JESUS DE LA PENA

Rocznica sowieckiej agresji

Każdego roku jakieś myśli przychodzą mi do głowy i nie ma tak, bym na końcu świata zapomniał o tym, co się stało 17-go września 1939-go roku. Gdy pierwszy raz w życiu otwierałem konto w banku i trzeba było wymyśleć hasło...proszę zgadnąć, co wymyśliłem...To była kombinacja z 8 cyfr i wszystkie dotyczyły tej daty. Nie, to nie była profanacja, to nie był żart. Uważam, że ofiara, jaką nasz naród poniósł 17-go września 1939-go roku, to kapitał, jaki zaowocuje tak samo jak 15.08.1920 albo 01.08.1944. Polska, dzięki tamtym zdarzeniom, pozostała wierna sobie, zapłaciła daniną krwi, katorgą, utraconym na dekady lub wieki terytorium...Mimo to jesteśmy i jesteśmy sobą. W Radzyminie Jan Paweł II powiedział kiedyś, że się urodził wtedy, gdy Sowieci nas napadli, ale bitwa sierpniowa spowodowała, że rósł w wolnym kraju, poznawał Boga i nie przestaje dziękować wszystkim, którzy za taką Polskę zapłacili krwią.

Papież uważa, że było warto opierać się bolszewikom.

Każdy kto zginął z ich rąk, chciał, by Polska nie była pusta duchowo, bandycka.

Nie każdy Polak przyjął ten testament, wielu wolało zdradę, zajmowało się donosicielstwem, niszczeniem tradycji, kościoła, historii. Niektórzy się tym zajmują i dziś. Wpadł mi do rąk, dzięki życzliwości internauty, Dekalog Polaka Zofii Kossak-Szczuckiej...bardzo surowy w tekście, bardzo wymagający...

Nie jest łatwo być Polakiem wedle tego dekalogu.

Wolność, nie jest dana raz na zawsze, ale zadana jak zadanie domowe, które każdy Polak powinien w jakiejś mierze odrobić. Niech sam sobie odpowie, w jakiej.

O tym rozmyślałem w Manili, gdy wędrowałem po manowcach. Mój pomysł był taki, że z racji na rozpoczynające się rekolekcje, odwiedzę po prostu cmentarz, to powinno współgrać z rocznicą września również. Najpierw jednak uczciłem Stasia Kostkę. Nie było to wcale trudno, bo na terenie Ateneo Manila jest, niewielkich rozmiarów, kościół jego imienia.

Kostka i Grodziecki w Manili

17 września był niegdyś dniem Stasia Kostki. W Manili jest liceum i kościółek Stasia Kostki afiliowany do jezuickiego uniwersytetu Ateneo. Ma ponad 50 lat...wdepnąłem do tego kościoła. Znalazłem w nim rzeźby dwu aniołów. Jeden trzymał w dłoniach monogram "Maryja" wysoko nad głową, drugi zaś - krzyż wpisany w okrąg. Na polach okręgu inicjały hasła jezuitów "Ad Maiorem Dei Gloriam" - na większą Chwałę Bożą!

Ogólniak ma kilkanaście sal wykładowych połączonych krużgankami. Wszystkie one ustawione są równolegle do kościoła, a sala gimnastyczna jest przedłużeniem świątyni. Pomiędzy korpusami stoją figurki świętych, m. in. Stanisława, Loyoli, jednego z wykładowców. Nad drzwiami każdej z klas jest imię patrona. Na jednej z ostatnich sal jest również nazwisko Grodzieckiego.

Dwaj Polacy w jeden dzień w Manili to dla mnie duża niespodzianka...

BERNARDUS HOYOS - Zagadkowe nazwisko pod figurą świętego Jezuity zmusiło mnie do zrobienia notatki, którą wsunąłem do kieszeni z postanowieniem, że zapoznam się z jego biografią, jak wrócę.

JOANNES BERCHMANS - Nazwisko Holendra Berchmansa jest mi znane, ale już wywiało z głowy, kim był ten młody jezuita, widocznie razem z Hojosem - patron młodzieży, bo na ołtarzu było ich czterech. Ostatni to Alois Gonzaga, tego nie da się zapomnieć...bogacz w nowicjacie - kopia Kostki we włoskiej wersji.

