem u progu swej pracy w Rostowie dostałem list polecający do ordynariusza z Opola. Arcybiskup Kondrusiewicz prosił o wsparcie i partnerstwo diecezji Opole z parafią w Rostowie. Nie wyszło z tym partnerstwem, bo zabrakło mi talentów dyplomaty. Drogą listowną się nie dało, telefonu w parafii nie miałem. W Polsce bywałem zbyt rzadko, by się biskupowi z Opola umizgiwać, więc on o mnie zapomniał. Ostatnią próbę podjęliśmy wspólnie z księdzem Edwardem w drodze do Niemiec. Zjawiliśmy się na urodziny ks. Mikołajca. Tam miał być biskup i okazja do rozmowy. Biskup owszem był, opowiadał o swej wizycie w Korei ale nas nie dostrzegł choć nas przedstawiono kim jesteśmy. Skoro on nie dostrzegł to i kurialiści zignorowali, mimo, że ks. Edward bardzo się starał.

Mogę tylko się domyślać, że takich obieżyświatów ze wschodu ci syci kurialiści widzieli już wielu i mieli dobrze wypracowany immunitet. Plebania na małej śląskiej wiosce wcale nie prezentowała się gorzej niż plebania dziekana pod Stuttgartem w jakiej mieliśmy spędzać zimowe ferie 1998-go roku.

 

Pożyteczne natchnienia u Edyty Stein

 

Z Opola machnęliśmy do Wrocławia, gdzie znajomy ks. Edwarda poinstruował nas jak mamy się zachowywać w Monachium i w Koenigstein prosząc o wsparcie w niemieckich organizacjach humanitarnych i w parafiach. To był zimny prysznic. Młody salezjanin, który spędził w Niemczech kilka lat na studiach zapewnił nas, że pragmatyczni Niemcy będą z nami gadać jedynie mową konkretów. Na przyjacielskie gesty i rozmowy nie mamy co liczyć. Dla mnie było ważne,  że ta wizyta była okazją do odwiedzin w rodzinnej parafii Edyty Stein a dokładniej kościoła, który przylegał do okolicy, w której Żydówka Edyta spędziła dzieciństwo i mogła z oddali widywać ten kościoł. Teraz jest w kruchcie pomnik w postaci otwartej księgi przypominający jej życie i męczeństwo.

 

Udany pobyt

 

Pobyt w Niemczech nie był taki straszny jak go nam malował młody Salezjanin. Owszem psuł nam się samochód, było moc przygód we Freisingu, jeszcze więcej Dortmundzie i w Koenigstein. Tym niemniej na przyszłość nauczyliśmy się jak działać  i nasze wspólne wyjazdy do Niemiec stały się tradycją.

Bardzo polubiłem te rekolekcje w drodze jakich mi udzielał mój starszy kolega.

Jedyny zgrzyt jaki pamiętam miał miejsce w Koenigstein właśnie. Zabłąkaliśmy się, chciałem zapytać o drogę a kobieta, do której kierowałem rozpaczliwe słowa pod nosem zamknęła automatycznie szybę jakby ujrzała diabła.

Nadąsany wróciłem do samochodu a Edward rzucił mi łagodnie: “nie przejmuj się, lepiej popatrz na jej tablice”. Spojrzałem. Na ten raz to ja miałem uczucie jakbym ujrzał diabła. Na luksusowym samochodzie widniały jakieś litery i trzy cyfry arabskie: 666. Kobieta za kierownicą była młoda i piękna ale oczy pełne lodu i powieki pokryte makijażem czarnego  koloru!

 

13. Hiszpania

 

Warszawa - Madryt - Warszawa - Rostów październik 1996

 

Miałem w kieszeni bilet na samolot do Hiszpanii, który kupiły mi siostry, wydał mi się jednak nazbyt drogi toteż poszliśmy razem z ks. Edwardem go oddać i poszliśmy na Dworzec Centralny kupić bilet na autobus, który był o 5 razy tańszy. Trzeba było jechać nim półtora doby ale to mnie nie zmartwiło, bo dla mnie był to ciąg dalszy rekolekcji w drodze.

 

Rekolekcje w drodze

 

Nie przyjmowałem żadnych pokarmów, nie odwiedzałem toalety. Jak siadłem na ostatnim siedzeniu tak bez ruchu niemalże dotrwałem zwinięty kłębek podobny do embriona całą tę drogę. Słuchałem przez nauszniki jakiejś muzyki z walkmana, który wypożyczyli mi zaprzyjaźnieni klerycy jezuici z Rakowieckiej.

Jedyną rozrywkę stanowiły dla mnie rozmowy z pewną karmelitką, która na drugi dzień dostrzegłszy mój stan podeszła i młodzieżowym slangiem zapytała: “księdzu co się dzieje”. Opowiedziałem jej swoje troski i zwaliłem wszystko na karmelitów właśnie, którzy porzucili parafię i nie chcą mi pomagać. “Kiedy to było” zapytała. Sto czterdzieści lat temu powiedziałem z poważną miną. Karmelitka wybuchła śmiechem a potem rzeczowo spytała, czy zgłaszałem chęć przekazania parafii karmelitom. Przyznałem się, że nie, bo w takich  sytuacjach robi to zwykle biskup a ten jest nazbyt zalatany. Nie miałby jednak nic przeciw, dodałem. “Skoro tak, to niech ksiądz obowiązkowo idzie na Aleje Racławickie i pokaże wszystkie papiery, ja natomiast będę się w tej intencji modlić”. Siostra miała na imię Serafina. Zakon ją wysłał z Częstochowy na kurs językowy, bowiem w Częstochowie zjawiało się wtedy wielu pielgrzymów z Hiszpanii i potrzebny był w klasztorze tłumacz. Nigdy przedtem ani potem jej nie spotkałem, ale wszystko się odbyło tak jak się umówiliśmy. Parafię rzeczywiście na kilka dobrych lat przyjęli do obsługi karmelici z Racławickiej a ja miałem czas wytchnienia i możliwość wyjazdu na Syberie. Nawiasem mówiąc. Oni również przewędrowali z Taganrogu w tym samym kierunku.

Jak tu po tym wszystkim nie ufać Bożej Opatrzności.

Wystarczyło, żebym poleciał komfortowym samolotem i moje losy potoczyłyby się całkiem inaczej!

 

Pierwszy madrycki spacerek

 

Hiszpanie czekali mnie na dworcu ALSA w samym środku miasta. W seminarium trwały remonty i niedzielę klerycy spędzali w domu. Nie wiem dlaczego ale mój pokój wciąż nie był gotów więc mnie przeproszono, że muszę do wieczora pochodzić sobie po mieście. Nie miałem nic przeciwko. Byłem głodny, nie tyle jedzenia co przygód. Owszem byłem zaziębiony ale to odczułem dopiero na 3-ci dzień pobytu.

Odwiedziny zaczęliśmy od katedry Al Mudena(po hiszpańsku “zamurowana“).

Nazwa katedry nawiązuje do legendy, że figura jaka zachowała się w czasach dominacji arabskiej w jakimś kościele zamienionym na meczet przetrwała dzięki temu, że była “zamurowana” właśnie w jakiejś niszy kościelnej. Potem trafiła do katedry. Dziwiło mnie, że przez kilkaset lat Madryt nie doczekał się dużej katedry w czasach rozkwitu imperium. Budowę ogromnego obiektu podjął generał Franko i zakończono ją dopiero po jego śmierci. Gdziekolwiek bym się nie ruszył napotkałem kolejne pamiątki związane z tym nazwiskiem. Katolicy mają owszem do niego szacunek ale okazuje się, że ten człowiek zbrzydził dla wielu Hiszpanów religię swoją nadmierną i pokazową pobożnością. Każdego dnia z rodziną odmawiał różaniec, dzień zaczynał od Mszy świętej. Za jego czasów we wszystkich uniwersytetach musiała być kaplica a najlepiej duży kościół studencki. Owszem kościół poniósł wielkie straty przez 3 lata rządów Republikanów ale dziś ponosi jeszcze większe na skutek tej pokazowej religijności, którą od połowy lat siedemdziesiątych skutecznie wyśmiewają socjaliści z komunistami, bowiem paradoksalnie udało im się powrócić do władzy bez przelewu krwi.

To wszystko miałem się dowiedzieć troszkę później.

 

Niespodziana audiencja

 

Tymczasem wchodząc do katedry spotkaliśmy cygankę, która na mój widok zamiast prosić o pieniądze powiedział aż trzy rzeczy: “musisz księże więcej jeść, więcej spać i lepiej się odżywiać”. Wychodząc z katedry napotkaliśmy kardynała Ruoco Varela samotnie defilującego po placu, tak jakby na nas właśnie czekał. Kardynał w tym momencie był świeżo naznaczonym biskupem Madrytu, bez kardynalskiego tytułu, dystynkcji i manier. Zachowywał się bardzo bezpośrednio i o wszystko mnie wypytał z pomocą kleryka Carlosa i wolontariusza Enrique.

Ci dwaj bardzo starali się, żeby abp Ruoco mnie przyjął, ale jego sekretarze blokowali sprawę. Magiczne słowa “Rosja, misjonarz” nie robiły na nich wrażenia.

Za parę dni jednego z nich miałem spotkać przypadkowo w kurii w kuluarach. Moi klerycy poszli szukać jedynego urzędnika, który się zgodził ze mną pogadać a ja byłem sam w korytarzu. Napotkany sekretarz zaproponował mi kawę i zaczął po angielsku podpytywać. Za parę tygodni ten sam człowiek dostał nominację na ordynariusza w Toledo. Takie przypadkowe historie bardzo się podobały klerykom i wolontariuszom, którzy mnie zaprosili.

 

Świadectwa i zbiórki

 

Schemat mojego pobytu w Hiszpanii miał w jakimś sensie przypominać moje podróże po diecezji Bergamo. Wtedy jednak organizował je kapłan, który miał w diecezji autorytet. Tutaj jednak sprawą zajęli się studenci i klerycy, z którymi mało kto się liczył. Trzeba jednak oddać hołd ich wysiłkom. Starali się jak mogli. Rezultat przeszedł oczekiwania. Pierwsza impreza w jakiej uczestniczyłem miała miejsce na przedmieściach w parafii wolontariusza Ramona. W tej parafii pracował kilka lat jako katecheta wolontariusz Enrique i on mnie zapoznał z wikariuszem a jednocześnie opiekunem niższego seminarium. Pozwolono nam po Mszy pokazać slajdy w parafialnej świetlicy. Tłumaczem z angielskiego był Ramon właśnie. Po prelekcji były ofiary.

