×

Ostrzeżenie

EU e-Privacy Directive

Ta strona używa plików cookie do wspierania uwierzytelniania, nawigacji i innych funkcji. Korzystając z tej witryny zgadzasz się abyśmy zamieszczali tego typu pliki na Twoim urządzeniu.

Zamieszczane będą tylko dwa rodzaje plików cookie:
- nasze (ze strony xjarek.net - do poprawnego działania strony i sesji użytkownika)
- Google Analytics (do celów analitycznych i statystycznych).

Zobacz Politykę Prywatności i Cookies

Zobacz dokumenty EU e-Privacy Directive

View GDPR Documents

Nie zgodziłeś się na cookies. W przyszłości możesz zmienić tę decyzję.

NOWA POMERANIA ALBO NEW BRITAIN

W czasach kolonizacji niemieckiej wyspa New Britain miała nazwę Nowa Pomerania. Ponieważ - jako człowiek z Ziemi Dobrzyńskiej, Rypiniak z krwi i kości - czuję się również “Pomorzakiem”, przez zwykły ludzki sentyment będę tę ziemię czasami nazywał “po staremu” Nowe Pomorze.

Gdybym miał użyć eufemizmu o początku pobytu w tej diecezji, to bym użył określenia:

Radość doskonała.

Nadałbym temu określeniu sens i rozumienie, jakiego użył św. Franciszek w opowieści o powrocie do klasztoru nocą. Bracia nie rozpoznali Franciszka, a gdy mocno hałasował, wysypali na niego kubeł śmieci, więc spał na podwórku…

Ja spałem w domu biskupa kapucyna, w kapłańskim dormitorium “Libori House”, w wielu klasztorach i na wielu plebaniach, ale czułem się - z powodu nadmiaru upałów, komarów oraz wielu innych przyczyn – wielokroć jak księżniczka na groszku, więc lepiej by było dla mnie, bym spał na podwórku. Zanim do tego dojdę, opowiem jednak po kolei, krok po kroku, bo każda przygoda i każdy dzień był niezwykły.

Hoskins – Proboszcz całego kontynentu.

Lotnisko obsługujące prowincję West New Britain leży na terenie wioski Hoskins, jakieś 50 km na wschód od stolicy prowincji. W tej wiosce jest jeden z niewielu ogólniaków i mimo że nie ma tu kościoła parafialnego, istnieje dekanat o nazwie Hoskins. Parafia jest we wsi Valoka. Opowiem o niej za chwilę. Ciekawostką lotniska Hoskins jest brak elektryczności. Jedyna budowla to drewniany barak. Wylądowałem razem z biskupem z dużym opóźnieniem wieczorem 18-go lipca 2014. Czekał na nas ksiądz Daniel z Nowej Zelandii. Cieśla z zawodu i wyglądu. Człowiek ten zaprzyjaźnił się z Biskupem jakieś 30 lat temu w czasach, gdy pracował w swoim zawodzie cieśli przy wznoszeniu budynków kapucyńskiej misji w Mendi. Poczuł powołanie, zrobił studia w swoim kraju i wrócił do Papui na 7 lat jako misjonarz. Teraz duszpasterzuje u siebie, ale każde Boże Narodzenie spędza na Antarktydzie, bo ma status Proboszcza całego kontynentu…

Odwiedza misje naukowców, spowiada, odprawia msze i wraca do Nowej Zelandii. Tym razem obiecał pomóc biskupowi w Kimbe przy remoncie niektórych kościołów, między innymi, najstarszej misji w regionie Talasea w parafii św. Teresy, wieś Bitokara.

Banaule

W pół drogi z Hoskins do Kimbe leży parafia Mai, a na jej terenie dom rekolekcyjny i misja Franciszkanów Minorytów. Biskup wspominał mi, że w Domu Rekolekcyjnym nic się nie dzieje i że akurat trwa wizytacja. Przedstawiciel Generała Hindus zatrzymał się w Banaule, więc i my musimy tam wstąpić…

Owszem, kilka ładnych domeczków w podobnym australijskim stylu, jak te oglądane w Mendi, kilku chłopaków security oraz postulantów, oraz spora ilość niesfornych wychudzonych psów. To pierwsze wspomnienie z miejsca, które stało się dla mnie pamiętne.

Dwa dni później we trójkę byliśmy tu znowu “by się wykąpać”...

Przy okazji kąpieli w Banaule miał miejsce największy zgrzyt w relacjach z Biskupem. Gdy był już gotowy do kąpieli i położył na ziemi ręcznik, dostrzegłem sforę psów. Położyłem ręcznik na pniu drzewa, ale coś wypadło ze środka. Biskup popadł w histerię połączoną z furią. “Co robisz człowieku, tam są okulary i mój pierścień” - wrzeszczał jak prostak!

Zdębiałem, bo rzeczywiście coś upadło w piasek. Pośród wielu kolczastych krzewów niełatwo było coś znaleźć. Okulary dostrzegłem po kilku minutach, ale poszukiwanie pierścienia trwało ponad godzinę. Klerycy Franciszkanie przyszli na pomoc z grabiami, nożami i przeszukali cały teren. Rwaliśmy krzaki w czterech kierunkach. Gdy ks. Daniel wyjął z portfela 50 kina, poszukiwania dały błyskawiczny skutek. Szczęśliwy znalazca powiedział, że modlił się do Antoniego. Radość była wielka, ale po wieczornej kolacji podczas mycia talerzy, biskup rzucał sztućcami z taką energią, że chciało mi się wiać, dokąd pieprz rośnie… Te zachowania - skądinąd mi znane - nigdy nie byłem w stanie zaakceptować. Chamstwo tuzinkowego yankesa nie boli tak, jak grubiaństwo hierarchy. Zabolało mnie ostro i kawałek mojego entuzjazmu, z jakim tu przyjechałem, umarł na zawsze. Nawiasem mówiąc, dla sprawiedliwości dodam, że podobne drobne spięcia były również w Rosji, na Syberii, na Ukrainie i w Taszkiencie. Powinienem był już dawno przywyknąć, że biskupi to tacy sami ludzie jak wszyscy inni, ja jednak jak dziecko z podstawówki patrzę na Biskupa jak na obrazek i oczekuję, że Duch Święty, który śpi pod piuską non stop, obudzi się przy każdym spotkaniu bliźniego - zwłaszcza kapłana na misjach.

“Nie ma dobrze. Life is life!” Chciałeś się uczyć, no to się ucz. Ucz się całe życie!

Banaule – Vigilia Franciszka

Kolejny raz trafiłem do Banaule w październiku razem z ks. Michałem Bulą i sercanką siostrą Agnes rodem z Guhi. Zrobiłem z tej okazji - duży i nad wyraz udany jak na moje możliwości - obraz św. Franciszka, bo myślałem, że udekorujemy kościół. Tymczasem modlitwa była w salce katechetycznej i wielki obraz zajął ścianę od dołu do góry. Montowaliśmy dość długo, mimo że czas wyznaczony na modlitwę dawno upłynął, nikogo w klasztorze poza naszą trójką i przełożonym nie było. Po dwu godzinach sala się zapełniła i zaczęliśmy czytać żywot Franciszka dokładnie tak samo, jak to widziałem w Miedniewicach, Moskwie, czy Taszkiencie.

Przeważali podeszłego wieku tercjarze i tercjarki. Było nas ze 30 osób. Po modlitwie jedliśmy kanapki, piliśmy toksyczny sok, gawędziliśmy, a potem długo szukaliśmy kluczy od samochodu, które ks. Michał zgubił. Tym razem nie było żadnego skandalu. Zagubienie, zaginięcie, czy kradzież wielu rzeczy, zwłaszcza pieniędzy publicznych, podobnie jak w Rosji - w Papui nikogo nie dziwi.

Franciszkanie wypożyczyli nam swój samochód, a nazajutrz znaleźli klucze, tam gdzie była modlitwa. Po prostu szukanie czegokolwiek wieczorem w kraju, w którym nie ma elektryczności, jest bez sensu. Św. Antoni ani Franciszek nie są w stanie pomóc.

Na tej placówce, która nie jest parafią, pracowało wielu franciszkanów - w tym polski Amerykanin John Liczner, Filipińczyk Edward, Papuas Norbert etc.

Leonard Tarai to kapłan, który prowadził nabożeństwo Franciszkowe. Nikt nie mógł wiedzieć, że to ostatnia liturgia tego rodzaju w jego życiu. Dziadek był trochę kulawy i niziutki. Zmarło mu się zaraz po przeniesieniu na inną placówkę i został pochowany gdzieś w diecezji Rabaul.

Kimbe – rezydencja biskupia

Po krótkim więc postoju w Valoka dotarliśmy do Kimbe o zmroku.

Biskup obiecywał, że będzie ładne powitanie i rzeczywiście było. Ludzie długo mnie wyczekiwali. Z powodu opóźnienia samolotu wszystko było na skróty, tym niemniej poruszyło się moje serce, gdy mnie prowadzono pod pachy tanecznym krokiem w stronę rezydencji biskupa.

Mimo, że byłem zmęczony, nie straciłem animuszu. Wydobyłem z walizki pęczek obrazków i rozdałem wszystkim ludziom, a było ich pewnie z 50 osób.

