SYBERIA W OBRAZKACH

 

Syberyjskie lodówki

 

Pewien Eskimos gdy pierwszy raz napotkał lodówkę w sklepie zapytał co to jest.

Gdy mu powiedziano, ze to skrzynia, która obniża temperaturę, by chronić od zniszczenia produkty zapytał do jakiej temperatury obniża. Gdy mu powiedziano, ze minus piec zamówił 4 lodówki. Na pytanie po co aż cztery odpowiedział: jedna dla mnie, druga dla zony i dwie dla dzieci. Będziemy w środku siedzieć i się grzać.

Kogoś może rozbawi taka opowieść, bo to owszem żart jest. Cala Rosja lubi się śmiać z Eskimosów podobnie jak Polacy żartują na temat mieszkańców Wąchocka.

Gdy jednak powiem jakie było moje zdziwienie, kiedy w 1992-m roku po raz pierwszy w życiu dostrzegłem zimą ludzi kupujących lody na ulicy to owszem, nie jest to żart a prawdziwa historia. Zdziwieniu mojemu nie było granic. Jeszcze bardziej się zdziwiłem po raz kolejny ujrzawszy jedzących lody w Irkucku przy temperaturze minus 10. Gdy dostrzegłem, ze sprzedaj je babcia w walonkach i w fufajce i wyciąga dla kolejnych klientów z zaszklonej ulicznej lodówki to nie wytrzymałem i zapytałem babcie po co trzyma w lodowce, przecież i tak jest chłodno na dworze to odpowiedz była właśnie taka: “żeby na kość nie zmarzły”!!!

Okazuje się, ze ludzie jedzą w zimę lody w Syberii, żeby się rozgrzać!

Czemu mnie ciągnie Syberia?

Każdy Polak może sobie zadać pytanie co dla mnie to słowo znaczy. Ocieraliśmy się o ten temat stuleciami z przymusu. Nadeszły czasy kiedy można Tu sie udać dobrowolnie. Nie tylko można ale trzeba. Są w Syberii polskie osiedla, miejsca męczeństwa, sprawy, którymi chlubić się trzeba i wstydzić.

Syberia to nasz “polski Egipt”. Ziemia niewoli, z której wyszliśmy ale w która zainwestowaliśmy zbyt wiele, żeby o niej zapomnieć. Tak jak żywioł angielski, niemiecki, irlandzki wycisnął Pietno na Ameryce i Polacy maja w tym swoje trzy  grosze tak można tez mówić o Syberii, ze jest to ziemia po której Polak ma prawo chodzić jak po domu przodków.

 

Poproszono mnie bym jeszcze raz z odległości czasu popatrzył na to co widziałem w Syberii i jak widziałem. Najpierw powiem dlaczego wyruszyłem na Syberie. Może się będę chwilami powtarzać. Niektóre tematy już poruszałem w innych felietonach, tym nie mniej dla treningu mózgu chce spróbować znowu odwiedzić te miejsca i opisać sytuacje jakie przynosiły mi radość lub smutek przez trzy lata z hakiem.

 

Arcybiskup Kondrusiewicz

 

Moim pierwszym biskupem w Rosji i pierwszym napotkanym na Wschodzie był metropolita Miński Tadeusz Kondrusiewicza. U niego właśnie w tych czasach gdy mieszkał na plebanii w Grodnie otrzymywałem pierwsze szlify na manowcach jako diakon w 1990 roku. Choć w różnych tekstach różnie się pisze o moich misyjnych szlakach to chce dobitnie stwierdzić, ze bez Indury, do której w sierpniu 1990 roku skierował mnie na praktykę diakońską ten właśnie biskup nie byłoby ze mnie misjonarza.

To jak funkcjonował biskup Tadeusz w Grodnie choć dostrzegłem tylko przez chwilkę zapadło mi w pamięci na cale Zycie. Pomyślałem sobie mój Boże, przecież to prawdziwe misje.. Ten człowiek nie ma nawet normalnej kurii ale jest taki entuzjastyczny, dla każdego ma czas i gorącą herbatę w termosie.

Patrząc na jego życie i życie jego kapłanów a zwłaszcza na ten wierzący ludek na kresach pojąłem, ze właśnie tak powinno wyglądać kapłańskie szczęście.

Zgłosiłem się w trakcie tego pobytu do pracy na Białorusi i trzeba było jeszcze dwukrotnie pisać od nowa podanie w Białymstoku by nareszcie i ostatecznie rozpatrzone w 1992 roku pomogło mi się przedostać dużo dalej niż planowałem czy marzyłem.

