STULECIE TERESY

CZĘŚĆ CZWARTA

 

Na tajwańskich rekolekcjach brat Jesudas MC powtorzył to co ogolnie wiadomo, ze Matka Teresa starała się w taki sposob jak Jezus przeżywał śmierć Lazarza odnosić się do faktu śmierci innych ludzi. Obowiązkowym atrybutem każdej kaplicy siostr jest krzyz z napisem “I Thirst - Ja pragnę!”.

Jezus pragnie po ludzku kropelki wody lub octu. On pragnie rownież naszych dusz i naszego wspołczucia dla jego cierpienia i dla cierpienia innych istot ludzkich, ktore przez fakt cierpienia i śmierci upodabniają się do cierpiącego i umierającego Jezusa.

Pomoc dla umierającego to jeden z najpiękniejszych aktow miłosierdzia. Jest to najbardziej wyjątkowy charyzmat Matki Teresy. Jak sadze jest to tez sekret ich entuzjazmu w pracy.

 

Chorzy i umierający:

 

Niemal każdy dzień siostry odwiedzają chorych.

Znają ich setki i nie rożnicują wedle rasy wyznania czy narodowości. Uzbecy z reguły maja kult starszych i nie dopuszczają do sytuacji podbramkowych. Większość porzuconych i bezbronnych starcow to Europejczycy, tym niemniej byłem świadkiem jak na pewnym Uzbeku zalęgły się glisty pośrod odleżyn.

O tym i innych przypadkach chcę opowiedzieć poniżej.

 

Dziadek Uzbek

 

Dziadka Uzbeka zapoznaliśmy przypadkowo w  trakcie posługi u ślepego Piotra i narkomanki Leny. W jego pokoiku na 4-m Pietrze robotniczego internatu Malo kto bywał oprocz sąsiadki. Pokoik 5 metrow długości i 3 szerokości przedstawiał straszną scenę. Umywalka u wejścia pokryta pyłem i błotem od kąpiącej wody. Ściany w pajęczynie i wilgoci na poł pozrywane tapety. Podłoga pokryta warstwą niedojedzonych pokarmow i powywracanych misek, żywiły się tutaj liczne karaluchy.

Przewrocony stoliczek i w kąciku na pryczy wychudzony i niegolony jak śmierć wystraszony staruszek w mundurze wojskowym z orderami i gnijącej od moczu fufajce. Spodnie jak i fufajka mocno pachnące fekaliami. Nikt dziadka nie przewijał i nie przekręcał tygodniami. To ze jadł niewiele to jedyna przyczyna, ze jego łóżko nie zamieniło się w toaletę. Poza spodnie fekalia nie przeniknęły. Poczęliśmy z niego po kolei ściągać ubrania a on znosił to milcząco z pytającym wzrokiem. Mogł mieć pod osiemdziesiąt ale  w takiej sytuacji trudno rozpoznać wiek.

Wspomniałem o odleżynach. Mięśni na kościach było niewiele ale do gangreny tam był jeden krok. Genitalia zaczynały gnić. Trudno było uwierzyć, ze ktoś taki jeszcze żyje. Znalezienie tego dziadka i proba ocalenie przypominały mi zdziwienie i radość z powodu znalezionego po tygodniu czasu żywego człowieka w ruinach zniszczonego trzęsieniem ziemi miasta. Ostatnią scenę oglądałem sam, bo siostry dyplomatycznie udały się na podworko wynieść śmieci i zabrudzona odzież. W międzyczasie pojawił się przedstawiciel komitetu mieszkaniowego sąsiadka z kluczami i karetka pogotowia. Wszystkim było wstyd, ze losem dziadka zainteresowały się dwie murzynki a nie sąsiedzi Uzbecy. W oczach gospodarza internatu wyczytałem przepraszające nutki. Nikt nam nie dziękował za interwencje ale to było niepotrzebne, wszyscy byliśmy bardzo zakłopotani. Dziadek wyciągnął paszport z kieszeni. Był owinięty w celofan wiec nie śmierdział. Przeczytaliśmy imię i nazwisko. Zdaje się Ahmet.