QUAM DELICTA TABERNACULA TUA - dom - INTROIBO AD ALTARE DEI - Nad figurami "jezuickich młodzianków" widniał łaciński napis: "Jak miłe są twoje namioty - Panie - przybędę przed twoje ołtarze"...

Kózki w latynoskiej dzielnicy

Opuściłem teren Ateneo bocznym wyjściem numer 6 i obszedłem go z północnej strony. Osiedle, po którym wędrowałem, to kolejne miasteczko dla bogatych z mnóstwem ślepych uliczek i punktów kontrolnych. Gdy dotarłem do tzw. "ogrodów", gdzie droga się urywała, ujrzałem ku swemu zdziwieniu stado kózek, które sobie beczały na mój widok. Gdy oddaliłem się, dalej skubały trawkę. Były brązowego koloru jak franciszkanie i kapucyni... bardzo pobożny strój. Wszystkie ulice w tej dzielnicy miały nazwy latynoskich państw. Wędrowałem więc po ulicy Wenezuelskiej, Argentyńskiej i Portorykańskiej. W okolicach Meksykańskiej był urząd gminy i fitness, dalej betonowa ulica prowadziła w stronę cmentarza, więc niepewnym krokiem szedłem w nadziei, że znajdę jakąś dziurę w płocie, by do cmentarza dotrzeć. Miałem szczęście. Mimo, że ulica była ślepa, to jednak była furtka strzeżona przez security. Tym razem to była kobieta. Wylegitymowała mnie. Znalazłem się w zupełnie innym świecie. Zamiast willi i szerokich ulic z chodnikami, wpadłem w gąszcz wąskich uliczek z gęsto napiczkanymi chatkami i mnóstwem bawiących się dzieci, których nie dostrzegłem w dzielnicy latynoskiej z nazwy, ale z ducha to było jakby Kalifornia.

Kalumpang

Dzielnica obok cmentarza nazywa się Kalumpang i w miejscu gdzie wyszedłem, była zajezdnia wielu dżipni czyli małych busików miejskich. Rozpoznałem też sekciarski kościółek, do którego dotarłem na spacerze miesiąc temu.

GOOD NEIGHBOR CHRISTIAN FELLOWSHIP - Zanotowałem nazwę sekty, bo tym razem miałem ze sobą długopis, jaki znalazłem koło kościoła św. Kostki na trawniku..."Bractwo dobrych sąsiadów chrześcijan". Jak już poprzednio wspomniałem, ci "dobrzy sąsiedzi" wybudowali sobie zbór o 50 m od Kościoła św. Józefa i nie jestem pewien, czy są dobrymi dla siebie sąsiadami. Nazwy czasami wyrażają "pobożne życzenia", ale nie rzeczywistość.

PAULISTKI - Na tej samej ulicy gdzie "bractwo sasiadów", znajduje się klasztor sióstr paulistek, których wcześniej nie dostrzegłem, mimo że przechodziłem obok. Naprzeciw klasztoru duży stend z informacją o jakimś biskupie o nazwisku Leon. Nie udało mi się ustalić, co głosił stend, bo był w nieznanym mi języku Tagalog.

Cmentarz Marikina

Cmentarz, gdy go oglądałem z okien refektarza Jezuitów, wydał mi się bardzo zagadkowy. Dostrzegłem wyraźnie sylwetkę świątyni z wielkim betonowym krzyżem i coś w rodzaju Golgoty. Z daleka to robiło wrażenie, gdy zacząłem się przyglądać z bliska, przeżyłem rozczarowanie.

Cmentarz owszem chwilami wygląda jak amerykański, bo ma wiele małych tabliczek marmurowych, leżących na krótko przystrzyżonej trawce. Granica cmentarza wykonana jest z dużych popielatych pustaków i niektóre partie ogrodzenia mają zainstalowane konstrukcje, do włożenia w nie prochów. Długość płotu oceniam na jakieś 3 km, więc możliwości chowania tam ludzi w hiszpańskim stylu, są wielkie. W pewnym momencie dostrzegłem, że na cmentarzu są również budynki mieszkalne. Pobiegłem zaintrygowany w ich kierunku, spodziewając się, że to może plebania czy dom grabarzy lub biura, lecz nie. To też były grobowce, tylko ogromne dwupiętrowe z balkonami i umeblowane w środku jak małe kaplice do odprawiania nabożeństw.

