O MB Fatimskiej napisano wiele. Są filmy, książki ze słów siostry Łucji, świadectw i poszukiwań. Dziś chcę zająć się doświadczeniem ludzi zaangażowanych w realizację Fatimskich obietnic: kapłanów i wiernych z obszaru sowieckiego zniewolenia. Włączam tu świadomie również doświadczenia Polski. Opiszę to, czego byłem świadkiem i uczestnikiem.

 

Zaproszenie

 

W styczniu 1995 roku po trzech latach pobytu w Rosji przeżyłem kryzys powołania, toteż rozpocząłem starania o przeniesienie ze statusu księdza diecezjalnego do Franciszkanów Konwentualnych. Dla wielu była to niespodzianka, ale ponoć jestem „mistrzem niespodzianek” – przebaczono więc ekscentrykowi. „Gdybyś był moim synem to bym cię położył na kolano i tłukł dla opamiętania, masz jednak przełożonych w Polsce, niech oni się wypowiedzą” – to była reakcja abpa Kondrusiewicza w Moskwie. Zdawało się, że się gniewa, bo przecież tracił misjonarza. Po chwili jednak zagadnął: „zanim pójdziesz do nowicjatu daj numer paszportu, bo cię typuję na delegata do Fatimy”. Zbaraniałem, podobno na tę drogę wybierano najlepszych: ks. Gunczaga – idol moskiewskiej młodzieży, Zaniewski – tajnie wyświęcony kapłan z czasów podziemia, Pickel – budowniczy wielkiego kościoła w miasteczku Marks nad Wołgą i Czaplicki, mój dziekan z Kaukazu.

Ja niezasłużenie miałem być w „piątce wspaniałych” w ten sam dzień gdy złożyłem dokumenty „o dezercji”... a biskup Kondrusiewicz słynie z tego, że emocjonalny, wrażliwy, potrafi wybuchnąć jak wulkan, ale też może zapłakać w samym środku płomiennej wypowiedzi. Było tak i ze mną, traktował mnie nierówno. Był dla mnie wymagający, ale też umiał okazać niezasłużony kredyt zaufania, wręcz „strategiczną łaskę”!

 

Oczekiwanie

 

Z parafianami żegnałem się w Polsce... o tym oddzielnie opowiem. Cały autokar pielgrzymów przywiozłem mamie do Skrwilna i tej mamie z Niepokalanowa i tej z Częstochowy. Kierowcy strofowali mnie, że miało być 1000km po kraju a wyszło podwójnie... Tak oto żegnałem się ufając, że po nowicjacie znowu do nich wrócę.

Na wyjazd do Fatimy oczekiwałem w Radzyniu Podlaskim, u pewnej pobożnej rodziny, zaraz po rozmowie z franciszkańskim prowincjałem, który potwierdził, że nowicjat w „trybie nadzwyczajnym” jako „późne - kapłańskie powołanie” spędzę w Miedniewicach k. Niepokalanowa, i że po rocznej próbie już jako Franciszkanin powrócę do Rosji, bo tam są większe potrzeby niż gdzie indziej. Przed wyjazdem do Fatimy było to bardzo cenne zapewnienie. Mogłem tam dziękować Bogu za pobyt w Rosji i prosić o błogosławieństwo na dalsze lata pobytu po zakończonej próbie. Na moich parafiach nad Wołgą i Donem osiedlili się Franciszkanie co sprawiło mi ulgę i było swego rodzaju wstępnym warunkiem abpa Kondrusiewicza na ten projekt. Przedsięwzięciu znów patronowała Matka Boska Szkaplerzna. Przelot miał się odbyć 17 lipca i pobyt trwać tydzień a nawet dłużej. Nie znane mi były szczegóły techniczne „operacji Fatima”, więc oczekiwałem z niedowierzaniem „czy to naprawdę się stanie?”

