×

Ostrzeżenie

EU e-Privacy Directive

Ta strona używa plików cookie do wspierania uwierzytelniania, nawigacji i innych funkcji. Korzystając z tej witryny zgadzasz się abyśmy zamieszczali tego typu pliki na Twoim urządzeniu.

Zamieszczane będą tylko dwa rodzaje plików cookie:
- nasze (ze strony xjarek.net - do poprawnego działania strony i sesji użytkownika)
- Google Analytics (do celów analitycznych i statystycznych).

Zobacz Politykę Prywatności i Cookies

Zobacz dokumenty EU e-Privacy Directive

View GDPR Documents

Nie zgodziłeś się na cookies. W przyszłości możesz zmienić tę decyzję.

HIGHLANDS: PAPUASKIE GÓRY
DIECEZJA MENDI I VAN HAGEN

 

Być może słyszeliście opowieść o tym, że zabłąkani w Australii żołnierze Andersa doszli do wniosku, że walka o niepodległość - po sąsiedzku z Rosją - jest skazana na niepowodzenie. Ten okropny kraj o wilczym apetycie do niszczenia innych, nie daje gwarancji pokoju nikomu. Toteż mówiło się o skolonizowaniu jakiegoś niedużego państewka na Pacyfiku i ogłoszenie swego rodzaju zamorskiego terytorium, do którego mogliby się zbiec wszyscy emigranci i budować swój patriotyzm i tożsamość - podobnie jak wielu Holendrów zbudowało ją w RPA… Projekt nie wypalił, tym niemniej Polaków w PNG jest sporo i to głównie misjonarze.

Mój biskup z Kimbe uznał, że powinienem jakiś czas pobyć z rodakami i usłyszeć z ich ust, co to takiego PNG i jak się to je! Dwa dni w Port Moresby i tyle samo w wojewódzkim miasteczku Mendi.

Miasteczko Mendi

Lotnisko filigranowe. Elektryczność czasami jest, ale czasami bilety wypisywane są ręcznie.

Pogoda zmienna, przeważnie pochmurna. Jedyne miejsce w tropiku - gdzie pewne szczyty wielkości Mont Blanc - mają śnieg. Przeważa - na całym terytorium prowincji - deszcz, na przemian z ulewą. Jak powiadają księża - misje dotarły tu dość późno, bo biali ludzie nie mogli uwierzyć, że tak wysoko ktoś mieszka.

Takie sobie papuaskie Zakopane w “krainie deszczowców”.

Na lotnisku, które ma filigranowy wygląd - powitał mnie ks. Eki czyli Dariusz, wikariusz generalny tej diecezji. To człowiek, z którym miałem już kontakt 11 lat wcześniej. Jemu właśnie udało się zorganizować pobyt w Polsce - dwu biskupów kapucynów. Pierwszy - to Stefan Reichert, który był gotów mnie przyjąć w Mendi, ale moja archidiecezja nie wyraziła zgody. Jego przodkowie pochodzili spod Słupska, więc podróżował, by odwiedzić ich groby. Nie wiem, czy udało mu się wtedy upolować jakiegoś kapłana na misje. Ja musiałem czekać, aż do następnej wizyty innego kapucyna biskupa z Kimbe. Tym razem otrzymałem zgodę na wyjazd i po raz drugi starał się o to Eki, właśnie. Na pocieszenie - z racji pierwszej porażki - wręczył mi kurtkę biskupa Reicherta i dzięki niej przetrwałem dwa tygodnie pośród chłodów.

Eki oprowadził mnie, a raczej obwiózł po wszystkich diecezjalnych urzędach i pokazał dwa spośród 4 żeńskich klasztorów: kalkutki, szwarcarki, tubylcze FMI i Hinduski katechetki. Byłem w domu kapucynów, dokąd na całe wakacje trafił Koreańczyk Tomasz. Obejrzałem sobie okrągłą katedrę i szkołę katechetów, którą prowadzi Eki. Cała diecezja, to owoc pracy i obfitej kwesty kapucyńskiej, prowincji z Pensylwanii.

W przeddzień wyjazdu na wieś odprawiłem uroczystą Mszę z 8 tubylcami i 1 Polakiem - w katedrze dla 500 wiernych - młodzieży ze wszystkich parafii. Przybyli, aby uczcić św. Marię Goretti - swoją patronkę. Biskupi wybrali Marię Goretti nieprzypadkowo. Gwałt – również w rodzinie, gwałt wobec nieletnich, wszelkiego rodzaju przemoc, to smutna i nagminna rzeczywistość PNG.

