SKÓRZANY KATOLIK – OPOWIEŚĆ O MISJACH

Odpowiedzi na pytania Moniki Zając z "Naszego Dziennika"

 

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, zwracam się z pytaniem i prośbą o możliwość wywiadu dla "Naszego Dziennika" nt. Księdza posługi misyjnej, zarówno obecnej w Papui Nowej Gwinei, jak i wcześniejszych doświadczeń. Moje pytania są następujące:

WSTĘP

Od kiedy pracuje Ksiądz na misjach, skąd takie pragnienie, kiedy przybył Ksiądz do Papui Nowej Gwinei?

 

Wyjechałem z Polski 25 lat temu do Rosji, gdzie spędziłem dokładnie 10 lat, potem kolejne dziesięć lat w dwu innych krajach post-sowieckich na Ukrainie i Uzbekistanie. Ogółem więc przez 20 lat pracowałem na tzw. “Wschodzie” w tle był Komunizm, Prawosławie i Islam...

Wszystkie te zjawiska niezbyt przyjazne wyznawcom katolicyzmu.

Nie jest łatwo przestawić się z bycia „katolikiem w Polsce”, co nie wymaga tylu wyzwań na co dzień i jest rzeczą normalną w Polsce...

Za wschodnią granicą „bycie katolikiem” jest swego rodzaju napiętnowaniem i przekleństwem w oczach ogółu. Słowo „katolik” jest kojarzone ze słowem „kat”, a więc „zły człowiek”, ten co zabija... a słowo „jezuita” niewinne w Polsce, w Rosji ma odcień przezwiska... i znaczy tyle co „oszust”, „konspirator”.

Gdy ktoś chce komuś zrobić przykrość w Rosji to powiada: “Oby twe dzieci były katolikami”...co jest równoznaczne w brzmieniu z wyrażeniem “Obyś zachorował i nigdy nie wyzdrowiał”.

Na Ukrainie doświadczyłem też obecności mniejszości “unickiej”, która w okolicach Lwowa jest większością, ale na Donbasie (separatystyczna Republika tzw. Nowo-Rosja) mieli tak samo ciężko jak wszystkie inne wyznania i w chwili obecnej unicki biskup z Doniecka mieszka w Zaporożu, czyli jest wygnańcem we własnym kraju... Tam właśnie przez 5 lat pracowałem.

Do Papui natomiast, wracając do pytania, wyjechałem jako 50-cio latek, w czym naśladowałem świadomie błogosławionego księdza Józefa Bejzyma. Ponad sto lat temu napisał do swych przełożonych, że w jego wieku niełatwo się wybierać na misje, ale ponieważ ma wiele grzechów, to czuje, że to piękna okazja do odbycia pokuty...

Ja też tak mam. Wybrałem Papuę ze względów zdrowotnych (chore nerki lubią ciepełko), ale szybko dostrzegłem, że będzie to dla mnie też wielka pokuta. Co w młodości mogło być zabawne: chodzenie na pieszo po górach, dolinach, spanie byle gdzie, jedzenie byle czego i picie wody prosto z rzeki lub deszczówki z cysterny...

Tego wszystkiego mam w brud i pod dostatkiem, jakbym był non stop na biwaku lub obozie wędrownym czy pielgrzymce. To romantyczne, ale w moim wieku zabawne już nie jest, toteż nie fascynuje mnie na przykład egzotyka. Mam tu jej w brud. Fascynuje mnie jednak dużo bardziej fakt obowania z ludźmi. Tak różnymi na zewnątrz, a mimo to takimi swojskimi, że chce się ich objąć i przygarnąć do serca. Ja się nauczyłem nie dostrzegać absolutnie innego koloru skóry czy wszędobylskich tatuaży...

Wiedząc, że czasu mi zostało niewiele, staram się go nie marnować i dużo pracować, odpracować ten czas, gdy w Rosji pracy było zdecydowanie mniej bo i katolików było jak na lekarstwo...

Papua Nowa Gwinea

1. Największe wyzwania misyjne:

Wyzwań jest wiele, ale mimo wszystko brak elektryczności na co dzień, brak zegarków i telefonów, to dla „Europejczyka” jest trudna do zaakceptowania rzeczywistość. Nigdy bym wcześniej nie pomyślał, że widok kawałka asfaltu w papuaskim mieście może mi sprawić tyle radości, ale tak jest...

Ja się cieszę, że mogę czasami zobaczyć kawałek asfaltu. Dopiero niedawno w mieście wojewódzkim Kimbe zaczęto wylewać betonowe chodniki. To bardzo miła inicjatywa. Małe, ale cieszy.

Normalny sklep z wentylacją, bo na ulicach straszny gorąc, wentylacja, jakikolwiek wiatraczek w pokoju czy samochodzie lub chłodna woda z lodem, to są dopiero niezwykłe rzeczy w papuaskich warunkach...

Zwykły autobus z siedzeniami a nie bagażnik ciężarówki z deską do siedzenia, bo tak wygląda na co dzień podróż z wioski do miasta. Zwykły autobus. Nostalgię wzbudza wspomnienie o pociągach, bo w Papui ich nie ma wcale. Podobno był jakiś odcinek 100 km do kopalni złota i w jego obronie w czasie wojny zginęło 5000 brytyjskich i australijskich żołnierzy, ale zdaje się już nie funkcjonuje.

Lotnisko do niedawna w naszym wojewódzkim mieście było pozbawione prądu.