 

Przelot

 

Na Okęciu byłem w południe jako jeden z pierwszych. Wkrótce zauważyłem grupę pięciu księży z Kazachstanu ze swoim biskupem Janem Pawłem Lengą MIC. Dźwięk języka rosyjskiego po raz kolejny zaskoczył mnie mile na polskiej ziemi. Ucieszyłem się też widokiem ks. Czaplickiego, który jako mój dziekan też był dla mnie surowy ale wyratował z opałów gdy na punkcie kontrolnym z nieufnością odniesiono się do mego dokumentu tożsamości. Paszport był w strzępach a ks. Bronisław rzekł: „my z Kaukazu, tam jest wojna, sprawdzani jesteśmy codziennie to dlatego nasze paszporty nie są eleganckie.” „Bóg zapłać Ojcze” – dziękowałem w duszy i do dziś dziękować muszę. I jemu i Biskupowi i Pallotynom, że nam taki podarunek zaoferowali nie prosząc w zamian nic tylko byśmy przez 2 miesiące Msze święte w ich intencji odprawiali.

 

Przybycie

 

To chyba był czarter i wszyscy byli pielgrzymami - 50 kapłanów, 10 delegacji diecezjalnych po pięciu z rożnych stron: Litwa, Białoruś, Ukraina, Rosja, Syberia, Kazachstan etc. Było też wielu świeckich. Wynikło pewne opóźnienie plus 1 godzina różnicy między Warszawą i Lizboną i tak przeciągnęło się latanie około 4 godzinne do późnych godzin nocnych. Autokary czekały i w półśnie dotarliśmy do baraków Fatimskich na nocleg. Wypadło mi mieszkać z moim rówieśnikiem z Marksa nad Wołgą, przykładnym niemieckim katolikiem. Mój dziekan dostał pokój z bożyszczem młodzieży Słowakiem Gunczagą. Ściany były symboliczne, jak boksy w szatni przedzielone pokoje zwykłą metalową siatką, toteż słyszałem jak czasem modlili się razem na brewiarzu po polsku lub słowacku i jeden i drugi tekst koślawiąc... Ja nie wysilałem się by się modlić z Klemensem po niemiecku ani on o to nie zabiegał. Nastrój do modlitwy był tak mocny, że raczej pędziliśmy co prędzej do kaplicy i jeśli się zdarzało, że ja wpadałem tam pierwszy zapominając brewiarza on mi go przynosił dyskretnie nie komentując ani się nie dziwiąc... tak naturalnie: „Ordnung muss sein”.

 

Wyścigi

 

O przyrodzie powiem tyle, że nocą niewiele było widać a w dzień tylko eukaliptusy potężne rzucały się w oczy i z wdzięcznością korzystaliśmy z ich cienia bo upał nie ustawał ani na chwilę. Plac kościelny robił wrażenie ogromnego stadionu a raczej kilku stadionów... dopiero po roku mogłem porównać go z placem św. Piotra... takie są podobieństwa, ale na niekorzyść Rzymu. Fatima jest wspaniała! Tutaj wszystko bardziej monumentalne a jednocześnie swojskie, bo choć to miasteczko a jednak z posmakiem polskiej wioski, zresztą... i na Watykanie też był moment jakbym był u siebie w domu... skąd te dziwne natchnienia... nie wiem. Pewnie dlatego, że tutaj dom mamy Fatimskiej a tam dom dziadka Wojtyły z Rzymu. Mieliśmy studiować wszystko co się da o objawieniach, by potem fachowo nauczać i świadczyć o tym w Rosji, ja jednak miałem odczucie, żeśmy trafili na karnawał gdzie każdy ksiądz pragnął nie tylko słuchać ale też i sam coś ważnego powiedzieć i dokonać. Rzucał się w oczy ksiądz Mazur adiutant kardynała. Miałem wrażenie, że to on inicjował telegram do Ojca świętego pod którym wszyscy się podpisali. Bp. Lenga bawił wielu zdawkowo sypanymi żartami młodzieżowym żargonem. Bp. Szyrokoradiuk z Kijowa zdawał się dopiero przyzwyczajać do piuski i czerwonej sutanny. Wyróżniali się też białoruscy Unici zdawało się, że to wymarły gatunek a tymczasem był wśród nas archimandryta, przesympatyczny Sergiusz Gajek. Franciszkanie, jeden misjonarz i pallotyn z Ukrainy tryskali sangwinicznym humorem i zarażali śmiechem, marianie z Białorusi starsi dlatego stateczni, a ks. Dziekoński z Mozyra ze mną i z Klemensem na wyścigi biegał do kaplicy rano bardzo wcześnie a nocą do późna. Były jeszcze inne konkurencje. Na wykładach byli „dyżurni studenci” od pytań ciekawychi trudnych, po których zwykle słychać było salwę śmiechu. Na stołówce były też wyścigi po najsmaczniejsze kąski i po wytrawne wino, którego nikt nie ogranicza w klimacie śródziemnomorskim. „Czy wszyscy Polacy to sangwinicy” z niekłamanym zdziwieniem pytał mnie często Klemens i pytał retorycznie, bo ja jego sąsiad nieodłączny i Polak niewątpliwy jestem „abstynent wojujący” toteż jak melancholik.