Polak Przemek narzekał na spóźnialstwo i na bałagan. Eki narzekał na pogodę. Wszystko inne mu się tu podoba, nawet mi pokazał miejsce - koło katedry - gdzie ma być pochowany, gdy umrze.

Szwajcarki, które prowadzą szkołę pielęgniarską, zachwycały się w tym czasie piękną pracą księży tubylców.

Za jedyne 5 zł, jakie były w podarowanej przez Eki karcie telefonicznej, wysłałem kilka sms za granicę, czyli do Taszkientu, do Białegostoku, do Płocka, Krakowa i Chojnic, by moi krewni i przyjaciele wiedzieli, że dotarłem bezpiecznie na nowe miejsce pracy. Treść była taka: “Wszelakie fikusy, jakie mama hodowała w doniczkach, rosną tu na dziko i są ogromnej wielkości. Czuję się tu jak w palmiarni. Szkoda, że nie możecie obejrzeć tego, co widzą moje oczy!”

Miasteczko Jalibu

7-go lipca, w dzień patrona PNG - błogosławionego Pita Torota - udaliśmy się z Eki do pewnej wioski koło Jalibu, której kaplica ma imię Torota. Po drodze odwiedziliśmy wieś Ibong, by złożyć szacunek młodemu księdzu ze Starachowic i misyjnemu patriarsze dziekanowi Stanisławowi, który miał mnie gościć w swym dekanacie przez całe 10 dni.

Powiadają o nim, że to człowiek, który rozdaje wszystko, co ma - a nawet przez pomyłkę lub z rozpędu - rzeczy współbraci. Mówią też, że potrafi zawsze sobie znaleźć pracę i nigdy nie siedzi bezczynnie. Jest zakochany w miasteczku Gortoka, w którym spędził wiele lat - ze znanym w całej Papui siłaczem - księdzem Bogusławem.

Lubi wędrówki, również te po górach. Opowiedział mi swoją wersję historii, wedle której Kielce były znienawidzone przez wszystkich okupantów, bo nigdy nie szły na kompromis. Ślązacy lubili Niemców, Podlasianie upodobnili się do Rosjan, Kraków pachnie Austrią, a Kielce nie miały wyboru. Chciały czy nie chciały, musiały być Polskie!

Msza na wsi podobała mi się. Takie wiejskie klimaty z dzieciństwa. Ludzie witali Eki jak biskupa. Śpiewali piosenki na jego cześć, spędził w tej okolicy 6 lat i podobno zna tubylcze dialekty.

Do kaplicy trzeba było skręcić z trasy i pokonać most nad rwącym strumieniem.

Po mszy starosta czytał ogłoszenia - w trakcie których było wiele oklasków.

Zabraliśmy kilku pasażerów, w tym również suspendowanego katechetę, który czuł się źle i trafił do szpitala. Dzięki niemu miałem okazję, odwiedzić papuaski szpital po raz pierwszy w życiu. Zgodnie z przewidywaniami szpital nie posiadał lekarza, jedynie pielęgniarki obsługiwały ten ośrodek. Ponura, drewniana kazarma.

W Jalibu przenocowałem i nawet oglądaliśmy jakiś mecz, bo trwały brazylijskie zawody. Głosu nie było słychać, jakaś usterka w indonezyjskim przekaźniku.

W tymże Jalibu napisałem pierwszego maila i dzięki grzeczności ks. Krzysztofa ze Starachowic - wiele osób w kraju ojczystym i poza jego granicami - otrzymało wiadomość. Następne były po tygodniu. Pod tym względem Jalibu było dla mnie miłosierne, jak żadne inne miasto w Papui. Później było już coraz gorzej z dostępem do sieci. Rezultat - prawie rok internetowej abstynencji.

Dziekan nie był w stanie pokazać mi wszystkiego, ale ładnie mnie zareklamował ludziom, tak więc w miasteczku Jalibu i okolicy miałem wielu słuchaczy wśród dorosłych - w odróżnieniu od Ibongu - gdzie bawiłem się głównie z maluchami, a głosiłem rzadko. Dziekan eksploatował mnie jako mówcę, przy każdej nadarzającej się okazji i sam tego słuchał z satysfakcją, zadawał pytania o Rosję, Ukrainę i Białoruś. Jesteśmy niemalże rówieśnikami i każda opowieść z krainy sowietów, nas kręci…

Ostatnia Msza, to msza szkolna. Z miejscowego gimnazjum przyszło na Mszę ponad 300 dzieci. Dziekan w tym czasie wyjechał do Goroki, świętować z Bogusławem jakiś jubileusz. Nauczyłem maluchów śpiewać po angielsku - ziarenko do ziarenka - a oni mi to odwzajemnili swoimi hitami. Kazanie było po polsku, a tłumaczył je fr. Sam, o którym będzie za chwilę.