To wszystko jest romantyczne na krótką metę, ale doskwiera na dłuższy dystans. Doskwiera też załatwianie miesiącami czy latami czegoś, co można zrobić od ręki.

Nasze kościoły zbudowane 30 czy 40 lat temu przez niemieckich, australijskich czy irlandzkich misjonarzy nigdy nie były malowane, a bielizna ołtarzowa czeka na mydło i proszek po kilka miesięcy lub lat, póki nie zgnije od wilgoci. Papuasi wolą zniszczyć stary kościół i zbudować nowy niż go pomalować i połatać...

Takie są realia. Rosjanie mówią: „Czemuś biedny”, „Bom głupi”...”Czemuś głupi”, „Bom biedny”. Bieda z głupotą przeplata się w sposób nierozerwalny. To jakiś węzeł gordyjski, który najczęściej się rozsupłuje w mig, jeśli ktoś z europejską mentalnością się zjawi choć na chwilę. Toteż warto być na misjach, by tym darem służyć. Mając nawet puste ręce, jesteśmy w stanie wiele zrobić na misjach, ucząc ludzi prostych rzeczy. Mój kolega na przykład koło plebanii założył ogródek i teraz ustawia się kolejka, żeby od proboszcza dostać to, co sami bez trudu mogą mieć. Ziemia owocuje okrągły rok i w tempie 5 razy szybszym niż w Polsce.

2. Największe smutki, trudności i największe nadzieje i radości misjonarza:

Podobnie jak w życiu św. Damiana Veustera ja również doświadczyłem smutku z powodu braku współbrata po sąsiedzku, który by słuchał spowiedzi regularnie i wspierał w trudnych chwilach. Doszło do tego, że gdy byłem na Syberii, prosiłem biskupa z Irkucka (Jerzy Mazur – obecnie ordynariusz w Ełku), by wydał mi zgodę na odbywanie spowiedzi u prawosławnych księży...

Ekstremalne posunięcie.

Trudno było znaleźć odpowiednich, ale już samo poszukiwanie było wielką przygodą ekumeniczną... Coś takiego może się zdarzyć tylko na misjach.

Smutno mi, gdy po raz kolejny mi ktoś kłamie w oczy lub nie przychodzi na spotkanie, gdy bez powodu odwoływana jest Msza święta lub gdy na Chrzest zamiast obiecanej piątki dzieci przychodzi troje.

Smutno mi, gdy zamiast 10 ślubów jest pięć i zamiast 100 osób do Bierzmowania tylko 50...

To się w kółko powtarza... niepunktualność i niesłowność, do tego człowiek z Europy nigdy nie przywyknie.

Mimo że miałem wielki poligon w Rosji... tam jest podobnie, wciąż mnie to drażni i gniewa. To można znieść, ale z tym się nie sposób zgadzać.

Smuci mnie, że katolicy w krajach misyjnych są byle jacy, że ich katolickość nie jest ugruntowana i zrośnięta z tożsamością, że z byle powodu przechodzą do innych wyznań tylko dlatego, że w innej wiosce nie ma katolickiego księdza i ton zadaje jakieś inne wyznanie...

Smutno mi, bo często ktoś z kim zawarłeś przyjaźń, niespodzianie umiera i wszelkie plany i nadzieje, jakie wiązałeś z jego osobą, są zaprzepaszczone.

Smutne jest to, że na misjach można usłyszeć obietnice zemsty i że prawo tego nie każe.

W Rosji na powitanie Kozacy obiecali mi, że mnie do Polski wywiozą w „cynkowej trumnie”, a w Papui mój katecheta obiecał, że mnie otruje, gdy go za magię zwolniłem z pracy.

Smutne jest to, co o misjach powiedział mi 25 lat temu w przeddzień wyjazdu na nie, mój „parafianin” z Zabiela, a obecny Biskup Drohiczyński Tadeusz Pikus: „Nikomu, choćby najlepiej z oczu patrzyło, nie wolno ufać”. A przecież jednak na kimś trzeba polegać. Okazuje się, że się nie da.

Są dobrzy ludzie, ale „umoczeni w mentalności zakłamania”. Kłamie się bez powodu „dla sportu”.

Przykro mi, że nasi kapłani tubylcy nic sobie z tego nie robią, że ktoś z ich krewnych tak postępuje...

Przykro, że na nich samych, mimo że mają święcenia i wspaniałe wykształcenie (10 lat formacji).

Wielu z nich bywało za granicą, w tym również w Watykanie, ale to po nich spływa jak woda po gęsi. Mimo wszystko na współbraciach księżach tubylczych też trudno polegać.

Powstaje wrażenie, że katolicyzm to jedna z wielu sekt ani lepsza ani gorsza...

Nie ma czegoś takiego jak “katolicki patriotyzm”... miłość ojczyzny to też temat trudny.

Byle jakość” wszędzie króluje. Zwłaszcza w Papui.

3. Trudności, z jakimi boryka się ludność; jakiej pomocy potrzebują z zewnątrz?

Ludność żyje w nędzy, ale nie jest tego świadoma, bo innego życia nie zna.

Najsmutniejsze jest to, że kraj jest bogaty w surowce, klimat jest przecudowny dla prowadzenia różnych upraw, ale ludzie tym się nie przejmują. Na swoich poletkach jak tysiące lat temu pracują ręcznie, a traktory czy samochody oraz plantacje to nowinka zza granicy.

Papuasi w to nie wchodzą jako inicjatorzy czy zarządcy. Z małymi wyjątkami występują jedynie w charakterze tanich robotników.

