×

Ostrzeżenie

EU e-Privacy Directive

Ta strona używa plików cookie do wspierania uwierzytelniania, nawigacji i innych funkcji. Korzystając z tej witryny zgadzasz się abyśmy zamieszczali tego typu pliki na Twoim urządzeniu.

Zamieszczane będą tylko dwa rodzaje plików cookie:
- nasze (ze strony xjarek.net - do poprawnego działania strony i sesji użytkownika)
- Google Analytics (do celów analitycznych i statystycznych).

Zobacz Politykę Prywatności i Cookies

Zobacz dokumenty EU e-Privacy Directive

View GDPR Documents

Nie zgodziłeś się na cookies. W przyszłości możesz zmienić tę decyzję.

Port Moresby
stolica Papui - Nowej Gwinei

“Góry otaczają Jeruzalem:
tak Pan otacza swój lud 
i teraz, i na wieki.  
(Psalm 125)

Czy miasto Moresby jest święte i jaka jest jego historia - jeszcze nie zbadałem.

Ma coś koło 200 tys. mieszkańców i ładnie się prezentuje na zdjęciach. Z bliska można dostrzec wiele bałaganu i brudu. Ludzie na obrzeżach - podobnie jak w Deli - koczują w slamsach. Na drogach: śmieci, kał psi i ludzki na spółkę z butelkami od piwa, ogniska, reklamy na tekturze w stylu “tanie trumny”. To wrażenia z pierwszej wizyty na rok przed XV-mi Igrzyskami Pacyfiku, których organizacji podjął się ten kraj. Prawdę powiedziawszy, podobne wspomnienia mam z Pekinu 2006 i wspomnianej już stolicy Indii 2013. Bieda sąsiadująca z wielkimi pieniędzmi, jakie ten kraj czerpie z ogromnych funduszy, które daje potężny “logging biznes” - gaz ziemny w Highlands i olej palmowy z Nowej Brytanii. Jest w tym kraju złoto i mnóstwo miedzi w Bougainville, ale wszystkie dywidendy lądują w kieszeniach skorumpowanych urzędników z Port Moresby. To jest moja internetowa wiedza oraz opowieści ludzi, lektura gazet i praktyka życia w komunizmie. O zgrozo, ten “demokratyczny kraj” funkcjonuje podobnie jak pozbawione skrupułów reżimy w Moskwie, Pekinie etc.

Owszem, rzuciła mi się w oczy duża ilość wzgórz i pagórków, pośród których miasto rozmieszczone jest jak Jerozolima, a jeszcze bardziej jak stolica Kamczatki - Pietropawłowsk. To wszystko - wyrzeźbione mocą wulkanów, które nękają cały kraj, ale powodują, że krajobraz jest niespotykany i typowy dla innych miejsc Pacyfiku…

Z perspektywy roku czasu spoglądam na pierwsze kroki, jakie zrobiłem w PNG.

Niemal wszystko pamiętam:

Pogoda:

Wielka niespodzianka: Mimo że było upalnie, to jednak chłodny wiaterek tonizował tropik. Tego dnia 2 lipca 2014 było pochmurno. Zbierało się na deszcz.

Oczekiwanie:

Godzinę po moim lądowaniu miało dotrzeć do Port Moresby 2 kapucynów (amerykański Słowak Cyryl i Koreańczyk Tomasz). Gawędziłem sobie z Prowincjałem, czekając na resztę podróżników z USA. Lotnisko małe, ciasne, niezbyt ludne - dalekie echo lotniska z Taipei albo z Taszkientu. Nie było za bardzo gdzie usiąść.

Wyleciałem 30-go czerwca w południe, wylądowałem 2-go lipca również w południe.

Zmęczony trzydniowym przelotem (Waszyngton – Atlanta – Los Angeles – Brisbane – Port Moresby), marzyłem o odpoczynku. Emocje z pobytu w USA oraz długiego krajoznawczego przelotu przepełniały mnie jeszcze całe następne półrocze… Oto dlaczego - tak dobrze wszystko pamiętam.