Ksiądz Tadeusz urodził się w Odelsku na Polsko-Bialoruskiej granicy około 1947 roku w polskiej katolickiej rodzinie. Studiował w Mińsku i często odwiedzał kościółek na cmentarzu. Przeniósł się na Politechnikę do Leningradu i tam uzyskał  Dyplom. Odbywał praktykę w Syberii i wracając do domu pewnego razu odwidzi w Moskwie kościół na Malej Lubiance, który zawsze był otwarty nawet w czasach sowieckich. Za jakiś czas przyjął się do pracy w Wilnie tylko po to by uzyskać litewskie dokumenty i jako obywatel Republiki otrzymać możliwość studiowania w kowieńskim Seminarium duchownym. Zakończył je ze stopniem doktora w 1980 roku w wieku 33 lat. Droga zatem do kapłaństwa była dość długa tym niemniej po kilku latach pracy w Ostrej Bramie przeniósł się w rodzinne strony i stal się proboszczem w Grodnie. Stamtąd często odwiedzał Białystok gdzie miałem okazje go spotkać jako kleryk. Byłem świadkiem jego błyskawicznej kariery.

Wyczuwałem tez jego dynamiczna i nie ordynarna osobowość.

Wszystko co o nim wiem i pisze nie jest wzięte z książek ale z osobistego obcowania, bo choć w wielu rzeczach mam inne opinie to jednak kocham go jak rodzonego człowieka. Jest mi on bardzo bliski. Ludzi bliskich nie kocha się za światopogląd a za to, ze sa nawet nie za to jacy są.

Biskup z Grodna bardzo lubi jak sam powiada pojeść do syta. Zwłaszcza ulubione na wschodzie sadełko z czosnkiem, może zjeść cale wiadro raków czego jestem świadkiem, lubi pobiegać z rana, żeby zrzucić kilogramy, bo ma tendencje do tycia ale z nia walczy. Wszelki sport to jego hobby. Kazania ma długie i wylewne. W Moskwie żartowali sobie, ze gada jak Breżniew ale lubili go bo był swój.

Jako absolwent politechniki ma podobny skład umysłu do księdza Mazura, jest super praktyczny. Ma słabość do swoich i zwykle otacza się zaufanymi Kaplanami z rodzinnych stron. Abstynentem nie jest i ponoć był długi czas na przyjacielskiej stopie z obecnym Patrirchą Cyrylem ale widać tego rodzaju koleżeństwo nie dało pożądanych skutków, choć z drugiej strony gdyby nie to może by żaden dialog nie zaistniał o czym ze smutkiem stwierdza większość kapłanów. Do ekumenizmu w stylu rosyjskim trzeba mieć po prostu mocna głowę i widać obecny Patriarcha Cyryl nie do końca był usatysfakcjonowany. Ja nie osadzam tego pokolenia. Wszyscy rządzący na wschodzie doświadczyli mniej lub bardziej tej słabości a kagebisci wymyślili tabletkę, która im pozwalała dużo pic i być w dobrej kondycji, bez refleksów uzależnienia. Choć to zabrzmi jako żart ale wielu kapłanów z Rosji myśli podobnie jak ja tu pisze, wiec cos w tym musi być. Sam doświadczyłem jak pewien batiuszka pod Rostowem obejmował się z moim następca, który zgodził się z nim na Nowy Rok machnąć kielicha. Z humorem zwracał się do mnie, ze to jest właśnie droga do dobrosąsiedztwa. Nie kryl tego absolutnie a mnie było po prostu głupio. Nie byłem w stanie tego zmienić. Jestem dzieckiem współ uzależnionym wiec w tej konkurencji jestem najsłabszym zawodnikiem…

Moja wędrówka pod opieka biskupa Tadeusza na północnym Kaukazie pełna pomyłek, nieporozumień i grzechów to był ten czas kiedy  uczyłem się kapłaństwa jakby od nowa w ekstremalnych warunkach Rostowa, Kałmucji i Kubańskich stepów. To mi zajęło 7 lat, czy były to lata chude czy tłuste trudno mi ostatecznie ocenić. Nadejdzie czas na taka refleksje. Tymczasem chce opisać to co mnie spotkało na Uralu i w Syberii, bo ten właśnie czas uważam za swa kapłańską i misyjna dorosłość.

Zacznę od opowieści o Jarosławiu, Permie i Nowogrodzie. Trzy wyjątkowe bo katorżnicze miasta. Nie wiem jak teraz ale w 1999 roku Perm to było uralskie miasto, które podlegało jurysdykcji księdza metropolity Kondrusiewicza.

 

Jarosław

 

Pechowo się składa, bo miasto świętego, którego imię nosze znam tylko z opowieści i nigdy nie odwiedzałem choć miałem ku temu wiele okazji. Zbliża sie data tysiąclecia stworzenia tego grodu. Książę Jarosław Mądry przez 8 lat a znaczy sie do 1018 roku zamieszkiwał w Rostowie Wielkim i właśnie w tym okresie stworzył miasto, które upamiętnia jego pobyt w okolicach, które obecnie nazywane sa

“Złote Kolco” lub po prostu księstwo moskiewskie. Moskwy jeszcze  w tych czasach nie było. Książę Jarosław po śmierci Gleba i Borysa objął tron w Kijowie i więcej w tych okolicach się nie pojawiał, to znaczy nie zamieszkiwał.

Inna wielka osobistość, o której chce opowiedzieć w swym syberyjskim szkicu to metropolita Feliński. To, ze tutaj właśnie spędził lat 20 to ważny powód, by rozpocząć syberyjska opowieść z tego miejsca.