 

Lena i ślepiec

 

Główną przyczyna naszych odwiedzin w internacie gdzie znaleźliśmy dziadka była para, ktorą miałem szykować do chrztu i spowiedzi. Przy pierwszej znajomości mi się zdawało, że mogą swobodnie poruszać się po mieście. Dlatego właśnie nalegałem, by uczęszczali do kościoła na Mszę niedzielną i na katechizację, ale już po poł roku stało się jasne, że nic z tego nie wyjdzie, bo zaczęła się agonia. Lena była chuda jak wiorek zresztą jej konkubin niewiele grubszy. W jej wypadku to był efekt rozwijającej się choroby AIDS, w jego przypadku nadużywanie papierosow i alkoholu kosztem jedzenia. Malutka renta obojga szła na te niepotrzebne wyniszczające organizm sprawy. Każdy  raz odwiedzając te parę w internacie siostry przyjeżdżały objuczone towarami żywnościowymi. Ich zadanie polegało i tutaj na umyciu podłóg i naczyń. Lena się już nie poruszała samodzielnie a ślepiec nie dostrzegał gromadzącego się brudu. Mimo to tutaj było znacznie czyściej niż u dziadka Ahmeta tym niemniej roboty było w brod. Pomimo, ze Lena żyła w konkubinacie odleżyny na ciele powodowały, ze każdy jej ruch był bolesny. Było jasne, że już dawno nie wspołżyją ze sobą, a ze śmierć się przybliża można się było lekko domyśleć. Skorzystałem z możliwości jaką daje kościoł i wyspowiadałem Lenę “w obliczu śmierci“. Siostry razem ze ślepcem opuściły pokoj. Widać było jak pięknie reaguje, jak się zmienia jej nastroj. Gdy zaczynałem obrzęd ona wyła z bolu i żadne z nas nie było pewne czy da rady się spowiadać, gdy po spowiedzi i namaszczeniu chorych odchodziłem ona spokojnie zasnęła. Zapach w tym domu tez był nieznośny. Miesiąc maj był bardzo gorący. Siostry rozwiesiły nad nią gazę, by muchy nie siadały na rany klatki piersiowej. Lena cicho gasła na oczach. Głęboki oddech przypomniał mi dwie podobne sceny z Ukrainy. Choć nie jestem lekarzem to wiem, że w takich sytuacjach powoli z niedotlenienia umiera mozg. Ratuje tylko głośny i szybki oddech a serce wali jak młot. Reszta organow też po kolei zamiera. Pogrzeb Leny miał miejsce 14-go maja. O wszystko zatroszczyły się siostry. Przywiozły nowe ubrania, prześcieradła do trumny, opłaciły wszystkie wydatki za transport ciała i za wykopanie grobu. Jadąc na cmentarz siostry śpiewały bez przerwy i czułem, że jest to radosna chwila dla Leny i dla siostr. Jakoś tak bez specjalnych starań i bezwiednie wszyscy ją polubiliśmy. Przyznam, że przyjmowała swoj los dzielnie. Dzielne też wydały mi się siostry w swojej posłudze dla niej. To jak ją myły w chorobie i jak ubierały po śmierci nie pozostawiało złudzeń. One to robiły z miłością. Wypełniły swoj charyzmat do końca. Pomogły umierającej poczuć się człowiekiem. Po tym zdarzeniu jeszcze jakieś poł roku chodziłem oszołomiony tym co widziałem i przeżyłem. To były niesamowite rekolekcje pozbawione słów. “Rekolekcje gestow”. Zrozumiałem skąd siostry czerpią entuzjazm i odczułem na sobie w sposob eksperymentalny to co się ładnie nazywa: “świętych obcowanie”.

 

Brat Włodzimierza

 

Do katedry często zagląda pewien mężczyzna, ktory się uważa za protestanta.

Ma na imię Włodzimierz i bardzo by chciał głosić wspolnie ze mną katechezy dla bezdomnych. Ja sam bym chętnie posłuchał tych amatorskich występow. Ksiądz Biskup na to jednak nie pozwala, bo uważa Włodzimierza za niezrownoważonego. Tym niemniej pomaga mu niemniej niż to robią siostry.

Ksiądz biskup dal mu pieniądze na zrobienie paszportu, by mogł się starać o rentę.

Siostry opiekowały się jego starszym bratem nieopodal klasztoru. Jeden przystanek wędrowki pieszo. Nie udało mi się zapoznać ze zmarłym za życia. Odwiedziłem go pewnego piątku zanim ruszyłem z posługą do chorych.

Jego dom był położony na pewnej bocznej uliczce w tym miejscu gdzie kończył się asfalt i zaczynała polna droga. Ładne domki w tej okolicy ustępowały glinianym slumsom. Weszliśmy przez wąziutką furtkę. Dom pełen stęchłego powietrza.