Konwent:

Wszystkie zakony PNG: maryści, werbiści, kapucyni, sercanie oraz diecezjalni studiują teologię w jedynym solidnym seminarium duchownym na przedmieściach stolicy w Bomana. Dom Kapucynów jest najnowszy i wydał mi się sympatyczny. Zrobiony z cienkich, lekkich, przewiewnych pustaków.Odróżnia się pozytywnie od zapylonych gliną - drewnianych domków kampusu.

Odwiedziny w kleryckiej kaplicy:

Wspomniany już kapucyn Cyryl - godzinę po przybyciu - odprawił razem ze mną Mszę po angielsku. Mówił, że to Msza rocznicowa, że równo 50 lat temu podjął tę misję w PNG – żadnej pompy, kwiatów czy jedzenia. Żadnych świadków. Franciszkańska prostota.

Prowincjał wspominał w rozmowie ze mną na lotnisku, że ten Cyryl pracował jak wół i miażdżył jak czołg przeszkody wszelakie. Odwiedził USA, by usunąć guza z mózgu. Wielu miało obawy, czy tę operację przeżyje. Inni myśleli, że już na misje nie wróci.

A jakże, wrócił pełen zapału. Dał mi pewną poradę, którą dobrze pamiętam i stosuję. “Gdyby cię Papuas zaatakował, nie uciekaj – nie bądź mięczak, ale też nie graj bohatera. Stój twardo i czekaj, aż opadną emocje. Negocjuj pokój i odejdź z twarzą”.

Kolacja

Około 20 kapucynów przy 4 stołach. Posiłki obfite, ale niewyszukane. Naczynia z plastyku, meble proste - drewniane, nieociosane, ale pokryte lakierem. Rozmowy puste. Nie poczułem jakiejś euforii wobec siebie. Myślę, że te seminarium ma “na pęczki” odwiedzających obcokrajowców.

Klerycka msza

Na Mszy wszystko po angielsku. Z czasem się zorientowałem, że południe PNG, a zwłaszcza stolica, nie zna pidżin i promuje angielski. Zauważyłem - że na tablicy informującej o liturgii - nie ma 4 punktów: pieśń na wejście – ofiarowanie – komunię i zakończenie, jak to bywało w Europie. Każdy punkt ma być wyszczególniony: kyrie, Gloria, sanctus, aklamacja po konsekracji, amen, znak pokoju plus 4 pieśni. Te bogactwo bierze się stąd, że Papuasi mają wiele melodii do każdej wspomnianej części stałej i muszą przed mszą określić, jaki Sanctus albo jaki Agnus ma być na mszy.

Wykładowca z Ugandy

Gdy byłem w seminarium, żartowaliśmy sobie, że któregoś dnia w Europie będą pracować Murzyni w charakterze misjonarzy. Owszem, żarty się skończyły. Teraz jest to już konieczność i szara codzienność wielu krajów zachodnich. W seminarium kapucyńskim w Waszyngtonie, w wielonarodowej wspólnocie - prócz kapłana z Indii, kandydata ze Sri Lanki, Koreańczyka Tomasza, wielu Latynosów i kilku rodowitych Amerykanów - ton nadawali Afrykańczycy z Nigerii, Kamerunu, Tanzanii etc..

Podwórzec klasztoru ma tradycyjny kwadratowy kształt przecięty ścieżką w formie krzyża. Krzyż determinuje 4 poletka, a na nich kopce z zagrzebanym w nich tapiokiem lub taro. To sposób, w jaki tubylcy hodują warzywa. Wszystko rośnie szybko i obficie.

Wykładowca był tak młody, że uznałem go początkowo za jednego ze studentów. Jego obecność to nowa tendencja misyjna. Afryka wyrasta powoli na misyjnego potentata.

Widziałem niegdyś program o 3 młodych Nigeryjczykach skierowanych do pracy na misje w… Nowej Zelandii. Dużo się o tym mówiło w waszyngtońskiej wspólnocie Kapucynów. Wydaje się, że to oficjalny plan prowincji z Pensylwanii, by przekazać wszystko, co tylko się da na misjach - z rąk starych Amerykanów - w ręce młodych, pełnych zapału Afrykańczyków. Biskup diecezji Kimbe idzie tym samym śladem i w chwili obecnej, prócz 3 Polaków średniego wieku, mamy dwu młodych Afrykańczyków w parafii Valoka. O tym jednak opowiem nieco później.