Dom Biskupa jest skromny, nieduży, ale najpiękniejszy ze wszystkich, jakie widziałem przez 2 tygodnie pobytu w PNG. Nie czułem się tu dobrze. Traktowany byłem jak kopciuszek przez dwu starszych panów, ale nie dostrzegałem tego. Do pokoju, w którym spałem i gdzie powieszono moją sutannę, biskup człapał co chwila susami niedźwiedzia, by zabrać lub położyć jakąś kolejną rzecz mu potrzebną. Nad moim łóżkiem nie było siatki od komarów, ale wszystkie mokre rzeczy biskupa, który zaraz po przybyciu urządził sobie pranie. Spałem więc w suszarni, ale nadal miałem to w nosie. Mówiłem sobie, że to takie skrzywienia zakonne, jakie znałem z Waszyngtonu. Tam się ze mną nikt nie ceremonił i tu mam to samo.

Tym niemniej późnym wieczorem Biskup zabrał nas wszystkich do kafejki na kolację. Oglądaliśmy jednym okiem australijski futbol i gadaliśmy o niczym, a dokładniej o remontach, jakie ks. Daniel pod nieobecność Biskupa wykonał w pewnym opuszczonym domu należącym do diecezji.

W sobotę odwiedziliśmy księdza Jana Bosko Avrama, by mu złożyć kondolencje z powodu śmierci taty. Przy okazji odwiedziliśmy też anglikańskiego Biskupa, bo to termin corocznych modlitw o jedność z anglikanami. W tę sprawę Biskup się bardzo zaangażował. Po obiedzie urządziłem sobie drzemkę i spóźniłem się na wieczorną mszę po angielsku. W niedzielę poszedłem na obie, angielska o szóstej i pidżin o ósmej rano. Mogłoby być więcej mszy w katedrze w niedzielę, bo na każdej były tłumy niepoliczone. Na obu Mszach przedstawiono mnie jako nowego kapłana, więc przyniosłem kolejną paczkę obrazków. Miałem ich pewnie ze 300 i wszystkie poszły migiem. Ludzie mieli na tych obrazkach twarz Faustyny i błogosławionego Michała oraz moje błogosławieństwo po polsku. Były więc kolejne chwile euforii pośród jednej łyżki dziegciu. Trafiła się jednak i następna.

Na kuchni był duży telewizor i biskup co chwila włączał al Jazeera, by obejrzeć wiadomości. Ja natychmiast się przysiadłem i wszystkie 5 dni nie zmarnowałem okazji, by jakieś wieści z Doniecka obejrzeć. Biskup wiedział, dlaczego to robię, wyjaśniłem mu, ale wyraźnie go to drażniło. Nie jest mistrzem gościnności. Gotował sam razem z Danielem, a ja pomagałem tylko zmywać, bo nie czułem się dość mocny w gotowaniu, żeby im pomóc. To też chyba było zgrzytem w relacjach. Wiem, że takie wspólne mieszkanie z przełożonym to nic dobrego. On myślał, że to będą dwa dni, ale z racji na pogrzeb ojca księdza Jana Bosko Avrama - znanego mi z Port Moresby - wychowawcy kleryków.

Pogrzeb miał być w poniedziałek, biskup przedłużył mój pobyt i obopólne męki. Pogrzeb jednak przeniesiono na wtorek, więc poznawałem diecezję od podszewki. Mamy tu oddzielny domek dla księgowości i oddzielny dla caritas, referat młodzieży i ds. kobiet. Malutki ośrodek zdrowia oraz Callang Services -szkółkę dla głuchoniemych, biuro agencji szpitali katolickich.

Inne budynki na terenie diecezji - do jakich zaprowadził mnie biskup w poniedzialek - to sala konferencyjna, dom proboszcza i dom katechety. Całość zajmuje jakieś 2 hektary, ale czuję się tutaj jak w oddzielnym katolickim miasteczku. Na obrzeżach jest katolickie gimnazjum imienia Biskupa Hesse z diecezji Rabaul.

Kimbe – geografia miasta

Na zewnątrz diecezji jest rynek, administracja Prowincjii West New Britain, Plac Niepodległości sporych rozmiarów, na którym odbywały się święcenia biskupie 5 lat temu, bank ANZ, w którym biskup założył konto wszystkim księżom, a księgowa nasza diecezjalna była tu niegdyś menagerem. Dalej idąc w kierunku Hoskins, czyli na wschód, mamy na prawo - całe miasteczko chińskich marketów, jehowici, adwentyści, international School, Secondary School czyli ogólniak i dużą wieś Morokea, z której pochodzi ks. Michał. Na lewo mamy hotele, katolickie gimnazjum św. Józefa i sporych rozmiarów pagórek, który oddziela miasto od katolickiego technikum rolniczego we wsi Ponini.

Idąc na zachód w kierunku Bitokary, mamy sektę AOG, drugie miasteczko supermarketów z najsłynniejszym Papindo i Welcome, sporych rozmiarów Mango, tutaj ludzie czekają na autobusy. Jest tu mała filia Uniwersytetu, dzielnica willowa dla bogaczy, meczet, Four Square Gospel Church, anglikanie, luteranie, straż pożarna i wioska Geko, w której się pewnego dnia zabłąkałem. Po drugiej stronie trasy - port i wiele cystern z paliwem. Poza miastem - kilka wytwórni oleju palmowego i nieprzeliczona ilość ferm palmowych, w tym jedna ferma krów. Jedyna w całej prowincji.

Kimbe - Powrót z rekolekcji

Dwa tygodnie mnie nie było, bo biskup wysłał mnie po pogrzebie do parafii Silanga i na rekolekcje do Ulamuny, ale po rekolekcjach w ostatni dzień lipca trafiłem do Kimbe znowu.

Biskup uprzedził mnie lojalnie, że nie mogę spać w jego domu, bo ma na głowie rekolekcjonistę i bym sobie znalazł jakiś nocleg w okolicy. Ponieważ nic sobie nie znalazłem, zabrał mnie do domu o nazwie “Libori House”, w którym sypiają księża tubylcy, gdy odwiedzają diecezję.

Dobrze, że jest taki dom. Pełni podobną funkcję jak dom dziekana z Jalibu w diecezji Mendi, ale ponieważ nadal nikogo dobrze nie znałem i nie wiedziałem, gdzie robić zakupy, czułem się w tym domu jak ostatni frajer. Na dodatek ubikacje w tym domu były łączone, kanalizacja funkcjonowała źle. Smród w pokoju “jak w sraczu”. Tylko te niewygodne słówko może wyrazić, co czułem, gdy pierwszy raz spałem w dormitorium dla księży. Po roku czasu mój nos się przyzwyczaił i nie mam żadnych obiekcji ani opcji. Tym niemniej realia są takie. Mimo obietnic biskupa, by się zająć remontem i zmienić formułę domu, nadal wielu przybyszy odwiedza ten dom. Każdemu kapłanowi towarzyszy horda wieśniaków, którzy ten dom niszczą i niszczą atmosferę innych hoteli tego rodzaju. Poczucie, że to dom, daje jedynie malutki telewizor w kiszce korytarza, otwarta - wiecznie brudna stołówka i “wind house” na zewnątrz. Brak stałego pracownika powoduje, że ten dom robi wrażenie hotelu robotniczego, internatu lub sierocińca z bardzo niskim standartem.

Ta pierwsza noc po powrocie, to jak lądowanie z nieba na ziemię.

Musiałem zrewidować wiele swych misyjnych wyobrażeń i mitów. Poszedłem na miasto i przesiedziałem 2 godziny w zborze protestantów AOG. Nic ciekawego nie usłyszałem. Nawet muzyka była kiepska, ale miałem jakąś odskocznię od kłopotu, jaki mi się trafił zaraz po pięknych rekolekcjach. Następnego dnia z rana udałem się na zakupy na miasto. Kupiłem wiele cukierków i balony dla dzieci, i dla odpoczynku usiadłem w zborze adwentystów na ostatniej ławce. Myślałem, że będę tam bezpieczny, ale nie. Każdy wchodzący pan witał się ze mną i musiałem wstawać co chwila. Żadne incognito nie wyszło. Fatalna też była atmosfera w środku. Zamiast modlitwy czy kazania - trafiłem na reportaż nauczycieli z wydatków szkolnych…

Po południu poszedłem w kierunku anglikanów, by znaleźć dom Jana Bosko. Poszedłem o kilka ulic za daleko i dwu Papuasów zaoferowało mi, że mnie odprowadzą, bo “teren niebezpieczny”.

Pytałem dlaczego, odpowiedzieli, że wielu tu pijaków i narkomanów. Gdy już byliśmy koło kościoła anglikańskiego, samochód parafian podjechał i wyjaśniłem ludziom, czego szukam. Jeden z parafian został ze mną z Janem Bosko do późna, a brat Jana Bosko odwiózł nas obu do katedry po krótkiej pogawędce. Dowiedziałem się, że żałoba syna po śmierci taty trwa w Papui 70 dni i że z tego powodu on do Seminarium nie wraca.

Kimbe – Historia

Parafia w Kimbe jest terytorialnie malutka, wyłoniła się z terenu Bitokara w latach 70-tych, od czasu gdy dystrykt Talasea przewędrował do tego miasteczka.

Pracowali tutaj księża: Alois Esa, James Korbali, Edward Ante, Ogastin Mamea,Gabriel Tovu – obecny wikariusz generalny diecezji, Jo Tanalau – suspendowany za politykę.

Zanim powstała tu diecezja, całe terytorium obsługiwali księża z Archidiecezji Rabaul i do dziś ta historia odciska piętno na charakterze kleru i historii. Wielu odczuło ten podział boleśnie. Pierwszy biskup sercanin przybył z Francji do Rabaul w 1895-m roku i pracował tutaj 30 lat. Wszyscy następcy byli sercanami, aż do abp Hesse, którego zastąpił obecny metropolita salezjanin z Bergamo. .. W 1930-tym roku objął tę diecezję Leo Scharmach ze Starogardu.