IGNACY - Na jednym z kurhanów usytuowano Ignacego w stroju rycerza, który klęczy z mieczem w pozie skruszonego grzesznika. Kolor rzeźby brunatny jakby z miedzi, ale to mógł być pomalowany beton. Nie obejrzałem dokładnie, bo wokół kurhanu pełno tabliczek wetkniętych w trawie. Nie chciałem deptać po grobach.

GUADELUPE - Dotarłem do betonowego kościoła. Owszem na zewnątrz wygląda jak kolos. W środku jednak, to mała trójkątna kaplica z trzema rzędami marmurowych ławek wokół ołtarza tak, by wierni mogli siedzieć okręgiem wokół celebransa. Wewnątrz panował bałagan. Pod kolumnami w każdym kąciku półki z prochami i kaplice dla bogatych. To samo na piętrze do którego się nie wdrapałem, wszędzie metalowe furtki z kłódkami... na trzech ścianach wisiały dwa obrazy MB Nieustannej Pomocy i Guadelupe, na trzeciej ścianie obszarpane drzwi zakrystii.

Byłem zdegustowany. Forma z zewnątrz piękna: piramidka, wnętrze zaniedbane, ponure.

OSTATNIA WIECZERZA – To, co wyglądało z daleka jak Golgota, okazało się z bliska być sceną Ostatniej Wieczerzy z ogromnymi, metalowymi figurami po 6 m każda, w pozie siedzącej na dwumetrowych stołkach. Jezus stał majestatycznie jakby w pozie błogosławienia chleba i wina, większość Apostołów siedzi, gestykulując żywo, niektórzy aż się podnieśli z wrażenia, jakie słowa Jezusa na nich wywołały. Pomysł świetny, ale wszystko niedokończone i beton oraz żelazobeton użyty do wykonania stołu porośnięty chwastami. Nad całością owszem coś w stylu betonowej góry. Z bliska dojrzałem, że to amfiteatr, widocznie zrobiony z myślą o sprawowaniu liturgii. Na wysokości stołu, okręgiem wokół rzeźb, kolumnada z krużgankiem, w którym miejsce na pochówki dla bogatych. Większość z marmuru, ale wszystkie zapylone, kilka nisz pustych z brzydkimi koślawymi napisami jak na bazarze: For sale. Elementy amfiteatru zszarzałe od wilgoci i starości również porosły trawą i zrobiły na mnie takie wrażenie jak jakiś niemiecki bunkier z Volfschanze pod Kętrzynem...

MATKA BOŻA - W pewnej odległości od Ostatniej Wieczerzy, pod samym ogrodzeniem cmentarza, dostrzegłem figurę Niepokalanej, wykonaną tą samą techniką z blachy i betonu co "Ostatnia Wieczerza". To kiedyś musiało być piękne i imponujące, ale nie wytrzymało próby czasu...

PIKNIK - Nieopodal Matki Bożej zaparkowało kilkadziesiąt samochodów i stary japoński autobus bez szyb w oknach. Ludzie wesoło gawędzili w okolicy jakiegoś grobu. Takie sceny już widywałem w Korei. Ludzie tutaj w Azji nie szlochają po pogrzebie, ale przystępują do uczty. Większość naprawdę tak jakby na pikniku. Zamówieni przy tej okazji profesjonalni kelnerzy w specjalnych strojach roznosili dania i napoje... na tacach! Aż mi ślinka poleciała, bo chciało mi się pić. Zabrakło odwagi, by prosić. Aż się sam zawstydziłem tej myśli, że mógłbym na pogrzebie żebrać.

VUBT AMORSOLO - Niedaleko wyjścia dostrzegłem nieduży kurhan z pomnikiem artysty ze sztalugą i pędzlem. Imię artysty było artystycznie niewyraźne, a nazwisko Amorsolo. Zanotowałem w nadziei, że więcej się o tym człowieku dowiem.

CZARNY KOT - Obok artysty pojawiła się czarna mała kotka, która łasiła się do mnie, jakby to duch zmarłego prosił o zdrowaśkę.