Wedle tego systemu zorganizowano mi w ciągu tygodnia około pięciu spotkań.

 

Stara stolica

 

Emilio Benedetti załatwił mi jeden dzień odpoczynku w Toledo. Enrique go  nie lubił i złościł się na to, że ten Katalończyk we wszystko się wtrąca. Ci dwaj panowie mieli różną wizję Hiszpanii, kościoła i różne światopoglądy. Henrique był i jest patriotą brat Emilio kosmopolitą. Katedra w Toledo spodobała mi się. Tam odszukałem kaplicę w której raz w miesiącu odprawiana była msza święta w rycie mozarabskim. Spacerowaliśmy bez celu po wąskich ulicach starej stolicy. Emilio pokazywał mi jakiś stary zamek zamieniony na szkołę kadetów, w którym zginęło wielu patriotów z rąk komunistów w latach wojny domowej. Na tej przejażdżce byliśmy jakimś stareńkim samochodem. Woził nas pewien emeryta znajomy Emilio. Pewien przypadkowo napotkany prałat przyniósł mi swój płaszcz dowiedziawszy się kim jestem. Pewnie odniósł podobne wrażenie jak cyganka. Ja natomiast nie przestawałem w sercu dziękować dla tego starego braciszka Jezuity za pomysł wakacji w Hiszpanii, bo rzeczywiście w tym czasie potrzebowałem wytchnienia.

 

Inne wrażenia i dygresje

 

Wśród nazw krąży mi po głowie osiedle Mostoles, tam była jedna z prelekcji i wspólne party na którym poczułem się źle. Podano mi szklankę mleka i jakieś tabletki. W wolnych chwilach słuchałem sobie muzyki Enya, którą mi przyniósł Carlos. Jedna z prelekcji była również dla kleryków. Widziałem, że są mi życzliwi.

Na pożegnanie kupili mi nową sutannę. Nie wiem jakim cudem udało im się ją kupić, bo dostrzegłem ze smutkiem, że ani klerycy ani profesorowie sutanny nie używali. Podobnie było też w kurii. Co więcej, bulwersowało mnie, że każdy kleryk ma klucz od drzwi wejściowych i chodzi do seminarium kiedy chce jak do internetu.

Mało tego, na stołówce bez skrępowania palacze palili jak w zwykłej restauracji gasząc pety o talerz. Po terytorium plątało się wiele dziewcząt i kobiet, bowiem przy seminarium był fakultet teologiczny dla świeckich.

 

Zza “żelaznej kurtyny”

 

Poza dwoma wizytami w Taize, jedną w Niemczech z Edwardem i jedną we Włoszech był to mój piąty dłuższy pobyt na Zachodzie. Nie przestawałem się dziwić wielu sprawom. Zobaczyłem to o czym opowiadali nam profesorowie zdawkowo. Zobaczyłem ze zgrozą na własne oczy. To co widziałem jednak nie potrafiłem jakoś uogólnić, żeby wyciągać wnioski i szukać przyczyn.

Po prostu patrzyłem. Byliśmy my ludzie zza “żelaznej kurtyny” nadal pasażerami innego pociągu i nasze twarze z europejczykami spotykały się tylko przez szybę pociągów, które jeździły w odwrotnych kierunkach.

 

14. Belgia - Niemcy

 

Rostów - Bruksela - Monachium - Bruksela - Rostów

z ks. Jurkiem wiosna 1997

 

Niezwykłe powołanie

 

Pierwszy rok pobytu Salezjanina Jurka Królaka na południu Rosji przebiegał bardzo burzliwie. Był to człowiek niezwykły więc inaczej być nie mogło. To o nim właśnie dowiedziałem się od jego rodaków z diecezji siedleckiej(obecnie drohiczyńska - Sokołów Podlaski), że kiedy był małym brzdącem i jeździł na hulajnodze to na pytanie “dokąd Juruś zmierzasz?” odpowiadał wszystkim jednakowo: “do Afryki, do Afryki”!. Trafił on rzeczywiście do Zairu, by 13 latach spędzonych w buszu wylądować w Rosji. Tamten klimat wyniszczył go choć zawsze wspominał go ze wzruszeniem. Jakiś czas wykładał w Petersburgu, potem był wychowawcą w podmoskiewskim Oktiabrsku, nareszcie jednak do stał parafię Nowoczerkask.

Tutaj zajmował się pracami wykończeniowymi i urządzanie plebanii. Wyraźnie go to cieszyło ale martwiły jak wielu z nas braki finansowania.

 

Brat Emilio

 

Zgodził się chętnie na pomysł, by odwiedzić Emilio Benedetti w Brukseli. Jurek miał być naszym koordynatorem Caritas więc się do sprawy wziął rzeczowo.. Jezuita Emilio, przyjaciel Rostowa, obiecał pokazać nam potencjalnych sponsorów.

Historia Emilio warta oddzielnej opowieści więc w kilku słowach opowiem, że jako nauczyciel angielskiego w pewnej katolickiej szkole w Barcelonie załapał się w latach siedemdziesiątych na wycieczkę nauczycieli właśnie. Organizowali ją hiszpańscy komuniści ale ponieważ kandydatów  na egzotyczną podróż było mało chętnie zabrali również Emilio, który choć Jezuita, de facto kapłanem nie był i w podróż udał się bez sutanny. Tam zawarł znajomości, które przetrwały i w czasach pierestrojki zaczął odwiedzać Rostów notorycznie za wiedzą przełożonych. Zaangażował się w bardzo popularne obozy letnie dla dzieci z “lepszych rodzin”. były to obozy językowe dla chętnych podciągnąć swoją wiedzę z angielskiego.

Z czasem niektóre znajomości jakie zawarł Emilio przez lata okazały się przydatne dla parafii i dla organizowanych przy jego pomocy i natchnieniu struktur Caritas Priazowie. Dodam, że mama Emilio była emigrantką z Polski i obywatelką brytyjską a tato jego emigrantem ze Szwajcarii, stąd jego przedziwne podwójne nazwisko Benedetti-Kalitowski. Był niewysoki, sprytny jak Latynosi ale miał on również wybitnie słowiańską fizjonomię. Jego dwaj bracia byli księżmi w zakonie jezuitów. Jeden starszy w USA, drugi młodszy Angelo na misjach w Indiach. Stuletnia mama dogorywała w wieku sto lat na wyspie Majorce. Sądząc po energii jaka go rozpierała grubo po sześćdziesiątce zapewne i on będzie żyć tak samo długo.

 

Podróż do Brukseli

 

Jechaliśmy pociągiem do Moskwy a tam mieliśmy tani lot z przesiadką w Warszawie.

W pociągu rozmawialiśmy tylko po francusku, bo to sprawiało Jurkowi wyraźną radość. Ponadto uważał, że nie ma co ryzykować, że ktoś z Rosjan w przedziale zrozumie o czym gadamy po polsku.

W Belgii Emilio pracował w jezuickim centrum Studiów Europejskich. Powołane one zostało jak tylko w tym mieście zaczęły powstawać liczne centralne instytucje Unii Europejskiej. Smykałką jezuitów mieli być dyplomaci przybywający z różnych krajów. W swojej kaplicy prowadzili oni nabożeństwa narodowe dla kilku diaspor w tym również latynoskiej. Byliśmy z Emilio na jednej takiej Mszy na Popielec. To było niezłe przeżycie. Emilio przedstawił nam paru znajomych wojskowych. Ze dwa razy zetknęliśmy się w przelocie z jego współbraćmi jezuitami ale tak wyglądało jakby to byli ludzie z innej planety i nie znali Emilio i nie dostrzegali, podobnie również jak i nas. Jakbyśmy byli martwi.

 

Dziwna wycieczka do sztabu NATO

 

Odwiedziliśmy pewnego kolegę Emilio, który był Irlandczykiem i miał w sztabie NATO wydział do spraw kultury. Wedle zapewnień Emilio był on nad wyraz pobożny i mądry. Znał też język rosyjski. To miała być zwykła wycieczka ale z jej przebiegu wnioskuję, że dla kolegi Emilio to była zwykła praca. Nna spotkanie zaprosił kilku studentów, którzy wzięli nas przy obiedzie w ogień pytań. Choć odpowiadałem chętnie, bo na temat Rosji nie miałem przed nimi żadnych tajemnic, to jednak czułem, że jestem manipulowany. Czułem wielki niesmak.

Ten pobożny Irlandczyk wydał mi się bardzo wstrętną kreaturą.

Niestety wielu znajomych Emilio, których osobowością on się zachwycał w moich oczach mogli uchodzić za zwykłych drani i oszustów. Niestety taki był światopogląd tolerancyjnego braciszka i zawsze musiałem brać poprawkę słuchając jego zachwytów nad pewnymi ludźmi, że nie wszystko co dla mnie czarne jest czarne dla niego, bo bywało i na odwrót. Podobne różnice światopoglądów dostrzegłem w obcowaniu Emilio i Enrique.

Miałem nieszczęście spotkać go jeszcze raz w Rostowie na lewym brzegu Donu. Ten typek, który zgodnie z zapewnieniami Emilio był w stanie zdobyć dla charytatywnych akcji sporo fundusze rzeczywiście pojawił się tego samego lata w Rostowie. Przywiózł do Rosji worek z używanymi pluszowymi zabawkami, to było wszystko na co tego wysokiego urzędnika było stać. Ja natomiast niewątpliwie z jego powodu potem byłem dodatkowo, czyli podwójnie obserwowany. Myślę, że ta niewinna jak zapewniał Emilio wycieczka po korytarzach NATO została w jakiś sposób odnotowana przez wszędobylskich rosyjskich szpiegów. Tym bardziej przyjazd Irlandczyka do Rostowa i transport z lalkami również.

 

Benedyktyńska praca

 

Nazwisko Benedetti zobowiązuje. Prócz wycieczek mieliśmy też czas mozolnej pracy nad papierami. Ze dwa dni w Brukseli od rana do późnego wieczora zajęło mi dyktowanie papierów dotyczących Taganrogu. Przekładałem z rosyjskiego na prymitywny angielski a Emilio szlifował to jako anglista. Powstał cały zbiorek tekstów.

Emilio był zafascynowany tą parafią i obiecywał, że wesprze moje starania o zwrot kościoła i skontaktuje się z pewną parafia w Niemczech, która jest spowinowacona z Taganrogiem.

Jurek był wyraźnie poirytowany przesiadując w biurze i patrząc jak ja pracuję z Emilio z rana do późnego wieczora. Czekał jednak cierpliwie co będzie dalej. Dalej miała być wizyta w Monachium i w Koenigstein ale Emilio nam to odradzał, póki się nie zobowiązaliśmy, że zapłacimy za paliwo. On chętnie użyczył nam swój czas jakiego miał w dostatku i samochód.