Nowa diecezja powstała w 2033 roku, więc ma 12 latek.

Mieliśmy w Kimbe zaledwie dwu biskupów: Alfons i obecny Wiliam. Podczas gdy bp Alfons musiał odejść, administratorem diecezji był abp Hesse z Rabaul. Przy osobistym spotkaniu przypomniałem mu, że zgłaszałem się do pracy u niego w 2009-m roku, ale on się tego wyparł lub po prostu nie pamiętał.

Valoka

W ten sam dzień, gdy mnie przedstawiono w katedrze, po południu Biskup zabrał mnie do Valoka po sąsiedzku z Hoskins. Proboszcza nie zastaliśmy, ale były siostry Sercanki. Nie wiem, czy jest to ta sama gałąź sercanek, które karmiły w Watykanie Jana Pawła II, ale pamiętam ich prostotę i nieśmiałą gościnność. Poczęstowały nas sokiem o toksycznym smaku i biszkoptami. Prosiły biskupa, by im załatwił samochód. Opowiadały, że proboszcz rzadko bywa w parafii, a one nie mają jak dotrzeć do miasta, by zrobić pilne zakupy. Szpital katolicki obskurny, ale na swój sposób, sympatyczny. Duży, drewniany, ale zaniedbany kościół. Zrujnowana plebania. Z czasem miałem się dowiedzieć, że te zaniedbanie naszych kościelnych budynków jest skutkiem podziału diecezji Rabaul, która dysponuje sporymi funduszami i ma schematy wsparcia z Australii. Kimbe natomiast - jako młoda diecezja z pierwszym nieudanym i suspendowanym biskupem Alfonsem - stała się finansowym bankrutem i outsiderem w wielu dziedzinach życia. Takie są nasze szkoły, szpitale i kościoły. Przez 12 lat istnienia diecezji Kimbe nie działo się specjalnie nic. Mimo wielu starań biskupa Wiliama nadal tkwimy na dnie bez siły, jaka by pozwoliła się odbić.

Coś, co mnie cały czas inspirowało i nadal inspiruje w takich miejscach jak Valoka, to bajkowe krajobrazy. Tak mi szkoda, że Papuasi nie mają talentu do robienia małego biznesu. Ten Eden, ta rajska ziemia czeka na powrót Adama i błogosławieństwo Boże.

Imiona kapłanów, którzy tu niegdyś pracowali to: Biaman, Klaus Epmann, Julius Lak, Bernard Agea, Mak Kautu, Bonifas, Kolomu, Ignasius, Antoni Raga.

Bitokara

21 lipca po raz pierwszy odwiedziłem wioskę Bitokara na wysokim wzgórzu, z którego rozciąga się piękny widok na morze. Misjonarze mieli dobrego nosa i gust, gdy lokalizowali misje Nowe Pomorze. Biskup jak wirtuoz wspiął się samochodem na szczyt tego wzgórza, a ja kalkulowałem, czy bym sobie w porze deszczowej poradził z tymi tutejszymi wirażami i wybojami. Tym niemniej odległość od Kimbe 30 km, dobra szosa i piękne krajobrazy sprawiły, że słuchałem z uwagą obietnic biskupa, że tu mógłbym pracować. Pogadaliśmy z nauczycielem, odwiedziliśmy szpitalik dużo brudniejszy niż Valoka. Biskup wspominał o funduszach, jakich udzieliło państwo na remont i obawach, czy tubylcy nie zechcą szantażować Kościół w trakcie rozbudowy i prosić o jakąś rekompensatę za użytkowanie terenu. Biskup posiada większość umów i kontraktów z tubylcami o darowanej ziemi, ale jak to już opisałem w Mont Hagen, zdarza się, że jakiś tubylec chce zarobić na misjonarzach i zaczynają się sądowe walki.

Nazwiska księży z Bitokary: Wiliam Baro - Irlandia, Mex Winnie - Irlandia, Cortney - Sasa, White, Gabriel Pinda, Alfons Dende, Bernard Meta, Andru Gambu…

Silanga

Ks. Jan Bosko Avram, którego ojca pochowaliśmy w przeddzień mego przyjazdu do Silangi, pracował niegdyś w tej dużej wiosce. Zburzył stary kościół i zbudował metalowy szkielet nowego kościoła. Przypomina to wielki hangar bez ścian. Pomógł przy wznoszeniu budynku pewien biznesmen Koreańczyk, który się deklarował jako muzułmanin.

Jan Bosko prorokował, że biskup może mnie skierować na tę właśnie placówkę, bo obecny proboszcz Michał Bula ma od nowego roku kierować nowym Centrum Katechetycznym we wsi Mai… Owszem, biskup prosił wspomnianego Michała o twarzy św. Maksymiliana (tak mi się skojarzył), by jakiś czas opiekował się mną i pokazał mi wszystkie okoliczne wioski. Zrobił to prześwietnie.

Każda wioska witała mnie z pompą, tak jak wita się Biskupa w dzień Bierzmowania. Do dekoracji dróg i świątyń używa się tutaj jak w Izraelu liści palmowych i innych podobnych mega-kwiatów o solidnym pniu. Cały niemal tydzień więc czułem się, jakbyśmy świętowali Palmową Niedzielę.

Podobnie jak do Kimbe, do Silanga trafiłem w półmroku, bo po drodze “na chwilkę” odwiedziliśmy wspomniane Katechetyczne Centrum we wsi Mia. Te określenie na chwilkę, czy za chwilę, ma w PNG magiczny sens. Mówi się, że coś zrobimy o takiej a takiej godzinie “czasu papuaskiego”. Oznacza to, że coś może się odłożyć w czasie albo wcale się nie zdarzy.

Ludzie oczekiwali na mój przyjazd przez kilka godzin na trasie Kimbe-Ulamuna. Tłumek towarzyszył mi ponad kilometr, wymachując długimi badylami i śpiewając jakiś psychodeliczny monotonny motyw, jaki pomagał w wędrówce.

Przed plebanią na tablicy ktoś namalował kredą tekst powitania. Przez zbieg okoliczności w ekipie powitalnej była dwójka turystów z Francji, którzy znali parę słów po polsku, więc pierwsze słowa, jakie usłyszałem w Silanga brzmiały “Dzień dobry” i były to polskie słowa z francuskim akcentem! Owszem, czułem się jak w domu… Tego żaden reżyser nie wymyśli.

Był parafianin Franciszek, który się żalił, że dzieci mnie nie zobaczyły, a pragnęły bardzo, bo nikt w tej wiosce nie widział “białego misjonarza” od 20 lat. Były pośród witających 3 zakonnice, które się przypadkiem w jednym i tym samym czasie zjechały na wakacje w rodzinne strony. Ta parafia to była niegdyś kopalnia powołań. Siostry zamieszkały w pustym klasztorze, porzuconym kilkanaście lat wcześniej. Puste klasztory to plaga PNG i świadectwo tego, jak mocni niegdyś byli tu katolicy i jak wiele stracili z pierwotnego zapału.

Nocowałem po raz pierwszy w Papui pod baldachimem wykonanym w formie siatki z plastyku. Proboszcz był dla mnie niesamowicie hojny. Starał się dużo bardziej niż moi rodacy z Mendi. Być może to było interesowne, bo czuł, że mogę po nim objąć tę wspólnotę, być może kierował się sentymentem do białych, którzy go przygotowali w Bomana do sakramentu kapłaństwa. Nie znam przyczyny, wiem że do dziś się nic nie zmieniło i nadal się kolegujemy. To wyjątkowo dobre chłopisko. Kupił mi orzeszki ziemne i rybę. Na jego prośbę siostry co dzień coś smacznego gotowały.

Św. Józef

Nazajutrz odwiedziliśmy kaplicę św. Józefa, jedyny punkt dojazdowy na wybrzeżu. Parafianie porzucili kościół św. Józefa, usytuowany niemalże na plaży z obawy, że wielki tajfun, jaki zniszczył 200 tysięcy  Tajlandczyków i 2000 Papuasów z Aitape, może kiedyś powrócić i zniszczyć ich własną wioskę. Po kilkunastu latach obawy znikły i ludzie wracają na wybrzeże.

Maluchy były onieśmielone obecnością “Białego”, ale po mszy bawiły się ze mną na całego. Wielu dorosłych zostało na posiłek, by powspominać starych misjonarzy w tym Leo Scharmacha - naszego rodaka z Kociewia - biskupa w Rabaul…

Św. Pita Torot – Kai

We wsi Kai, gdzie jest szkoła, miałem mszę dla uczniów wyłącznie i to była niezapomniana Msza z pocztem powitalnym, z ogromną ilością jedzenia. Dzieciaki nie chciały się rozchodzić do domu po Mszy i długo jeszcze było słychać gwizd lizaków, jakie otrzymały. Podarowałem z czasem - w trakcie Adwentu - nowy obraz Pita Torota własnej roboty. Mają więc pamiątkę.

Św. Patryk – Kapiura

We wsi Kapiura ponad 2 godziny czekaliśmy na przybycie wiernych. Waliłem w dzwon kilka razy z rzędu, wszystko na nic. Dopytywałem się proboszcza, czy aby na pewno przyjadą. A jakże, przywiózł ich samochód z dużym bagażnikiem i musiał zrobić chyba kilka rejsów, bo podczas mszy co chwila jakaś nowa fala napływała do środka…

To był dzień św. Jakuba, więc miałem natchnienie, by opowiadać. Proboszczowi historia się bardzo podobała.