Owszem geograficznie to jest nadal. Europa ale wystarczy porównać architekturę Jarosławia, Warszawy i Paryża z architektura Istambułu, Samarkandy lub Pekinu, by pojąć w kręgu jakich wpływów żyła i żyje nadal. Moskiewska Rus a zwłaszcza Ural i Syberia.

W Jarosławiu jest katolicka parafia, ponoć zachował się kościółek w którym modlił się nasz święty Prymas, człowiek, który w gronie największych przyjaciół był obecny pryz śmierci Słowackiego i sam niekiepsko pisał. Czy kościół jest zwrócony to jest pytanie raczej retoryczne. Wystarczy przypomnieć, ze jako trzeci z czarnej listy  wydalanych  z Rosji kapłanów w feralnym 2002 roku był właśnie proboszcz z Jarosławia slow werbista ksiądz Krajnik tez Jarosław.

 

Perm

 

Trafiłem do tego miasta jedyny raz w życiu w sierpniu 1999 roku z grupa przyjaciół, którzy przed moim ostatecznym wyjazdem na Syberie urządzili mi pożegnalny rajd po miastach Uralskich.

W Permie w samym centrum miasta na zakręcie linii tramwajowej odnaleźliśmy niewielkich rozmiarów kościółek i znanego mi z opowieści legendarnego księdza prałata Grzybowskiego. Gdyśmy po powrocie robili podsumowanie naszych wojaży to Lena dala temu Kaplanowi najwyższą ocenę. Ja sam nie mam zdania. Ksiądz Grzybowski pochodził z diecezji płockiej wiec witał mnie jak rodaka. Udzielił nam dużo czasu, gościł po królewsku ale w jego słowach i zachowaniu  była ta sama melancholia co u spotkanego wcześniej księdza Jurka z Jekaterynburga. Owszem, żadnego pieska, tym niemniej wypowiedział słowa pod jakimi ja i wielu moich kolegów w tym czasie moglibyśmy się dwoma rękoma podpisać. Powiedział, ze gdyby miał godnego następcę to opuściłby te parafii choćby dziś.

Zastanawiające były jego piękne relacje z tutejszym biskupem prawosławnym co nie uszło uwagi Aleksego II.

Kaplan choć miał do dyspozycji samochód nie korzystał z niego. Chodził na co dzień w sutannie a nawet w birecie.

Perm to już geograficznie Europa ale w odczuciu miejscowych ludzi to również Syberia i miejsce zsyłki. Proboszcz opowiadał nam o lagrach jakich tutaj wiele i o wizycie biskupa Sigitasa Tomkaviciusa z Litwy. To właśnie w Permie spędził kilka lat srogiego lagru w czasach schyłku komunizmu za przynależność do zgromadzenia księży Jezuitów.

Nie wiem jak się dalej potoczyły losy prałata. Zdaje się jednak wkrótce znalazł sobie zastępcę i powrócił do ojczyzny. Ja tymczasem, podróżowałem dalej.

Relacje mojego kierowcy z małżonką psuły się z dnia na dzien.. Nie mogłem się doczekać końca tej męczącej podróży, tym niemniej Pan Bóg dawał wiele łask i wrażeń, które mi na cale Zycie zapadły w pamięci i za które jestem bardzo im wdzięczny.

Perm jest jednym z niewielu miejsc na świecie, o jakich wiem, ze prowadzono tu piękne misje wedle nowożytnych kanonów inkulturacji wśród Komiaków i Zyrian. Są to dwa egzotyczne plemiona ugrofińskie, które od niepamiętnych czasów przyjęły prawosławie dzięki miejscowemu biskupowi świętemu Zenonowi, którego ikonę dla kościoła podarował wspomniany życzliwy dla katolików biskup Georgij.

 

Niżni Nowogród

 

W czasach sowieckich miejsce “przytułku” dla zesłańców politycznych tego formatu co Maksim Gorki. Ten “honorowy zesłaniec” i więzień sumienia dal nowe imię miastu w czasach sowieckich. Potem jego śladami poszedł wielki ojciec “rosyjskiej bomby atomowej” Sacharow. Obaj przebywali w “areszcie domowym”, co zapewne znacznie ich godność uniżało. Tutaj produkowane są limuzyny Wołga, tzw. “gazelki”, “Sobole” etc.

