"puszutim aki bastaralan"

TUTAJ LEŻY ZMARŁY

Z samego rana odwiedziłem rezydencję Jezuitów na Ateneo, by się upewnić, czy mój rodak, ks. Artur będzie miał ochotę na spacer. Chciałem też sprawdzić, czy nie choruje, bo dwa dni wcześniej w czasie mszy miał cierpiącą fizjonomię. Owszem, choruje.

Zaprosił mnie do sporych rozmiarów refektarza, z którego przez ogromną szklaną ścianę, rozciągał się wspaniały widok na okolicę. Odbyliśmy więc piękny spacer, nie opuszczając budynku. Pogawędziliśmy przy kawie, delektując się pagórkami miasteczka Marikina, które sąsiaduje ze "Wzgórzami Lojoli". W krajobrazie dominowało kilka wieżowców i modernistyczna kaplica z betonowym krzyżem. Zapytałem co to jest, Artur odpowiedział, że cmentarz. Dodał, że te krajobrazy przypominają mu "hiszpańskie górki" z okolic Saragossy... Tamte jednak miały odcień czerwony, a tu mnóstwo zieleni.

Zabrałem podarowany lipcowy egzemplarz  "Serca Jezusowego" wydawanego w Krakowie i samotnie powędrowałem ścieżką, wiodącą do kaplicy św. Stasia Kostki. Ks. Artur powiadomił mnie, że episkopat zmienił datę świętowania tego naszego świętego Jezuity...

Od takich rozmów i myśli zaczął się dzień. Spędziłem go samotnie bez mapy, ale z rysunkiem miasta, jaki mi się w głowie ukształtował przez kilka poprzednich tygodni.

  1. Avenida Garcia

La Strada - Podobnie jak tydzień temu, zacząłem zwiedzanie Manili od kościoła Matki Bożej "La Strada". W środku nie było wiernych, jedynie robotnicy dekorowali ławki na uroczysty ślub. Podobnie jak w Polsce, śluby bywają w soboty w okolicach 15.00.

Vision - Biedni - U bramy wejściowej kościoła, przeczytałem na srebrnej tablicy wypisany dużymi literami tekst priorytetów parafii. Są nimi wedle deklaracji ludzie biedni.

Wioska up (University of Philippines Village)- Na wysokości kościoła główna trasa się rozwidla. Jedna prowadzi do Congressional Avenue, a druga na Garcia Avenue. Cały czas natykałem się na coraz to nowe korpusy uczelni, aż wreszcie dotarłem do ronda, na którym tydzień temu skręciłem do Visajas. Nad bramą wyjazdową z osiedla, na którą trafiłem, był napis "miasteczko studenckie UP". Nie znaczy, że mieszkają tu wyłącznie studenci, ale większość terenu to kampusy uczelni.

  1. Urząd miasta Quezon

Pomnik i graffiti - Do wspomnianego ronda przytyka 20 -piętrowy biurowiec. Przed wejściem do biurowca, pan słusznego wzrostu, najwyraźniej twórca miasta Quezon.

Cztery anioły - Wewnątrz ronda, duży park z wysokim pomnikiem w formie wieży kościelnej udekorowanej  4 sylwetkami aniołów... Kształt wieży przypomina rusztowanie z czterech solidnych betonowych słupów koloru kości słoniowej, połączonych rzędem poprzecznych belek i zwieńczony wspomnianymi aniołami białego koloru. Domyślam się, że upamiętnia bohaterów, którzy oddali swe życie w walce o niepodległość kraju. Byłem tu w pierwszy weekend, zaraz po przybyciu do miasta, ale widziałem pomnik z okien autobusu, a jeden z miejscowych księży o imieniu William wyjaśnił, że tutaj właśnie odbywała się pamiętna Msza Papieska z udziałem kilkumilionowej rzeszy wiernych.