Dla Kapiury namalowałem też św. Patryka oraz MB Częstochowską.

Św. Mikołaj

W tej sub-parafii - podobnie jak w Jalibu - nauczyłem w angielskiej wersji piosenkę dla dzieci: “kamyczek do kamyczka” oraz “głębsza – szersza - wyższa niż…miłość Boża jest”. Podczas drugich odwiedzin w Adwencie dzieci wciąż to pamiętały. Po Mszy były mega-jajka z buszu na poczęstunek. Niestety, nie smakowały mi, tubylcy natomiast są gotowi płacić duże pieniądze za ten przysmak.

Św. Rafał

U św. Rafała nie miałem mszy, a tylko dwukrotne odwiedziny. W Adwencie namalowałem w nowiutkiej kaplicy krzyż św. Franciszka i powiesiłem obraz św. Rafała. Podobno sprawiłem tym wielką radość w najmniejszej wioskowej wspólnocie parafii Silanga.

Św. Michał

U św. Michała wisi najmniej udany obraz cały w czerni, tym niemniej starałem się, jak mogłem.

Kaplica trochę większa niż Rafała, przypomina mi rozmiarami wiele kościołów z Rosji. Opowiadałem o tym ludziom pewnego dnia późnym wieczorem. Ludzie urządzili poczęstunek, znaleźli generator i długo nie chcieli wracać do domu.

Silanga – trochę historii

Ludzie we wsi Silanga stworzyli 4 enklawy. Każda z nich posługuje się innym narzeczem. Prócz kościoła, szkoły i szpitala mają wewnątrz wioski jeszcze jedną kaplicę - nazywają ją grotą. Część mieszkańców przybyła tu z gór i osiedliła się na prośbę misjonarzy. Są im za to do dzisiaj wdzięczni. Jeden z misjonarzy o imieniu Teo Vogelport był wysokiego wzrostu, ale niezbyt silny, bo dużo palił. Pewnego razu udał się w głąb buszu w góry, by odwiedzić odległą wspólnotę, ale spadł ze zbocza, bo był za słaby, by je pokonać. Innego razu produkując meble, uszkodził sobie palec. Miał wiele przykrych przygód, ale dzięki nim ludzie go dobrze pamiętają i mile wspominają. Starcy pamiętają również, jak cała wioska transportowała drewno z oddalonego o 4 km wybrzeża na budowę misji.

Silanga ma wiele powołań, o czym już była mowa. Siostry z tej wioski napotkałem w diecezji Mendi. Są też powołania kapłańskie. Klery Bonifas będzie wkrótce wyświęcony na diakona. Kleryk Pol niestety zmarł w trakcie praktyki, bo nadużył alkoholu metylowego i podobnie jak jego własny tato, przedwcześnie zmarł. Doznał uszkodzenia wątroby. Nie wiem, co go bardziej zniszczyło, alkohol czy może tutejsi lekarze. Zła opieka zdrowotna powoduje ten sam skutek, co w Rosji – ludzie się nie leczą wcale albo proszą o pomoc healera, czyli szarlatana w stylu woodoo.

Wielu healerów wykorzystuje i nadużywa tytułu Rosa Mistica. Uczę ludzi prawdy o Rosa Mistica, bo odwiedziłem Monte Chiari 8 lat temu. Mały - jak na razie - skutek.

Jedna z sióstr - o imieniu Rosmari ze zgromadzenia Ancillae Domini - zdezerterowała i mieszka z krewniakami na wsi, ale nadal używa stroju duchownego o szarym kolorze. Proboszcz Michał dał jej szansę i zatrudnił do drobnych posług w parafii. Następca - jednak siostrę wypędził. Michał przedstawił mi inną siostrę zakonną, która wróciła do domu z odległej diecezji. Pracuje obecnie jako nauczycielka w szkole i samotnie wychowuje dziecko, które jakiś pan z daleka jej “podarował”. Jej los dzieli wiele eks-sióstr, jakie ciągle napotykam na swej drodze i każdy raz się dziwię - Dlaczego tak łatwo te dziewczęta tracą powołanie? Czy jest to nieutwierdzona wiara, czy raczej tradycja tubylcza, która nie potępia gwałtu w dostateczny sposób, by złoczyńca poczuł ciężar winy, a ofiara poczuła większe wsparcie.

W ostatni dzień pobytu w Silanga odwiedziliśmy wieś, w której dwoje nauczycieli to para, która wcześniej pracowała w kościele jako ksiądz i siostra. Tę panią widziałem, ale ksiądz czy to diakon był nieobecny. Obojga mi szczerze żal.

Zamienił stryjek siekierkę na kijek.

Słyszałem też historię księdza Josefa Manresa. To tubylczy kapłan, który spędził wiele lat w Australii jako duszpasterz Aborygenów. Wrócił z tych misji z chorobą alkoholową i spowodował ciążę kilku miejscowych kobiet.

Jego posługa w rodzinnej parafii zdruzgotała szacunek, jaki ludzie mają do księży. Jest to nadal wzorowa parafia z wielką ilością grup Legio Maryja i tercjarzy, ale ten wielki potencjał gubią nieudane personaże sióstr i kapłanów oraz krecia robota sekciarzy, którzy punktują te wszystkie przypadki, by nam wytykać brak prawdy i solidności.

Oto lista imion niektórych księży: Wagner, Teo Vogelport, Meinhart Witwa, Josef Manres, Pius Isa, o.Norbert OFM, Michał Bula, Antoni.

W czasie pobytu w Silanga korzystałem na co dzień z głośniczka, jaki mi podarowała Polonia z Waszyngtonu. Codziennie też rozdawałem dzieciakom cukierki i balony. Najlepsze okazały się jednak lizaki z gwizdkiem…

Ulamona

W drodze do Ulamuny na rekolekcje ks. Michał pokazał mi dwie kaplice parafii Biala, a następnie wstąpił do pewnego domu, by przedstawić mi kolejnego diakona żonatego z siostrą zakonną. Na podwórku biegała gromadka dzieciaków. Niektóre z nich nie miały chrztu. Michał obiecał, że tę sprawę ureguluje, ale ja się dziwiłem, bo większość księży w Papui twierdzi, że niedobrze jest chrzcić dzieci, których rodzice żyją bez ślubu kościelnego. Domek tych państwa wyglądał dostatnio, ale żadnego przepychu. Podobnie jak poprzednia para nauczycieli i ci ludzie stracili zapał.

We wsi Ulamuna 25 kapłanów odbywało razem ze mną rekolekcje. Prowadził je kapucyn David, ten który dawno temu pracował w Jalibu koło Mendi i przyznał się, że na Boże Narodzenie płakał. Teraz jest dyrektorem jakiegoś Instytutu w USA, bo po 7-miu latach pracy na misjach odbył dodatkowe studia w Watykanie z dziedziny psychologii. Jest obecnie uważany za speca od celibatu. Myślę, że biskup zaprosił takiego właśnie kapłana intencjonalnie, by podkreślić, jaki to mamy największy kłopot w diecezji i aby go przemodlić.

Ulamuna leży po sąsiedzku z diecezją Rabaul u stóp wielkiego wulkanu.

W dobrych czasach był tu wielki tartak, który zaopatrywał całą diecezję w drewno i pieniądze. Gdy został sprzedany, po roku czasu spłonął. Tubylcy nie potrafili z niego korzystać. We wsi jest wielki konwent piętrowy, który podobnie jak w Silanga od wielu lat stoi pusty. Ogromna plebania na 10 osób zatrudnia jednego tylko kapłana. Mamy tu kilka innych dobrze utrzymanych budynków, toteż właśnie tutaj odbywają się czasem rekolekcje. Na drzwiach mojego pokoju ludzie, którzy nie potrafili wypowiedzieć mojego imienia, napisali “Polish Priest”, co w dialekcie pidżin oznacza “ksiądz policjant”. Mieli z tego powodu sporo dyskusji. “Po co Biskup zaprosił księdza policjanta? Może po to, by karać niesfornych podwładnych?”.

Po sąsiedzku z plebanią stoi stacja pomiarów sejsmologicznych. Parafia posiada, tak jak Silanga, silny Legion Maryi, Grupę Miłosierdzia Bożego, wielu katechetów i sporo powołań.

Starosta Jan był niegdyś diakonem, ale zrezygnował i wychował 7 synów. Mamy tu dwu braci kapłanów, Gabriela i Józefa. Oboje odbyli studia we Włoszech. Kleryk Kleofas przyjał niedawno święcenia diakonatu i czeka na praktyce na święcenia kapłańskie, bo studia w seminarium ma już za plecami.

Jedna z katechetek o imieniu Justyna to eks-zakonnica. Parafia posiada dużych rozmiarów wyspę, a na niej cztery kaplice. Do dwu z nich dotarłem z kazaniami i spowiedzią. We wsi PoiPoi powiesiłem obraz Matki Bożej Częstochowskiej.

We wiosce są sportowcy i muzykanci. Dwie schole, które co wieczór mają próby, więc muzykują sobie i jest wesoło. Kościół jako jedyna instytucja ma we wsi elektryczność.

Po zakończeniu  rekolekcji i krótkiej wycieczce na wyspy Bali i Vitu, podjąłem intensywne studia językowe. Czytaliśmy razem ze starostą Janem codziennie po kilka rozdziałów Nowego Testamentu.