Włodzimierz siedział na ganku zamyślony. Zmarły leżał w pokoju ktorego okna wychodziły na ulice. Za oknami gąszcz wiśni i czereśni sprawił, że słońce nie wpadało i nie powodowało skwaru w środku. Nie było  też wszędobylskich much. Było tylko leżące na drzwiach przewrocone twarzą do ściany w pozycji śpiącego embriona białe jak ściana ciało siedemdziesięcioletniego mężczyzny, ktorego jeszcze nikt nie mył.

W tych okolicach są specjalistki od mycia zmarłych i robią to niedrogo, tym niemniej domyślam się, ze w danym wypadku sprawą zajmą się siostry. Wynajmą kogoś lub same umyją, ubiorą, kupią trumnę etc., wedle wyżej opisanego scenariusza. Moje zadanie było tylko, by temu wszystkiemu towarzyszyła modlitwa kapłana. Nie było cienia podejrzeń, że siostry chcą szczerze i z wiarą, by wszystko przebiegało pobożnie i pięknie. Nie czuć było żadnej chałtury, pośpiechu i roboty z musu, na odczepnego. To nie było polecenie przełożonej. Siostry same, te dyżurne prosiły mnie, bym z nimi poszedł “po drodze”, i były takie szczęśliwe że mimo braku czasu im nie odmowiłem. To było ich osobiste szczęście, podczas gdy rodzony brat cały ten czas siedział na ganku i dłubał w nosie pogrążony w nostalgii.

Taka serdeczność w wypełnieniu podjętej misji i charyzmatu może dziwić tym bardziej gdy się zważy, że siostry na pogrzeby swoich bliskich z reguły nie jeżdżą ale logiki brak tylko na pozor. Ja myślę, że w posługę biednym siostry wkładają wszystkie te oczywiste uczucia jakie ludzie świeccy ofiarowują swym krewnym.

Ubodzy stali się dla siostr tak bliską rodziną jak parafianie dla kapłana.

 

Wasyli

 

Inna straszna historia w jakiej sekundowałem a nawet wziąłem czynny udział to choroba Wasyla. Wasyl był zawodowym felczerem i jeździł w karetce pogotowia. Każdy rejs to 5000 sumow łapowki. Bez tego żadna karetka w Uzbekistanie nie zawiezie chorego do żadnego szpitala. Nie są to wygorowane ceny. Mniej więcej tyle samo biorą taksowkarze w mieście. Rola tych lekarzy i felczerow, ktorzy odwiedzaj aa chorych została sprowadzona do kategorii usług transportowych. Jakby to smutnie nie zabrzmiało, ale właśnie tak jest i nie inaczej. W tych cynicznych warunkach walki o byt mowienie o powołaniu lekarskim, czy o składanej przez lekarzy przysiędze Hipokratesa to pusta teoria i swa opowieścią chce ze smutkiem dać świadectwo takiego stanu rzeczy. Wasyli więc jako felczer był takim sobie szpitalnym taksowkarzem. Na dodatek to nie on siedział za kierownica wiec jako kasjer nie musiał być trzeźwy. Miał więc zawsze za co wypić i pil regularnie. W wieku 30 lat nabawił się marskości wątroby.

Siostry zaczęły go odwiedzać, gdy jego brzuch miał wielkość 50 kg worka.

Przypuszczam że miał w brzuchu jakieś 20 litrow wody, ktorej nie mogły przerobić wątroba i nerki. Strasznie boleśnie ta ciecz uciskała jego wątłe ciało. Było strasznie na to patrzeć. Przy pierwszej wizycie po prostu odmowiliśmy koronkę i porozmawialiśmy ze stękającym człowiekiem. Wyrzucał z siebie po kilka slow jak z automatu. Przeplatał je wulgarnymi przekleństwami i wypędzał brata oraz matkę, gdy zachodzili do pomieszczenia. Leżał na podłodze na starym materacu pośrod bezużytecznych poduszek i kocow. Zgodnie z relacją matki codzień posyłał brata po litr wodki. Miał jakieś dolary przy sobie i jeśli brat się wymawiał to chodziła na zakupy konkubina brata Olega schizofrenika zapalczywa mulatka Jacqueline.

Z czasem dowiedziałem się od niej pewnych szczegołów tego tragicznego przypadku.