CIĘCIE TRAWY - Na wielu grobach pilnie nożycami cięto trawę, niektórzy wyrywali kupki gęstej trawy...Dwu grabarzy kopało nowe mogiły, w których dostrzegłem dużo wody, a ziemia ze środka - błotnista. Tego błota i śladów traktorów na asfalcie było tak dużo, że to robiło wrażenie zabłoconego PGR, a nie cmentarza. Naprawdę byłem zdegustowany. To przecież stolica, niemalże "Powązki”, ale takie zapaprane.

POLICJA - Ostatni pomnik, jaki przykuł moją uwagę, to marmurowy postument z flagą Filipin. Na marmurze były nazwiska policjantów. Pomnik zbudowano w 1970r.

Jesus De la Pena

DAJ BALONIKA - Po opuszczeniu cmentarza miałem mieszane uczucia. Wypełniłem swój obowiązek względem przodków - gospodarzy miasta sprzed lat. Poczucie sacrum i profanum mieszało się jednak mocno. W bocznych uliczkach Marikina widziałem reklamę metodystów i sądziłem, że ich odszukam. Zamiast tego natrafiłem na fasadę starego kościółka z 17-go wieku, nazywał się Pena De Jesus czyli Męki Chrystusowe. Gromadka dzieci bawiła się na ulicy obok wejścia, więc rozdałem im baloniki, jakie od tygodnia noszę w dużej kieszeni. Maluchy wyglądały na szczęśliwe.

MSZY NIE BĘDZIE - Kilka kobiet czekających na otwarcie świątyni, powiadomiło mnie , że "Dziś Mszy nie będzie, tylko zebranie modlitewne".

BARANGAY 1630 - Nie czekałem, zrobiłem kółko i wylądowałem na głównej ulicy niemalże w tym samym punkcie, gdzie zacząłem zwiedzanie zaułka. Ziemia owszem jest okrągła. Stałem obok betonowego pomnika Rizala pomalowanego na złoto. Za jego plecami była szkoła, która miała ten sam tytuł co stary kościółek. Zrozumiałem, że kościół nadał imię osiedla. Na podwórcu szkoły, dużych rozmiarów masońska śruba z napisem „rotary”...

Providencia villages

Manila podzielona jest na wioski. Niektóre to osiedla bogaczy, inne zwykłe, naprawdę wioskowe. Wiele posiada security, niektóre po prostu wysokie bramy z nazwą.

FAMILY CHURCH - PUKAŁEM - Skręciłem w kolejny zaułek, tym razem była to szeroka dwupasmowa ulica z napisem "Wioski Opatrzności: Józef, Św. Rodzina, Isidoro".

Pierwsza świątynia, jaką tu napotkałem, to jakiś Bible Based "Kościół Domowy" - nie miałem złudzeń, to była sekta, ale zapukałem, by poprosić o kubek wody. Gdy otwarłem, ujrzałem krąg ludzi żywo gestykulujących. Nie chciałem przeszkadzać. Przeprosiłem i zamknąłem drzwi. Ktoś wyszedł za mną, ale gestem rąk jeszcze raz pokłoniłem się i przeprosiłem. Było ich zbyt wielu, a wiem, że wzbudziłbym sensację, gdybym miał czas i natchnienie z nimi gawędzić. Za godzinę miała być Msza rekolekcyjna, więc musiałem się spieszyć.

MORMONI - Za jakieś 50 m byli mormoni z nowiutką świątynią i słupem telefonicznym, który u nich zastępuje wieżę i minaret... Dwie osoby gawędziły na dworze. Nie mogłem dostrzec gdzie u nich główne wejście, świątynia stała plecami do drogi...taki styl...kolejny bunkier!

NIEPOKALANE POCZĘCIE - Jeszcze 50 m dalej, o jakże się ucieszyłem, piękny nowiutki kościółek z szeroko rozwartymi wrotami.

BP FRANCISCO M. DE LEON - U wejścia ten sam stend co koło paulistek. Teraz widziałem go z bliska i mogłem się lepiej przyjrzeć. Wygląda na to, że tydzień temu były święcenia biskupie w Atopola, w którejś z sąsiednich dzielnic Nowej Manili, gdzie 13 lat temu Jan Paweł II ustanowił 6 nowych diecezji. Okazałem się nieświadom tego za granicą diecezji Cubao, do której należy Ateneo...

MALIGAYANG BATI SA BAGONG - Na wrotach świątyni dostrzegłem taki oto napis, którego znaczenia nie zrozumiałem. Poniżej był jednak cytat listu do Hebrajczyków po angielsku.