Jan był cierpliwym nauczycielem. Nabór słów z tamtych czasów wystarcza mi po dziś dzień, by zbudować kazanie czy ułożyć piosenkę. Z maluchami miałem co wieczór różaniec i podobnie jak w Ibongu trenowałem z nimi pieśni dziecięce.” Dorosłych” piosenek uczyła mnie katechetka Urszula ze śpiewnika Lotu Buk. Przepisałem go sobie do zeszytu niemal w całości. Jak widać, nie leniuchowałem w Ulamuna. Niektóre lekcje śpiewu odbywały się wieczorem. Oboje ze zmęczenia padaliśmy na nos  i zasypialiśmy ze śpiewem na ustach.

Urszula rzeczywiście ma wiele obowiązków: uprawia ogród, gotuje, piecze chleb, sprząta kościół i katechizuje.

W trakcie pobytu w Ulamuna odwiedziłem Kurię, by otworzyć konto, a w drodze powrotnej zgubiłem telefon. Skontaktowałem się poprzez sms z nowym właścicielem, by mi go zwrócił, ale ten nie chciał gadać, mimo że karta działała i nawet dodzwoniliśmy się do intruza razem z proboszczem pewnego wieczoru…

Po tej porażce uznałem, że Papua to nie jest bezpieczny kraj na tyle, bym nosił ze sobą telefon i dawał okazję złodziejowi. Żałowałem, mimo że był zniszczony, bo był to prezent od Biskupa z Taszkientu i ceniłem go sobie jako pamiątkę.

Katechetka opowiadała mi o dużej erupcji tutejszego wulkanu przed 10-ciu laty i o tym, jak porzuciwszy owieczki, miejscowi księża uciekli samochodem.

Morze jest tu piękne i ludzie codziennie wędkują na molo.

Proboszcz Charli Karol rodem z Manus - niziutki grubasek, rubaszny, czasem nerwowy, bo choleryk.  Lubi sobie pogadać, ale słabo go rozumiem, bo mocno sepleni.

Patrycja i Salomea to dwie wysokie wolontariuszki, które pomagają Urszuli na kuchni. Biskup podziwiał proboszcza, że ma tak wielu współpracowników i był ciekaw, ile on im płaci. Zdziwił się, gdy się okazało, że proboszcz kupuje dla nich ryż i jakieś drobne prezenty. Parafia prowadzi piekarnię i dwa sklepiki spożywcze. Mały proboszcz o wielkim sercu początkowo był nieufny, ale gdy zacząłem mu sumiennie oddawać wszelakie ofiary, jakie ludzie mi dawali z okazji posługi w różnych wioskach, nabrał do mnie zaufania i sympatii.

Teraz się cieszy jak dziecko z każdego naszego spotkania i kombinuje, jakby tu mnie ściągnąć do dekanatu Hoskins, w którym zarządza jako dziekan.

We wsi Ulamuna po raz pierwszy w życiu własnoręcznie otworzyłem orzech kokosowy i wypiłem słodki, ale kwaskowaty napój - podobny w smaku jak kwas chlebowy.

Zdarzyło się to w trakcie wspomnianych rekolekcji w tzw. “wind house”, który znajduje się naprzeciw mojego pokoiku. Do późna w nocy każdego dnia rekolekcji kapłani siedzieli w tym wind house i plotkowali, żując orzechy buwai i popijając kokosa. Podobno z kokosa można robić ostry bimber… Windhaus wisi malowniczo na dwu solidnych żywych drzewach, nad skłonem wysokiego zbocza. Gdyby spadł, można się mocno potłuc.

Nie miałem odwagi, by długo przesiadywać z księżmi w tym wind house, ale wpadałem na chwilkę, by nie mieli mnie za snoba. Ponadto ich głośny śmiech deprymował mnie. Nie znałem pidżin, by dialogować.

Pewnego dnia proboszcz Charli pokazał mi na drodze zgarbionego zmartwieniami starca i wyjaśnił, że jest to suspendowany kapłan z diecezji Rabaul, który się tu osiedlił z jakąś panią i nadużywa alkoholu.

Biskup prosił księdza Michała, by ten sporządził listę podobnych przypadków i wyszło na to, że mamy kilkunastu takich gagatków. Przy ogólnej liczbie 20 księży tubylców - ilość suspendowanych stanowi ponad 30%. W Polsce szacuje się kilka procent odejść. Gdyby było nawet 10, to byłby rezultat podobny do tego z czasów Apostołów, kiedy to jeden z 12-tu Judasz zdradził. Rezultat powyżej 30% jest zatrważający…

Przeżyłem w tej wiosce kolejne bierzmowanie i pomogłem wyspowiadać kilkaset dzieciaków.

Po bierzmowaniu w dzień św. Bartłomieja odwiedziłem biskupa w jego pokoju, odmówiliśmy razem nieszpory i gawędziliśmy o mojej przyszłej pracy. Powiedział, że nie chce mi dawać zbyt odległej placówki. Nie chce też, bym był zbyt blisko. Nie chce, by to była trudna parafia ani nazbyt dobra. Przerwałem ten wstęp i powiedziałem, że ja bym chciał pracować w parafii trudnej, najgorszej jaką ma, bo jak się nie uda - to każdy wie, że było trudno i się nie powiodło. Gdybym jednak zmarnował dobrą parafię, to wiele osób będzie mi to wypominać. “Skoro tak - powiedział Biskup, jakby czekał ode mnie takiego komentarza - ja mam trudną parafię i nazywa się ona Sasavoru. Pogadam z dziekanem, żeby cię do tej parafii wkrótce zawiózł”.

Brat starosty - Bernard był wieloletnim kapitanem na parafialnej łodzi i pamięta wszystkich misjonarzy tutejszych.

Oto ich imiona: Karl Heinz Hope, Ignatius Endo, Martin Tovagira, Pita Mukus, Charli Karol

Wioska Mia

Wioska Mia to centrum najliczniejszej parafii diecezji. Ma podobno 20 tysięcy mieszkańców. Tutaj pracują nadal sercanie oraz siostry FMI. Na terenie parafii funkcjonuje ośrodek Franciszkański i Katolickie Technikum Rolnicze Ponini. Tutaj biskup ulokował Szkołę Katechetyczną na 22 miejsca noclegowe. Piękna plaża zachęca do odwiedzin.

Jeden z sercanów, jaki tu obecnie pracuje, ks. Edward Meli jest znanym kompozytorem popularnych piosenek o Maryi i Piotrze Torot, które zna cały kraj.

Tutaj dotarł Michał (podobny do św. Maksymiliana) i pracuje jako dyrektor Szkoły.

W tej wiosce jest też wytwórnia cementowych figurek Matki Bożej.

Mieszka tu również wspomniana kilkakroć Madonna – księgowa, która wbrew intencji biskupa i być może wbrew samej sobie, trzęsie całą diecezją, a mi pomaga wysyłać maile do Polski. Pewnego razu zaśpiewałem jej piosenkę o Czarnej Madonnie i od tej pory chyba mnie lubi. Wielu jednak kapłanów narzeka, że muszą prosić tygodniami o subsydium i inne fundusze potrzebne do funkcjonowania.

Jest to naprawdę sprytna kobieta, pochodzi z prowincji Sepik, ale jak wiele kobiet zatrudnionych w diecezji, ma niejasny status matrymonialny i wielu złośliwych to komentuje za plecami. Biskup ma nie lada kłopot, bo sam ustalił reguły, gdy w kurii: “Wszyscy pracownicy mają być czyści”.

Bega (Sasavoru), Karl Maria Brandt, Karl Hoffmann, Teo Beuma, Norbert Biapman,

Wiliam Wosthandrik, Jo Lillimbaum, Bernhard Otto, Ignatius Endo, Gabriel Pinda, Alois Tailo, Pius Isa, Kalimet, Bruno Kargoves, Walter Pilai, John Aneo.

Biala

W trakcie pobytu w Ulamuna kilkakroć zaglądałem do miasteczka Biala. Z ks. Michałem odwiedziłem plebanię i dwa kościoły tej parafii, leżące na trasie do Ulamuny. Do kościoła parafialnego nie było dojazdu. Droga rozmiękła po dużej ulewie. Mimo że jest to miasto, ulice - jak wszędzie są byle jakie i gliniaste.

Biala jest podobna do miasteczka Jalibu z prowincji Mendi, które zapoznałem wcześniej. Ma ogólniak, urząd pocztowy, kilka stacji benzynowych i chińskich marketów. Parafia ma tytuł Chrystusa króla. Kościół ma niecałe 30 lat. Plebania jest położona nieopodal wybrzeża po sąsiedzku z zapasowym lotniskiem. Wokół plebanii osiedle protestankie oraz porzucona przez proboszcza i zapomniana przez ludzi kaplica św. Franciszka. Takie sobie san Damiano. Tutejszy proboszcz jest znanym w okolicy hazardzistą i rzadko rezyduje na plebanii. W kościele też go często nie ma nawet w niedzielę. To nikogo nie dziwi, bo z racji na dużą ilość fachowych katechetów, wielu księży robi sobie wolne na parę dni lub parę tygodni, nie informując o tym Biskupa. Jest to zmora duszpasterska i jedna z największych chorób, jakie tu dostrzegam, a jakie nękały kościół powszechny w przeddzień protestu Marcina Lutra. To jedyny powód, że nasi katolicy dezerterują z dnia na dzień. Jeśli nie bić na alarm, to nasze papuaskie i nie tylko papuaskie kościoły mogą się z czasem wyludnić.