Ma miejsce tzw neokolonializm, gdzie profity czerpie nie miejscowa ludność, a przybysze w danym wypadku po wypędzeniu Australii za eksploatację ludności wzięli się pozbawieni skrupułów biznesmeni z Chin, Tajwanu, Korei Południowej, Malezji, Japonii etc...

Profity czerpią też skorumpowani wodzowie, którzy wydają licencje na wyrąb lasów i na dzierżawę ziemi pod plantacje. Ochłapem dla ludzi jest bezpłatny ryż, materiały budowlane, biszkopty, coca-cola. Bywa, że korumpuje się też pastorów i księży, by im zatkać usta.

Papuasi potrzebują fachowej pomocy prawnej, wykształconych konsultantów, a nawet pozytywnie nastawionych biznesmenów...Gdyby tu byli „nasi z Polski”, nie zwiększaliby cen towarów trzykrotnie, ale tu taki właśnie biznes jest, taka 300% przebitka...

Cukier, ryż, paliwo kosztuje 3 złote (miejscowa waluta kina, czyli muszelka, ma podobny przelicznik względem dolara) w mieście, ale po 8 zł na wsi... To ja się pytam: Jaka ekonomia to wytrzyma? Skąd ci biedacy mają znaleźć pieniądze na ubranka dla dzieci, zabawki i cukierki... Mężczyźni wolą kupić piwa i się napić z rozpaczy.

Pierwsze czym się tu zająłem, to zakupami...za kieszonkowe pieniądze kupowałem i rozdawałem w niedzielę po mszy maluchom cukierki, balony, długopisy, latarki i inne tego rodzaju drobiazgi, jakich one nie doświadczyły, bo rodziców nie stać...

Nie pozowałem na „wielkiego Pana z gestem”. Taki był mój odruch litości.

Strasznie to porąbane „po mojemu”...

W miastach ludzie zarówno w Rosji jak i w Papui żyją jak paniska, a na wioskach nędza piszczy. Inna rzecz, że tych dużych miast w Rosji jest moc, a w Papui małych wedle naszej skali „powiatowych” miast ze statusem „województwa”w całym 7 milionowym kraju jest 20 ...Reszta to „pożal się, Boże” busz fizyczny i duchowy czyli dżungla...

4. Mentalność ludzi, dlaczego wciąż "tutaj życie każdego wisi na włosku"?

Nie tylko dlatego, że co dzień wspinają się na wysokość 10 metrów, by zrywać kokosy...

To podstawa codziennego jedzenia, „chleb powszedni”.

Wiele dzieci nie bierze do szkoły żadnych kanapek, bo wszyscy wiedzą, że koło szkoły rosną kokosy właśnie. Dzieci beztrosko się wdrapują na nie, ale też wiele się rani. Upadek z wysokości 4 piętra może być śmiertelny. To się zdarza, choć nie co dzień. W wielu wypadkach dochodzi do skomplikowanych otwartych złamań kończyn lub doznaje paraliżu od tych wspinaczek. Życie wisi na włosku również dlatego, że w trakcie bójek, jakie są nadal popularne w Papui, mężczyźni używają maczet (urage w dialekcie Kombey).

Gdy są trzeźwi, nic złego się nie może zdarzyć, ale alkoholizm jest zjawiskiem, które dotarło do Papui z Zachodu. Oni widzieli, że ludzie biali sporo piją i zaczęli nas naśladować w tym. Nie mają jednak tradycji umiarkowanego picia. Ich organizm reaguje troszkę inaczej. Potęgują to tzw. „bittel nuty” czyli toksyczne orzechy (miejscowy narkotyk) i fakt, że ludzie rzadko kiedy najadają się do syta. Picie na pusty żołądek zawsze źle się kończy.

Jest pod tym względem dużo gorzej niż w osławionej z pijaństwa Rosji czy nie mniej sławnej w tym względzie Polski... Papuasi biją nas na głowę w tej niechlubnej konkurencji.

Miesiąc temu w mojej parafii zginęło 3 mężczyzn w wieku od 15 do 40 lat oraz 30 trafiło z głębokimi ranami nożowymi do szpitala, bo się posprzeczali w trakcie kampanii wyborczej, jaka właśnie trwa.

Każda wioska w swoim kręgu decyduje kogo popierać na podstawie tego, jaka tej wiosce została dana obiecanka i jaki stosunek rodzinny mają do kandydata. Jeśli jest to ziomek, to oczywiście ma duże szanse. Tak więc jedna wioska posprzeczała się z inną wioską, która popiera innego kandydata. Gdy się spotkali w mieście i popili nieco, to zaatakowali całą bandą jeden z domów należących do innego klanu i stratowali co tylko się dało: mienie i ludzi.

Wiele wiosek ma wzajemne porachunki krwi, a do pojednania dochodzi dopiero po kilku latach.

W międzyczasie nie funkcjonują tego rodzaju instytucje jak szkoła, szpital czy nawet kaplica...

Część mieszkańców emigruje w głąb buszu, do miasta lub do innej prowincji.

Sądy i policja są skorumpowane, ludzie nie znajdują sprawiedliwości i wymierzają ją sobie sami.

Życie wisi też na włosku z powodu powszechnej malarii i cukrzycy, niskiego poziomu opieki zdrowotnej oraz przy porodach... Mało kto rodzi w szpitalu. Duże odległości z wioski do najbliższego ośrodka zdrowia i cena przejazdu zwłaszcza na motorówce zniechęca ludzi do troski o swych chorych...