Wieś Muli

Inna, dużej wielkości wieś w okolicy - o tytule Narodzenia Matki Bożej, w której pracują siostry FMI - posiada na zewnątrz stylowe stacje drogi krzyżowej, piękną świątynię z metalu i tektury oraz duży ośrodek dla młodzieży, wznoszony staraniem ks. Mariusza, który akurat w tym czasie miał urlop, więc odwiedzałem parafię razem z dziekanem Stasiem.

Dziekan prosił, bym opowiedział o rosyjskim klimacie, więc to zrobiłem.

Msza była po angielsku, więc nie musiał nic tłumaczyć, ale mnie cały czas naprowadzał i pilotował, tak by się to dzieciom podobało.

Father Sam, czyli Przemek

Młody ksiądz z pokolenia Krzysztofa był moim tłumaczem w czasie Mszy św. w Mendi. To on zwrócił moją uwagę na dużą ilość suspendowanych papuaskich księży, na ich inklinacje do pieniędzy i polityki oraz niechęć do pracy na wsi. Przemek nie krył swoich fobii wobec tubylców, zwłaszcza wobec ich kłamstw i braku punktualności. Może dlatego, że pochodzi z Warszawy - patrzy na cały świat z góry i nawet dziekanowi mówi w twarz, że jest stary i nie powinien się męczyć na misjach.

Przemka znam z opowieści. Miał kurs językowy w tym samym koledżu co i ja, stąd byłem ciekaw, gdy go poznałem osobiście. Miałem na sobie buty, które on pozostawił w Waszyngtonie. Za jego zgodą korzystałem z nich cały rok. Z jego komputera również wysłałem kolejne maile do Polski. Mimo, że jestem stary, oszczędził mi wymówek, może dlatego, że znalazł moją stroniczkę w internecie. To dobry chwyt reklamowy - te pisanie o misjach. Polecam każdemu, bo nawet po śmierci praca trwa…

Wieś Ibongu

Wieś Ibongu nie jest typowa dla Papui. Posiada asfaltowaną drogę i elektryczność. Lekko tu dojechać z Mendi, dość blisko jest do Hagen. Parafia posiada 18 punktów dojazdowych. Z tego powodu wzbudzała moje zaciekawienie. Toteż zamiast wrócić po 3 dniach do Jalibu - z inicjatywy proboszcza zostałem, by się tutaj uczyć pidżin i by pomóc w gotowaniu dla dwu gości z Australii. Dzięki temu, że mieliśmy gości, mogłem skorzystać z samochodu, który ich woził po wszystkich wioskach. Oni opowiadali o Towarzystwie św. Vincentego, a ja pomagałem przy spowiedzi, korzystając ze sprytnej luminowanej ściągawki, na której była lista grzechów, wariant pokuty i tekst rozgrzeszenia.

Ta ściągawka była mi bardzo pomocna i do dziś z niej korzystam.

Nie pamiętam żadnych nazw wiosek ani patronów kaplic. Pamiętam pewne obrazy i sytuacje.

Pogoda, jako się rzekło, była fatalna. Krzysztof kichał bez przerwy i siąkał nosem, jedna z sióstr zapadła na malarię, ale mój entuzjazm nie miał granic. Notowałem wszystko, co usłyszałem i zobaczyłem, rysowałem wiele każdego wieczora.

W sąsiedniej wiosce dojazdowej jeden młody chłopak zmarł, więc mogłem usłyszeć charakterystyczny dla Papui “wielki płacz”, głośniejszy niż sygnał karetki pogotowia ratunkowego, która przybyła, aby zabrać ciało do Morgue.

Wioska błyskawicznie orzekła, że był to mord rytualny i że ktoś otruł chłopca. Zmarły był bratem katechety. Pożyteczne obserwacje poczyniłem, gdy Krzysztof odwzajemniał dzieciom znalezione grzyby - cukierkami. Za jakiś czas dorośli zaczęli też nas nimi obdarowywać. Ponieważ samochodów jest tu tyle, co kot napłakał, toteż Kapłan jest z daleka rozpoznawany i dzieciaki pozdrawiają go wrzeszcząc z daleka “pater Kris – pater Kris”, co sprawia księdzu dużą radość. Ja również się z tego cieszyłem, bo takiego entuzjazmu nie spotkałem wcześniej nigdzie na świecie.