Proboszcz Benjamin to oczytany przystojniak w moim wieku, który jako jeden z niewielu studiował za granicą na Filipinach, ale zgubiła go ruletka. Nie jest stary, ale wygląda jak dziad. Jak wielu hazardzistów dopinguje się alkoholem i orzechami buwai. Co do reszty jego słabości to boję się domyślać. Mówi się głośno w kościelnych kręgach, że czas, by Benjamin udał się na leczenie i opuścił dobrą, skądinąd parafię. Jak już wspominałem, katecheci ratują sytuację jak mogą, stara się też Legion Maryja. Co by to było, gdyby dostali z czasem porządnego kapłana? Raj!

Oto jak ważna jest modlitwa, którą kiedyś słyszałem w polskiej wiosce “za licznych i ślicznych kapłanów”!

Czasami, gdy opowiadam tubylcom o św. Faustynie, to wspominam wioskę Biała koło Płocka, w której Jezus po raz pierwszy poprosił nowicjuszkę Faustynę, by namalowała jego obraz. Papuaskie miasteczko Biala ma parafię o nazwie “Chrystusa Króla”.

Parafia jest stosunkowo młoda, bo powstała na początku lat 80-tych.

Lista kapłanów pracujących niegdyś w Biala:

Karl Heinz Hope MSI, Benedikt Saleu, Aisak Koi, Jo Manres, Pius Isa, Edward Meli MSI, Charli Karol, Benjamin

Unea - Bali

Po zakończeniu rekolekcji w Ulamuna Biskup Wiliam zgodnie z obietnicą zabrał mnie w podróż na 2 największe wyspy naszej diecezji,oddalone o jakieś 200 km od Kimbe w kierunku na północ. Płynęliśmy dużą motorówką o dwu silnikach - 75 koni mechanicznych każdy. Przed południem pogoda była świetna. Po 5 godzinach pływania zrobiliśmy przerwę i postój na wyspie Witu. Podobno Japończycy mieli tu sztab w czasie wojny. Wyspa ma wygląd półksiężyca, stanowi ją zachodnio-północna ściana wielkiego wulkanu, który - jak lodowiec - zatonął w morzu. Widać tylko cypelek o średnicy 15 km.

Kapitan i sponsor podróży to Metys o imieniu Rene. Jego tacie udało sie zbiec ze wschodniego Berlina i założyć firmę turystyczną w australijskiej niegdyś kolonii - a obecnie niepodległym państwie PNG. Polubił Kimbe i pozostał na zawsze. Małżonka pochodzenia chińskiego pochodzi z Rabaul i jest katoliczką.

Rene przygotował wiele kanapek. Wysadziliśmy w Witu kilku pasażerów, w tym zaprzyjaźnionego z Rene chorego kapłana Bonifacego i jego liczny bagaż w postaci ryżu i mąki. Ruszyliśmy w dalszą podróż, która miała trwać godzinkę, na sąsiednią wyspę Bali. Czekała nas jednak 3 godzinna podróż z przygodami. Rene, który nie jest pobożny, modlił się gorąco, a ja - ponieważ nie znałem przedtem sztormu prawdziwego - chwilami żegnałem się z życiem. Cała załoga ubrała koszulki ratunkowe, a Biskup bez przerwy wymiotował. Fala sięgała czasami 5, czasami 8 metrów, więc dryfowaliśmy bez szansy na kierowanie łodzią.

Usłyszałem w pewnym momencie w sercu głos Boga, a nawet głos mamy - bym się o nic nie martwił. Podobny głos jak niegdyś w Nagasaki, zanim mama zmarła…

Owszem, morze ucichło, jak tylko ujrzeliśmy brzeg i kilka łodzi powitalnych z bębnami kundu. Adrenalina spowodowała, że chciało mi się krzyczeć i skakać z radości. Przemokłem do suchej nitki. Przy wejściu do wioski dostaliśmy girlandy. Była tam mała fontanna, w której myje się cała wioska. Stanąłem pod nią w ubraniu, czym rozśmieszyłem całą wioskę. Tym niemniej miało się ku wieczorowi. Jak wiele innych parafii, Bali nie ma elektryczności. Po krótkiej ceremonii na placu kościelnym wszyscy dostaliśmy od proboszcza Ignacego po paczce biszkoptów i sprite’a do picia oraz pokoje w wielkim klasztorze z drewna. Połowa klasztoru zasiedlona przez parafian, inne pokoje puste zajął kapitan Rene, jego pomocnik, kleryk  Wiliam z Kaliai i ja. Proboszcz zabrał biskupa na plebanię z pięknym widokiem na morze. Rajskie klimaty. Misja położona jest na stromej skale, jakieś 50 metrów nad poziomem morza…Coś podobnego można spotkać tylko w Grecji chyba… albo we Włoszech. Widać, że życie tu niegdyś kipiało. Teraz misja powoli umiera. Taki widok zrobiły na mnie zrujnowane budynki parafialne i sam kościół, który po partacku parafianie remontują jak mogą.

Zaszokował mnie we wnętrzu kościoła wielki obraz na całą ścianę 6 metrowej wysokości, przedstawiający trzy realia: niebo - czyściec - piekło. W centrum krzyż, który dryfuje pomiędzy tymi kosmosami.

Biskup nazajutrz miał bierzmowanie. Jakieś 400 osób przyjęło sakrament.Chłopcy w ciemnych spodniach i białych koszulach. Niektórzy z nich defilowali w butach pożyczonych od ojców lub starszych braci, bo widać było, że są za duże i używane.

Na głowach chłopców pióropusze. Dziewczęta w ślubnych sukienkach z mnóstwem korali. Głowy i twarze posypane pudrem.

Biskup mówił długie kazanie i dokładnie, powolutku mazał każdą głowę, toteż msza trwała koło 4 godzin. Te same kazanie miałem usłyszeć 5 razy w ciągu 5 dni pobytu w Bali i Vitu. To dobra szkoła językowa dla mnie. Zapamiętałem wiele fraz w pidżin i pewne fragmenty kazania - na zawsze. Biskup mówił, że Duch św. nie ma twarzy, że malarze muszą używać znaku gołębia albo ognia. Opowiadał historie bezdomnych dzieci z Londynu, których domy zbombardowali Niemcy i musieli koczować w hangarach. Wiele nie miało dostępu do ściany, by na niej powiesić obrazek czy kalendarz. Ten brak prywatności i bezbronność posłużyły biskupowi jako obraz, by opisać, jak bardzo potrzebna jest twarda wiara w trudnych chwilach.

Następnego dnia bierzmowanie było w innej wiosce. Wyspa ma ich ponad 20. Po raz kolejny Biskup bierzmował tym razem 500 dzieci. Przypłynęliśmy do tej wioski morzem i defilowaliśmy jakieś 3 km przez teren dwu szalejących z entuzjazmu wiosek. Podobnie jak w Silanga ludzie wymachiwali kwiatami wielkości kilku metrów z mega badylami i nieśli biskupa na specjalnej lektyce, co jest kolejnym obyczajem Nowej Brytanii, jaki wszędzie napotykam.

Im większy gość, tym bardziej trzęsą lektyką, bo to niby mile czuć się jak w karuzeli.

Msza trudna do wysiedzenia. Kościółek niski i duszny. Wielkie tłumy na zewnątrz w poszukiwaniu cienia chronili się wśród drzew. Chciało się niezmiernie pić. Bogu dzięki - w prowizorycznej zakrystii był czajnik pełen toksycznego soku. Myślę, że wytrąbiłem ze 3 litry na spółkę z pozostałymi księżmi i klerykiem.

Po mszy wniesiono do zakrystii mnóstwo tubylczych potraw i byłem tym mile zaskoczony, bo w centralnej parafii nie było nic do jedzenia i ludzie się szybko rozbiegli po Mszy. Tutaj siedzieli długo i gawędzili ze sobą. Była też australijsko-niemiecka młoda parka tłumaczy Biblii z jakiejś sekty. Być może New Tribes, bo tych jest na peryferiach najwięcej.

Gdyśmy się nasycili, rada parafialna miała rozmowę z Biskupem. Nie była to łatwa dyskusja, bo tematy były trudne. Mimo że słabo rozumiałem, to doszło do mnie, że mają o coś żal do proboszcza i chcieliby zbudować nowy kościół, bo stary sypie się i popada w ruinę.

Podobny schemat świętowania i burzliwych rozmów miałem okazję oglądać kilkakroć - również na wyspie Witu. Ludzie prosili o wsparcie przy budowie lub remoncie kościoła. Mieli gotowe projekty, nawet zgromadzili pewną ilość materiałów budowlanych, ale biskup twardo odmawiał, czym ludzi i mnie osobiście mocno zniechęcał. Pamiętam hasło papieskiej pielgrzymki do Polski w 1991-m roku “Bogu dziękujcie, ducha nie gaście”. Tutaj jednak w trakcie Bierzmowania Biskup, który wedle teologii i praktyki ma mieć pełnię kapłaństwa i ducha Apostołów w sobie, Ducha świętego - wczuł się w rolę przeciwną tej zachęcie.. Duch Święty naprawdę stracił twarz, a jeśli ją nawet ma, to mocno poczerwieniała.

Argument biskupa był taki, że “są kościoły parafialne, które bardziej potrzebują, na przykład Sara”. Kościoły filialne natomiast - ma wspierać proboszcz i rada parafialna, gdy tymczasem - jako się rzekło - proboszcz Ignacy sam nie ma co do garnka włożyć, a parafia nie zafundowała biskupowi obiadu, tylko śpiewy i tańce. Obiady i kolacje robił nam kapitan Rene. Nie wiem, czy biskup go o to prosił, czy to jego intuicja spowodowała, że wszystko przewidział i nie byliśmy głodni. Nawet proboszcza częstował.