 

Eskapada do Niemiec

 

Emilio użył wszystkich licznych talentów swojej dyplomacji, by nam załatwić spotkania na najwyższym szczeblu ze współbratem Hillengaasem, jezuitą i dyrektorem akcji Renovabis w jednej osobie.

Przebiegu pobytu w Koenigstein nie pamiętam, być może nie było już czasu, żeby tam zajeżdżać. Pamiętam jednak wizytę w jakimś żeńskim klasztorze w Kolonii, gdzie Emilio miał znajomą przełożoną. Zjedliśmy tam obiad, co dla Emilio było w jego wieku bardzo ważne. Przykładał on do punktualnych obiadków wielką wagę, ponadto podarowano nam pewne dewocjonalia i stare alby.

Ujrzałem po raz pierwszy w życiu z daleka katedrę Trzech Króli.

Nigdy nie byłem tam w środku. Emilio nie proponował a ja nie śmiałem prosić. Nasza podróż przebiegała w ekspresowym tempie. Odległość z Brukseli do Monachium pokonaliśmy w jeden dzień.

Ogólnie rzecz biorąc podróż miała dla nas obu efekt terapeutyczny i integracyjny. Było sporo czasu na rozmowy o historiach z misji afrykańskich oraz z naszych rosyjskich zwłaszcza kaukaskich historii, które dla Jurka nadal stanowiły tabu.

Mijaliśmy Warszawę i  oglądaliśmy miasto z perspektywy lotniska. Na przesiadkę do Moskwy było zbyt mało czasu, by odwiedzać ojczyznę. Pewnie to pierwszy raz w życiu tak krótko wizytowałem kraj, że nawet tego nie poczułem i z nikim się nie spotkałem.

 

 

15. Polska

 

 Azów - Rostów - Warszawa 1997 - Parafiada

 

Wyjazd na Parafiadę w 1997-m roku miał charakter rehabilitacji po wypadku samochodowym. Przez całą drogę aż na pierwszy nocleg w Polsce w Nidzicy miałem obandażowany łeb i nie wyciągnięty ostatni szew, który mi się gnoił i do dziś przy lada okazji otwiera się tam rana. Na tej pielgrzymce ponownie miałem dzieci z Taganrogu i Batajska ale również ze Stanicy Leningradzkiej obok, której przytrafiła mi się przewrotka.

 

Autobus karetka

 

Lekarze mówili mi, że wstrząs mózgu był silny i nie wolno mi się poruszać cały miesiąc. Ponadto rentgen pokazał dużych rozmiarów “gematomę” czyli krwiak. Ja jednak postawiłem na swoim. Wyjazd był planowany od dawna. Mówiłem, że jadę na leczenie i że w Polsce mi lekarze dopomogą przyjść do siebie. Prosiłem wszystkich uczestników parafiady, żeby w drodze nie chuliganili, bo ja nie powinienem narażać się na stresy. Jakiś czas nie reagowałem na złe zachowania. Zdarzyło się jednak ku memu zdumieniu i trwodze, że jadąc na drugi nocleg u rodziców złapałem jednego nieposłusznego za chabety i przycisnąłem do ściany, tak jak to się robi w Rosji. Ten przypadek miał miejsce w rodzinnym ogólniaku w Brodnicy. Przejeżdżaliśmy przez  to miasto i koniecznie chciałem dzieciarni pokazać swoją szkołę. Okazało się, że ich to mało ciekawi i mocno mnie to poirytowało, bo zaczęli niespodzianie chuliganić.

Na chwileczkę również zajechaliśmy do krewnych we wsi Marianki. Przyjeżdżałem do nich setki razy ale na autokarze jeszcze nigdy. Wywołało to sporo radości ale i żartów. Z wrażenia nawet nie zdążyłem opowiedzieć co się stało z mą głowa. Latami trwały potem nieporozumienia, że niby mnie pobili kozacy.

 

Gorące spotkania w Skrwilnie

 

W Skrwilnie parafianie zrobili zbiórkę na nasze potrzeby a po wieczornej Mszy świętej miała być zabawa przy ognisku, śpiewy i świadectwa. Mnie jednak kręciło się w głowie i nowy proboszcz, prałat Mikołajewski poradził grzecznie bym do domu poszedł i odpoczął. Widać było po mej głowie i oczach, ze nie dam rady się bawić i zabawiać innych tego wieczoru.

O odpoczynku nie mogło być mowy. Najpierw z sąsiedniej wsi przyjechały dwie ciotki na ploteczki ale po pół godziny dały za wygraną. Nie byłem w stanie z siebie wydusić ani słowa do nich. Potem jak czort z tabakierki wyskoczył mój średni brat z pretensjami, że źle traktuję siostrę. On jeden nie dostrzegł mojego stanu i wrzeszczał na mnie ile wlezie. Gdy opuszczałem wioskę nazajutrz, to był najszczęśliwszy moment mojego tam pobytu. Bywa i tak. Pan Jezus cos wspominał na ten temat komentując los proroków w ojczyźnie.

 

Jezuicka prymicja

 

Jechaliśmy do sióstr do Komorowa na krótkie spotkanko przez Niepokalanów a stamtąd prosto na Rakowiecką do Jezuitów. Tam odbywały się święcenia zaprzyjaźnionego kleryka z Białegostoku o. Krzysia Karolczuka. Spóźniliśmy się na Mszę, ale moment gdyśmy w kroczyli całą bandą był bardzo wzruszający. Trwała właśnie podniosła cisza, bo kapłani śladem za biskupem składali dłonie na neoprezbiterach i ja jako ostatni podbiegłem do mego “ziomka”, który mnie nieraz odwiedzał w Rostowie i w Batajsku. Dla wielu ten gest był jakby proroczy, by za chwilę miały być odczytane obediencję czyli skierowania na pierwsze parafie. Krzysiek dostał skierowanie do Nowosybirska i to miało określić jego dalszą drogę życiową. Byliśmy tego dnia najbardziej intrygującymi gośćmi. Moje dzieciaki były w centrum zainteresowania na pikniku. Na ten raz mój rozkwaszony łeb nie był już dla nikogo zdziwieniem a tylko ozdobą. Pamiętam, że mimo tradycyjnego w takich chwilach postu skusiłem się na jedną kremówkę żółtego koloru. Prymicyjne party miało kształt kilku szwedzkich stołów do których podchodzili goście poszczególnych kałanów. Wszystkie rozstawione w podwórcu wewnętrznym na zapleczu kościoła i budynków seminaryjnych. Bardzo mądre rozwiązanie, bo wielu wspólnych znajomych mogło wędrować od stołu do stołu honorując rozmową i gratulacjami kolejnych szczęśliwców.

 

Dalsze wędrówki

 

Do rozpoczęcia parafiady wciąż pozostawał jeden dzień. Ten wyjazd nie odbywał się w pośpiechu w odróżnieniu od poprzednich. Mieliśmy czas na wszystko i do dyspozycji własny autokar, którym po drodze zawieźliśmy chór dziewcząt z Azowa do Mohylewa i pielgrzymów z Rostowa do Lidy na wędrówkę do Budsławia. W drodze powrotnej mieliśmy po nich zajechać.

Kierowcy zgodzili się jechać za niewielką opłatą pod jednym skromnym warunkiem: byle mieli czas sobie w stolicy porobić zakupy. Ponieważ Parafiada trwała tydzień i w tym czasie nie miałem dla nich żadnej roboty mogli sobie pojeździć gdzie chcieli i ile wlezie. Dzieci też były w miarę rozgarnięte, więc pozostawiłem je świeckim opiekunom z Polski i Bożej Opatrzności. Sam ja natomiast udałem się w podróż na Śląsk w poszukiwaniu sponsorów na domek w Taganrogu, który był opłacony na 2/3 ceny z notarialną gwarancją, że w ciągu 2 m-cy gospodarze domku otrzymają resztę pieniędzy. To był karkołomny układ. W mojej sytuacji podwójnie karkołomny ale ja nadal. Byłem “hazardzista Boży” i choć w tym momencie nie myślałem w takich kategoriach, to jednak teraz widzę, że parłem do przodu pomimo wielu przeszkód i rozterek tak samo jak Abraham czy biblijny Mojżesz.

Pieniądze potrzebne na domek nazbierałem. Troszkę dał Biskup Jan Wieczorek z Gliwic, troszkę siostry karmelitanki z Katowic, troszeczkę tradycyjnie ks. Skworc  ekonom katowicki a obecny ordynariusz tarnowski.

 

Inne wrażenia

 

Oprócz tradycyjnych wrażeń związanych ze sportem mieliśmy kilka innych. Moi chłopcy pomogli w przewiezieniu mebli dla pewnej pani z jury, która pochodziła z Saratowa ale od 6 lat mieszkała z 6 dzieci pod Warszawą i wykładała u pijarów rosyjski. Dzieciaki zaprzyjaźniły się z nią i ona dawała im dobre wyniki. Ponadto na jeden dzień odwiedziła nas siostra Pawła, która już cały rok pracowała na Białorusi. Dowiedziała się w Komorowie gdzie jesteśmy i chciała obejrzeć księdza z rozbitą głową. Miałem krótkiego jeżyka i szwy było dokładnie widać. To było ciekawe spotkanie. Jak dotąd ostatnie. Już więcej tej “dynamicznej osóbki” (określenie z leksykonu pewnego Franciszkanina) miałem nie spotkać w swoim życiu. Przed opuszczeniem Polski odwiedziliśmy jeszcze Caritas na Pradze.

 

Cuda św. Agaty

 

Powiadają, że kiedy się przekracza jakieś granice to warto ze sobą mieć chleb św. Agaty z Sycylii. Ja raczej nie woziłem chleba, ale każdy rok czciłem tę świętą bardziej niż jakikolwiek kapłan na świecie. Zbyt wiele stresów mnie kosztowały te liczne kontrole graniczne, bym mógł sobie pozwolić na lekceważenie takiej szczególnej patronki. I tym razem ona okazała nam swoje niezwykłe możliwości. Jechaliśmy na powrót jeszcze raz przez Białoruś. Na granicy w Grodnie nie było tego niedzielnego wieczoru nikogo i odprawa trwała może 10 może 15 minut. Widząc samochód z dziećmi pod wodzą kapłana celnicy jedynie salutowali. To był cud jakiś. Jeszcze raz odwiedziliśmy Lidę i Mohylew. Tam owszem zapomniałem sutannę w której wnętrzu miałem paszport. Granica białorusko - rosyjska jednak nie stanowiła w tych czasach wielkiego problemu. Mimo to był to najbardziej karkołomny wyczyn w mojej misyjnej historii.