Jak już wspomniałem mieszka w Nowogrodzie mój dawny parafianin Sergiej - Krisznaita. Prócz niego latami plątał się w tym mieście inny mój trudny “brat katolik” tatarskiego pochodzenia Andrzej Wahidow z Uzbekistańskiego Almalyka. Niedawno był tam kolejny raz skąd przywiózł mi pozdrowienia od proboszcza i od siostry Wiktorii. Ta polska zakonnica włożyła wiele serca w wyzdrowienie i nawrócenie chłopca. Pracował on przy budowie karmelitańskiego klasztoru i pil na potęgę. Gdy “dopił się” do takiego stanu, ze trafił na ulice tak jak Sergiusz, “sprawy w swe ręce” wzięła wspomniana siostra. Znalazła dla niego klinikę, zajęła się jak mama i doprowadziła do chrztu. Dość długi czas Andrzej chwalił się, ze nie pije i ze mu  w tym pomaga różaniec. Jego stosunek do tej modlitwy miał zawsze charakter zabobonny. Miałem z tym Andrzejem spory ubaw każdy raz gdy mi towarzyszył na jakichś spotkaniach z Protestantami. Nie zdając sobie sprawy, ze to dla nich “płachta na byka” uparcie “świadczył” wobec nich o sile wstawiennictwa Matki Bożej. Nie wiedziałem jak go powstrzymać od tak mało skutecznej w danym wypadku argumentacji. Ilekroć prywatnie tłumaczyłem mu jakie są silne “protestanckie fobie” chłopak robił “wielkie oczy” i “robił swoje”.

Czyli głosił im Maryje!!!

 

 

Biskup Klemens Pickiel

 

Zanim udałem się na Syberie moim przełożonym na północnym Kaukazie był ksiądz biskup Klemens Pickiel. Urodził się na Łużycach we Wschodnich Niemczech w rodzinie repatriantów z nad Wołgi. Studiował w Utrechcie i w trakcie studiów seminaryjnych korespondował z krewnymi w Azji Środkowej co potem przerodziło się w odwiedziny i prace. Najpierw zaraz po święceniach w 1990 roku podjął prace w Duszanbe a po roku czasu na prośbę księdza Jozefa Wertha, którego skierowano do Nowosybirska przejął jego wspólnotę nad Wołgą w Marksie. Wybudował tam prosty ale Duzy jak katedra kościół, który pomimo exodusu nadwołżańskich Niemców napełniał się ludźmi. Ten talent zjednywania ludzi różnych narodowości w malej miejscowości  zrobił wrażenie na wszystkich kolegach w okolicy. Poświęcenie odbywało się w 1993 roku. Po pięciu latach od chwili poświecenia kościoła został obrany biskupem saratowskim ale nadal. Mieszkał w odległym o 50 km Marksie. W roku 2002 podczas gdy wydalono księdza Jerzy Mazura Klemensowi Pickielowi przyznano pobyt stały w Rosji co potwierdza znana z 19 wieku tendencje w wyższych eszelonach władzy rosyjskiej do faworyzowania w kościele katolickim żywiołu niemieckiego. Podobno Niemcy sa dużo bardziej lojalni wobec władz  rosyjskich. Owszem trudno się z tym nie zgodzić ale tez pozostaje prawdziwym fakt, ze polski żywioł jest w Rosji liczniejszy od niemieckiego i nie sposób ignorować jego interesów. Warto dodać, ze w 1998-m roku obaj nowo naznaczeni biskupi i Niemiec i Polak złożyli podania o przyznanie rosyjskiego obywatelstwa. Czym się sprawa skończyła już wiadomo.

W sierpniu 1999 roku po raz kolejny odwiedziłem w Marksie pod Saratowem swego kolegę i rówieśnika księdza Biskupa Klemensa, by prosić o przeniesienie na Syberie. Nie tyle prosić o zgodę co raczej o błogosławieństwo, bo sprzeciwiać się memu pragnieniu biskup nie miał prawa. Mój kanoniczny przełożony metropolita Szymecki z Białegostoku jeszcze w maju dal mi potrzebna zgodę. Chodziło o formalność, o przyjacielskie rozstanie.

I rzeczywiście. Dostałem ładny papier z pozdrowieniami dla biskupa Mazura i z prośbą, by mnie często wysyłał na urlop. Widocznie miał mnie za pracoholika.   

Jego rozległa diecezja obejmuje oprócz północnego Kaukazu i Wołgi również tereny Uralu, które pod względem klimatycznym, kulturalnym i etnicznym są nie mniej egzotyczne niż Syberia właściwa. Dane mi było odwiedzić te rubieże na ostatnich wakacjach. Jestem Bogu wdzięczny za te wszystkie podróże. Chce się właśnie teraz gdy los rzucił mnie do Azji Środkowej z tej samej perspektywy co niegdyś ksiądz Pickiel popatrzeć na swój los i na geniusz Rosyjskich ludzi, przestrzeni i wiary. To przecież paradoksalnie wiara uskrzydliła mnie na tyle, ze mogę swój pobyt na wschodzie traktować jako cos niezwykłego, jako przywilej a nie klęskę i katorgę, jak to odbierali nasi przodkowie. Powiem od razu, ze przez ostatnie 18 lat nie miałem większych pokus, by prosić o wyjazd gdzieś na Zachód. Zycie pośród ludzi wschodu pełne ryzyka i wyrzeczeń ma swój smak, swoja własną i niepowtarzalna adrenalinę i biskup Pickiel tez to kiedyś ładnie ujął gdyśmy opuszczali Fatimę powiedział do pielgrzymów, ze większość Niemców dąży do tego,  by porzucić Rosje a on zrobił na odwrót. Krewni biskupa Wertha z Nowosybirska, Aliosiusa Schneidera z Karagandy, Mikołaja Messmera z Biszkeku tez w większości zamieszkują Niemcy, podczas gdy oni pozostali lub wrócili. Niepojęte sa wyroki Boskie i dusza ludzka tez pozostaje nieodgadniona tajemnica. Podobny podziw wzbudzają chwilami naszych rodaków na Wschodzie nasze decyzje. Powrócił na wschód biskup Cyryl repatriant a teraz biskup w Irkucku. Repatriantem jest tez mój obecny przełożony w Taszkiencie biskup Jerzy Maculewicz… Niech moja opowieść stanie się próbą odgadnienia, czemu tak a nie inaczej splatają się losy tych co w Bogu swa nadzieje pokładają…