Z taką samą radością machałem w dzieciństwie czołgistom na drodze i pilotom w powietrzu…

Proboszcz poprztykał się z przełożoną Kalkutek rodem z Filipin. Z tego powodu nie mogłem sióstr dobrze poznać z bliska. Tym niemniej siostry dbały o Australijczyków wbrew oczekiwaniom proboszcza, toteż nastąpiło ocieplenie relacji na moich oczach.

Wiele posiłków robiliśmy sami i było z tym prawdziwe urwanie głowy, bo dwóch dziadków od św. Wincentego miało wilczy apetyt.

Inne spostrzeżenie to duża samodzielność i kreatywność papuaskich katechetów. Większość z nich to kawalerowie o entuzjazmie neofity, niektórzy to młodzi ojcowie. Diecezja Mendi wprowadziła zwyczaj, by katecheci co tydzień obsługiwali inną wioskę niż własną, wedle wcześniej ustalonego grafiku. Są więc oni zmuszeni do apostolatu i chyba naprawdę to lubią. Zauważyłem, że wędrowanie na dużych dystansach nie sprawia im kłopotu, nawykli do tego. Są busiki, ale dość drogie.

Inne spostrzeżenie - i zdobycz z tego czasu - to gra na trawie.

Zabawa, której nauczył mnie ojciec w Polsce, nikogo w ojczyźnie nie zdziwi. W PNG natomiast wiele dzieci się tym fascynuje i chcą się tego nauczyć. Niepojęta jest radość dzieciaków. Coś genialnie prostego wprawia je w zachwyt. Podobny efekt wywołują na tubylcach polskie śpiewy i zabawy z przedszkola, gdy je naprędce przetłumaczyć na pidżin lub angielski. W tej chwili mam już całą kolekcję takich zabaw w kilku miejscowych dialektach…

Ibongu to nazwa parafii, miejscowego języka oraz tutejszej wielkiej góry, która zajmuje 3-cie miejsce pod względem wysokości po górze Wilhelma i górze Hagen. Cały czas mego pobytu ukrywała się w chmurach. Gdy jednak opuszczaliśmy Ibongu, mogłem sobie ją obejrzeć w całej krasie.

Tego też dnia celebrowałem samodzielnie Mszę w języku pidżin, był to dzień fatimski - 13 lipca 2014… Po Mszy św. udaliśmy się do Jalibu, gdzie spędziłem kolejne 3 dni.

Miasto van Hagen

Podróż do Van Hagen spowodowali wspomniani wcześniej Australijczycy. Po drodze miałem ważne spostrzeżenie: kontrola policji, która na granicy prowincji sprawdza każdy samochód, czy aby nie ma w nim piwa. Prowincja Mendi ogłosiła prohibicję z racji na nadmiar przestępstw popełnianych na tle pijaństwa. Bardzo mnie ucieszyła ta sprawa, bo teraz mogę w prowincji WNB stawiać Mendi za przykład. W Nowej Brytanii problem pijaństwa jest taki sam, ale tutejsze władze mają to gdzieś, a ja mam okazję, by to krytykować. Polak nie może kochać władzy - nawet na końcu świata - musi ją pouczać. Jan Chrzciciel i św. Stanisław dali nam na to błogosławieństwo.

Van Hagen to okolice, gdzie misje prowadzą werbiści i michalici. W obu klasztorach wypiłem beczkę kawy i zrobiłem wiele nowych spostrzeżeń. Teren przylegający do klasztoru werbistów jest wielki i otwarty na oścież. Sąsiaduje z gimnazjum i katedrą. Michalici są po sąsiedzku, mają małe poletko i ogrodzili je wysokim płotem oraz 4-metrową bramą. Powiesili na niej kilka dużych kłódek. Mają też parę wielkich psów, które musieli najpierw uciszyć i przywiązać, zanim doszło do odwiedzin.

Myślę, że te środki bezpieczeństwa mają swoją prehistorię. Musiało się tutaj coś dziać, że księża podjęli tyle wysiłku w celach samoobrony. Może po prostu nie stać ich na zatrudnianie security, a może jest to projekcja naszych polskich lęków z czasów komuny…

Werbiści tradycyjnie delegują swych współbraci na biskupów tej diecezji Mont Hagen, tak jak kapucyni delegują swoich w Mendi. Typowa misyjna strategia. Watykan to lubi.