Trzeciego dnia pobytu na wyspie Bali mieliśmy odpoczynek i kąpiel na bezludnej wyspie. Biskup wyraźnie się lubi kąpać i mi też to doradzał, bo widział, jakiego doznałem oparzenia dłoni od tutejszego słońca i mówił, że tylko słona woda może to wyciągnąć. Owszem, w parafii Silanca skóra mi mocno poczerwieniała i pokryła się strupami, które nie goiły się 40 dni…

Po kąpieli kleryk zabrał mnie do wioski krewniaków, w której odnalazłem kolejną kaplicę o pięknej architekturze, lecz skrzywioną od starości wieżą. Wielki obraz św. Michała w części ołtarzowej. Miałem okazję zaprosić dzieciaki do środka. Przyszli też dorośli i skarżyli się na proboszcza, że od kilku lat nie odprawiał w tej kaplicy Mszy świętej. Gdy się tą opowieścią podzieliłem z Biskupem, był skonsternowany, bo uważał proboszcza za nowego Jana Vianneya, który gotów umrzeć za owieczki. Jak się okazało, nie za wszystkie.

Lista kapłanów pracujących niegdyś w Unea:

Willi Woshanrik MSI, Norbert Biapman MSI, William Barrow MSI, Norbert Empen MSI, Alois Taylo. Bonifas Kolomu, Konrad Kavui, Jo Tanalau, Ignatius Bara.

Vitu

Są dwie wysepki Vitu: Vitu Duże i Vitu Małe. Duże Vitu ma kościół św. Michała i kilka kaplic bez nazwy. Małe Vitu ma kościółek imienia Marii Goretti. Przede mszą w tym kościele - gdzie kolejne 300 dzieci przyjmowało bierzmowanie - pewna rodzinka złożyła ofiarę za duszę dziewczynki, która miała być bierzmowana tego właśnie dnia, ale spadła z drzewa i potoczyła się w przepaść. Było mi szczerze żal tego dziecka i historia ta mnie szczerze wzruszyła.

Małe Vitu ma mnóstwo krzewów, których korzenie wystają ponad ziemię i robią wrażenie pajęczyny, która oplata brzeg. Coś takiego oglądałem w kinie o Hindusie PC.

Na Dużym Witu sprawowaliśmy 2 Msze. Jedna z nich w mega wiosce z podobną procesją jak na drugi dzień w Bali. Ludzie koncertowali i ja im to odwdzięczyłem śpiewami i grą na trawie. W nagrodę dostałem dużego kokosa, z którego wypiłem ze smakiem. Podczas mego koncertu Biskup miał kolejną trudną rozmowę z parafianami. Dziękuję Bogu, że nie musiałem tego słuchać.

W tej nieznanej mi z imienia wiosce dokonał się cud, jakiego nie mogłem długo powtórzyć. Dzieciaki nauczyły się szybko wszystkich moich piosenek i śpiewały je z moją pomocą w drodze powrotnej do łodzi. Z powodu rafy koralowej łódź stała dość daleko i ten wędrowny koncert trwał dobre 40 minut. Miałem wrażenie, że biskup się trochę na mnie złości, bo odebrałem mu palmę pierwszeństwa w dziedzinie zabawiania gości. Gdy mówi kazanie, to się przeobraża i jest wspaniałym aktorem. Ma talent do malowania. W wielu dziedzinach jesteśmy do siebie podobni. Może to jest główny powód, że nie potrafimy się do końca lubić i akceptować, ale rozumiemy się jak Piotr i Paweł w pół słowa.

Kościół św. Michała na Dużym Vitu jest jeszcze piękniej ulokowany niż w Unea. Potężnych rozmiarów obraz w środku ołtarza przedstawia scenę śmierci Jezusa i namalowany jest w stylu Biblii dla dzieci z popularnego tomiku wydanego w wielu wersjach językowych - dla misjonarzy całego świata w  “Kirche im Not”.

Proboszcz Bonifacy ma 25 lat kapłaństwa, ale jest zniszczony tak samo jak Benjamin z Bialej. Nie hazarduje i chyba nie pije, ale ma cukrzycę. Otwarta rana na lewej stopie nie goi się od miesięcy. Biskup ma duże zaufanie do tego kapłana i chciał go wysłać do Rabaul jako ojca duchownego kleryków, którzy na niższych kursach studiują tam filozofię. Bonifacy jednak twierdzi, że rodzinna wyspa dla chorego księdza to jedyne słuszne miejsce pobytu. Ma tutaj mnóstwo krewnych, którzy co dzień - jak Łazarzowi opatrują rany. Widać, że jest nie tyle lubiany, co kochany przez parafian. Wyjątkowo w tej parafii Msza św. jest odprawiana regularnie codziennie, a nawet codzienny jest wieczorny różaniec. Proboszcz nie ma elektryczności. Malutki solar służy do słuchania radia wieczorami.

Lista kapłanów pracujących niegdyś na wyspie Witu:

Norbert Empen MSI, Wilam Barow MSI, William Hoshendrik MSI, Norbert Biapman MSI, Bonifas Kolomu.

Kaliai

Kaliai to stosunkowo nowa parafia powstała z podziału Poi-Sasavoru. Reliktem tej wielkiej parafii jest Kove-Kaliai LLG, czyli gmina wielkości powiatu. Głową tego powiatu jest pewien opryszek poligamista - mąż czworga żon, o tytule prezydenta. Jest właścicielem 3 samochodów ciężarowych, które transportują owoce palm olejowych do Kimbe i każdy taki rejs to 1000 zł gotówką. Szarlatan jednak nie płaci nic kierowcom, których zatrudnia. Podobnie jest, gdy ktokolwiek zgłasza się do niego z jakąś sprawą - odsyła z kwitkiem i dalej robi biznes, korzystając z państwowego landrovera. Zdarzyło się, że policja - która nie lubi prezydenta - szukała pewnej nocy okazji, by mu stuknąć - pobiła gościa podobnego do niego. Gdy się okazało, że jest to syn prezydenta sąsiedniej gminy Talasea, jego tato zażądał rekompensaty od prezydenta Kove-Kaliai. Ponieważ sprawa honorowa - prezydent grosza nie poskąpił, ale dla biednych ludzi serca nigdy nie ma.

O Kaliai wiedziałem sporo z opowieści. Parafianin z Guhi opowiadał mi, że w tej parafii właśnie rezydowała pewna rodzinka z Polski i miała tam kokosowy biznes. Gdy po wielu latach emigracji powrócili do Europy, to podobno nie potrafili się zaaklimatyzować, bo dzieci nie wiedziały co to śnieg i mróz, co to jest szalik i rękawiczki.

Na wyspie Bali byłem razem z klerykiem Wiliamem, który pochodzi z Kaliai właśnie. Proboszczuje w Kaliai proboszcz pochodzący z Guhi, czyli z misji Sasavoru, do której miałem na długo trafić.

Wieś Kaliai mówi podobnym dialektem jak całe Kove (Poi-Sasavoru,) więc proboszcz rozumie dobrze swych parafian i pracuje ładnie. Ma sporą liczbę katechetów, którzy go wyręczają w czasie licznych podróży. Zaproszono mnie razem z parafianami i kapłanami z całej diecezji na święcenia kapłańskie sercanina, którego mama pochodzi z Kapo, czyli kolejnej “mojej wioski”. Trafiłem tu w przeddzień święceń, bo doznałem skaleczenia arterii na stopie koło dużego palca lewej nogi. Nastąpiłem późnym wieczorem na rozbitą butelkę piwa i z trudem zatamowałem krew. Gdy po godzinie chciałem zmienić opatrunek, nowa fontanna krwi pomalowała podłogę. Stało się to we wsi Nut, gdzie co prawda jest punkt medyczny, ale pielęgniarka pojechała na zakupy do miasta i jak to bywa, nieprędko wróci. Nikt tego nie kontroluje, czy pielęgniarki są czy ich nie ma. Podobny brak dyscypliny jest w szkołach i na plebaniach.

Musiałem więc szukać pomocy w sąsiedniej wiosce Kaliai. Pielęgniarz zrobił mi zastrzyk, dał lekarstwa, nowy opatrunek i…zdiagnozował malarię! Po jakimś czasie zrobił poprawkę, bo wskaźnik malaria reaguje na każdą dużą infekcję, ale przez jakiś czas umierałem ze strachu, czym się to skończy, bo z opowieści w Mendi znam historię pewnej misjonarki ze Słowacji, której nie udzielono fachowej pomocy i zmarła w młodym wieku z powodu malarii właśnie.

Zamarłem ze strachu - nie dlatego bym się bał śmierci, ale bałem się odejść, nie zrobiwszy nic dla tej misji. Modliłem się wielokroć o minimum rok i Dobry Bóg dał mi taki czas właśnie. Co będzie dalej, nie wiem, więc zapalczywie i w pośpiechu piszę, co się dało dostrzec i dokonać…

Po otrzymaniu leków humor mi się poprawił, więc powędrowałem do kościoła, by namalować obrazy, jakie wcześniej obiecałem proboszczowi. W ołtarzach bocznych wykonałem wizerunek św. Tereski - patronki parafii i św. Marcina de Porres - patrona szpitala. W ołtarzu głównym - obrazy Serca Jezusa i Maryi, przy czym temu drugiemu nadałem podobieństwo do MB Ostrobramskiej. Sił mi dodawali parafianie, którzy dopingowali mnie licznymi owocami babanów i mango. Te ostatnie rosną na plebanii w wielkiej ilości i są symbolem Kaliai.