 

Ufa

 

Po trasie do Czelabińska minęliśmy Baszkirie dostrzegłem wiele pomp ropy naftowej. Kraj prawdziwie bogaty pomyślałem sobie. Usłyszałem tez na jednym z tutejszych ”cepeenow” baszkirska podobna do tatarskiej mowę.

Długo błąkaliśmy się po mieście zanim znaleźliśmy ten blok, w którym na pierwszym Pietrze o ile dobrze pamiętam siostry “Marii Cooredemptrix“, odziane w białe szaty oraz prowadzona przez nie kaplice dla parafian w prywatnym domu. Pamiętam widniejący z oddali pomnik chana Saławata na wysokiej skarpie i spotkanie ze starosta polskiego pochodzenia, który na opisał i pokazał gdzie niegdyś stal kościół. Opowiedział również jak niełatwo było zebrać grupę członków założycieli i zarejestrować parafie. Współczułem tym siostrom, które przybyły z Niemiec, Słowacji i Kazachstanu próbując “zaorać baszkirski ugór”.

Wszyscy oni wydali mi się zamęczonymi postem i modlitwa pięknoduchami. Szczególne wrażenie zrobił na mnie wychudzony ojciec Jan ze Szwajcarii również.

Trudno było mi wniknąć w jego sytuacje i zgadnąć  co go trapi ale nie trzeba się było wiele natrudzić, by dostrzec jak chłopak ma ciężko. Jego strapiona twarz mówiła sama za siebie. Tym niemniej wszyscy byli dla nas bardzo gościnni i nawet proponowali nocleg. My jednak pojechaliśmy dalej na “spotkanie z górami”

 

Nabiereżnyje Czełny Tatarstan

 

Pamiętam opowieść o katolickiej wspólnocie z Nabiereżnych Czełnów.

To tutaj jeśli mnie pamięć nie myli produkowane SA rosyjskie ciężarówki oraz złoża ropy. Tutaj stawiała pierwsze kroki jako katoliczka moja znajoma reżyserka Natalia Kandudina. Czytałem w prasie sporo o tutejszej wspólnocie katolickiej ale nie sądziłem, ze będzie mi dane zatrzymać się kiedyś przejazdem w tym miasteczku.

Mam jakieś urywkowe wspomnienia ale nie mogę prócz przypadkowych obrazków nic sobie przypomnieć.

To stad pochodzi mój znajomy współbrat protestant tatarsko-polskiego pochodzenia Gera z Taszkientu. Opowiadał mi jak niegdyś był obecny w cerkwi w tychże Nabiereżnych Czełnach podczas chrztu pewnego krewniaka. Prawosławny pop zatrzymał się w pewnym momencie i poprosił Georgija, by opuścił cerkiew. Gdyby pastor nie wyszedł “batiuszka” zastrzegł, ze “chrzcić nie będzie”. Gera zapytał, czy Malo w cerkwi powietrza? Twierdził, ze dla wszystkich starczy.  Pop jednak wiedział, ze Gera jest pastorem i stal uparcie na swoim. Kuzyni poprosili go, by im nie psuł święta. Było mi przykro słuchać takie opowieści, bo w tych okolicach gdzie tak wielu mieszka Tatarów muzułmanów jakieś “niepisane” normy tolerancji zapewne stuleciami były tworzone.

 

Kazań

 

Kazań to “europejskie miasto”. Tak wskazuje geografia. Tym niemniej egzotyki tu wiele. Przede wszystkim wrażenie robi podobnie zresztą jak w Astrachaniu ogromna liczba minaretów. Spotkałem w Kazaniu nad warzy miłego proboszcza o jakimś antycznym imieniu. Arystydes, czy Orygenes, nijak nie mogę zapamiętać. Nie pamiętam tez imion sióstr ze zgromadzenia “Słowa Wcielonego”, które Przybylo do Rosji Tadżykistanie i na Ukrainie z Argentyny. Zgromadzenie ma około 20 lat a jego założyciel jest wciąż młody i dobrego zdrowie. Ciągnęło ich zawsze nad morze azowskie i maja nareszcie parafie, która ja od zera pozbierałem w latach 1993-97. Mowa o Taganrogu. Solidnej budowy ksiądz Raul zajął miejsce wspomnianego w opowieści o Usolu syberyjskim ojca Kasjana i Pawła.