Dojechałem z Białorusi do samego Rostowa bez paszportu w kieszeni! Celnikom rosyjskim pokazałem tylko listę dzieci i ich paszporty. O mój paszport nikt nie zapytał. Byłem oczywiście głupi, że popełniłem taki fatalny błąd, ale zbieranie grupy na drodze powrotnej było zadaniem bardzo karkołomnym. Tym niemniej za jakiś czas mój parafianin Maksym Zabołocki jeździł w te okolice na rekolekcje i przywiózł mój paszport i sutannę, obyło się więc bez większych kłopotów.

Czyż nie jest to kolejny cud misyjny? A przecież takich sytuacji i podobnych było moc. W takich sytuacjach przypominałem sobie ulubiony oazowy hymn z wersetem biblijnym z księgi Jezusa Nawina:

 

“Każde miejsce na które stąpi stopa twa, w posiadanie daje ci.

Nikt nie będzie mógł stanąć na drodze twej, nie opuszczę cię, nie zostawię cię.

Bądź mężny i mocny, nie lękaj się, lecz zaufaj Mi,

Bo tam gdzie ty pójdziesz będzie Jahwe Twój Bóg”

 

16. Katalonia - Hiszpania - Białoruś

 

Azów - Warszawa - Barcelona - Madryt - Warszawa - Białystok - Grodno - Rostów - jesień 1997.

 

Druga pielgrzymka autobusowa samotnie do Hiszpanii przebiegała trochę inaczej niż pierwsza. Jechałem nie do Madrytu a do Barcelony. Przez to, że latem była w Taganrogu i Batajsku studentka Rosa, córka pewnego architekta. Architekt był w przeszłości uczniem brata Emilio w szkole katolickiej. Pomimo zgrzytów w relacjach Emilio-Enrique udawało im się jednak w pewnych dziedzinach współpracować.

 

Ines Benedetti i jej dziwni goście

 

Emilio był tym razem gospodarzem w rodzinnym mieście i nie dochodziło do niepotrzebnych dyskusji. Oprowadzał mnie tak jak chciał i gdzie chciał w stylu Toledańskim. Korzystaliśmy z metro, z pociągów. Emilio był bardzo oszczędny i w gruncie rzeczy podobało mi się to. Zakwaterował mnie u swej siostry Ines, która w tym samym czasie gościła swą koleżankę. Niesamowite przeżycie. Koleżanka to eks-zakonnica, która wyszła za pewnego bogatego młodzieńca. Chłopak dużo od niej młodszy  szalał z miłości i spełniał jej wszystkie kaprysy. Między innymi eks-franciszkanka miała ambicje księżniczki Diany, by na wzór Matki Teresy wspierać wszelkiego typu sierocińce i domy starców na całym świecie. Myślę, że w ten sposób “ta pani” zagłuszała wyrzuty sumienia po opuszczeniu zakonu. Żałosny to był widok. Ni to żona ni to zakonnica ni to kochanka…

Jakbym mógł to bym te kobietę i jej zachowania pokazywał wszystkim siostrom świata, które przeżywają kryzys powołania. Pewnie by ich to wielu rzeczy nauczyło i od wielu ustrzegło. Bo ciekawe. Głupiutka Ines oddała mi na ten czas największy pokój z małżeńskim łożem rodziców, podczas gdy “ci bogacze” odpoczywali wieczorami malutkim pokoiku na skromnej wersalce. Tak się domyślam, że Ines nie byłą zadowolona z ich wizyty i przynajmniej tak “rozgrywając moją kartę” ukarała tych nieszczęśników za ich życiowe wybory i pomyłki. Nie miałem na to żadnego wpływu i czułem się podle w obecności takich “second hand” kochanków. Już kiedyś się spotkałem z takim określeniem jak “użyty towar” w odniesieniu do rozwódek, rozwodników, kapłanów czy sióstr, którzy porzucili swoją drogę.

 

Wędrówki barcelońskie

 

Byliśmy z Emilio w pewnej szkole katolickiej na spotkaniu z dziećmi.

Emilio był tam wykładowcą angielskiego. Wieczorem jeden z absolwentów, biznesmen zaprosił nas na ostrygi i oboje się nimi zatruli. Mnie jednak to nie zaszkodziło. Biznesmen miał nazwisko di Negro.

Odwiedziliśmy Radio Legionistów Chrystusa. Słyszałem u Bentele, że to “zła organizacja”, bo brat dziennikarza Eryka z Monachium należał do niej i po odejściu nie tylko przestał chodzić do kościoła, wyglądało na to, że stracił tam wiarę. Ja byłem jednak ciekaw wszystkiego. Ci ułożeni ludzie zachowali się wobec mnie bardzo grzecznie.

Odwiedziłem katedrę św. Eulalii. Emilio kupił mi nawet figurkę tej męczennicy i patronki miasta. Po kilku dniach pobytu siadłem na pociąg i wylądowałem w stolicy Hiszpanii.

 

Podróże po kraju

 

Tym razem było więcej akcji wzorem roku poprzedniego. Jeździliśmy z Enrique daleko poza miasto między innymi do Burgos, Valladolid i Uniwersytetu w Avila gdzie on w międzyczasie został wykładowcą.

Dzięki znajomości z Verbum Dei niedaleko Alcala zdobyłem adres do Walencji.

Verbum Dei to misyjny Instytut, którego założyciel nadal. Żyje. Dwaj współbracia mieszkają w Moskwie pamiętam imię jednego z kapłanów Euzebio. Prowadzili oni w Moskwie duszpasterstwo hispanojęzyczne między innymi w klubie “ninos de  la guerra”. czyli w towarzystwie hiszpańskich sierot z czasów wojennych, które rozproszyły się po całym dawnym ZSRR ale spora ich liczba mieszka w Moskwie i starają się trzymać razem. Niektórzy interesują się wiarą przodków. Paradoksalnie, bo Rosjanie ich zabrali do siebie by indoktrynować i potem wykorzystywać jako piątą kolumnę na ideologicznym froncie w licznych krajach  latynoskich.

W niektórych wypadkach stali się oni zaczynem do ewangelizacji Rosji, podobnie zresztą jak i studenci Latynosi sprowadzeni na tanie studia z tych samych pobudek ideologicznych. Kleryk Ismael, którego zastaliśmy w Alcala odbywał w Moskwie praktyki, był bardzo zaangażowany w sprawę. Z entuzjazmem opowiadał o swych planach misyjnych i rzeczywiście trafił jako kapłan do Moskwy. Tymczasem jednak zostawił mi adres kolegi kapłana z Walencji Sergio.

Jesienią kolejnego roku miał się odbyć mój pierwszy pobyt w tych okolicach.

W drodze powrotnej czekała mnie jeszcze nie jedna przygoda.

 

Święcenia biskupie w Grodnie

 

W trakcie wizyty w parafii św.. Ducha u ks. Andrukiewicza dowiedziałem się, że za parę dni jest wyjazd na święcenia biskupie do Grodna. Za jego zgodą przyłączyłem się więc do grupy dystyngowanych podróżników tzn. biskupów i prałatów, którzy jechali na to święto do Grodna z przystankiem w Kuźnicy. Miejscowy prałat urządził smaczną kawkę, bo obiecywał, że ten postój skróci nam postój na granicy. Myśmy pili a ktoś sprawdzał paszporty bez stania na granicy. Podobnie ulgowo potraktowali nas Białorusini.

Kolega Bogusław u którego spędzałem ostatni nocleg podwiózł mnie z rana do parafii św. Ducha ale wracając do siebie rozbił samochód o czym dowiedziałem się dopiero po latach. Ten feralny zbieg okoliczności mógł wpłynąć na jego decyzję o pozostaniu w Polsce, bo chcąc nie chcąc mógł mieć do mnie żal za tę stłuczkę i rozmowy o wyjeździe na Wschód jakie prowadziliśmy na poważnie mógł po prostu w sercu porzucić. Takie drobiazgi też wpływają na ludzkie decyzje.

Ostatecznie widać, że człowiek się pięknie realizuje w pracy w kurii i chyba jest z tym szczęśliwy. Chętnie tez jak i poprzednio przyjmuje mnie u siebie na nocleg, gdy jestem w Polsce, bo teraz ma lepsze możliwości niż przedtem.

 

17. Bawaria - Szwabia

 

Azów - Rostów - Monachium - Wehingen - Rostów - zima 1998

 

Bojkot

 

Kolejne podobne emocje jak powyżej czekały na mnie i moich dwu kolegów Salezjanów w trakcie pobytu w Niemczech. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Rostowa przez Nowoczerkask zbliżał się termin kolejnego zjazdu dekanalnego w Krasnodarze i pewnego sympozjum Piatigorsku, na którym miałem reprezentować interesy naszego kościoła. Nasz nowy dziekan Morawski, który miał tytuł wikariusza biskupiego bardzo podkreślał wagę wszystkich spotkań i bardzo się obrażał gdy ktoś je opuszczał. Mieliśmy cień szansy, że zdążymy wrócić na czas ale wyszło tak, że każdy wracał inną drogą i wszyscyśmy się spóźnili. Nazwano to potem bojkotem.

Ja walczyłem do ostatniego tchu. Chciałem nawet z Brześcia lecieć samolotem do miasta Mineralne Wody, można było zdążyć ale  kasjerka nie uhonorowała polskiego paszportu. Powiedziała, że to lot wewnętrzny po krajach tzw. SNG (Sojuz Niezwisimych Dzierżaw) i “obcokrajowcom” nie ma prawa sprzedawać biletów.

Dojechałem więc do Moskwy i stamtąd faksem wysłałem swoje przemówienie, które nie tylko odczytano ale również pomieszczono w pakiet dokumentów końcowych i długo wisiało w  internecie. W tekście podkreśliłem postulat księży, by dawano nam dokumenty stałego pobytu, bo ciągły strach o przedłużenie rejestracji jest elementem i narzędziem represji wobec kapłanów katolickich. Jakże prorocze to były słowa miało się o tym przekonać wielu kapłanów w tym ja sam w roku 2002-m.

 

Sielankowa podróż i diabelski koniec

 

Tymczasem trwała nasza sielankowa podróż do Polski przez Tarnów i Monachium w okolice Stuttgartu. Byliśmy świadkami wielu opatrznościowych sytuacji a także komicznych zachowań Niemców w czasie karnawału.

W drodze jako tłumacz, kierowca i impresario towarzyszył nam dziennikarz Eryk Haendeler, który odwiedzał mnie jako wolontariusz rok wcześniej. Byliśmy w jego monachijskim domku i nawet tam przenocowaliśmy.

