MAMA „PROROKA Z OKOPÓW”...

DWIE WIZYTY

 

1. Rok 2009

Wiosną 2009 byłem na rekolekcjach w Dolistowie nad Biebrzą.

Tylko rzut kamieniem dzielił mnie od Suchowoli i Okopów. Chciałem skorzystać z okazji, by kolejny raz odwiedzić mamę księdza Jurka Popiełuszko.Plan rekolekcji był napięty, a ja nie miałem samochodu do dyspozycji. Gdy jednak podzieliłem się swym marzeniem z miejscowym wikariuszem, a moim dawnym podopiecznym z seminarium, ten niezwłocznie mnie zabrał ze sobą na samochodową wycieczkę w przerwie obiadowej. Tego też dnia spontaniczny ks. Antoni Fordem z rozbitymi bocznymi lusterkami niesiony na „orlich skrzydłach” zawiózł mnie do Pani Marianny Popiełuszko. To tylko 15 km od Dolistowa z przystankiem w Suchowoli, gdzie kupiliśmy kwiaty.

Próbowałem się dowiedzieć, dlaczego Pani Marianna nie chce przyjąć Orderu Polonia Restituta. Jechałem z zamiarem, by ją przekonać, że order będzie wyróżnieniem pośmiertnym dla jej syna i rehabilitacją wszystkich pokrzywdzonych w stanie wojennym.

Pani Marianna miała gości z Warszawy i zdawała się zmęczona poprzednią rozmową. Na moje zdawkowe pytanie „Dlaczego?” odpowiedziała bardzo mądrze, machnąwszy dłonią:”Nie chcę, bo jak od ludzi wezmę, to nie dostanę od Boga”. Kilka gwarowych słów w jej ustach zadziwiło gościa z Warszawy, a pani Marianna mu na to:”Co się Pan dziwisz, my dużo ruskich słów znamy, to taka prosta wiejska mowa, nas chcieli całkiem oduczyć mówienia po polsku, aleśmy się nie dali zrusyfikować” i na potwierdzenie zacytowała z pamięci długi patriotyczny wiersz, który czytałem potem na wieczornym kazaniu:

„Stał w szczerym polu Chrystus Pan, a przy nim orszak bosy,

Dziateczki, co na zżęty łan, szły z miasta zbierać kłosy.

Cisną się usta do nóg mu, drobniutkiej tej czeladzi,

A Chrystus spuścił jasną dłoń i główki dziatwy gładzi.

Rośnijcie, rzecze, ojcom swym i matkom na pociechę

I jako słońca chaty swej, wyzłoćcie niską strzechę.

A co pogładzi jasny włos, to gwiazdy mu dokoła

Sypią się na kształt złotych róż, na pochylone czoło.

Lecz pośród dzieci była tam, sierotka jedna mała,

Słysząc to, co Chrystus rzekł, w te słowa się ozwała:

A ja nie będę Panie róść, bo na co to i komu.

Ojca i matki nie mam już, a także nie mam domu.

Bo ojcem mu jest niebios Pan, a matką ziemia miła,

Co go zbożami swoich pól, jak mlekiem wypełniła.

A domem mu jest cały świat, bez granic i bez końca,

Gdzie tylko sięgnie jego myśl, jak złote czoło słońca.”

 Proboszcz Dolistowski ks. Łukaszewicz, gdy go ujrzałem w zakrystii po zebraniu tacy, był wyraźnie poruszony. „Piękny wiersz” wyrzekł tylko i powędrował udzielać komunii św.