W jednej z wiosek mieszka 80-letnia Franciszka, bardzo pobożna kobieta, zna łacinę. Mało kto tu dożywa takiego wieku. Zaraziła się trądem. To niby jest do wyleczenia. Powinna być izolowana, ale krewni wolą czekać, aż sama umrze. Ma do szpitala 200 metrów. Pielęgniarki wiedzą o niej, ale też milczą, bo mentalność mają tutejszą. W innej wiosce na tę samą chorobę choruje 40-latek Herman. Ma gromadkę dzieci. Je z nimi z tych samych talerzy. Śpi w tym samym domu, co one. Podaje rękę do powitania wszystkim sąsiadom. Ja też nie byłem wolny od tych uścisków i kilkakroć go namaszczałem. Ja tkwię po uszy w tej mentalności i sam siebie za to nie lubię, że nie mam pomysłu jak pomóc Hermanowi.

Miałem niedawno rozmowę z parafianinem, który ma tylko 50 km do miasta, ale gdy córeczka złamała nogę, nie zawiózł jej do szpitala, ale domowym sposobem skonstruował z bambusu dwie deseczki, nałożył na nogę i zawiązał sznurkiem. Znienawidziłem sam siebie za to, że mu tego dziecka nie wyrwałem z rąk i sam nie zawiozłem.

Widziałem „dziadka” w moim wieku o imieniu Marek, który od lat czeka na operację katarakty i jest ślepy, choć od dawna takie schorzenie jest łatwe do likwidacji. Tego Marka też mam na sumieniu, bo to tylko 150 km od miast, ale ja też borykam się z trudnością komunikacji i z drożyzną. Mam więc alibi, ale to nie pomaga spać spokojnie.

Powoli i na mnie zaczyna działać ta znieczulica.

Są pogodzeni z tym, że wielu ludzi wcześnie umiera. Na dodatek pogrzeby tak jak w Rosji celebruje cała wioska, jest mnóstwo jedzenia i ludzie przeżywają na pogrzebach swego rodzaju zbiorową ekstazę. Płacze na zamówienie, ale w sercu cieszą się ze stypy czyli wielkiego żarcia, jakie wioska jest zobowiązana zorganizować. W wielu wsiach przed pogrzebem nie ma zajęć w szkole...Jeśli ciało jest w kostnicy w mieście, to kilka dni mogą trwać ferie...Póki nareszcie nie nastąpi tak bardzo oczekiwana ceremonia pogrzebowa... 

Dodam, że w Papui nie należy do zwyczaju zapraszanie księży na pogrzeb. Czują się skrępowani, gdy ksiądz przychodzi. Zbyt wiele w tej ceremonii pozostałości pogańskich. Mimo to staram się bywać na nich.

5. Jak Papuańczycy przyjmują naukę o Chrystusie i Jego Ewangelię?

80 procent Papuasów deklaruje, że są Chrześcijanami... 20 procent deklaruje, że są katolikami...jakość ich wiary jednak nadal nie jest wysoka... Nadal wśród Chrześcijan popularna jest magia i poligamia, dużo gwałtów, w tym również ojców na dziewczynkach, również swych córkach. Nierzadko są to katolicy, którzy lubią siadać w pierwszej ławce w kościele. W tej mentalności, gdzie kobieta jest nadal „sprzedawana” za mąż, mało kto się przejmuje jej losem. To kobiety ustępują wszędzie miejsca mężczyznom, a nie na odwrót. W czasie posiłku kobiety nie siedzą z mężczyznami, żywią się tym, co z uczty pozostało.

Tak więc Papuasi, są dwulicowi i nawet nie poczuwają się do winy za swoją dwulicowość.

Plotkowanie zwłaszcza w środowisku mężczyzn, a nie kobiet, to ulubione zajęcie. Sprzyja temu klimat. Gorąc taki, że mało kto idzie do pracy. Chronią się w cieniu i gawędzą całymi dniami. Nocą idą łowić ryby. Taka jest wyspiarska rzeczywistość.

Popularne jest tu powiedzenie “skórzany katolik”, czyli że na zewnątrz jest katolikiem, ale w środku nadal poganin...

Cztery lata temu zanotowano ostatnie przypadki kanibalizmu w górach... Nadal zabija się bezkarnie tzw. „wiedźmy” lub „czarodziejów”, bez dowodu na to, że oni rzeczywiście powadzili ten proceder...

Gdy ktoś umiera, wieśniacy typują “kto go otruł”. Wersja, że zmarł od malarii, alkoholu czy narkotyków idzie na bok...

Tak jak wspomniałem, ludzie po kilka razy w ciągu życia zmieniają wyznanie w zależności od swego widzimisię, nacisków społeczności czy charakterystyk kaznodziei... Jeśli ktoś ”ładnie gada”, tłum do niego lgnie, nie wnikając, czy jest to sztuka dla sztuki czy prawda...

W Papui zawsze wysoko ceniono “profesjonalnych łgarzy”. Tacy w tym kraju zajmują stanowiska w państwie, tacy też kreują się na kaznodziei, jeśli dostrzegą, że to daje zysk... Wielu samozwańczych kaznodziei nawet w łonie kościoła katolickiego z braku księży krąży po wioskach i mąci ludziom w głowach.