Wizyta w diecezjalnym seminarium 

Zapamiętałem obskurną klerycką czytelnię z mnóstwem kurzu i śmieci, obskurny domek wykładowców. Długo szukałem razem z Tomaszem jakiegoś profesora i znaleźliśmy po jakimś czasie “rodaka z Kimbe”, czyli jedynego tubylca z New Britain, jakiego biskup wydelegował do opieki nad sporą kolonią kleryków z mojej nowej diecezji. Nie widziałem ich dormitorium, ale domyślam się, że każda diecezja ma własnego opiekuna i oddzielny domek. Pewności nie mam, jak to funkcjonuje, bo nie pytałem. Usiedliśmy, by wypić kawę w pokoju telewizyjnym.

Zwróciłem uwagę na zęby rozmówcy zniszczone papierosami i nie znanym mi wcześniej orzechem buwai. Jan Bosko Avram – tak się nazywa mój współbrat - opowiedział o swej pasji do uprawiania ogrodu na skłonie seminaryjnej działki. Nie ukrywał, że praca w seminarium go nudzi i męczy i że Biskup ma zamiar wysłać go do Filipin na dodatkowe studia. Zawsze myślałem, że praca w seminarium to honor, a tu masz! Dziwny gość.

Mieliśmy się spotkać znowu za 2 tygodnie na pogrzebie jego ojca w Kimbe.

Mój nowy znajomy wymienił 3 placówki, gdzie nie ma na stałe kapłana i próbował prorokować, dokąd Biskup mnie skieruje. Jak się okazało, biskup sam nie wiedział i dość długo prorokował, dokąd ja mam pójść. Prognozy Jana Bosko się nie spełniły.

Po kilku dniach, gdy trafiłem do diecezji Mendi, by odwiedzić rodaków, zrelacjonowałem swoje wrażenia o osobie Jana Bosko - księdzu Eki. Mówiłem, że dziwi mnie taki niski poziom kultury człowieka, który ma być wychowawcą kleryków sporej diecezji, czyli Eki. Ks. Darek wyjaśnił mi, że to najlepszy kapłan, jakiego w diecezji Kimbe - Biskup Wiliam posiada. Ciarki mi przebiegły po plecach. Zacząłem współczuć biskupowi, bo podobne opinie wyrażali o tubylczym duchowieństwie - kapucyni z USA…

Wizyta w mieście

Do centrum miasta nie dotarłem. Żadnych zabytków, deptaków, egzotyki nie jestem w stanie opisać. Razem z Tomaszem i jego przełożonym z USA, przez 3 godziny oglądaliśmy doroczny festiwal folklorystyczny: sporo golizny w strojach tancerzy i tancerek, zakopana w gorącym piasku i kamieniach świnia (potrawa, która ma być zjedzona nazajutrz), stylowe domki, malowanie twarzy na kolorowo, handel pamiątkami ze wszystkich krajów Pacyfiku…

Cmentarz brytyjsko – australijski

Naprzeciw kapucyńskiego konwentu zadbane i żywe museum w formie dobrze strzeżonego cmentarza wojskowego. Przypomina Monte Cassino rządkami białych krzyży i kolumnada na wzgórzu. Zginęło tu około 5 tysięcy żołnierzy w walce z Japończykami, którym się marzyło zdobycie jedynej w tym kraju linii kolejowej długości 30 km.

Dygresja

Tak wyglądały moje pierwsze dwa dni w stolicy PNG. Nie miałem wcześniej czasu na pisanie czy dygresję. Mam jednak teraz chęć, by opisać wrażenia młodego kapucyna z USA, który zjawił się zaraz po święceniach w PNG i gdy mu pozwolono na pierwsze święta Bożego Narodzenia zadzwonić do domu - to zamiast opowiadać wrażenia - on po prostu 5 minut płakał do słuchawki.