Tymczasem jego współbracia w Kazaniu nie  mając szans na zwrot budynku kościelnego zamówili jego replikę w innym miejscu i skutecznie odbudowali.

Wtedy gdy ich odwiedzałem mieli jedynie solidna kaplice na cmentarzu i “plebanie” oraz “klasztor” w zwykłym bloku mieszkalnym nieopodal.

Kazan zrobił na mnie wrażenie.

Młody proboszcz również.

Jak to bywa w taki sytuacjach w Rosji nie omieszkał skorzystać z sakramentu pokuty, bo kolejne spotkanie z bratem Kaplanem może być nie szybko a najbliższy sąsiad w Samarze, Nowogrodzie czy w Ufie to setki kilometrów podróżowanie. Nawiasem mówiąc w Nowogrodzie od lat msze świętą w odrestaurowanej “stajni parafialnej”

Prowadzi don Mario, jeszcze jeden Argentyńczyk w okolicy.

 

Penza

 

Ksiądz Filip Andrews z Irlandii przywiózł wielki szacunek dla Rosji i pracował jakiś czas z wielkim entuzjazmem. Gdy go odwiedziłem w jego domu w Penzie pykając fajeczkę żalił się jak trudno mu się żyje w tym mafijnym środowisku. Mimo prób pertraktacji i protestów parafian kościół, który przetrwał czasy komunistów przez współczesnych mafiozo został zamieniony na knajpę.

 

Syzrań

 

Niedaleko od Saratowa i Ulianowska czyli Symbirska leży niewielkich rozmiarów wojewódzkie zdaje się miasteczko Syzran. Udało się tutaj młodemu prezbiterowi z Irlandii stworzyć kaplice podobna z wystroju do prawosławnej kaplice. Ołtarz był położony tak dziwnie, ze niektórzy księża z okolicy mówili, ze to nie ołtarz a duchovka, czyli miejsce do palenia i pieczenia chleba. Ciekawe jak by nie było porównanie

 

Samara

 

Samara posiada dwa katolickie kościoły.

Podobnie jak w Czelabińsku stary, mniejszy kościółek katolicy przekazali tutejszym luteranom. Kocio w Samarze jest ponoć największych rozmiarów kościołem rosyjskim. Rzeczywiście robił wrażenie. Jeszcze większe wrażenie robił na wszystkich irlandzki misjonarz salezjanin, który nie potrafiąc żadnego rosyjskiego słowa wypowiedzieć poprawnie miał jednak spore sukcesy nie tylko w tym mieście lecz również w pobliskim Toliatti.

Spotkałem tego ojca w 1992 roku w Moskwie na salezjańskiej tymczasowej plebanii i wydal mi się staroświecki, bo na pomysł by pójść do Tretjakowki bardzo skrytykował młodego kleryka Filipa Andrews, nawiasem mówiąc tez Irlandczyka.

Wtedy nawet się złościłem w sercu na dziadka, ze nie dba o inkulturację, teraz widzę to troszkę inaczej. Dziadek miał inny styl i trudno mu to mieć za złe.

 

Biskup Jozef Werth

 

Pierwsze podanie do pracy w Syberii napisałem w 1996 roku. Biskup Jozef Werth zignorował je, bo jak się potem przyznał wiedział, ze wkrótce na południu Rosji powstanie nowa diecezja i ze miejscowemu biskupowi będzie trudno pracować jeśli księża stamtąd zaczną wyjeżdżać. Rzeczywiście w Saratowie odnowiono siedzibę biskupia i część moskiewskiej Administratury Apostolskiej odpadła spod władzy biskupa Kondrusiewicza. Biskupem w Saratowie został mój kolega 2 lata starszy ode mnie Klemens Pickiel ze Wschodnich Niemiec. Próbował mnie on zatrzymać za wszelka cenę w swojej Administraturze, lecz w tym samym czasie powstała Administratura Apostolska w Irkucku, która została wydzielona z terytorium  Azjatyckiej części Rosji w całość podporządkowanej dotąd biskupowi Wertowi kazachskiemu Niemcowi.

Miałem kilka krótkich rozmów z biskupem Werthem. Zaprosił mnie pewnego razu na śniadanie i zawsze miałem mieszane uczucia. Z jednej strony przesympatyczny człowiek. Madre oczy, sprawiedliwe słowa, przystojny choć niewysoki szpakowaty mężczyzna. Tym niemniej jego rozwaga i spokój nie zawsze licowały z zadaniami  jakie na niego nałożył Watykan i nadziejami jakie pokładał pobożny lud.

Znalazłem we wspomnieniach ks. Jozefa Świdnickiego sporo krytycznych uwag na  temat Biskupa. Owszem przeszedł gehennę on i jego przodkowie. Ktoś z rodziców rósł pod Rostowem ktoś pod Saratowem a żyć przyszło się w Karagandzie. Wychowanek księdza Władysława Bukowińskiego i siostry Detcel Gertrudy.