6. Wcześniejsze doświadczenia misyjne

Żeby przetrwać w Rosji, trzeba być bardzo pomysłowym... W Rosji i nie tylko. Przez wszystkie te lata pilnie nastawiałem uszu i oczu. Używałem intuicji, a nawet snów w poszukiwaniu natchnienia i rozwiązania trudnych sytuacji. Przydały się wszystkie stare lektury, piosenki, umiejętność rysowania, pisania wierszy czy komponowania krótkich zabawnych pieśni.

Dla przykładu moje nazwisko i imię bardzo pasuje do „słowiańsko-rosyjskich klimatów”. Czasami uznawano mnie za rosyjskiego Żyda, bo tam końcówki ski w nazwisku kojarzą się właśnie z żydowskim pochodzeniem. Żydzi do Rosji trafili z Polski po zaborach i stąd te nieporozumienia. Nawet to pomagało mi w pracy, bo mimo że Żyd, „ale swój – sowiecki” myślało sobie o mnie.

Często pytano mnie, czy nie jestem przypadkiem Ormianinem. Pewien Pop z Nowoczerkasska pytał, czy nie jestem czasami Serbem z pochodzenia?

Dokonałem wyczynu nie lada jakiego, kiedy to w Uzbekistanie pracując pośród dyplomatów z wielu ambasad w języku angielskim i miałem dla nich co tydzień Mszę, jedna Afro-Amerykanka...nauczycielka angielskiego z powagą wartą lepszej sprawy zapytała mnie: „Czy w Polsce jest wielu Mulatów takich jak ty”? Poczułem się wyróżniony, gdy zakwalifikowano mnie również do murzyńskiej rasy.

Miałem przez 3 lata również Msze dla Koreańczyków na Sachalinie, a potem w Taszkiencie. Poznałem trochę ten język. Nie potrafię mówić, ale płynnie czytam i lubię w tym języku śpiewać.

Powiedzieli mi parafianie, że akcent mam świetny i że jakbym zrobił operację plastyczną powiek, to nikt nie pozna, że jestem z Europy.

Z czasem nauczyłem się gadać bez akcentu w wielu językach, zwłaszcza po rosyjsku. W tym języku potrafię myśleć i układać wiersze. Wydałem po rosyjsku 4 książki w Rosji, na Ukrainie i Białorusi.

Moja sutanna, broda i włosy z każdym rokiem coraz bardziej upodobniały mnie do Popa... Byłem jak „ruski pop” z wyglądu, ale raczej pozostałem sobą w tym sensie, że oddałem swój cały czas nie rodzinie jak robią księża prawosławni, ale parafii, którą często trzeba było zakładać od zera nawet w milionowych miastach jak Rostow nad Donem...

Kiedyś na dworcu kolejowym jakaś kobieta wykrzyknęła pod moim adresem: „Pop niemyty”. Innym razem w Łodzi na dworcu Kaliskim, gdy podróżowałem z rosyjskimi dziećmi skonsternowane kumoszki skomentowały: „Ruski ksiądz”.

Moje początki w Rostowie były bardzo pasjonujące. Gorąc był jak w Afryce, ale ja nie zdejmowałem sutanny z siebie i byłem jedynym duchownym w tej milionowej metropolii, jakiego miasto zobaczyło w takim stroju po 70 latach walki z Kościołem. Byłem za darmo bardzo znaną osobą. Z ust do ust poszła wiadomość: „Nad Donem jakaś nowa sekta”. Gdy byłem pytany kim jestem, dawałem dokładną informację i ilość parafian rosła.

Chciałem zapoznać jak największą ilość osób. Miałem wielki zapał i marzyłem, że nawrócę całe miasto. W rzeczywistości Pan Bóg chciał, bym się najpierw sam nawrócił ze swoich stereotypów katolickości, jakie wyniosłem z domu. Wielokroć moje nawyki nie pomagały w pracy. Trzeba było się dostosować do nowej rzeczywistości „bez Boga”.

Zaczynałem od tego, że kolędowałem po wszystkich kościołach i wyznaniach, by się z nimi zapoznać. Próbowałem przejąć ich pomysły i doświadczenie pracy w tym systemie.

Odwiedzałem wszystkich możliwych urzędników i dziennikarzy, w każdym miasteczku kupowałem książki telefoniczne, podkreślałem w nich sobie polsko czy niemiecko albo ormiańsko brzmiące nazwiska... Podkreślałem też litewskie i łotewskie. Nauczyłem się rozpoznawać katolików po wyglądzie i zachowaniach, a zwłaszcza po...imieniu ojca, które obowiązkowo zapisuje się w rosyjskich paszportach. Ktoś, kto ma przystawkę Feliksowicz, Stanisławowicz, Bolesławowicz, Bronisławowicz lub Edmundowicz niechybnie ma polskie pochodzenie. Mnie z kolei zamiast Ryszardowicz koślawiono na Raszydowicz i ze zdziwieniem pytano „A jakże to człowiek z muzułmańskiej rodziny został katolikiem”?

Wydzwaniałem do tych ludzi z książki telefonicznej, zapraszając niezmordowanie na Mszę świętą lub wysyłając im pocztówki z zaproszeniami.

W rosyjskich książkach telefonicznych zawsze stoi adres domowy, tak było w czasach sowieckich i te stare księgi były dla mnie najlepsze. Stałem się katolickim Sherlockiem Holmesem.