HEBR 3,4 FUNDAMENTEM WSZYSTKIEGO JEST BÓG - Ten biblijny cytat miał wyrazić radość budowniczych z tego, że 3 lata temu powstał ten kościółek, w formie wznoszącej się w niebo rakiety... Przeczytałem wszystkie napisy przy wejściu. Obejrzałem pomysłowy konfesjonał w ścianie przy wejściu. Popatrzyłem na 3 drogi krzyżowe, bo jedna z nich w środku, druga na zewnątrz, a trzecia wewnątrz starej kaplicy, która służyła wiernym podczas budowy nowego kościoła. Kaplica z elementów tekturowych dość gustowna, nadal wykorzystywana najprawdopodobniej do nabożeństw w ciągu tygodnia. Tam znalazłem kubek wody, jakiego pragnąłem... Ten kościół naprawdę czeka na wiernych, mimo że nikogo w środku nie zastałem. Dwie osoby grabiły liście na zewnątrz.

Ailogei chiapa

200 m od świątyni Niepokalanego Poczęcia, na "krzyżówkach", tytuł osiedla "Święta Rodzina" i piękny pomnik na betonowej ścianie, która oddzielała dzielnice od nabrzeża rzeki. Brnąłem po osiedlu, napotykając mnóstwo maluchów. Rozdałem im niemal wszystkie balony i dostrzegłem również aprobatę w oczach przechodniów, którzy na głos czytali moje imię na bejdzyku. Gdy mi się zdało, że wszystkie dzieci obdzieliłem, nagle te, co wcześniej otrzymały już balony, dogoniły mnie z okrzykiem Ailogei cziapa. Domyśliłem się, że "proszą o jeszcze". Nadmuchałem więc trzy dodatkowe i rzuciłem komu popadło...Wywołało to śmiech zadowolenia i walkę, kto je złapie...

Na tym osiedlu nie było kościoła, był natomiast mroczny zbór Adwentystów za wysokim płotem, przez szparę płotu zaglądał do środka jakiś chłopiec i kogoś przywoływał.

Św. Józef Manggawa

Ostatni balonik dałem dziecku, które próbowało otworzyć drzwi małego kościółka św. Józefa, w którym byłem na Mszy miesiąc temu. Maluch się bardzo ucieszył i przestał atakować drzwi.

Ja tymczasem posiedziałem chwilkę na ławce, medytując o kubku wody, nie widać tu jednak było żadnego kranu ani łazienki. Zwlokłem się więc i powędrowałem dalej. Od EAPI dzieliło mnie jakieś 20 minut drogi. Musiałem się spieszyć na Mszę...

Ks. Nizan

Po wysokich schodach, wędrowałem tylnym wejściem od północy do swego akademika i obok budynku jezuickiego seminarium napotkałem przypadkowo, nie kogo innego jak tego smutasa, który miesiąc temu sprawował Mszę w kościele św. Józefa. Dobrze zapamiętałem fizjonomię i z daleka pozdrowiłem go tytułując: "Proboszczem św. Józefa". Uśmiechnął się, bo też mnie rozpoznał. Wypytał, skąd jestem, co robię i przedstawił się... Był bardzo uprzejmy i wyjaśnił, że nie jest proboszczem, ale owszem czasami "tam odprawia". Domyśliłem się, że jest Jezuitą z Ateneo i być może wykładowcą w Seminarium, bo tylko tacy księża błąkają się po terytorium Ateneo i pomagają proboszczom w okolicy odprawiać niedzielne nabożeństwa.

Konkluzje

Nie byłem pewien, czy wypada w trakcie rekolekcji opuszczać budynek EAPI. Jeden ze studentów zapewnił mnie, że tak. Jestem mu bardzo wdzięczny, bo mimo potu i pragnienia, co tego dnia zdominowało mą podróż, przypominając mi, że jestem złożony z kości i ciała, dusza moja doznała kilku wzruszeń.

Św. Stanisław i jego towarzysze młodziankowie na spółkę z bohaterami polskiego września, zainspirowali moją kolejną pielgrzymkę na cmentarz Marikina i do malutkiej świątyni "Mąk Jezusowych". To było piękne i niespodziane. Mówię o całości, bo w szczegółach było sporo zgrzytów...

Manila - Quezon City, 17 września 2016

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com