 

2. Rok 2010

W tym roku rekolekcje miałem w Białymstoku i w Jurowcach na wylotowej trasie wiodącej do Suchowoli. Raniutko w ostatni dzień rekolekcji dostałem sms, że pewna osoba z Augustowa ma wolne i może mnie zabrać z Sokółki z powrotem do Jurowiec, bo miałem w Sokółce w przerwie między kazaniami spotkanie z młodzieżą LO u “Pana Boga za piecem”. Mówię tak, bo właśnie słynne zdarzenia “eucharystyczne” miały miejsce w znanej z kadrów wspomnianego filmu sokólskiej światyni pw. Św. Antoniego. Dzięki życzliwości proboszcza księdza Stasia Gniedziejki miałem okazję adorować pół godziny niezwykły “komunikant z tkanką serca”. Adoracja dodała mi sił. Spotkanie z uczniami się udało nad wyraz, więc znów jak rok temu niesiony na orlich skrzydłach na fali sukcesu poprosiłem miejscowego wikariusza, który się zaofiarował, że zawiezie mnie do Jurowiec, by tego nie robił. Zaproponowałem, by powiózł mnie raczej w kierunku Suchowoli, bo czas pozwalał na jeszcze jedną przygodę. W Dąbrowie Białostockiej, gdzie mnie bardzo życzliwie przyjęto, przesiadłem się na inny samochód i nie uprzedzając, wpadłem jak po ogień do Pani Marianny. Moim kierowcą była pewna wolontariuszka, która już kiedyś przez kilka miesięcy wspierała misje na Ukrainie. Wtedy jako stróż i lekarz w jednej osobie, w malutkiej wspólnocie parafialnej na Donbasie, teraz jako “latający holender” na Podlasiu. Byliśmy w Okopach w samo południe. Towarzyszyło nam piękne słońce. Pośród pól wiele wysepek śniegu. Asfalt, który rok temu zdawał się dość dobry, tym razem robił wrażenie wyboistej polnej drogi. Rzuciło mi się w oczy kilka nowych napisów: “agroturystyka” i nawet skomentowałem głośno, że wkrótce tu będzie kupa hoteli dla pragnących uczcić pamięć księdza Jurka, jak to się dzieje w malutkim Ars we Francji, gdzie czczony jest patron wszystkich kapłanów Jan Maria Vianney. Po lewej stronie szosy dostrzegłem nawet kort tenisowy…Podwórko jednak Popiełuszków robiło jednak smutne wrażenie. Spostrzegłem, że jak zawsze płakało po stracie gospodyni.

Najmłodszy brat księdza Jurka jest od dobrych kilku lat wdowcem i nie potrafi się podnieść po stracie małżonki. Jest wyraźnie przygnębiony. Pan Stanisław nie pytając o nazwisko (wyraźnie przywykł do mej niegolonej twarzy) poprosił, byśmy zaszli od strony ulicy. Mama Sługi Bożego tym razem siedziała w kąciku po wiosennemu chłodnego pokoju, a drobne schorowane widać nogi przykrywał brunatny kocyk. Na ścianie naprzeciw obok portretu księdza Jurka w czerwonym ornacie, wisiał wyrazisty obraz św. Stanisława Męczennika, który przez moje ręce trafił rok temu do tego Domu. Podarował mi go 2 lata temu proboszcz z Dobrzyniewa. Miał obraz powędrować na misje, ale ja nie byłem pewien, czy służby graniczne Uzbekistanu taki bagaż przepuszczą. Poprosiłem więc o przekazanie obrazu do Okopów. Jestem pewien, że ofiarodawca nie obrazi się na taką zmianę miejsca przeznaczenia obrazu. To też człowiek oddany sprawie misyjnej, który wyrósł w pobliskiej Chodorówce. Bardzo pasują do siebie kolorystycznie i tematycznie te dwa obrazy, na które skierowana jest twarz 90-letniej staruszki, leżącej w kąciku pokoju. W tym samym kąciku, w którym męczennik przyszedł na świat.

Rozmowa jak zwykle była prosta i niewymuszona. Pani Marianna kocha wszystkich kapłanów I nie kryje tego. Jeszcze raz zapytałem o brata pani Marianny, którego zamordowali komuniści. Pytałem, bo chciałem by skomentowała film o księdzu Jerzym (“Wolność jest w nas”) zaczynający się sceną strzelaniny w lesie. Ja tę scenę skojarzyłem z jej poprzednią opowieścią, że brat zginął w partyzantce.