Jakiś przedziwny dystans do polskości a przecież na tym żywiole tworzona jest lwia część parafii, wszelkie akcje duszpasterskie bez księży pochodzących z Polski byłyby niemożliwe. Z całym szacunkiem dla niemieckiego żywiołu, którego tez nie brak zwłaszcza w Syberii nie warto się było tak ostentacyjnie dystansować i unikać tego co sprawiło, ze działalność bpa Kondrusiewicza czy Mazura, którzy tych kompleksów nie mieli była bardziej dynamiczna.

Biskup Werth jest domatorem i sprawia mu trud podróżowanie po świecie w tym również po terenach przepastnej Syberii. Żal mi, ze Watykan tak długo zwlekał z podziałem Syberii na kilka ośrodków biskupich nie byłoby tyle marazmu, jaki rzuca się w oczy gdy się porównuje nasza dynamikę i aktywność z tym jak wiele robią w słusznej sprawie opieki nad dziećmi i biednymi bracia protestanci.

Plus księdza Wertha polega na tym, ze zaryzykował i wyświęcił kilkoro kapłanów spośród późnych powołań miedzy innymi Daniela we Władywostoku. Wyświęcił świeckiego teologa na stałego diakona. Dal Zycie telewizji Kana i Centrum Inigo.

Powołał do życia Kolegium św. Tomasza z Akwinu i proseminarium.

Bez wątpienia jest postacią opatrznościową również dla greko-katolików dla których stworzył cieplarniane warunki jako jedyny biskup w Rosji. Szczególnym osiągnięciem Biskupa Wertha jest jego gorące pragnienie wsparcia takich malutkich etnosów Syberii jak Latgalcy, Litwini etc.

Myślę, ze jego zwlekanie z zaprosinami na Syberie na mój adres tez z perspektywy czasu musze przyjąć jako plus i gest dobrej woli. W Irkuckiej diecezji byłem rzeczywiście bardziej potrzebny i lepiej wykorzystany niż to mogło się zdarzyć pod opieka ostrożnego nad wyraz i podejrzliwego biskupa Jozefa. Taki człowiek jak ja byłbym dla Biskupa Jozefa ciągłym powodem do troski. Pożytku  mało, tymczasem na Sachalinie rozwinąłem skrzydła i nadal latam..

Toteż podobnie jak i biskupowi Mazurowi za jego męstwo, biskupowi Werthowi za jego ostrożność i dystans dedykuje tych kilka wierszy mojego świadectwa i opowieści

o Syberii.

 

Nowosybirsk

 

To miasto odwiedziłem dwa razy. Pierwszy raz zatrzymałem się na dwa dni w drodze do Irkucka.

Przywiozłem ze sobą z Saratowa kleryka do tzw. Proseminarium prowadzonego przez Jezuitów.

Miałem przygodę, bo gdy pytałem się gdzie jest kościół, to żołnierz czy milicjant, którego spotkałem mnie nie zrozumiał i spytał jaki Kastior (po rosyjsku ognisko), gdy spytałem prościej: katolicka cerkiew, to zapytał czy chodzi mi o cyrk. Uśmiałem się do rozpuku.

Nowosybirsk ma podobno 2 miliony mieszkańców, jest wiec trzecim co do wielkości miastem rosyjskim. Gdy pan Putin objął ster rządów w Rosji to nawet spekulowano, ze być może stolice przeniesie do Nowosybirska, bo to przecież geograficzny środek państwa. Miasto nazywało się niegdyś Nowomikołajewsk na cześć cara Mikołaja, który owszem dołożył starań, by Syberia kwitła lecz głównie poprzez masowe zsyłki Dekabrystów, Polaków, uczestników Powstania Listopadowego etc. Jeśli się nie mylę, to również za jego panowania na zsyłkę trafił Dostojewski i ponoć był zgorszony pycha Polaków, których krew płynęła również w jego żyłach.

Zapamiętałem wielki dworzec kolejowy, który ponoć budowany był wedle podobnego projektu jak ten wiedeński, rzeczywiście robi wrażenie. Nowosybirsk stal się ważnym węzłem kolejowym a dzięki temu przejął funkcje Tobolska, który uważany był przedtem za stolice Syberii.