 

Ofiarowanie

 

Oczywiście były chwile uroczyste, nie tylko posiłki i wykłady. Każdy dzień, msze święte z kazaniem i wieczorny różaniec z „procesją światła” i słynną pieśnią „Ave”. Każdy dziesiątek różańca w innym języku; litewski, polski, rosyjski, białoruski, ukraiński na stałe weszły w tych dniach do kanonu modlitwy. Trzeba było niektóre dziesiątki dzielić po połowie by zadowolić wszystkie opcje wschodnie. Msza święta natomiast pomimo obecności kilku Niemców, Słowaka, Białorusinów i Ukraińców była o dziwo po polsku, co jak się domyślam spowodowane było względami praktycznymi i przynajmniej bierną znajomością tego języka przez wszystkich. Teksty z portugalskiego tłumaczyła nam pani Ania, wolontariuszka od pallotynów, a w trudnych chwilach ja ratowałem Klemensa i tłumaczyłem na rosyjski to co ona mówi gdy on się wyraźnie niecierpliwił. Po polsku też było odczytane zawierzenie narodów Białorusi, Kazachstanu i Ukrainy. Nie pamiętam czy w tekście było słowo Rosja bo zarówno biskup Werth z Nowosybirska jak i moskiewski arcybiskup byli nieobecni a my jako delegaci nie mieliśmy polotu ani przebicia. Dopiero po trzech latach wyszło na jaw, że było tam dwóch rosyjskich biskupów wśród nas nieświadomych swego powołania i przyszłych funkcji. Klemens miał objąć katedrę w Saratowie a ks. Mazur w Irkucku. Jednak na to trzeba było poczekać całe trzy lata.

Rota Ofiarowania Opiece Matki Bożej miała coś ze stylu ślubów jasnogórskich, mowa tam była o publicznych grzechach ateizmu, aborcji, narkomanii, alkoholizmu, rozwodach, wojnach, rewolucji. Po zawierzeniu kardynał Świątek poświęcił setki figurek Matki Bożej Fatimskiej, którymi upstrzony był ołtarz niewielkiej cudownej kaplicy. Miały one trafić do wszystkich postsowieckich państw i tymi autokarami, którymi nas do Fatimy przywieziono wróciliśmy na lotnisko do Lizbony. Odległość 100 km urozmaiciliśmy sobie tzw. „wieczorkiem zapoznawczym”. Choć spędziliśmy ze sobą tak wiele czasu nie mieliśmy go dla siebie. Bieganina na wykłady i do kaplicy pochłonęła wszystko. Pamiętam występ Klemensa gdy przez mikrofon opowiadał jak wielu nadwołżańskich Niemców z Rosji ucieka i choć on wyrósł w NRD-owie to byłby szczęśliwy gdyby mógł tam umrzeć i nigdzie nie wyjeżdżać. Mówił żartobliwie, wiec nastrój był dobry i każdy miał chęć mówić. 100 km przeleciało szybko, jeszcze szybciej przelot do Warszawy.

 

Powrót

 

Byłem pod wielkim wrażeniem tego co się stało. Wciąż miałem czas. Nowicjat zaczynał się we wrześniu, wiec ruszyłem do Częstochowy z Zielonogórską Pielgrzymką. Tam usłyszałem o telewizji Niepokalanów, która właśnie dostała koncesję. Fatima i TV Niepokalanów w moim sercu zrosły się i zlepiły w jedno. Szybko swe uczucia przelałem na papier. Wszystkim przełożonym zakonnym a nawet biskupom polskim tłumaczyłem naiwnie ale z tupetem to co oni lepiej wiedzieli ode mnie: Jak kochać Maryję i jak bardzo potrzebna jest telewizja katolicka. Gdy we wrześniu dowiedziałem się w nowicjacie, że biskupi zarządzili pielgrzymkę cudownej figury Fatimskiej po Polsce myślałem, że się przesłyszałem, ale trzeba było uwierzyć i cieszyć się tym jak ona nawiedza i odnawia dekanat za dekanatem. Moje rodzinne Skrwilno, też od niedawna dekanat to też mama, kobieta pobożna miała mi co opowiadać.