  1. Park Aquino

Dzikie zwierzęta - Aquino to popularne w kraju nazwisko i klan zaangażowany w politykę. Najpopularniejszym prezydentem płci żeńskiej była Corazon Aquina, której ojciec też zarządzał krajem, ale jak wielu, musiał emigrować. Nie mają łatwego życia prezydenci Filipin. Sami też nie ułatwiają życia innym, toteż wydało mi się bardzo symbolicznym i natchnionym pomysłem, umieszczenie w parku o imieniu prezydenta, kolekcji "dzikich zwierząt". Proponuję, by również w Polsce każde ZOO miało imię któregoś z naszych wodzów np. ZOO w Gdańsku im. Lecha Wałęsy albo ZOO im. Komorowskiego we Wrocławiu czy ZOO im. Kwaśniewskiego w Słupsku lub Kołobrzegu, bo gdzieś w tych okolicach rósł jako dziecko...

ZOO w Krakowie oczywiście otrzymałoby tytuł sympatycznego skądinąd prezydenta Dudy.

Czemu nie? Domyślam się, że w krakowskim ZOO jest mniej dzikich zwierząt niż w innych miastach.

  1. Alliance Church

Trwa zebranie - Tego dnia musiałem się sporo nachodzić, żeby napotkać jakikolwiek kościół. Pierwszy napotkany miał tytuł Alliance Church. Znajduje się niedaleko wspomnianego ronda i nie wybija się spośród sąsiednich biurowców ani kształtem ani dekoracją. Tylko szyld informuje, że dzieje się w środku coś niezwykłego. Ponieważ w sobotę wiele kościołów jest otwartych, postanowiłem spróbować. Nie czułem żadnej specjalnej sympatii dla nazwy "Kościoła Przymierza" w języku angielskim, nazwa bardziej kojarzy się z polityką czy biznesem niż z Arką Przymierza na przykład. Nogi jednak dopominały się odpoczynku, więc zaryzykowałem odwiedziny. Stróż jednak mnie zatrzymał, pytając, kogo szukam. Powiedziałem, że Pana Boga, jeśli on przypadkiem jest tam w środku. Stróż jednak zaprzeczył. Powiedział, że w środku jest konferencja. Wzruszyłem ramionami i skomentowałem: "No problem, może Pan Bóg zagości tu innym razem, wtedy i ja was odwiedzę".

  1. Adwentyści dnia siódmego

Tu leży zmarły - Wędrowałem po lewej stronie jezdni, gdzie mi się zdało, jest większy cień. Paliło jednak z obu stron tak samo i twarz mnie mocno piekła. Chodnik wielokroć był zajęty przez parkujące samochody, więc musiałem wędrować po jezdni. Gdy ujrzałem sporych rozmiarów zbór adwentystów, znów miałem pokusę, by wejść do środka i napić się wody. Złe wspomnienia z Papui jednak dotyczące zachowania tej sekty wobec mnie, sparaliżowały mi nogi. Chciałem wejść...Widziałem twarze ludzi w holu, niektórzy mieli maseczki z powodu smogu i wyglądali "nieludzko". Spojrzałem pod nogi i dostrzegłem martwego psa z wysuszonym językiem na wierzchu. Ktoś zrobił markerem duży napis na kawałku kartonu:

"tu leży zmarły". Nie wiem, po co ta informacja, każdy widzi, co się stało. Może ta cmentarna fraza miała oznaczać smutek lub kondolencje wobec zwierzęcia. Zdziwiłem się tylko, że ten dobry człowiek, a raczej szyderca, który zrobił napis, nie zakopał po prostu zwierzaka i oszczędził przechodniom takiego widoku, zwłaszcza po sąsiedzku z "domem modlitwy". Gdyby chowano trupy zwierząt, nie trzeba by chodzić w maskach po mieście.

Napis był zrobiony w języku Tagalog i z początku nie rozumiałem, co znaczy. Zapamiętałem go jednak w oryginale i dopiero wieczorem w akademiku spytałem jednego z naszych wykładowców, który pochodzi z Timoru. Zaznaczył, że nie zna tego języka perfect i tłumaczenie może być niedokładne.