Wasyl cały czas gdyśmy się modlili trzymał kurczowo swoja dłoń w mojej dłoni. Jak ten tonący, ktory trzyma się brzytwy nagle przez chwile poprzez obecność siostr odzyskał nadzieję. Czułem dziwny chłód. Nazajutrz na prośbę przełożonej odwiedziliśmy dwa szpitale gdzie po krotkich oględzinach odmowiono przyjęcia chorego. On sam prosił, by go zabrać do domu, bo jako felczer znał obyczaje lekarzy i swoja diagnozę. W jednym ze szpitali rozpoznał swego kolegę z pogotowia i słyszałem jak krotko i rzeczowo wymieniali uwagi na temat tego co się stało i tego co jak wyrok wisi w powietrzu.

Słuchając tego dialogu przypomniałem sobie wiersz o kobiecie: “ile się pani musiała nacierpieć, ze jest taka biała jak ściana, ile się pani musiała nachodzić, za umarła tak cicho i pięknie” (parafraza). Jeden z lekarzy powiedział, że jeśli wypompować ciecz z brzucha to Wasyl pożyje 3 miesiące, bo woda znowu się zbierze i spowoduje jeszcze większe cierpienie. Zaznaczył jednak, ze jeśli nie pompować to żyć pozostało mu tydzień. W międzyczasie dowiedziałem się, ze Wasyli ma w Rosji małżonkę, z ktorą się rozwiodł i dwojkę dzieci.

Za parę dni gdy już byłem na Tajwanie Jacqueline w środku nocy zabrała na karetce chorego człowieka. Przybywszy do odległego szpitala zanim się udała do dyżurnego lekarza, poprosiła karetkę by odjechała i postawiła pogotowie przed faktem dokonanym. Chcieli nie chcieli musieli pacjenta przyjąć. Po dwu dniach  w tym trzecim szpitalu on zmarł. Podobno przez dwie doby domagał się, by przybyły siostry i by zawołać kapłana. Niestety tej ostatniej prośby nie wykonano. Po powrocie z Tajwanu była msza w domu siostr a na czterdziesty dzień wedle rosyjskiego zwyczaju była w domu stypa. Brat nalał mi wielki słój jedzenia. Nie wypadało odmawiać. Odniosłem do siostr, ktore potem przekazały jedzenie dla biednych. Nie przyjąłem stypy nie dlatego bym się brzydził strawy nędzarzy. Po części i tak mogło być, nie jestem wolny od wstrętu. Myślę, że i siostrom to się zdarza. Do takich sytuacji trudno się przywyka. W danym wypadku oddałem jedzenie dlatego, że tam było zbyt dużo mięsa, ktorego ja nie jem…

Msza pogrzebowa choć spoźniona wypadła podniośle i w kazaniu przywołałem słowa ostatniej prośby Wasyla. Mało tego, opowiedziałem jeszcze sytuację jaka zapadła mi w pamięci. W momencie gdy rezygnował w mojej obecności z trzeciego rejsu do szpitala powiedział mi, że wie jak można go uratować. To się może stać tylko wtedy, jeśliby się ludzie w parafii za niego pomodlili. Powiedział wręcz, że to by znaczyło dla niego więcej niż kolejne odwiedziny w szpitalu. Te słowa tez mi przyszły na pamięć i niewątpliwie były to słowa, ktore mu przyszły na myśl dzięki posłudze siostr. Bez ich odwiedzin i troski nie byłoby tak szczerego nawrocenia i żądzy modlitwy, ktorej sam wyartykułować nie potrafił.

 

Bezoki

 

Widuje na posiłkach u siostr człowieka ktory ma pewnie ze trzydzieści lat i wyłupiaste oczy. Na jednym z oczu jest bielmo.

Pewnego razu kiedy już wszyscy ze stołówki się rozeszli a ja jako ostatni opuszczałem klasztor ten biedak wszedł cały zakrwawiony i nie potrafił powiedzieć co z nim się stało. Miał tez jakiś defekt psychiki. Najtragiczniej wyglądało oko z bielmem. To było tak jakby za chwile miało wypaść. Mi się zakręciło w oczach a siostra Irena z Placyda zabrały go do pomieszczenia obmyły i zabandażowały. Czy dzwoniły na pogotowie tego nie wiem ale mam obawy, ze ten też byłby nieprzyjęty z powodu oberwanej odzieży, braku ubezpieczenia lub innych dokumentow. Tutejsi lekarze, ktorzy być może tez składają przysięgę Hipokratesa w życiu nie wypełniają jej ani na jotę. Mam prawo się mylić, bo wszystkiego nie wiem ale obyczaje lekarzy w Taszkiencie już mi są znane dość dobrze. Wcześniej podobne zwyczaje obserwowałem na Ukrainie.