Ksiądz Bentele ugościł nas po królewsku. Wszyscy byliśmy zadowoleni z pobytu.

Zdobyliśmy konieczne środki na dalsze funkcjonowanie swoich parafii. Mało tego w centrum Renovabis zaakceptowano kolejne nasze projekty. Ks. Edward dostał jakąś sumę pieniędzy od ręki co też jest rzadkim przypadkiem, zwykle czeka się na pieczęć biskupa i na tzw. ”komisję“, która rozpatruje wnioski raz w kwartał.

Mi obiecano, że za kilka miesięcy dostanę drewnianą kaplicę dla Wołgodońska, ks. Jurkowi dano zgodę na przeniesienie starej rostowskiej kaplicy do miasta Szachty. Miał na ten cel dostać wsparcie. Wydawało się, że lepiej być nie mogło.

Diabeł jednak postanowił nas wszystkich pokłócić. We Wrocławiu wyszedł z mikrobusu ksiądz Jurek a ja chyba w Warszawie.

Jak wspomniałem wszyscy wracaliśmy z przygodami i żaden z nas nie zdążył na czas do Krasnodaru. Księdzu Edwardowi w Warszawie ukradziono nowy samochód, który kupił dzięki ofiarom z Wehingen i z Freisingu. Wedle mojej oceny w tę kradzież był zamieszany starosta rostowski i brygadzista, znany z wielu przekrętów i faryzejskiego lizusostwa Grysza Mazur. Oprócz niego mało kto wiedział o tym nowym samochodzie. Inne okoliczności z jego tajemniczym zwrotem i telefonami od mafii do Gryszy potwierdzają te właśnie wersję wydarzeń. Ksiądz Edward miał do tego człowieka i do samochodów przedziwną i niepojętą słabość. Kto wie może był po prostu szantażowany i wodzony za nos.

 

18. Włochy

 

 Azów - Rostów - Rimini - Neapol - Bergamo - Rimini - Rostów

z ks. Jurkiem maj 1998

 

Świętych obcowanie

 

Ksiądz Franco Cassera, który był dla mnie jak ojciec nie zapomniał o mnie. Zmarł wprawdzie w październiku 1995-go roku na raka ale zapisał coś w testamencie i zobowiązał swego młodszego brata Mario, żeby testament wypełnił. Trwało to troszkę czasu, tym niemniej stało się nie tylko wsparciem materialnym ale również silnym przeżyciem wiary w świętych obcowanie. Mario milczał 2 lata więc nie mogłem się niczego spodziewać. Gdy nareszcie się odezwał to zrobił to w podobnym stylu jak brat.

Postanowiłem jadąc do Włoch po raz drugi w życiu zabrać ze sobą tym razem księdza Jurka i brata Emilio i przy okazji odwiedzić inne miasta, również na południu Włoch. Sprzyjała temu ta okoliczność, że Jurek był nadal szefem Caritas Priazowie, Emilio bardzo temu sprzyjał więc włożył cały swój talent w to byśmy odwiedzili maksymalnie dużo włoskich miast żebrząc o wsparcie dla nowo powstałej charytatywnej organizacji nad Donem.

 

Rimini

 

Trasa podróży była zdeterminowana również tym, że z Rostowa latał jeden bezpośredni samolot do Włoch raz w tygodniu do miasta Rimini.

Tam mieliśmy dzięki Emilio zapewniony nocleg i kilka ważnych spotkań. Najważniejsze jednak u Don Oreste, który otworzył w Wołgogradzie jedno ze swoich licznych charytatywnych dzieł. Była to wspólnota Jana XXIII-go, która pomagała narkomanom podnieść się z upadku. W Rimini na przedmieściach był kościół przypominający stadion, bardzo skromny z ławeczkami ustawionymi amfiteatralnie. Tam na modlitwie ujrzałem ogromną ilość rozdekoltowanych kobiet. To były ofiary handlu prostytutkami, które tu przyszły po ratunek. Oreste pomagał im w znalezieniu innej pracy, mieszkania i w przywróceniu dokumentów poprzez kontakty w licznych ambasadach. Wzruszająca sprawa. Dziwne, że nikomu innemu nie przyszło to do głowy. Zajął się tym dziwak staruszek, który niedawno jak się dowiedziałem zmarł. Już wtedy miał pod 80-tkę gdyśmy go spotkali. Wyglądał na cukrzyka ale był pełen energii. Na moją prośbę, by otworzyć filię ośrodka dla narkomanów w Azowie żachnął się z radością, że jak Bóg da to się to zrobi. Wiem tyle, że filia jest obecnie w  Eliście, do Azowa nie dotarła niestety choć pewne natchnienie Azów czerpał od siostry Alberty, z którą i ja miałem dobre relacje póki pracowałem w saratowskiej diecezji. W tych dniach ogłoszono ojca Pio błogosławionym. Gdzieś z tej okazji postawiono kolejny pomnik ojcu Pio o czym doniosła telewizja. Oglądaliśmy ten program na dużej stołówce i słyszałem na własne uszy jak niektórzy kurialiści z Rimini okrzyknęli to idolatrią. Mieliśmy przechadzkę nad Morzem Adriatyckim. To były boskie chwilki choć żaden z nas się nie opalał ani nie kąpał, po prostu przechadzka.

 

San Marino

 

 

Potem pojechaliśmy do pobliskiego państewka San Marino zarządzanego przez dwu hrabiów jednocześnie. Odwiedziliśmy życzliwych Salezjanów i ogromny kompleks sportowy w tym mieście. Dowiedzieliśmy się, że tutejsi salezjanie przyjmują grupy dzieci czarnobylskich. Ks. Jurek próbował się dogadać o podobnego rodzaju współpracy. Salezjanie skierowali nas również do pewnego dziwacznego proboszcza z Polski, który zachował się bardzo nie po koleżeńsku. Potwierdził swym zachowaniem wszystko to o czym mi wzmiankował ksiądz z Elby napotkany w 1995-m roku w Fatimie. Przyjął nas w kancelarii na stojąco i nawet nie zaprosił na herbatę, bo: “miał gości z Polski”.  Uczynił tak tylko dlatego, że dostrzegł w nas “biednych braci ze wschodu”, którzy gotowi są o coś poprosić i że to może być ze szkodą dla jego kieszeni. Nie wyglądał na biedaka, tym niemniej wyprosił nas z domu zanim rozpoczęliśmy rozmowę.

Podobną gościnność miałem jeszcze napotkać w bawarskim Rosenbergu ze strony proboszcza o nazwisku Kwiatkowski.

Szybciutko więc wróciliśmy do Rimini.

Senni celnicy podobni do milicjantów nawet nie zwrócili uwagi na naszą taksówkę, którą załatwił wszechmocny Emilio.

 

Neapol

 

Tamtejszy Caritas w Rimini, dzięki obrotności Emilio zafundował nam bilety luksusowym pociągiem nocnym do Neapolu. Tam mieliśmy spotkanie u Patriarchy. Nocowaliśmy natomiast u jezuitów na malowniczym wzgórzu. Przez ona naszych cel widać było wulkan Wezuwiusz. Nie udało się nam odwiedzić kaplicy  św. Januarego. Emilio wciąż popędzał. Zero turystyki!

Metropolita Neapolu gadał wiele i zachęcał do odwiedzin w centrali Caritas w Rzymie. Bił się w piersi, że tam na pewno nam pomogą i że on w tej sprawie obowiązkowo zadzwoni. Wizyta była zdeterminowana pragnieniem odnowienia starych kontaktów Neapolu z Taganrogiem o czym mieliśmy całą papkę dokumentów przetłumaczonych wspólnie z Emilio. Arcybiskup się jednak tym wcale nie ciekawił. Gadał długo i o niczym. Potem Emilio śmiał się z tego, że Włosi na południu są wszyscy tacy. Tym niemniej za poradą hierarchy pojechaliśmy do Rzymu.

 

Stolica Świata

 

Niespodzianie wbrew pierwotnym planom, które nie przewidywały postoju w stolicy,  odwiedziliśmy centralę Caritas Internationalis w Rzymie. Tam były rozmowy z pewną Belgijką z zarządu i z wieloma ważnymi personami. Jak się można było domyśleć nikt z Neapolu o naszych odwiedzinach ich nie uprzedził tym niemniej pewien status tej wizycie dano. Nie każdy dzień miewają tam gości z Rosji. Dzięki tym odwiedzinom właśnie zaakceptowano projekt sali gimnastycznej dla młodzieży w Batajsku. To był mój pierwszy pobyt w stolicy świata i w Watykanie. Prosto z Caritasu pojechaliśmy metrem na plac św. Piotra ale na środową audiencję troszkę się spóźniliśmy. Jurek zgłosił chęć odwiedzenia swej salezjańskiej centrali nieopodal kolejowego dworca centralnego. Poszedł więc do parafii Serca Jezusa. Emilio natomiast zabrał mnie najpierw do Bazyliki św. Piotr, gdzie pewne dziecko spytało mnie czy jestem papieżem a ja nie pojąwszy co mówi po włosku powiedziałem, że tak. Byłem w tym momencie jedynym człowiekiem w sutannie więc mały chłopczyk  naiwnie zapytał to co chciał i dostał naiwna odpowiedz. Skakał z radości tak śmiesznie, że zapytałem Emilio z czego się ten tak cieszy. Gdy mi Emilio odpowiedział to się zrobiłem czerwony ze wstydu, że niechcący oszukałem malucha. Śmiałem się jednak w sercu, że przez kilka chwil byłem samozwańczym anty-papieżem. Natychmiast w sercu abdykowałem i poszliśmy na obiad do Jezuitów gdzie mi Emilio z daleka pokazał generała Kolvenbacha, skromnie siedzącego ze współbraćmi w kąciku. Zapoznał mnie również z o. Bogusławem, delegatem generała na Wschodnią Europę. Siedzieliśmy nawet na obiedzie za jednym stołem. Wspomniałem mu, że staram się o przyjęcie do zakonu i ten obiecał wsparcie. Życie jednak pokazało co innego. Rok później ksiądz Stanisław Opiela napisał mi, że centrala w Rzymie odrzuciła moje podanie. Pozostałem na lodzie. Nie zaproponowano mi wtedy również noclegu, Nie wiem czy Emilio słabo się starał czy po prostu nie chciał, bym z nim pozostał sam więc przenocował w sławnym kościele il Gesu. Ja natomiast dodzwoniłem się do sióstr pasjonistek. Te mnie przyjęły bardzo  dobrze i nawet pokazały kościół Santa Maria Maggiore, gdy się zorientowały, że jestem w Rzymie pierwszy raz.