  1. Santo Domingo

Po jakimś czasie, dana mi była szansa na odpoczynek. Rozsiadłem się jak basza w ogromnej bazylice św. Dominika. Zanim jednak to zrobiłem, uścisnąłem dłoń św. Małgorzacie. Jej duży pomnik stał u wejścia i każdy Filipińczyk podawał jej dłoń i gładził stopy, więc i ja nie wiedząc, kim ta święta tak naprawdę jest, powtórzyłem za innymi ten gest.

Najpierw odwiedziłem lewą nawę z wysokim ołtarzem św. Marcina, potem nareszcie przy obrazie Jezusa Miłosiernego, gdzie działały wentylatory, doznałem prawdziwego wytchnienia.

Odpocząwszy, poczułem znów pragnienie i udałem się zgodnie ze wskazówkami do WC, ale sprzątający dwaj panowie wysłali mnie "do recepcji". Nie byłem pewien, czy to kolejna oznaka "filipińskiej gościnności", którą odczuwam na sobie niemal co dzień. To ten typ gościnności, jaki okazują mi "ochraniacze", gdy żądają, bym pokazał swój ID, czyli breloczek z nazwiskiem. Tym niemniej udałem się w kierunku wyjścia. Opuściłbym bazylikę bez wody, ale moją uwagę przykuł rząd popiersi na kolumnach krużganku. Zrobiłem więc  "kółko honorowe"...Warto było.

Mama św. Dominika - To pierwsza błogosławiona z kilku, których biografii nie znałem wcześniej. Okazuje się, że ta kobieta miała trójkę dzieci, z czego dwoje ma tytuły świętych. Oto jak mała jest moja wiedza, pomyślałem i poszedłem dalej.

 Małgorzata del Castello czyli Kościelna - Ku swej radości znalazłem biografię staruszki Małgorzaty, z którą przy drzwiach się powitałem. Zapomniałem powiedzieć, że miała wyjątkowo niską, garbatą sylwetkę i jedną kulę. Myślałem z początku, że autor przesadził albo nie umiał wykonać ładnej rzeźby, ale z biografii wynikało, że Małgorzata piękna nie była. Urodziła się ślepa i rodzice się jej pozbyli. Ktoś ją przygarnął i z czasem okazało się, że to dziecko jest bardzo pobożne i ma mistyczny dar. Podobnie jak rosyjska Matrona stała się błogosławieństwem dla wielu chorych. Sama nieszczęsna i okaleczona, wsławiła się mnóstwem uzdrowień. Sama jednak pozostała kulawa i ślepa, a przy okazji garbata. Podobnie było z Kamilem de Lellis, Faustyną czy choćby z cierpiącym całe życie o. Pio.

Zabity w Szwajcarii - Odnalazłem portret niemieckiego świętego, zdaje się o imieniu Julian. Nie dotarł do Filipin, ale jak widać jest znany tu i czczony. To właśnie obok jego portretu znajduje się portiernia, gdzie przekonałem się, że owszem toaleta jest.

Napiłem się do syta i kontynuowałem wędrówkę po wirydarzu czyli Manilskim Panteonie...

Pius V - Rok po Lepanto - Zaciekawiła mnie biografia św. Piusa, o którym już tyle razy czytałem anonimowe opowieści. Anonimowe, bo każdy raz, gdy świętujemy 7 października dzień MB Różańcowej i wspominamy klęskę Turków pod Lepanto, to mówimy, że papież poprosił wszystkich chrześcijan, by przed bitwą odmawiali różaniec. Nawet się mówi, że papież widział wieszczy znak o zwycięstwie na 3 dni wcześniej, zanim dotarł goniec  z pola bitwy. Wszystko to wiadomo, ale imię papieża czasami umyka naszej uwadze, bo bohaterką zdarzenia jest MB Różańcowa. Tego dnia uzupełniłem swoją wiedzę i symbolicznie, pragnienie wody spowodowało, że pragnienie wiedzy zespoliło się w jedno i satysfakcja z tej wędrówki po historii była dużo większa niż picie wody. Doświadczyłem tego, o czym mówił Jezus do Samarytanki, obiecując "wodę żywą".