Pewnego dnia odniosłem na pocztę w Rostowie dwie walizki pełne listów, dokładnie 5000 egzemplarzy... Dostałem jakieś 20 odpowiedzi, ale niektóre po kilku latach. Są tacy, co nigdy nie odpowiedzą, ale jakieś refleksje zrobili w swoim czasie...Tego rodzaju działalność narażała mnie na śmieszność, miałem dziurawe kieszenie, bo dużo na to szło pieniędzy, ale cieszyłem się jak dziecko, jeśli jedna, dwie czy trzy osoby mi odpowiedziały.

Najczęściej wołano mnie do umierających starców, bo tak w czasach sowieckich pojmowano rolę księdza. To był ktoś, „kto organizuje” pogrzeby i święci jajka na Wielkanoc...

Jest powiedzonko, że „jak grom nie trzaśnie, to się chłop nie przeżegna”.

O Rosjanach pewien ksiądz z Francji się wyraził: Pięknie się ubierają, jak wszędzie w Europie, są przystojni i inteligentni, ale zachowują się jak troglodyci...”

Raziło mnie z początku, że osoby z wyższym wykształceniem nie potrafią używać sztućca i oblizują łyżeczkę z cukiernicy, by ją z powrotem położyć do cukru... Detale, ale...w wielu domach nie ma doniczek na oknach. To zasadnicza różnica między polskimi i rosyjskimi domami, nie bywało też firanek.

Zdecydowana większość rosyjskich domów posiada tapety...Nie lubią malować ścian, wolą je kleić...Zamiast firanek dość często w oknach wisiały gazety...

Brakło mi w krajobrazie Rosji krzyży, figurek czy zwyczajnych starówek, jakie posiada każde polskie, a nawet białoruskie czy litewskie miasteczko...Bałagan na cmentarzach, palenie i picie w procesji pogrzebowej...Wiele osób już przed pogrzebem jest nietrzeźwych, rozwody, aborcje, chuligaństwo, arogancja i niechęć do wszelkich aktów religijności poza prawosławiem...

Prawosławny znaczy „swój”, nieprawosławny znaczy wróg. Szpiegomania, donosicielstwo...to są moje wspomnienia z Rosji.

Na Ukrainie natomiast byłem zachwycony i miło zaskoczony poziomem wolności słowa w porównaniu z Rosją, szacunkiem do osób duchownych wszelakiego wyznania, wielki kontrast... Polubiłem bardzo ukraińską mowę i obyczaje...Wiele tam polskich naleciałości i taka jakaś kresowa nawet na granicy z Rosją mentalność, przywiązanie do religii, jakiego w Rosji nie ma...

Kolędowanie, jakie w Polsce zanika, tam wciąż jest, a nawet patriotyzm, przywiązanie do swego kraju... To wszystko na Ukrainie jest i ja widzę i czuję, że to są ślady wspólnej przeszłości w Rzeczypospolitej. Podskórnie ci ludzie czyli Ukraińcy myślą tak, jak my myślimy i cenią to, co cenne dla nas. Zostały też „polskie relikty”, których my już nie mamy. Na przykład my zatraciliśmy „fredrowskie staropolskie słówka” w stylu „ichmość, jegomość”, a w ukraińskim to nadal jest. Również Ukraińcy zwracają się do siebie per: “szanowny Pan”, “szanowna Pani”...

W Rosji po prostu “wy” to brzmi bardzo obco...

7. Praca, w którym z krajów wycisnęła w Księdza pamięci i sercu największe znamię? Dlaczego?

Chyba Rosja... paradoksalnie. Mam do Rosji wiele żalu i urazów, wręcz instynktownie i fizycznie nie znoszę kremlowskiej polityki i zajmujących się nią ludzi. Gdy chodzi jednak o sam kraj, przyrodę i ludzi, w tym zwłaszcza parafian, to mam do Rosji ogromny sentyment i nostalgię. Trudno się zresztą dziwić, bo to pierwsza „misyjna miłość” i na dodatek nieodwzajemniona...

Po 10 latach pracy gdy zainwestowałem całą swą młodzieńczą energię, talenty i pomysły, zostałem wyrzucony bez pardonu i bez powodu jak się kiedyś wyrzucało do wody koty w worku... by tam zdechły. Sponiewierano moje dobre imię. Wypisywano w gazetach i powielano w innych mediach paszkwile na mój temat. Nazwano mnie w Dagestanie, gdzie nigdy nie byłem prowokatorem i fanatykiem, siewcą wojny, choć z tym mi bardzo nie do twarzy. Jeszcze jako dziecko poprzysiągłem sobie, że nikogo bić nie będę, bo chcę pójść do nieba. Nazwano mnie prozelitą, czyli takim, co to przymusza Rosjan Prawosławnych, by przeszli na katolicyzm, ale w tym kraju nikogo nie da się zmusić, by poszedł do kościoła nawet Prawosławnego. Ci ludzie z czasów sowieckich mają w sobie jakieś antypolskie, antykatolickie geny i lęki, że to jest po prostu niemożliwe. Na dodatek 90% moich parafian w tym czasie to byli Koreańczycy, Ormianie, Niemcy lub Polacy... O jakim przymuszaniu do obcej wiary może być mowa.

Długi czas nie potrafiłem się pozbierać i to właśnie wtedy po wyrzuceniu w Rosji napotkałem na Okęciu jednego „papuaskiego” Biskupa, z amerykańskim paszportem, kapucyna Stevena Reicherta, którego przodkowie Niemcy pochodzili spod Koszalina za Złotowa...