Nazajutrz spotkaliśmy się w umówionym miejscu aby jechać na północ czyli do Padanii.

 

Piemont

 

Potem były odwiedziny w Livorno, Genui i na koniec w Mediolanie i w Bergamo.

W Livorno biskupem był młody salezjanin więc Jurkowi na audiencji poszło gładko, ja natomiast poprosiłem Emilio, by w moim imieniu zadzwonił na Elbę i zgłosił znajomemu księdzu, że tu jestem i proszę o spotkanie. Nie wiem co tam Emilio przez telefon nagadał prawda jest taka, że ten ksiądz przyjechał bardzo zafrasowany. Przywiózł kopertę z intencjami. Przeprosił, że ma dużo pracy i jak się zjawił tak zniknął. Pozostał w sercu niesmak.

Zatrzymaliśmy się w siedzibie miejscowej Caritas. To kolejne miasto, z którego pochodzili kupcy Taganrogu i skąd przychodziły środki na wystrój taganroskiego kościoła. Tutaj znaleźliśmy największy posłuch dla swych próśb i potrzeb. Parafia Livorno i diecezjalny Caritas aktywnie gromadził środki dla ofiar wojny w Jugosławii. Za rok czasu dotarły do Rostowa aż 2 kontenery z pomocą humanitarną. Miejscowi urzędnicy jednak tak długo i bezsensownie domagali się łapówki, że Emilio poradził dyrektorowi Caritas Wadimowi Nabojczenko, by kontener odesłać do Jugosławii właśnie. Po tej historii byłem bardzo rozgoryczony i moje relacje z Emilio ostygły ostatecznie.

Mieliśmy jeszcze w planie odwiedziny benedyktyńskiego sanktuarium miejscowej Czarnej madonny czczonej w figurce. Akurat tego dnia wypadł odpust i nasi gospodarze zachęcali do odwiedzin “świętego wzgórza”.

Czas jaki Emilio mógł nam poświęcić zbliżał się do końca. Dalej mieliśmy podróżować z Jurkiem samodzielnie.

W Livorno jak wspomniałem było nam dobrze, tymczasem jechaliśmy dalej do Genui, gdzie mieliśmy bardzo krótki postój na dworcu kolejowym i do miasta do żadnego kościoła ani instytucji nie zaglądaliśmy.

Do dziś bardzo tego żałuję.

 

Turyn

 

Wszystkie spotkania mniej lub bardziej sensowne natomiast bardzo wzruszające w sensie duchowym. Nawet jeden nocleg spędziliśmy w Turynie i odwiedziliśmy salezjańskie  seminarium. Spotkaliśmy znane osoby w tym biblistę Strusa.

Seminarium znajduje się w tej samej dzielnicy co i dom-muzem błogosławionego Pier Giorgio Frasatti, studenta czczonego szczególnie w Comunione Liberazione.

Bardzo dokładnie obejrzałem wszystkie pamiątki, muzea i relikwie.

Jakoś zmartwiły mnie te dwie trumny Założyciela Salezjanów i salezjańskiej kobiecej gałęzi. Podobnie jak cały kościół wydały mi się jakieś zapylone i zapomniane. Nadmierne rozmiary bazyliki mnie jakoś onieśmielały i zniechęcały do modlitwy. W starych zabudowaniach natomiast na odwrót.

Rozmodliłem się tak mocno, ze nie dostrzegłem kiedy ktoś zamknął kościółek a ja pozostałem wewnątrz. Pomógł mi się stamtąd wydostać ojciec don Piero, który usłyszał stuk i mój głos.

 

Lombardia

 

Oczywiście głównym punktem programu pozostał don Mario, który odniósł się do nas obu nie jak ojciec ale jak brat, bo też był kapłanem i to niespodzianie 20 lat młodszym od swego rodzonego brata don Franco. Choć słyszałem o nim już wcześniej to nigdy jednak go nie spotkałem.

Zrobił on na nas obu piorunujące wrażenie.

Mario remontował właśnie tysiącletni kościół w Miasteczku Santa Brigida w Alpach. Jego plebania bez gosposi miała trochę zapuszczony wygląd ale mimo to zaimponował mi posiadaniem internetu i komputera. To nam się w tym czasie w Rosji jeszcze nie śniło choć dosłownie za rok miał nas do tego zdopingować biskup Pickiel. Argumentował, że tak najtaniej będzie się komunikować.

Mario zabrał nas do kafejki w rodzinnej wiosce, gdzie comiesięczne spotkanie mieli alpejczycy, weterani wojskowi. Po raz kolejny w życiu spotkałem starców, którzy wojowali w Rosji. Mario gościł nas po pracy. Cale dnie harował na budowie. Powiedział, że spieszy się z zakończeniem, bo mu biskup obiecał, że  dopiero wtedy puści go na misje kiedy wykona tę karkołomną pracę.

Dodatkowy koloryt dodawał fakt, że nocowaliśmy w Seriate w tych samych pokojach gościnnych z jakich korzystałem przed czterema laty. W porywie wdzięczności Bogu podzieliłem “spadek don Franco” na pół, podobnie jak to zrobiłem w Wehingen, kiedy to ofiary z parafii Bentele miały być teoretycznie dla mnie. Pan Bóg uchronił mnie wtedy od grzechu skąpstwa i podzieliłem wtedy ofiary na 3 salezjanów mimo, że ci się wzbraniali. Piszę o tym nie czekając na aplauz.

 

Sztuka wdzięczności

 

Piszę, bo wiem, że sam bym żadnej z tych podróży nie podjął. Zbyt karkołomne to były przejazdy.

Na misjach człowiek lekko zapomina do jakiego zakonu należy i myślę, że opisane gesty nie należą do rzadkości. Ze strony Salezjanów też odczuwałem nieraz grzeczność w postaci użyczania samochodu, telefonu, gościny w Rostowie ale również w Turynie, gdzie za nocleg się zwykle płaci a ja zostałem przyjęty “jako Salezjanin z Rosji”. Podobnie zresztą jakiś czas układało mi się z Franciszkanami, póki “moje długi” nie zbiegły się z nieporozumieniami na tle odejścia z nowicjatu.

W przyszłości miałem przeżyć podobne otwarcie ze strony Misjonarzy Maryknoll.

Porada, by “kochać się jak bracia i liczyć jak Żydzi” nie zawsze i nie wszędzie była stosowana. Niniejszym przywołuję kogo się da do bojkotu tej głupiej teorii.

Ze swego doświadczenia wiem, że jeśli się dzielisz szczerym sercem to ci to się zwróci szybko i niespodzianie. Kiedy chomikujesz, obowiązkowo ci ktoś to ukradnie.

Takie doświadczenie na misjach też miałem. Byłem szczęśliwy, że za pieniądze w Batajsku roztropnie odpowiadała siostra Teresa. Ja nie musiałem się o to martwić.

W czasach siostry Janiny zmieniłem strategię i mało z tego było pożytku.

Dużo korzystniej budować relacje tego rodzaju na zaufaniu niż na obłędnej kontroli. Podobną tezę głosił w swym życiu ks. Aleksander Pietrzyk w czasach gdy organizował Caritas we Wschodniej Syberii. Bardzo mi przez to zaimponował.

 

19. Polska - Ukraina

 

Azów - Rostów - Petersburg - Soczi - Moskwa - Kraków - Lwów - Rostów - maj 1998

 

Podróż do Petersburga w maju 1998-go roku nie była podróżą zagraniczną sensu stricte ale wstępem przyczynowym. Wymordowany nieustanną tułaczką w poszukiwaniu środków dla funkcjonowania klasztoru w Batajsku i kilku parafii w terenie czułem, że to już końcówka.

Nowi biskupi

 

W marcu ogłoszono dwu nowych biskupów dla Saratowa i Irkucka. Gazetę z tym ogłoszeniem otrzymałem pewnego poranka i rozpieczętowałem w zakrystii. W ten sam dzień dostałem odmowną odpowiedz od ks. Stanisława Opieli w sprawie przyjęcia do zakonu Jezuitów. Ks. Biskup Kondrusiewicz był strapiony tym moim kolejnym zakonnym  kaprysem. W rzeczywistości pobyt jesienią w Barcelonie, Montserrat i w Manreza mocno mnie inspirował. Miałem nadzieję, że nieudany start u franciszkanów był po prostu  falstartem. W rzeczy samej to była zapewne kolejna ucieczka od trudności jakie się piętrzyły w każdej z licznych parafii. Po wywrotce samochodem jakiś czas chodziłem w stanie szoku. Przez pół roku miałem w sercu dziwny spokój i radość doskonałą.

To sprawiło, że zaryzykowałem spotkanie i rozmowę w Moskwie z przełożonym jezuitów, po której zapanowała 2-letnia pauza i ta niespodziana odpowiedz. Mówiłem sobie w sercu, że jeśli odpowiedz będzie odmowna to doprowadzę wszystkie parafie do stanu gorącości i przekażę w inne ręce a sam pójdę do Kazachstanu lub na Syberię. Stosowne listy wystosowałem w podobnym czasie co akces do jezuitów. Odpowiedzi jednak nie było. Teraz serce mówiło mi, że biskup Mazur nie będzie milczał. Jemu na Dalekim Wschodzie taki jak ja obowiązkowo się przyda.

 

Petersburg

 

W międzyczasie wiozłem do Petersburga Loszę Skakowskiego na spotkanie z Generałem franciszkanów i na rozmowę o przyszłości zakonu. Generała już znałem z Polski więc to spotkanie mnie nie ekscytowało. Spodobała mi się natomiast epokowa wizyta w seminarium z ks. Dumoulin, który obiecał, że najbliższego lata wyśle do mnie na parafię 6-ciu kleryków na praktykę.

Niewiele widziałem w samym Petersburgu, bo takiego nastroju do turystyki nie było. Nie mogłem się nadziwić, że w pierwszych dniach maja rzeki i jeziora nadal są skute taflą lodu podczas gdy na południu już dawno tryska lato.

 

Rekolekcje w Soczi

 

Wracając bez przesiadek z Pitera do Soczi czytałem po drodze Braci Karamazow. Lektura pochłonęła mnie całkowicie tak, że nawet nie dostrzegłem jak minęły dwie doby jazdy. Trafiłem prosto na rekolekcje kapłańskie, na których podejmował decyzję o odejściu z parafii ks. Bogdan Sewerynik. Ja zdecydowałem to samo i napisałem podanie do 3 biskupów: Kondrusiewicza, Pickiela i Mazura, że chcę odejść z Azowa na Syberię. W trakcie rekolekcji padły takie słowa; “jeśli misjonarz czuje, że jego pobyt nie daje pożytku duchowego parafianom a na odwrót. Jeśli misjonarz widzi, że sam traci duchowne talenty i zapał, to jest najlepszy sygnał, że pora zmieniać parafię”. Były one kierowane grzecznościowo do proboszcza z Soczi, ja jednak odczytałem w nich echo tego co czułem już dawno w środku. Zmęczenie materiału było tak wielkie, że same rekolekcje nie by w stanie nic zmienić. Trzeba było zmieniać się radykalnie i szybko, by nie roztrwonić swego powołania.