Św. Jacek Odrowąż - Hitem programu i wiadomością dnia było odnalezienie w Manili portretu Jacka Odrowąża, którego imię w miejscowej wersji brzmi Jacintus czyli Dzasintus. Jakbym usłyszał z ambony, to może bym się nie domyślił o kogo chodzi, lecz tu nie było wątpliwości, bo w pierwszym zdaniu biografii był pseudonim "Polski Dominik".

Schody do Marcina - Chcę dodać, że mimo wszystko największą czcią cieszy się, w tym dominikańskim kościele, św. Marcin Porres. Na ołtarzu, przy którym byłem na samym początku, przedstawiony jest w towarzystwie dużego psa i sporych rozmiarów szczurów... Tego obrazu z nikim innym nie da się pomylić, bo jak wiadomo, to jedyny na świecie człowiek, który jako ekonom klasztoru w Limie, w spichlerzu nie tylko tolerował szczury, ale je udomowił i traktował po przyjacielsku, czym przeszedł nawet św. Franciszka.

  1. China Town

Z samego rana dowiedziałem się od ks. Artura, że Chińczycy mają obecnie sezon świąteczny, chyba związany ze żniwami. Planował bardzo ich odwiedzić w Chinatown, ale schorował się, więc ja to zrobiłem w jego imieniu. Chinatown wyróżnia się wysoką arką podobnie jak w Waszyngtonie czy Nagasaki, ale tutaj wyjątkowo słupy podtrzymujące arkę, nie miały jaskrawo czerwonej barwy, ale ziemisto żólty kolor dominujący w większości budynków. Nie zauważyłem też jakiegoś szczególnego jazgotu czy zamieszania. Może trzeba było wejść w głąb osiedla, ale ja na to nie miałem natchnienia. Szkoda, że nie było ze mną Artura...

W jakimś sensie był jednak ze mną, bo miałem w kieszeni podarowany przez niego egzemplarz Serca Jezusowego z portretami Sopoćki i Andrasza, dwu spowiedników Faustyny. Oglądałem je sobie wędrując, więc również oni byli ze mną, w tych manilskich Chinach. Polecam więc ich orędownictwu nawrócenie Chin i Manili...

Meble - Chinatown wyróżnia się wieloma zakładami stolarskimi, jakie dostrzegłem na trasie. Meble wykonane ręcznie mają wiele ornamentów w stylu baroko. To tutejszy koloryt. Mimo upływu czasu, hiszpańskie gusta nie znikły.

UcC - Wypatrzyłem też pośród budynków filigranowy krzyż na małej wieżyczce. Podszedłem i ujrzałem zamknięte na kłódkę drzwi oraz napis: United Church of Christ.

Szachy i pranie na ulicy - Inna ciekawostka z chińskiego osiedla to szachy. Sporo szachownic na wirydarzu jednego z domostw przy trasie. Nikt nie grał, ale dwu starców miało chęć i czekali najwyraźniej na współzawodników. Ku wieczorowi powinno wielu nadejść.

  1. St. Tomas Aquinas

Moja wędrówka osiągnęła szczyt, gdy dotarłem do Uniwersytetu św. Tomasza z Akwinu. Domyślałem się od samego rana, że właśnie do tej uczelni trafię. Miałem na nią wielki apetyt. Wyrosła jednak przede mną tak niespodzianie w samym środku chińskiej dzielnicy, że byłem troszkę skonsternowany i nie wiedziałem, jak się zachować. Po prostu szedłem, żałując, że nie ma ze mną przewodnika.

1611 - Chodnik po wschodniej ścianie wielkiego placu, którego dominantą był pomnik Tomasza, wielka stylowa brama wejściowa i fronton uczelni posiadał zadaszenie i sporo ławeczek. Przebijałem się przez tłum studentów i pośród dekoracji poddasza dostrzegłem datę założenia uczelni i jej herb. Pełna nazwa: "Pontyfikalny i Królewski Uniwersytet św. Tomasza". No, no...pomyślałem sobie. Taki sam stary jak Akademia Zamojska albo Uniwersytet we Lwowie.