 

Sparaliżowany od wylewu.

 

Na posiłki do siostr jakiś czas przychodził charakterystyczny młody chłopak Wania, ktory się z trudem przemieszczał na skutek wylewu krwi do mozgu. Siostry, ktore nie maja przytułku przy klasztorze wystarały się u sąsiada na tej samej ulicy, by Wanie przyjął do przybudowki na swoim podworku. Płaciły mu jak się domyślam za lokal jak Samarytanin za gospodę i codzień przychodziły opatrywać i myć gdy mu było gorzej i nie mogł o własnych silach dotrzeć do domu.

Potem siostry wystarały się jednak o miejsce w szpitalu dla niego.

Ubrały go w czystą odzież opłaciły leczenie a on nabrawszy sił na drugi dzień ze szpitala uciekł. Ponieważ od poł roku już Goo nie widuję mam podstawy przypuszczać, ze mimo swych 30-tu lat po prostu zmarł gdzieś na ulicy nie doczekawszy aktu miłosierdzia ze strony przechodniow. Mogło się też zdarzyć, ze jacyś rabusie nie znalazłszy przy czysto ubranym młodym chłopcu żadnych pieniędzy skopali go do utraty tchu i “pomogli się przenieść w ten lepszy świat“. Bywa i tak, choć to tylko niepotwierdzona wersja wydarzeń

 

Złamana szczeka

 

Pewnemu młodemu bezdomnemu człowiekowi jacyś bandyci złamali szczękę i długo leżał w szpitalu. Siostry opłaciły za niego konieczne operacje i lekarstwa. Potem jeszcze jakiś czas przychodził do mnie bym wymusił na siostrach kolejną pomoc, bo szczeka się źle zrastała, ale znając pryncypia siostr dotyczące pomocy w sytuacjach ekstremalnych wytłumaczyłem mu, że najtrudniejsze chwile już przeżył i dalej musi sobie radzić sam.

Oczekiwania ludzi biednych wobec siostr chwilami przechodzą granice rozsądku.

Ponieważ dostrzeżono mnie w ich zespole, to rownież do mnie zgłaszali się chwilami z natrętnymi prośbami pomocy, ktore przekraczały moje możliwości i pragnienia.

 

Do Aszchabadu

 

Przykład takiego nachalstwa dal pewien dziadek inwalida, ktoremu w Nowosybirsku odmarzły stopy. Siostry z Nowosybirska załatwiły mu operacje a nawet wykupiły bilet do Taszkientu by stamtąd jak prosił mogł się dostać do rodzinnego Aszchabadu.

Była zima. Siostry powiadomione o dziwnym gościu, czekały już na niego jak na krewniaka na dworcu kolejowym w Taszkiencie. Gdy przybył w drodze wyjątku ze względu na wiek i kalectwo przenocowały starca i były gotowe pomagać dalej. Nie było to łatwe, bo samolotu do Aszchabadu nie było ani bezpośredniego pociągu. Poszukiwanie sposobu na transport dziadka się wydłużało i zniecierpliwiony gość nie mając nic innego do roboty obrażał swych dobroczyńcow nie przebierając w słowach. W pewnym momencie na moich oczach zaczął wypominać siostrom, ze go obraziły i ze on sobie od nich pojdzie. Zażądał nawet zwrot dokumentow. Siostry bały się, że sobie odmrozi nogi po raz kolejny więc się nie zgadzały. Słyszałem nawet jakieś niedorzeczności, że mu siostry ukradły jeszcze jakieś pieniądze procz paszportu. W rzeczywistości paszport siostry zabrały, żeby mu kupić bilet do Aszchabadu, gdy się okazało, ze takiego połączenia nie ma, kupiły mu bilet do Urgenczu, Dały pieniądze na taksowkę, bo tak telefonicznie nam poradzono i obiecano, że będzie odebrany z pociągu a stamtąd taksowką dowieziony do granicy.

Sam pomagałem w przeprowadzeniu  tej trudnej operacji.