 

Białystok i Kraków

 

Podanie do Białegostoku zaraz po rekolekcjach zawiozłem osobiście. Tam miałem rozmowę z kolegą kursowym Bogusławem. On miał odchodzić z ulubionej parafii Miłosierdzia Bożego. Planował się przenieść do kurii do Kazachstanu na miejsce ks. Tadeusza Bienasza rodem z Sokółki, który tam właśnie pracował ale planował powrót do seminarium w Petersburgu, gdzie wcześniej pracował jako wykładowca..

Udało mi się namówić kolegę, żeby nie pisał podania do Kazachstanu ale raczej razem ze mną szedł na Syberię. Niby się zgodził ale czas i nieżyczliwi misjom ludzie mieli skorygować tę decyzję.

Potem była wizyta w Krakowie w trakcie której ustaliłem, że latem odwiedzi nas o. Zygmunt Magiera staruszek i posiedzi w Batajsku Na zastępstwie. Zabrałem go z Legnicy latem po parafiadzie.

W tym czasie również zapoznałem się z o. Andrzejem Kulczyckim, który po wakacjach miał dołączyć do naszej misji w Kałmucji jak również podjął się czasowo pracy w Wołgodońsku czym ułatwił moja ostateczną podróż do Irkucka.

Wracałem nad Don przez Ukrainę z pewną siostrą dominikanką.

 

20. Polska

 

 Azów - Rostów - Warszawa - 1998 - Parafiada

 

Tak się nie robi

 

Przedostatnia zwariowana Parafiada była już dal mnie gestem rutynowym. Jechałem tam z zamkniętymi oczyma marząc by podróż zakończyła się jak najprędzej, bym mógł się zająć remontami w Azowie i budową wołgodońskiej kaplicy.

Jak zwykle pieniędzy było małowato. Miałem ledwie na podróż w jedną stronę.

Ksiądz Łazewski z Caritasu wsparł naszą grupę kupując nam bilety do Odessy.

To była piękna okazja spenetrować ten koniec Ukrainy.

Owszem, ks. Wojtek nie omieszkał mnie zbesztać, że “tak się nie robi”.

Nie miałem czasu i odwagi opowiadać mu swych wspomnień z Taize.

On organizował te wyjazdy i to też było swego rodzaju szaleństwo pełne niedociągnięć. Ugryzłem się w język i pomyślałem: “Swój trafił na swego”.

 

Zaufanie Opatrzności

 

Ja jednak na misjach nauczyłem się ufać opatrzności Bożej i ona mnie nigdy nie zawiodła. Szczęśliwie dojechaliśmy w obie strony. Przywieźliśmy trofea i dobre nastroje. Przywieźliśmy też wzmiankowanego ojca Zygmunta do którego wcześniej pojechałem przekonać, że jego przyjazd jest niezbędny i koronnym argumentem był kupiony dla niego w Caritasie Bilet. Ten skromny człowiek bardzo się tym wzruszył zwłaszcza gdy usłyszał, że odwiedzi Odessę.

W grupie znowu były dzieci z Batajska i z Leningradzkiej.

Wołgodońsk miał dołączyć za rok.

Jako wychowawca pomagał mi wtedy Wadim Nabojczenko Dyrektor Caritas i przyjaciel brata Emilio Benedetti SJ

 

21. Madryt - Walencja

 

Azów - Rostów - Irkuck - Madryt - Walencja - Płock - Białystok - Grodno - Rostów 1998

 

W rezultacie opisanej wyżej korespondencji z Biskupami oraz w rezultacie zakończonych prac remontowych i budowlanych w Azowie i Wołgodońsku poczułem w sercu  wielką ulgę, że teraz już mogę odejść nie pozostawiając żadnych długów.

Pojechałem więc do Irkucka, by się rozejrzeć jak wygląda praca w tym terenie.

Pobyłem tam zaledwie tydzień. Biskup byłem nawet trochę rozczarowany, że nie zdoła mi zbyt wiele pokazać. Swoje niezadowolenie wyraził również Enrique z powodu mego nachalnego pragnienia, by odwiedzić po raz kolejny Madryt.

Zajmował się on w tym czasie sprawą  kupna domu i zaciąganiem pożyczek. Zbliżał się termin jego ślubu z Conchitą. Powiedziałem mu przez telefon, że dla mnie to najlepszy i optymalny czas. Dodałem jeszcze, że chcę go spędzić nie tyle w Madrycie co w Walencji oraz w Santiago. W ten sposób ułatwiłem mu zadanie, bo nie musiałem być pod jego opieką. Owszem zaangażował się tym razem Carlos i kilku innych kleryków. Mieszkałem jak zwykle w Seminarium.

 

Walencja

 

Nadszedł czas głębszego poznawania południa Hiszpanii.

Po raz kolejny jechałem pośpiesznym pociągiem w którym był duży telewizor a prędkość rzędu 200 km.

W grudniu tam nadal. Panowały upały. Ujrzałem niesamowite bulwary z palmami.

Ks. Sergio poznajomił mnie ze swymi kilkoma kolegami oraz ze staruszką zakonnicą.

Nasze wspólnie spędzone trzy dni na tym właśnie polegały: pogawędki, siedzenie wieczorami przy stole pod którym stał grzejnik, kino, McDonalds. Jeden raz szybciutko byliśmy w mieście u Sergio w domu oddać rzeczy  do prania i znowu Na wieś jakieś 15 km za miasto. Pola pyliste od gliny, mnóstwo pomarańczy, właśnie trwał intensywnie sezon ich zbierania.

Codzienna Msza poranna w dwu różnych starych kościołach. Atmosfera przypominająca polską wieś. Spora nostalgia z powodu wojny domowej. Każdy raz kiedy Na wsi podejmowałem ten temat Sergio mnie palcem uciszał, bo wiedział, że to nadal boli. W wystroju mieszkań zaintrygowała mnie wszechobecna płytka porcelanowa tak wewnątrz jak i Na zewnątrz domów. Wpływy arabskie silniejsze niż gdziekolwiek.

Ludzie rozmawiają walencjańskim wariantem języka katalońskiego. Podobnie jak w Lizbonie i w Wenecji w Walencji zachował się urząd Patriarchy łacińskiego.

 

Bluźnierczy film

 

Ksiądz Sergio chciał mi zrobić niespodziankę i zaprowadził mnie do kina w supermarkecie na premierę “Syberyjskiego cyrulika”. Okazało się jednak, że pomylił datę. Cyrulik miał być dopiero za kilka dni. Wybraliśmy więc film z pobożnym tytułem pokazujący pewne pasyjne obyczaje na południu Hiszpanii. Jakiś maniak wspominając dzieciństwo i to, że był zmuszany do uczenia się katechizmu mścił się na proboszczu i ostatecznie posadził go zarżniętego nożem i nagiego na ołtarzu obok czczonej figury. Na filmie była scena jak dziecko się krztusi i wypluwa komunię świętą. Ten film był wstrętny do granic możliwości. Było nas 3 kapłanów i wszyscy wyszliśmy z tego filmu jak opluci. Ktoś stracił kupę forsy, żeby zaangażować najlepszych hiszpańskich aktorów. Ktoś zapłacił wielkie pieniądze za udostępnienie kościoła i za plenery do filmu i ktoś to na koniec za własne pieniądze ogląda. Obrzydliwe. Ten film pomógł mi zrozumieć kondycję kościoła w Hiszpanii. Mieliśmy z Sergio trochę rozmów na ten temat. Widziałem, że ten młody kapłan jest bardzo inteligentny ale już w międzyczasie ostygł i jego wiara i posługa była jak ten film w pewnym sensie drwiną. Przestałem też wierzyć patrząc na niego, że on się kiedykolwiek zdecyduje na misje. Ismael w to naiwnie wierzył. Ja niestety nie.

 

Santiago

 

Do Santiago dojechałem z Carlosem nocnym pociągiem. Od samego rana chodziliśmy wśród przymrozków od klasztoru do klasztoru. Od kościoła do kościoła. Niespodzianie dominikanki i klaryski u których mieliśmy krótką audiencję złożyły w Santiago pokaźne ofiary Na misje czego nikt nie oczekiwał i nie planował. Po powrocie z Santiago zajął się mną Eduardo.

Choć i tutaj nie mieliśmy żadnych znajomości to  jednak wpuszczono nad do krypty świętego i mogłem odprawiać przy samej mogile. Carlos był wzruszony, bo sam nigdy przedtem tak blisko nie był.

Obejrzeliśmy tez dokładnie technologię kadzenia trybularzem, którego wysokość była taka sama jak wzrost dorosłego człowieka. Aby rozbujać kadzidło potrzeba było aż 6-ciu doświadczonych mężczyzn, członków specjalnego cechu. Ludzi, którzy z dziada pradziada przekazywali sobie sekrety. Miałem odczucie, że jeśli trybularz się zerwie to rozbije ścianę boczną i wyleci na zewnątrz. Latał on od nawy do nawy zapełniając pachnącym dymem cały kościół.

Cały dzień zajęła nam wędrówka po uliczkach miasta pośród kamiennych domków średniowiecznych pokrytych warstwą zielonej pleśni. Carlos starł sobie nogi do krwi. Ja jednak byłem szczęśliwy i bardzo mu za to wdzięczny.

 

Eduardo agronom

 

To był drugi przypadek kiedy odwiedzałem moich wolontariuszy w domu. Pozwolono mi zadzwonić jeden raz do Azowa i jeden raz do Polski. Tato Eduardo studenta agronomii czuł się źle i to pierwsze nasze spotkanie było również ostatnim. Za rok czy za dwa dziadkowi się zmarło. Eduardo w międzyczasie zamieszkał w Portugalii i za rok miałem u niego zagościć. Pośród licznych kościołów jakie odwiedziłem w Madrycie razem z Eduardo zapamiętałem nowoczesny kościół św. Gemmy Na przedmieściach, w którym była jakaś relikwia.

To tyle wspomnień z tego dość chłodnego w sensie zaangażowania wolontariuszy pobytu. To były czasy kryzysowe tym nie mniej chłopcy nie wycofali się z projektu i za rok mieliśmy tam być znowu z młodzieżą na pielgrzymce pieszej.