Próba tańca - W głębi dostrzegłem dziewczęta w jasnobrązowych uniformach, trenujące jakiś taniec. Podobne sceny widywałem w Ateneo i Kolegium Miriam, więc wiem, że to ulubiona zabawa studentek.

Triae Haec - Dotarłem do frontonu i pomnika. Na frontonie policzyłem 4 grupy pomników świętych, usytuowanych w podobnym stylu jak Apostołowie na Bazylice św. Piotra. Domyśliłem się więc, że są to Apostołowie. Centralna trójka, jednak reprezentowała kobiety: z mieczem, z dzieckiem i z krzyżem. Domyśliłem się, że to : Wiara, Nadzieja i Miłość, ale miałem chęć zapytać...

Wywiad o migracji - Podszedłem do pomnika św. Tomasza. Wielki, ze spiżu, podobny w majestacie do krakowskiego Mickiewicza, ale bez osób towarzyszących. Grupka studentów otoczyła mnie nagle, prosząc o wywiad!

Zapytali, czy chiałbym im opowiedzieć coś o migracji, co ja o tym myślę. Zgodziłem się, chociaż po wywiadzie przyszło mi do głowy, że mogłem im zrobić duży wykład o Apostołach i wielu wielkich ludziach, których geniusz ujawnił się w podróżach, na emigracji... W tym jednak momencie wybąkałem jedynie, że to podstawowe prawo człowieka i że było bardzo naruszane w moim ojczystym kraju przez komunistów. Podałem przykład mojego marzenia z młodości, by poznać świat. Ponieważ jednak paszport zagraniczny dostałem dopiero w 1990-m, gdy miałem 27 lat, to moje elementarne pragnienie zostało brutalnie stłumione przez reżym.

Dzieci podziękowały zadowolone, że znalazły do wywiadu obcokrajowca. Domyślam się, że odrabiały "pracę domową". Poprosili, bym powiedział swe imię, pokazałem więc swój ID.

Tam było napisane, że jestem księdzem. Zamarli z radości, a potem jak przedszkolacy podskakiwali na piętach, wołając : "Father, father". Już dawno nie widziałem takiego entuzjazmu.

Zapytałem ich więc o to, co mnie trapiło, mówiąc: "Skoro odpowiedziałem na wasze pytania, to teraz wy odpowiedzcie na moje. Powiedzcie mi mianowicie, kim są ci troje na frontonie". Po chwili narady, jedna z dziewcząt powiedziała: "To są WIARA, NADZIEJA I MIŁOŚĆ"... Tak się domyśliłem. Poprosiłem o jeszcze jedną informację, co znaczy: "puszutim aki bastaralan"? Studenci naradzali się długo, ale odpowiedzieli szczerze: „Nie wiemy”.

Problem polega na tym, że dzieci z ekskluzywnych bogatych rodzin na Filipinach już od przedszkola rozmawiają w domu po angielsku, a napis, o jaki zapytałem, był w języku tłumu w Tagalog, którego bogaci ludzie, owszem mogą znać pobieżnie, ale brzydzą się nim posługiwać.

Jeszcze nie koniec - ciąg dalszy nastąpi. Oto, co mi się przytrafiło w porze obiadowej. Jaki efekt dał mój post, opowiem w kolejnym odcinku, bo po południu zdarzyło się dużo więcej intrygujących rzeczy, między innymi "moslimtown", czyli dzielnica islamska!

Wracając jednak do znajomości tagalog na Uniwersytecie św. Tomasza, chcę dopowiedzieć, że być może studenci nie są winni. Może mieli dobre chęci. Być to może również, że pamięć mnie zawiodła i zacytowałem napis z błędami. Musiałem więc czekać z odpowiedzią aż do wieczora.

Manila, Quezon City

10 czerwca 2016

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com