Po rozmowie z nim byłem gotów jechać od zaraz, ale mój ordynariusz z Białegostoku (abp Ziemba) poradził, że ze znajomością rosyjskiego bardziej się przydam na wschodniej Ukrainie, gdzie od zera powstała nowa diecezja Charkowsko – Zaporoska...

Jak wspomniałem, spędziłem tam 5 lat i nie żałuję, że posłuchałem Biskupa. Przeżyłem tam dużo cennych chwil... Co ciekawe, utknąłem tam na dobre do tego stopnia, że 5 lat ani razu nie byłem w Polsce...To mój rekord.

W tej chwili jestem 4 lata poza ojczyzną...To są moje misyjne kalendarze...

Gdy byłem na Sachalinie, 2 lata nie widziałem rodziców. Potem zmarli i już nie było kogo odwiedzać... Poza rodzeństwem oczywiście, ale rodziców nawet tych trudnych się ma jednych i gdy odchodzą, to człowiek czuje się dziwnie... Na misjach to największa strata...Niektórzy misjonarze zabierają rodziców ze sobą na misje, ale ja byłem na to za mało zdeterminowany.

Toteż Rosja i Ukraina to te najciekawsze – najbardziej intrygujące w moim życiu fakty...

Wszędzie było inaczej i na swój sposób miło.

Mimo, że zapamiętałem i wyliczam trudności, to muszę uprzytomnić sobie i czytelnikom, że Pan Bóg na misjach wynagradza każdą trudność po stokroć, tak jak obiecał. Gdyby tak nie było, misjonarze uciekaliby ze swych placówek, ale tak nie jest. Trwają, a znaczy czują się mocni na swój sposób.

COŚ a raczej KTOŚ ich na tych misjach mocno trzyma.

W jakimś sensie Uzbekistan był dla mnie największą niespodzianką i kontrastem, bo jedyny raz w życiu mieszkałem jak król w pałacu, czyli przy katedrze, przez 5 lat.

Katedra w Taszkiencie jest przecudowna. Siódmy cud świata w samym sercu Azji u podnóża Himalajów. Sami Uzbecy to przyznają i większość par ślubnych, nawet muzułmanie, prosto z urzędu cywilnego jadą pod kościół, żeby się sfotografować. Zdarzało się, że robili sobie fotki na wnęce mojego okna...

Czułem się zaskoczony i nobilitowany „przeszłością andersowską”, którą dane mi było zgłębić. Spotkałem się i zapoznałem z córką generała Andersa, panią Anną Costa. Zaskoczony dużą ilością zadbanych polskich cmentarzy wojskowych...

Do ciekawostek zaliczę uzbeckich taksówkarzy. Za jedyne 100 złotych (sto tysięcy sumów) uzbecki taksówkarz zawiezie cię w każdy koniec wielkiego kraju, czyli na odległość na przykład 1000 km...do Chorezmu, czy 300 km do Fergany.

Egzotyczne budowle Tamerlana w Samarkandzie, atmosfera latających dywanów i opowieści z 1000 i jednej nocy wisi w powietrzu. Nie jest to kraj bezpieczny ani wolny. Dużo bardziej policyjny niż Rosja, a mimo to ma swe plusy i przyciąga do odwiedzin...

Muzułmanie nie są tak fanatyczni jak w innych częściach świata...Prawosławni również są „stonowani” w zachowaniach i wypowiedziach, bardziej przyjaźni niż w Rosji...

Piękny jest Sachalin i Kamczatka, gdy chodzi o krajobrazy, roślinność, zatrzęsienie morskich potraw i zupełnie inna niż w Moskwie swojska mentalność... Przemieszani ze sobą Tatarzy, Rosjanie, Koreańczycy, Niemcy, Polacy i Japończycy...Katorga stwarzała dziwny, cudowny konglomerat...

Rosja jest pięknym krajem, ale jest od setek lat źle rządzona podobnie jak i Papua.

W Papui przecudna jest dzieciarnia. Na widok kapłana z daleka wrzeszczą z radości i podskakują... Czegoś takiego nie ma nigdzie na świecie... Wiele by opowiadać... Postawmy kropkę więc, by nie wydłużać superlatywów...

8. Plany na przyszłość? Myśli Ksiądz o wyjeździe do jeszcze innego kraju?

Zgłosiłem mojemu Ordynariuszowi w Białymstoku (abp elekt Tadeusz Wojda) i Szefowi d/s misji z ramienia Episkopatu (bp Jerzy Mazur SVD), że mam kłopoty wizowe w Papui i nigdy nie wiadomo, czy wiza będzie przedłużona czy nie. Mam realne obawy podobne do tych, jakie miałem w Rosji, ale w takim wypadku moje pragnienie pozostawania na misjach, moja gotowość służenia w ekstremalnych warunkach jest taka sama jak 25 lat temu.

Wiem, że w Polsce jest potrzebne świadectwo misyjne, dlatego odpowiadam na wszystkie wywiady. Niektórych to może drażni, ale zmusza do refleksji i tworzenia własnych historii. Dużo piszę, ale specyfika pracy na misjach i uwarunkowania są tak różne od rodzimej polskiej rzeczywistości, że misjonarz po powrocie do Ojczyzny czuje często się jak piąte koło u wozu lub jak słoń w składzie porcelany.

Toteż jego własna psychika wymusza w sposób trudny do opisania pragnienie włączenia się do kolejnych misji. Tak chyba jest również z żołnierzami czy politykami, którzy tak naprawdę nie potrafią odejść z polityki... Swego rodzaju adrenalina, a znaczy być może uzależnienie.