 

Rekolekcje adwentowe

 

Z Walencji przywiozłem cieplutki koc i sporo łakoci, które przekazałem w Płocku bratu. To był mój jedyny prezent ślubny. Nie wysiliłem się. To, że nie przyjechałem na ślub też mógł odebrać jako obrazę. W tych czasach nie zabiegałem o zrozumienie w kręgach rodzinnych, świadomie pozostawałem obcy. Tym niemniej bratowa zgotowała mi serdeczne przyjecie a brat pisał konspekty. Był bardzo przejęty rolą nauczyciela, przy okazji dojeżdżał na studia do Torunia, które kończył zaocznie.

W Białymstoku nadal poszukiwałem chętnych, by podjąć pracę w Rosji, co mnie zawiodło aż do Giżycka do starego druha z seminarium śp. Ks. Dariusza Sańki. Jako skutek tego spotkania było trochę katechez misyjnych, odwiedziny następnego lata i rekolekcje adwentowe 1999. Tymczasem czekały mnie pierwsze w życiu rekolekcje misyjne w parafii św. Rodziny na ulicy Ogrodowej w  Białymstoku. To była parafia kolegi kursowego Piotrka Sokołowskiego. Nie wysilałem się, bo byłem zmęczony przygodami. Kazania szykowałem na bieżąco i to były głównie poezje. Owszem miałem sporo natchnień z Syberii.

 

 

22. Niemcy - Włochy - Padania

 

Azów - Rostów - Bergamo - wiosna -1999

 

To jedna z najbardziej karkołomnych pielgrzymek z ks. Edwardem.

Jak zwykle w takich sytuacjach zgłosiliśmy ten wyjazd w Kurii. Biskup Klemens, który latem poprzedniego roku objął urząd nie był zadowolony z tych ciągłych wojaży swoich kapłanów ale z drugiej strony wiedział, że od roku ubiegam się o wyjazd Na Syberię i nie miał prawa mi w tym przeszkadzać, bo miałem na to zgodę z macierzystej diecezji w Polsce.

 

Proboszcz Kwiatkowski

 

Jechaliśmy więc z Edwardem po dodatkowe wsparcie dla budowy kościoła w Rostowie, dla projektowanej kaplicy w Leningradzkiej i w poszukiwaniu partnera dla Azowa. To się miało dokonać w Wenecji.

Zatrzymaliśmy się też  Na krótko w Bawarii gdzie przeżyłem szok spotkania w Rosenbergu. Tam pracował pewien proboszcz o nazwisku Kwiatkowski, był Ślązakiem. Przyjął mnie i Edwarda niesamowicie oficjalnie.

Chcieliśmy jedynie odprawić Mszę świętą, nic nam więcej od niego nie było potrzeba. Nie zajmowaliśmy się żebraniną w tym momencie a jedynie ciekawiło nas życie w parafii jednego z budowniczych, który w znosił kaplicę w Wołgodońsku i zaprosił do siebie. Nazywał się Alfons, był miejscowym znachorem i dziwakiem z wielkim sercem. Edward wylegitymował się celebretem a ja mimo, że byłem w sutannie i Edward z Alfonsem ręczyli, że jestem kapłanem do ołtarza nie zostałem dopuszczony: “Ordnung muss sein”. Może temu księdzu się nie spodobała moja broda, może kiedyś się zetknął z oszustami a może był polakofobem. Może ktoś z jego bliskich zginął pod Stalingradem? Nie wiem. Było jak piszę smutno na sercu. Żadnej solidarności z biedniejszym kapłanem, żadnej minimalnej serdeczności, nie mówiąc już o ciekawości. Podobno takie porządki powoli wkraczają już do Polski.

 

Subiaco

 

Potem odwiedziliśmy zaprzyjaźnioną parafię w Entratico, nie dotarliśmy jednak do don Mario. Psuł się nam samochód więc pociągami dotarliśmy do Rzymu gdzie nas przyjmował eks-salezjanin, kolega Edwarda, który przeszedł do diecezji i miał bardzo serdeczne relacje z wioskowymi parafianami nieopodal Subiaco czyli w rodzinnych stronach św. Benedykta.

Tam również wykładał w pewnym prywatnym seminarium prowadzonym przez emerytowanego monsiniora. Człowiek ten miał hobby polegające Na zbieraniu spadochroniarzy ze wszystkich seminarium świata. Poszukiwał dla nich biskupów, któryby ich wyświęcili i przyjęli do diecezji. Wśród tych niezwykłych kleryków byli murzyni lecz również Polacy. Monsinior ubolewał nad tym, że w wielu wypadkach zwłaszcza w Polsce kleryków wyrzucano za byle co marnotrawiąc wiele powołań.

 

Inne miejsca na mapie

 

Potem Edward pojechał do ekonoma zakonu, który był zdaje się Holendrem, ja zaś do Wenecji. Mieliśmy się spotkać za dwa dni w Bergamo i wracać wyremontowanym samochodem przez Padwę, Szwajcarię i Austrię. Pobyt w Padwie był wzruszający. Dziękowałem za ocalone 2 lata wcześniej życie z wypadku. Kto wie czy te modlitwy nam nie pomogły uniknąć kraksy. Po raz pierwszy zatrzymała nas milicja. W górach była niezła ślizgawka.

Na powrotnej drodze zajechaliśmy do księdza Bogusława, by się dowiedzieć jakie ma ostatecznie plany co do wyjazdu Na Syberię. To była smutna rozmowa, bo się okazało, że kolega się z tego pomysłu wycofał i że aspiruje na kierowcę metropolity.

 

23. Azów - Rostów - Warszawa

 

Parafiada 1999

 

Przedostatnia delegacja z młodzieżą na Parafiadę przebiegała przez Moskwę.

Jechaliśmy dwoma mikrobusami, parafialnym Sobolem na 7 osób i niemieckim Volkswagenem z Leningradzkiej na jakieś 9 osób. U mnie siedziały głównie dzieci z Wołgodońska i zakrystianin Wołodia Hirsch. W drugim busiku dzieci z Leningradzkiej i pan Michalski, z którym ostatnio miałem napięte stosunki. Dziwiło mnie to, że mimo wszystko się zdecydował na podróż i ostatecznie byłem zadowolony, bo się chłopisku wzruszył w Polsce nie na żarty i okazał to w mojej rodzinnej parafii podczas składania tradycyjnego świadectwa na Mszy niedzielnej. Tego grafiku parafiadowego starałem się trzymać w trakcie wszystkich czterech podróży. Ta miała być w tym cyklu parafiadowym ostatnia. Za kilka miesięcy miałem trafić na Syberię a stamtąd podróże z grupą młodzieży już były problematyczne, bo nazbyt drogie.

 

24. Hiszpańska - Galicja

 

Azów - Rostów - Santiago 1999

 

Do Madrytu lecieliśmy 9-cioosobową grupą.

Jedna osoba z Azowa, trzy z Leningradzkiej i 4 z Wołgodońska, ja byłem dziewiąty.

Miała jeszcze jechać starościna z Azowa ale jej zablokowano wydanie paszportu, bo zakład pracy w jakimś niegdyś pracowała był pod kontrolą KGB i wszyscy, którzy chcieli otrzymać paszport zagraniczny byli podejrzani, że chcą wywieźć z kraju jakieś tajemnice wojskowe.

Hiszpanie opłacili i zorganizowali cały ten pobyt.

Jak przebiegają pielgrzymki ogólnie w Polsce wiadomo. Ta hiszpańska różniła się tylko tyle, że drogi zwłaszcza wiejskie są bardzo zapylone a miejscowości na trasie niesamowicie starożytne. Zatrzęsienie romańskich i gotyckich kościołów oraz celtyckich krzyży przydrożnych to na wszystkich robiło wrażenie.

Ja codziennie po kilka razy na postojach robiłem dla swej grupy katechezy a nawet mały egzamin. Większość dzieci zachowywała się wzorowo. Najwięcej trudności sprawiła mi pewna pani ze stanicy Leningradzkiej.

Na koniec był uroczysty chrzest jedynego chłopca w naszej grupie Daniela z Wołgodońska w kościele św. Marcina, bierzmowanie i pierwsza komunia dla 4 dziewcząt. Sakramentów udzielał bardzo uroczyście  kardynał Ruoco Varela.

Gdyśmy w drodze powrotnej siadali na samolot to w prasie można było przeczytać, że premierem Rosji ogłoszono Putina. To była najgorsza wiadomość z możliwych jakie mogliśmy przywieźć z Rosji. Za kilkanaście dni dosłownie zaczęły się wybuchy w Moskwie, które jak mówią wtajemniczeni ten pan sam zainscenizował, żeby mieć powód do kolejnej kampanii czeczeńskiej i pod akompaniament tej wojny likwidować wszystko to co Rosja osiągnęła na polu demokratyzacji.

O tym, że pan Putin ma silne nerwy i zimną krew cały kraj się mógł przekonać patrząc w jakim stylu Putin “zamoczył” głównego prokuratora Rosji. Człowieka sfilmowano w saunie z dwoma nagimi kobietami, zarejestrowano ich rozmowy i te tanie porno puszczano na wszystkie reżymowe kanały, żeby naród się mógł przekonać, że niekompetentni ludzie stoją na czele państwa. Po prokuraturze przyszedł czas na Kreml, po kremlu na wielki biznes, po biznesie zaatakowano wolność wyznania, prasy etc..

Ta akcja redukcji wolności z małymi przerwami trwa już 11 lat. KGB nazywane dziś FSB przejęło władze na długo w tym kraju nieszczęsnym kraju i nie zamierza jej oddać.

Rzecz oczywista, że dla takich podróżniczków jak ja w kraju objętym szpiegomanią zrobiło się ciasno. Pozostawało równo 3 lata do ogłoszenia mojej osoby “persona non grata”.

 

25. Do Niemiec przez Szczecin

 

Jest jeszcze jedna delegacja, której nie mogę umiejscowić czasowo.

To był wyjazd z ks. Edwardem do Niemiec przez Płock - Chojnice - Kołobrzeg - Szczecin. To mógł być daleki rok 95-ty jeszcze przed nowicjatem u Franciszkanów. Nie pamiętam wielu szczegółów, tylko tyle, że była noc.

Zabraliśmy od niego moją mamę i zawieźliśmy do Chojnic gdzie się odbyć miało pojednanie. W drodze jednak zachowywałem się bardzo arogancko i ks. Edward mnie zza to upomniał. Gdy byliśmy u siostry to on prowadził rozmowę ze szwagrem i opowiadał o mojej pracy.

 

 

Losowe / Random

JSN Epic is designed by JoomlaShine.com