Niestety dokumenty dziadka były nie w porządku i do Turkmenii go nie wpuszczono. Dziadek jakby nigdy nic, jak turysta jakiś lub stary krewniak do siostr powrocił i zażądał, żeby mu siostry kupiły powrotny bilet do Nowosybirska. Ile to wszystko kosztowało pieniędzy i nerwow to tylko same siostry wiedzą a przecież to nie jedyny taki przypadek. Ludzie chorzy fizycznie maja na dodatek wiele psychicznych niedostatkow i ludzi zdrowych jeśli są nadmiernie życzliwi mogą wykorzystywać w nieskończoność. Naszym siostrom tez się to zdarza. Najpopularniejsza historia to kradzenie naczyń.

Siostry karmią głodnych i po posiłku nigdy nie mogą  się doliczyć kilku talerzy, łyżek, czy kubkow. To oczywiście drobiazgi ale dość uciążliwe i przykre w odbiorze.

 

Tatiana

 

Przykładem człowieka wyjątkowo trudnego, ktorym zajmują się siostry jest Tatiana Jasieńska z zawodu lekarz i psycholog. Sądząc z jej słów ona wiele dobrego czyniła ludziom gdy była zdrowa. Gdy zniedołężniała stała się uciążliwa i kapryśna. Zadręczyła siostry telefonami z długą lista żądań a nie prośb. Kiedyś pisałem jak w  trakcie odwiedzin chciałem jej poczytać Pismo Święte, tymczasem w biblii zagnieździła się cala rodzinka karaluchow. Takie wrażenie odniosłem, że ona tej biblii nigdy nie brała do rąk.

 

Ilona

 

Inna chora, ktora permanentnie i bez potrzeby wydzwania do siostr jest Estonka Ilona. Przyjechała w młodości do Taszkientu, by leczyć corkę, dla ktorej klimat bałtycki był nieznośny. Przeżyła długie życie i na starość zdziecinniała. Po kilka razy na dzień zmienia makijaż, całuje obrazek Jezusa tak często, ze ten jest gruby od tłuszczu ze szminki.

Owszem ma arystokratyczne maniery, zna procz estońskiego polski język ale rozmowy z nią to udręka tak dla siostr jak i dla księdza. Nic z nich nie wynika i nie wiadomo czym tak naprawdę można by tej osobie pomoc.

Starałem się zapełniać cały ten czas obecności u niej zapełniać śpiewami, do ktorych ona miała wyraźną słabość. Pewnego razu zaproponowałem, że zamiast biadolić zaśpiewamy dla niej 3 pieśni. Ona mi na to, że trzy to zbyt mało. Trochę to było trudne do wypełnienia, tym niemniej wedle jej życzenia udało się mi wspolnie z siostrami wykonać wszystkie 30 pieśni z ich podrożnego śpiewniczka.

 

Swietłana

 

Jedna z najstarszych parafianek Swietłana to kolejny lekarz. Kobieta, ktora ma ukończone trzy fakultety wyższego wykształcenia. Nawet nie pamiętam co dokładnie: medycyna, prawo i cos jeszcze. Na ołtarzu kariery ta ambitna osoba położyła wszystko, zwłaszcza życie osobiste. Mąż mieszka w Taszkiencie, ale są rozwiedzieni. Zarzuca mu ze był zbyt drobiazgowy, ale cieszy się gdy przyjdzie i zrobi drobne remonty nawet teraz, gdy jest niedołężna a być może zwłaszcza teraz. Syna ma w Finlandii ale ten się zbytnio nie troszczy o jej los, bo pewnie i ona niezbyt troszczyła się o dziecko kiedy trzeba było.

Jedyna jej miłością pozostały kwiaty, ktorych posiada mnostwo. Przedtem jeszcze to były psy. Straciła zdrowie broniąc swego ostatniego przyjaciela. Na jej psa rzucił się inny dużych rozmiarow pies. Broniła swego ulubieńca tak heroicznie, ze upadla z nim w objęciach. Upadła niestety tak niezdarnie, że złamała kręgosłup. Skutki tego złamania odczuwa do dziś choć do paraliżu szczęśliwie nie doszło.

Swietłana skarżyła się do mnie, że  siostry przestały ją odwiedzać, ale gdyśmy na skutek jej gderania kilkakrotnie do niej poszli, to każdy raz “było nie w porę“. Nie omieszkała mnie i siostry delikatnie zwymyślać. Pojąłem, że ta pani sama nie wie czego chce, a już na pewno nie duchownej rozmowy i nie modlitwy. Jak tylko zaczynaliśmy się modlić ona jak Marta wychodziła do kuchni i zaczynała się bezsensownie krzątać.

 

Taszkient 21 lipca 2010

www.xjarek.net

Ks. Jarosław Wiśniewski

 

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com