Mama księdza Jurka nie podjęła tego tematu, była wyraźnie zmęczona, a ja się spieszyłem. Ona widząc to, skomentowała.

“Pośpiech jest rzeczą niepotrzebną. Widać to zwłaszcza wtedy, gdy ludzie siadają do autobusu. Ci, co pierwsi wsiadają, ostatni wychodzą…”

Zawsze mnie pani Marianna zbijała z tropu takimi mądrymi wypowiedziami. W tym momencie przypomniały mi się sceny z omawianego filmu. Bulwersowało mnie, że autor filmu dobierając aktorów. tak trafnie wybrał aktora na rolę główną i tak bardzo “spaprał” wizerunek rodziców. Ani twarze ani dialekt osób grających te role nie odpowiada rzeczywistości.

Pani Marianna choć mówi z akcentem, ale jest to “mowa wileńska”, zupełnie inna niż “lwowski śpiew” Kargula i Pawlaka. Białostoczanie mają prawo się obrażać za takie przekręty. Owszem p. Marianna ubiera się skromnie, wioskowo ale gustownie, nie pamiętam na jej głowie białych chustek. Ma wygląd bardzo ascetyczny i drobną szlachetną twarz, a nie owalną jak w filmie. Mówię tak, bo jest wiele rzeczy, które mnie wzruszyły. Film oglądałem jak wspomnienia własne ze stanu wojennego, ale bliskość, jaka zaistniała między mną i panią Marianną zmusza mnie do takiego komentarza. Pod koniec rozmowy wyznałem, że nazajutrz będę na tamie we Włocławku i spytałem, czy mogę pozdrowić mieszkańców tego miasta od niej. Powiedziała bardzo zagadkowo:

“Proszę pozdrowić wszystkich, którzy kochają Pana Boga”.

Nie wiem doprawdy, jak te słowa pojąć, czy pozdrowienie miało dotyczyć kochających Boga w tym mieście, czy też każdego człowieka, który kocha Boga i stanie na mej drodze po tym spotkaniu. Jeśli tak, to niech to “błogosławieństwo Matki Proroka” dotknie każdego, komu się trafi moja opowieść do ręki i we Włocławku i na całym świecie. Ksiądz Jurek jako Męczennik ma niewątpliwie własne sposoby, by bez pośrednictwa mamy błogosławić ludziom na całym świecie, tym niemniej długie lata, jakie Pan Bóg podarował jego mamie, są niewątpliwie dane, by to błogosławieństwo płynęło również tym niezwykle prostym i genialnym w swej prostocie kanałem.

Następnego dnia o świcie było piękne słonko. Szykowałem się na spotkanie z młodzieżą swego dawnego ogólniaka. Spuściwszy kolana na bruk obok barierki udekorowanej zielonym przezroczystym stendem z czarnym krzyżem i flagą Solidarności, pod akompaniament burzliwych strumieni wiślanej wody odmawiałem w myślach koronkę. Po głowie chodził mi ulubiony werset z psalmu: “głębia przyzywa głębię hukiem wodospadów”. Nie jest to polska Niagara.

Woda ciemnozielonego koloru zmieszana z odchodami tworzy tutaj kłęby żółtawej piany, która mi się kojarzy z praniem bielizny w staroświeckiej pralce “Myszków”. Tym niemniej właśnie te wody to źródło błogosławieństwa, o którym wspomniała pani Marianna, więc w myślach pogrążam się w tę wodę w podobny sposób jak na genialnym kadrze z filmu pogrąża się młody “szeregowy” Popiełuszko. Moje odczucia nie należą do przyjemnych.

Po raz kolejny podziwiałem tę prostą arystokratkę z Okopów za jej umiejętność przebaczania. Nigdy od niej nie usłyszałem słowa skargi czy złości lub pragnienia zemsty…

Ona również, podobnie jak jej syn za życia, 26-ty rok z rzędu “zło dobrem przezwycięża”.

 

Ks. Jarosław Wiśniewski

Taszkient 28 marca 2010

 

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com