 

A.D. 1995

 

Rok 1995, rok antyklerykalny, rok trudnych wyborów. Ileż niepochlebnych rzeczy o Polakach i o ich nastrojach dowiedziałem się wtedy w klasztorze. Owszem jak zwykły braciszek modliłem się, zmiatałem liście na podwórku, zbierałem grzyby, kopałem ziemniaki a gdy spadł śnieg mozolnie go zgarniałem pomagając również klaryskom, które tych czynności nie mogły wykonywać z powodu klauzury. Czyściłem kościół, rąbałem drewno na opał ale przecież dochodziły mnie echa prezydenckiej kampanii wyborczej: Wałęsa, Gronkiewicz – Waltz, Olszewski czy Kwaśniewski. Dużo przykrych spraw. Głośno płakałem w kaplicy gdy wybrano komunistę. Przekonałem się wtedy jak trafnie pytali „dyżurni studenci” z Fatimy, czy objawienia dotyczą Rosji tylko, czy całego Związku Radzieckiego, czy może wszystkich „demoludów”. Siostra Łucja, jedyna z widzących dzieci fatimskich wciąż żyjąca karmelitka odrzekła gdy pytał o to kardynał Świątek, że owszem „Demoludy” też uczestniczą w obietnicach fatimskich. A więc chodziło również o Polskę tzn. i ona ma się nawracać! I nasze polskie w Rosji duszpasterstwo też zapewne słabe, bo skażone atmosferą sowietyzacji, w której tak długo żeśmy rośli. Tymczasem Matka Boża obeszła całą Polskę i równie zagadkowo jak niepostrzeżenie przeniknęła krótko potem do Rosji. Początek tej pielgrzymki dał dzień 7 listopada 1996...

 

Święty Antoni

 

W moim życiu w międzyczasie zmieniło się wiele. Właśnie trwał jubileusz 800-lecia świętego Antoniego. Wędrówkę jego relikwii po Polsce przyćmiła pielgrzymka fatimska. Ja jednak jako franciszkanin dostąpiłem innej łaski niż mama. Matka Boża Fatimska do Miedniewic nie dotarła, ale zawitał tam święty Antoni. Związek Antoniego z Fatimą można łatwo udowodnić. Fatima to Portugalia i paradoksalnie Antoni z Włoskiej Padwy, (o czym mało osób wie) urodził się w Lizbonie, a ja z grupą pielgrzymów miałem szczęście oddać mu hołdu (w świątyni zbudowanej na fundamencie domu świętego) w roku Jubileuszowym. Kto wie, czy nie dlatego ten święty miał mi tak bardzo i wielokroć sprzyjać.

 

Paradoks

 

Napotkane relikwie w Miedniewicach miały wędrować również po Rosji znowu przecinając ścieżki Fatimskiej Matki Boskiej. Wiele by o tym mówić ale tymczasem tylko jedno wspomnę. Fortel metropolity z Moskwy się powiódł. „Strategiczna łaska” dała swoje owoce. Przerwałem nowicjat w połowie przynaglony przeżyciami z Fatimy i innymi rozterkami z Miedniewic. Wróciłem nad Don upokorzony syn marnotrawny, by przygotować ścieżki dla madonny i by przywitać świętego Antoniego i aby każdą z tych pielgrzymek przypłacić cierpieniem i ryzykiem śmierci w darowanym dla naszej misji samochodzie, którym nie potrafiłem jeździć wolno to znaczy roztropnie. Moi przyjaciele nazwali legendarną „Niwę” sprytnym rosyjskim tytułem „ widy-widawszaja” (ta co ogląda cuda). I tutaj opowieść staje się bardziej osobista, wręcz intymna pora więc odłożyć pióro by sobie i czytelnikom dąć chwilę wytchnienia i refleksji.

 

 

Ks. Jarek Wiśniewski

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com