Święcenia na wsi to duża frajda. Plaża we wiosce przypomina kształtem i atmosferą - plażę z Rio de Janeiro. Koczowało na plaży setki łodzi. Tradycyjna grzeczność i gościnność wymaga, by każdego przybysza obdarować benzyną. Proboszcz kupił więc 20 beczek paliwa, by wszyscy goście mszy prymicyjnej mieli paliwo na powrót.  Lepsi goście wracali ze świnią na pokładzie. Ja też dostałem prosiaka wartości 300 złotych i oddałem go we wsi Tarawa parafianom, by ci z kolei ją sprzedali, a zdobyte środki przekazali na odbudowę kaplicy św. Maksymiliana. Kaplicę rok temu zrujnował sztorm, a mała trzódka katolików nie była w stanie się zmobilizować, by ją odbudować.

Na Mszę święceń kapłańskich przybyli też goście z odległej wyspy New Ireland. Dziwiłem się, że zrobili tak długą podróż, ale zrozumiałem sekret, gdy się skończyła Msza i zaczęły tańce. Ci ludzie z New Ireland przyjechali podziękować prymicjantowi Janowi za roczną posługę diakońską w ich wiosce.

Procesja z prymicjantem miała miejsce dopiero po czytaniach. Kobiety rzucały przed nim dywaniki z trzciny. Kundu i pieśni w miejscowym dialekcie tłumaczył mi na angielski ks. Edward Meli. Pierwszy raz widziałem tak skuteczną inkulturację. Zaczynałem rozumieć sekret wielu powołań, jakie ma ta wioska. Cała Msza odbywała się w tubylczym stylu na podium z bambusa - tuż obok plaży w samym środku wioski - nie było więc obojętnych. Był natomiast jeden człowiek, który uroczystość bojkotował. Młody kapłan miał “przejścia” w przeszłości - zanim trafił do seminarium. Był zamieszany w pobicie kolegi, który za jakiś czas w szpitalu w Kimbe zmarł. Sąd uznał go za niewinnego, ale wioska skazała na 8 lat aresztu domowego. Jak już wspominałem - wioskowi mają inny system wartości i własne sądy. Brat zmarłego próbował zarobić na tej prymicji i mimo upływu lat, szantażuje nadal prymicjanta. Biskup długo się naradzał z radą kapłańską, ale wszyscy jednomyślnie wspierali kandydata. Ja nie mam zdania, bo nie znam szczegółów, ale bywa i tak - jak było ze mną - gdy to w wojsku trafiłem na 4 miesiące do aresztu. Skala przestępstwa inna, ale również w moim przypadku były dyskusje i wątpliwości. Przyjęto mnie do seminarium “ad experimentum”. Oba eksperymenty - jak widać - się powiodły.

Los Ignacego Loyoli czy Kamila Lelis dzielą kolejni panowie.

Teraz czekamy na święcenia kleryka Wiliama, którego Biskup skierował od nowego roku do mojej parafii i to ja mam mu wystawić świadectwo moralności. Mam dużą tremę, bo gagatek często bywa pijany na praktyce i nie wiem, kiedy mu się ten ciąg skończy. Nie chciałbym powtórki ze scenariusza, jaki się trafił klerykowi z Silangi, ale czym go zająć, by zmienił obyczaje, nie wiem. Dobre chłopisko, potrafi bawić dzieci i młodzież godzinami do późnej nocy, ale potem nie potrafi wstać na niedzielną Mszę św., a to już spory niedostatek jak na diakona. Niestety - jak już pisałem wielokroć - średnia krajowa jest własnie taka i Biskupi rozkładają ręce z bezradności. Tym klerykom papuaskim się zdaje, że nic się przecież nie dzieje…

Kapłani dają taki właśnie przykład, a zły przykład - jak wiadomo - bywa zaraźliwy bardziej niż dobre uczynki.

Salkei

Salkei to wioska, w której jest sporo dawnych robotników z kokosowej farmy Ligo-Ligo, prowadzonej przed laty przez misjonarzy z Sasavoru.

Salkei jest to wioska graniczna między Kove a Kaliai. Podobnie jak w całej parafii Kaliai - 90% ludności to katolicy. Odwiedziłem tę wieś, by wszyscy mogli posłuchać opowieści małej wizjonerkiz wioski Mia o imieniu Joylin. Dziecko z protestanckiej rodziny pokochało figurę Matki Bożej i rozmawiało z nią 2 kolejne miesiące. Ostatnia opowieść to zaproszenie do kapliczki i wiadomość, że tato ma popłynąć w morze i znaleźć wiele ryb i pieniędzy, co dla biednej rodziny było wielką pokusą. Tato adwentysta sprawdził słowa córki i znalazł 2 sieci pełne ryb oraz plecak z kombinezonem w środku. Trzy kieszenie, w jednej z nich - portfel z walorem 55 złotych. Sprzedaż ryb dała kolejne 500 – tak, że protestanci mają od 8 lat duży orzech do zgryzienia. Popularyzuję tę historię z całych sił, bo zdaje mi się, że dla tych biedaków to wielka nadzieja na poprawę losu. Tłumaczę im, że te prywatne objawienie - to zachęta, byśmy wszyscy pokochali Maryję i czekali na jej słowa, które są kopią słów Jezusa ” Wypłyń na głębię”.  Dziecko za zgodą taty i adopcyjnych rodziców spędziło ze mną cały tydzień w podróży po licznych wioskach, aż wreszcie dotarliśmy do Kimbe i biskup z ciekawością wysłuchał tej historii.

W trakcie mszy w Salkei konsekrowałem dużą ilość komunikantów, bo proboszcz chorował w trakcie świąt Bożego Narodzenia i dawno tu nie był. Chciałem, by ludzie skorzystali z okazji i przyjęli komunię z rąk szafarza nadzwyczajnego - przez jakiś czas po moim odjeździe.

Próba otwarcia tabernakulum się nie powiodła. Wyjątkowo w tej wiosce w odróżnieniu od innych, tabernakulum było zamknięte na klucz, więc musiałem się włamać i zrobić porządki, bo jakieś owady za przeproszeniem “nasrały do środka”. Taki widok mógł się zdarzyć w sowieckiej wiosce, ale w Papui się nie spodziewałem…

Aiboki

Wieś Aiboki posiada sporych rozmiarów kaplicę, ale podobnie jak w Salkei i Lavore, proboszcz tu rzadko odprawia. Powodowany litością i własnym interesem (przyjechałem po drewno do miejscowego katechety) odprawiłem tu kilkakroć prywatną mszę, na którą się zbiegali okoliczni chłopi i dzieci, by dostać balona lub cukierka…

Wieś posiada duży tartak i firmę malezyjską, która zatrudnia Filipińczyków. Ci ludzie w Papui są zawsze hojni dla księży. Księgowy tej firmy każdego razu funduje mi trochę benzyny.

Ksiądz Alojzy z pomocą państwa i własnych oszczędności buduje tu katolickie liceum, które ma odciążyć Gloster i pomóc rodzicom LLG Kove, by nie musieli posyłac 200 km od domu, dzieciaków do szkoły. W PNG niestety obowiązuje regionalizacja. Niektóre wioski Kove mają 50 km do Kimbe, ale dzieci nie mogą korzystać z państwowego ogólniaka w tym mieście, lecz muszą słać do odległego Gloster. Tym sposobem uzyskują bezpłatne wykształcenie, ale podróż do Gloster kosztuje słono, więc czasem wolą zapłacić czesne w prywatnych szkołach Kimbe, niż tracić grosz na podróże do Gloster, gdzie dzieci czują się źle.

Widać z tego, że proboszcz, który nie jest sumienny w odprawianiu mszy, potrafi zadziwić ludzi ważną inicjatywą edukacyjną. To kolejny paradox inkulturacji i nauczka dla mnie, bym się nie wywyższał.

Lavore

Lavore odwiedziłem, by podziękować kolejnemu sponsorowi, jaki pracuje na tartaku. Ludzie zapraszają mnie do wielu wsi z ciekawości. Ok. 20, a czasem 30 lat nie widzieli białego misjonarza, więc mają radochę, gdy gdzieś dotrę “w czynie społecznym”. Mam świadomość tego, że proboszcz tego nie lubi, więc każdy raz mu zgłaszam taki desant, czym spowodowałem, że nareszcie się ruszył i odprawia częściej. Kto wie, może to właśnie taką misję mam tu do spełnienia, by zaktywizować niektórych proboszczów. Coś takiego prorokował ks. Eki z Mendi. Biskup potrzebuje zmian w diecezji i spodziewa się, że pomogą mu w tym - jak to się w Papui mawia: “bialy księża”.

Na Mszę zbiegło się sporo ludzi. Po mszy była śpiewana Droga Krzyżowa i świadectwo Joylin.

Tyle mam wspomnień z parafii Kaliai, w której niegdyś mieszkali emigranci z Polski. W jakiej konkretnie wiosce byli i jaki robili biznes, nie udało mi się dopytać. Bywam tam zbyt krótko…

Lista kapłanów pracujących niegdyś w Kaliai:

William Barow MSI, Norbert Empen MSI, Norbert BiapmanMSI, Maik Tovun, Patrik Taval, Edward Ante, Alois Kaumu.

Ks. Jarosław Wiśniewski
Kimbe – Sasavoru
Papua-Nowa Gwinea

Losowe / Random

JSN Epic is designed by JoomlaShine.com