Siostry werbistki pracują w szpitalu i opiekują się chorymi na AIDS. Michalici proboszczują i uczą w szkołach oraz seminariach.

W czasie mego pobytu, dosłownie kilka dni wcześniej opuścił misje wieloletni i zasłużony misjonarz o imieniu Zygmunt. Zygmunt odjechał w złym stanie ciała i ducha. Diecezja nie przedłużyła mu wizy w przewidzianym terminie, a on nie mógł dłużej czekać. Na granicy więc grożono mu mandatem i deportacją. Być może to pogorszyło jego stan do tego stopnia, że w trakcie przesiadki w Dubaju doznał ataku i musiał odwiedzić szpital, gdzie po kilku tygodniach zmarł. Miał sześćdziesiąt parę lat i pewnie by dokonał żywota w Papui, gdyby nie pewne misyjne trudności, jakie czynimy sami sobie, my katolicy na misjach w PNG i nie tylko.

Mój Biskup z Kimbe, który relacjonował mi tę historię, twierdził, że Zygi  był świetnym kaznodzieją i znawcą historii, dobrym profesorem i słabym rektorem w czasach gdy zarządzał seminarium.

W Van Hagen po raz pierwszy przyjrzałem się, jak funkcjonuje chiński market. U wejścia do każdego sklepu - na wysokim stołku - siedzi sobie kilku szpiegów i wypatruje złodzieja. Security w brązowych mundurkach sprawdza bez ceremonii torby i kieszenie. Większe torby musisz zdeponować przy wejściu. Taki obrazek jakby z obozu koncentracyjnego.

Byliśmy z ks. Krzysztofem w banku, by zapłacić za światło. Księgowa myliła się wielokroć, więc Krzysztof musiał długo negocjować cenę usług, którą sam sobie wcześniej oszacował wedle znanych reguł. Kolejka powstała długa, ale nikt się nie burzył. Ludzie - tak jak w komunizmie - przywykli czekać, przywykli, że boss ma rację. Z czasem dowiedziałem się, że ofiary przekrętów potrafią sami wymierzyć sprawiedliwość w iście bandyckim stylu jak to bywa w Rosji. Papuas się nie patyczkuje - przychodzi nocą i pali np. urząd, szkołę czy dom swego adwersarza.

Słyszałem też o morderstwach dokonanych na siostrach lub kapłanach. Podobnie okrutna jest tutaj milicja wobec notorycznych przestępców, których nie jest w stanie schwytać. Palone są czasami całe wioski.

Poczta z Polski

Pewnego dnia do Ibongu dotarła długo wyczekiwana poczta z Polski. To była dopiero sensacja. W kopertach o miękkiej strukturze (folia z bąbelkami powietrza w środku,) zamiast listów były gorące kubeczki i laurowe listki, kminek i mnóstwo innych przypraw do gotowania. Ja się nad tym nigdy nie zastanawiałem, ale ci bracia zakonnicy spotykają się co tydzień w Jalibu, między innymi po to by wspólnie gotować polskie jedzonko i troszkę zapomnieć, gdzie się jest. Poczucie domu jest potrzebne na końcu świata. Coś takiego robili Franciszkanie z Taszkientu - przed świętami kręcili polskie kiełbasy i uczyli swoje kucharki pieczenia pączków. Z czasem stało się to popularną zabawą. Tutaj kapłani nie mają kucharek. Nawet biskupi gotują sobie sami, to co lubią. Nie wiem, dlaczego tak jest. Mi osobiście smakuje prawie wszystko, co jedzą Papuasi, ale dla wielu innych kapłanów - zwłaszcza zakonnych - sprawa jedzenia ma wymiar wspólnotowy. Być może jest to sekret ich trwania. Naprawdę podziwiam tych ojców i braci, co spędzili w Papui po 30 lat i więcej, z rzadka odwiedzając kraj.

Zwolniony na własną prośbę

W parafii Jalibu dziekan pokazał mi na drodze pewnego starca z przepaską laplap na biodrach o hinduskiej urodzie. Skóra i kości, wyraźnie przygnieciony życiem. “Popatrz na tego człowieka” powiedział tonem konspiratora. To mój szafarz nadzwyczajny. Kilka lat temu posądzono go o czary i spalono mu dom. On czuje się niewinny, ale z obowiązków szafarza zwolnił się na własne życzenie… Inny szafarz nadzwyczajny zwolnił się, bo córka poślubiła adwentystę, a jeszcze inny, bo córka popełniła aborcję… Te dwie ostatnie historie poznałem już w diecezji Kimbe, gdy mnie zainstalowano jako proboszcza w Sasavoru. W każdy dzień coś się dzieje z tej dziedziny. Każda funkcja w parafii jest więc zagrożona, bo byle pretekst może sprawić, że człowiek, któremu ufasz i na którego liczysz, może się okazać poza nurtem życia parafialnego. Taki brak przewidywalności może czasami zmęczyć.