Składam przy okazji podziękowanie wszystkim moim kolejnym Ordynariuszom, zwłaszcza abp Szymeckiemu, Ziembie i Ozorowskiemu za życzliwość i wyrozumiałość dla moich misyjnych ambicji i planów. Pierwszy metropolita, który mnie skierował na misje abp Edward Kisiel napisał w skierowaniu na misje formułę „ad revocationem”. Po roku zmarł i żartuję, że już mnie nie ma jak z tych misji odwołać.

Ufam, że abp Wojda, który przez 30 lat zajmował się misjami w Watykanie, będzie sprzyjać mojej pracy na misjach podobnie jak jego poprzednicy.

Mam nadzieję również, że misje są tego rodzaju ekologicznym narkotykiem, który na sądzie ostatecznym zostanie nam wybaczony.

9. Jak ocenia Ksiądz świadomość współczesnych katolików o misyjności Kościoła i ich odpowiedzialności za misje?

Niedawno w Boliwii zginęła nasza świecka misjonarka z Gliwic stewardessa zdaje się Helena... Głosiła śpiewem, gitarą, optymizmem... Pan Bóg ją zaprosił na inne misje i ja myślę, że misją Heleny jest teraz zgromadzenie w Polsce wielkiego potencjału ludzkiego, jakim są świeccy misjonarze, którzy nigdy nie słyszeli „mocnej zachęty” do takiej sprawy. Nie mieliśmy wzorców osobowych do naśladowania. Teraz i owszem MAMY.

To, co spotkało Helenę, jest wielkim wyzwaniem i myślę, że polscy Katolicy za tym pójdą głosem, nie sposób tego głosu nie słyszeć...

Inny misyjny fakt w Polsce to historia chłopca z Krakowa, który zmarł na raka, uczestnicząc w przygotowaniach Światowego Dnia Młodzieży... Cały świat się dowiedział o nim i wielu podziwia. To kolejny mocny wzór do naśladowania. We Włoszech takim wzorem jest błogosławiony Pier Giorgio Frasatti. Ja myślę, że ten „chłopiec z Krakowa” - wolontariusz już ma naśladowców...

Robienie w Kościele prostych rzeczy jak dekoracje dla akcji liturgicznej czy pielgrzymek to wielkie wyzwanie i wielkie zaproszenie dla wielkich mas młodzieży... Kończy się chyba epoka, kiedy to na misje lądowali wyłącznie księża i zakonnice....Nadchodzi epoka świeckich wolontariuszy i to oni raczej rozsławią nasz kraj...

To będzie iskra Faustyny, nie tylko Jan Paweł Wielki....Wszyscy jesteśmy powołani, by świecić na górze, a nie pod korcem, jak to z nami było do niedawna...

Wedle najnowszej wizji Kościoła posoborowego misje są wszędzie i wszyscy, zarówno księża jak i świeccy mamy się czuć misjonarzami swojego środowiska, rodziny...

Przekazywanie wiary dzieciom też jest misją i ja to wiem, czuję, że moi dziadkowie i rodzice, choć nie byli fanatycznymi katolikami, to jednak podstawy wiary przekazali i drogi do Kościoła nam nie zamknęli, jak to miało i nadal ma miejsce w wielu post-sowieckich krajach...

Pozdrawiam serdecznie i czekam na kontakt :-)

Ja również pozdrawiam, dziękuję za inspirujące pytania i od siebie proszę, by ci, którzy zetknęli się z moim pomysłem wysyłania lalek na misje, podjęli tę sprawę, bo to też jest narkotyk. Im więcej takich pobożnych spraw podejmujemy, tym bardziej raduje się dusza nasza. Prawdą jest, że więcej radości jest w dawaniu niż w braniu... W znanym filmie o Marcelino, mały chłopczyk dialoguje z Jezusem, pytając – „A matki? Co one robią?”. “Matki wciąż dają” - powiada Jezus. “A co one dają?” pyta Marcellino. “One dają siebie” - odpowiada Jezus...

Dla mnie ten dialog to najpiękniejsza definicja dobroczynności, a zatem również definicja misyjności. Jeśli jesteśmy nastawieni na branie, to znaczy, że powołania na misje nie mamy...

Mam przy tej okazji wielką prośbę do kleryków i młodych księży, by się nie bali natarczywych myśli o misjach. Jeśli takie myśli was trapią, to warto się tylko cieszyć, to dobry symptom i warto oddać to w ręce Biskupa czy przełożonego w zakonie. Piotr Klawer wyjechał na misje jako kleryk, Bejzym natomiast miał prawie 50. Nigdy nie jest za późno.

Czym prędzej jednak napiszecie podanie, tym lepiej. Jak znam życie, odpowiedź nie przyjdzie od razu i zawsze zdążysz się wycofać, jeśli nie ma na to woli Bożej. Jeśli jednak „Bóg tego chce”, nie warto mu się sprzeciwiać, bo w ten sposób można stracić okazję do przeżycia „wielkiej przygody życiowej”. Można też przy okazji z powodu duchowego skąpstwa stracić swoją własną duszę.

Misje po tylu latach, chcę to stwierdzić, to nie kwestia nawracania innych. To piękna okazja do nawrócenia samego siebie i utwierdzenia się w wierze, która była nam dana za darmo i warto ją jak pałeczkę podać dalej. Wedle powyższej zasady, że w tym, w dawaniu jest radość...

 

Niech Pan Bóg błogosławi!!!

 

Monika Zając

"Nasz Dziennik"

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com