Ja tak nie miałem. Trzymałem się dzielnie, aż do Wielkanocy. Gdy jednak biskup mi wydrukował 5 listów, jakie na jego skrzynkę dotarły z Polski - z prośbą, by mi przekazano - przytrafiło mi się coś podobnego. Miałem się za twardziela. Wiele widziałem i życie moje wisiało na włosku, zanim dotarłem do PNG. Musiałem jednak tutaj w Papui dostrzec coś szczególnego i przeżyć coś mocno - skoro tak mnie wzięło… Wzięło mnie, bo przypomniałem sobie poradę Słowaka i realia, w jakich trwam: “Gdyby cię Papuas zaatakował, nie uciekaj – nie bądź mięczak, ale też nie graj bohatera. Stój twardo i czekaj, aż opadną emocje. Negocjuj pokój i odejdź z twarzą”.

Powrót z Mendi

Wróciłem 18-go lipca, pełen wrażeń, zmordowany deszczami - z dużym bagażem wspomnień. Wdzięczny Bogu, braciom MSF i Biskupowi, który mi to spotkanie zaaranżował. Po wielu miesiącach korespondencji i rocznej, zaocznej - telefonicznej znajomości - miałem go nareszcie spotkać “w realu”.

Na lotnisku w Port Moresby załadowałem telefon, skontaktowałem się z Biskupem. Mimo że było dość czasu na odwiedziny klasztoru, on mi poradził, bym czekał na lotnisku. Poszedłem więc na miasto i miałem nie lada kłopot, bo przyczepił się do mnie jakiś ex-ministrant i robił wiele wysiłku, by wyciągnąć ze mnie jakieś słowo. Ja nie miałem nastroju do gadania z nieznajomymi i po pół godzinie wędrówki rozstaliśmy się w okolicach lotniska. Grzeczny początkowo Papuas wyzywał mnie, na czym ziemia stoi. Tym nie mniej, miałem okazję zastosować to, czego mnie uczył Słowak Cyryl dużo wcześniej, niżbym pomyślał…

Spotkanie z Biskupem

Czekałem więc na Biskupa i gdy pojawił się zza winkla w szortach i irlandzkiej koszulce w biało - zielone paski, objuczony dwoma torbami, na twarzy przeciwsłoneczne okulary, bardziej zrobił na mnie wrażenie turysty - który wraca z podróży - niż Biskupa. Krótko strzyżony, siwy z brzuszkiem, całkiem inny niż na zdjęciach, ale miałem dość czasu, by przyzwyczaić się do Amerykanów. Jego wygląd, chód i sposób mówienia, przypominały mi i nadal przypominają lekarza z San Francisco - Michała Pomo. Uścisnął mi dłoń i “po amerykańsku” objął na dystans. Wręczył mi mój bagaż, jaki pozostawiłem w klasztorze i sweterek, który leżał w celi, ale nie był mój. Zabrał mnie do sektora międzynarodowego - do kafejki na kanapkę. Czuł się na tym lotnisku jak w domu, podczas gdy ja wciąż się tu błąkałem, nie wiedząc, gdzie usiąść.

Kolejka do samolotu była długa, grupa sportowców i turystów hałasowała ostro. Biskup ze wszystkimi gawędził co nieco. Ze mną gadał niewiele. Poradził tylko, bym schował do torby sutannę. Wyraźnie go drażniła. Pierwszy lekki zgrzyt w naszych relacjach. Miało być ich wiele, ale co jest w Biskupie piękne - nie ma wyjścia, musi lubić wszystkich, bo ma nas niewielu. Każdy konflikt załatwia krótko, mówiąc: “Zastanówmy się, co z tego zła - można dobrego wyciągnąć”. Tak więc, pierwsza decyzja, jaką biskup podjął wobec mej sutanny, to “areszt domowy”. Po lądowaniu w Hoskins i pierwszym noclegu w domu Biskupim - moja sutanna na cały rok trafiła do szafy biskupiej. Tutaj się nic takiego nie ubiera, a jeśli już - to kolor biały.

Siedziałem w poczekalni i szkicowałem piękne graffiti ze ścian… To był czas rysowania. Teraz jest czas na pisanie.

Do roboty, więc.

 

Ks. Jarosław Wiśniewski
Kimbe – Sasavoru
Papua-Nowa Gwinea


Losowe / Random

JSN Epic is designed by JoomlaShine.com