Coś takiego trafia się siostrom i kapłanom. Rezygnują na własne życzenie nawet tubylczy biskupi…

Inne spostrzeżenia

Lista spostrzeżeń jest długa. Nie jestem w stanie wszystkiego spamiętać i opisać. Tym niemniej, to co mi się nasuwa, notuję naprędce, by oddać atmosferę miejsca i moje odczucia rok temu i teraz.

W Papui sądownictwo nie funkcjonuje tak jak w Europie. W Mendi dowiedziałem się po raz pierwszy, że każdego rodzaju problem regulowany jest przez tzw. Kompensacje. Kompensacja przewiduje podarunek w postaci odpowiedniej ilości świń. Kompensacji żądają od państwa wieśniacy tych wiosek, w których budowana jest droga albo montowane są słupy elektryczne. Kompensacji oczekuje się za anteny telefoniczne albo za jakiś sporny teren, na którym stoi kościół. Biskup z Mont Hagen musiał zamknąć z powodu takiego konfliktu pewną parafię. Procesy o uznanie praw do jakiegoś kawałka ziemi, to największy problem adwokatów i policji.

Inne spostrzeżenia z diecezji Mendi to sposób w jaki państwo kontroluje wydatki pielęgniarek i nauczycieli. Wydaje książeczki czekowe kapłanom, do których ma więcej zaufania! Oni wypisują czeki i pomagają w robieniu raportu.

Zdarzyło się w Jalibu, że pod nieobecność proboszcza - pewna siostra zakonna, która była szantażowana - wypisała kilka czeków na dużą sumę pieniędzy. Skutek był taki, że proboszcz wydelegował siostry do innej parafii.

O niskim morale tubylczych sióstr i kleru opowiadam nie po to, by plotkować albo by poczuć swoją wyższość, bo w wielu krajach ten problem jest. W Polsce też pewnie bywa różnie. Mówię to wszystko z przykrością, by ktoś, kto to czyta, a potrafi się modlić, przemodlił ten temat - a ktoś, kto czuje większą odpowiedzialność za kościół - nie wahał się udać na te misje.

Ciągle tu brak odpowiedzialnych i szczerze zatroskanych o los misji - ludzi…

Pożegnanie

Ostatni dzień w Mendi poszedłem na wykłady szkoły katechetycznej. Słuchałem tubylczego księdza z uschniętą prawicą. Mówił donośnie, korzystał z komputerowej prezentacji o istocie liturgii. Kilka godzin spędzonych w tej szkole dało mi sporo do myślenia. Marzyłem w sercu, by kiedyś zająć się podobną pracą. Zrobiłem kolejne notatki w języku pidżin.

Pożegnanie z Mendi wypadło w słoneczny dzień. Po miesiącu ciągłych ulew powróciło słońce. Przed wylotem zjadłem kolejnego kotleta z tuńczyka, jakimi karmiła mnie i Eki jedna z tubylczych siostr, obejrzałem sobie w telewizji szczątki malezyjskiego samolotu M-17. W oczach miałem łzy, bo ten wypadek przywołał w pamięci wszystko, co się stało w Smoleńsku. Na dodatek wypadek miał miejsce w okolicach miasteczka Torez i Śnieżnoje, oba na granicy z Rosją i miastem Taganrog. Wszystkie 3 miasta w przeszłości obsługiwałem jako proboszcz…

Znowu na końcu świata kontemplowałem wszystkie czarne scenariusze, jakie dzieciom z Fatimy narysowała Matka Boża, prosząc o modlitwę i pokutę.

Poranna Msza razem z katechetami, Eki i młodym kapłanem z Indii. Jeszcze raz odwiedziłem kapucynów. Pożegnałem się z Tomaszem oraz z siostrami szwajcarkami, które obiecały mi lekarstwo od malarii. To lekarstwo służyło mi ponad rok  i nadal je zjadam niemal co dzień.

 

Ks. Jarosław Wiśniewski
Kimbe – Sasavoru
Papua-Nowa Gwinea

 

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com