Stary kościółek został zburzony a nowy powstał dopiero w latach osiemdziesiątych na tzw. Niemieckiej Slobodzie na peryferiach. Jest to dzieło rak księdza Jozefa Świdnickiego, który miał charyzmat do zakładania wspólnot katolickich w sposób błyskawiczny i niespodziany. Korzystał bez kompleksów z wielu doświadczeń protestantów i chętnie z nimi współpracował. Zapłacił za ten kościół kilkuletnim wiezieniem ale świątynia Się ostała i dzisiaj duszpasterzują tutaj Franciszkanie minoryci. Pozwolenie na budowę katedry uzyskał. Legendarny Franciszkanin z Litwy ojciec Paweł. Z sukcesem pojawiał się na wielu publicznych zebraniach. Pracował w czasach największego entuzjazmu religijnego ale nie znalazł wspólnego języka z Biskupem Werthem wiec musiał to miasto opuścić. Nowosybirsk ma jeszcze trzecia parafie świętego Augustyna w dzielnicy studenckiej. Nowosybirsk uważany jest za kuźnię kadr profesorskich i wedle slow jakie wyczytałem we wspomnieniach księdza Jozefa Świdnickiego była szansa aby cala profesura przyjęła katolicyzm ale została niewykorzystana, bo katolicy w Rosji maja slaby refleks i lekko zapadają w stan przestraszenia czy zwyklej śpiączki. Kiedy tam byłem ostatnio parafie obsługiwali księża z instytutu świętego Karola Boromeusza. Nowosybirsk to nowoczesne miasto. Biskup jest jezuita wiec sprowadził sporo niezwykłych kapłanów z tego zgromadzenia. Pamiętam nazwisko Corcoran, Stryczek, Messmer. Wszyscy to ludzie wielkiego formatu. Dziś ten ostatni jest biskupem w Kirgizji. Pozostali dalej obsługują Centrum Inigo, Kolegium Katolickie i Studio Kana. Oni również opiekowali się Preseminarium, które kształciło kandydatów do petersburskiego Seminarium Duchownego.  Sporo lat w Nowosybirsku wychodził miesięcznik, w którym ukazywały się najważniejsze wiadomości katolickie. Założył go ksiądz Pezzi obecny arcybiskup w Moskwie, w tamtych czasach obsługiwał parafie świętego Augustyna, potem był rektorem w Petersburgu i nareszcie metropolita. Jak widać Nowosybirsk jest dobrym punktem startowym do robienia kariery w kościele. W chwili obecnej ksiądz Biskup Werth jest przewodniczącym episkopatu i przełożonym rosyjskich greko - katolików. W jego diecezji maja miejsce liczne konferencje i zebrania świeckich jak i duchowieństwa. Diecezja ma tytuł Przemienienia Pańskiego, posiada średnich rozmiarów katedrę. Konstrukcja świątyni przypomina swym kształtem trzy rożnej wielkości namioty na jednej osi. Obok niewielkich rozmiarów stylowa kuria, na zapleczu budynki KGB, gdzie niegdyś na wyrok oczekiwał wspomniany ksiądz Jozef  Świdnicki.

W trakcie swego pierwszego pobytu zapoznałem się z pewna karmelitka z USA, która miała rosyjskie korzenie i długie lata bez skutku próbowała założyć klasztor w mieście. Mam wrażenie, ze z czasem się jej to udało choć pewności nie mam.

 

 

Kuzbas

 

Pozwolę sobie Grobic roszadę i przeskoczyć z jednego końca Rosji w całkiem inny.

Kiemerowo to wschodnia Syberia. Niedaleko Krasnojarska. Tutejsze ogromne zagłębie węglowe nazywane jest Kuźnieckim czyli Kuzbas. Być może nazwa się bierze od wielu hut (kuźni). Wracając z uroczystej Mszy świętej w Astanie zapoznałem się bliżej z kolejnym starszym Irlandczykiem Redemptorysta. Ten również strasznie kaleczył jaśnie wielmożny język rosyjski. Widać jednak było ze kocha Rosje jak żaden z polskich misjonarzy nie potrafi. Miał wobec tego pewne sukcesy…

Kubas a zwłaszcza miasteczko Prokopievsk znany jest z  obecności Redemptorystów wschodniego obrządku. Ostatnio przełożonym grekokatolików w Syberii ogłoszono o. Menioka ukraińskiego biskupa z Donbasu, tez Redemptorystę.

 

Szadrińsk

 

W Szadrińsku i okolicach są źródełka wody mineralnej. Piłem w tych czasach gdy można było “na dziko” z samego źródełka nabrać smacznej wody a obecnie już nie ma dostępu. Ktoś wykupił teren i dobrze zarabia na dystrybucji. Odwiedzałem Szadrińsk w czerwcu ale pogoda nadal. Była wiosenna i bardzo rześka. Przyroda ledwie budziła się do życia w powietrzu czuło się wilgoć a ściany domów nadal. były chłodne i nieprzyjazne.

Pamiętam bardzo nisko podpiwniczona kamienna cerkiew, która szczyci się tym, ze jako jedyne miejsce w Imperium Rosyjskim parafia nie zastosowała się do zakazu modlitwy za zmarłego w pojedynku poetę Puszkina. Zakaz pod naciskiem  cara Mikołaja I-go wydala cerkiew Prawosławna i do dziś jest sceptycznie nastawiona do tego uwielbianego przez inteligencje wolnomyśliciela. Podobny stosunek cerkwi można dostrzec względem Lwa Tołstoja, który w oczach cerkwi jest nie tylko wolnomyślicielem i masonem ale również sekciarzem.

W okolicach Szadrińska mieszka sporo starowierców tzw. ”Chełstów”. Przodkowie mojej parafianki Leny z Azowa pochodzili właśnie z takiej starowierczej rodziny.

Kiedyś starowiercy wyraźnie różnili się swym starożytnym strojem, brodami i całym stylem życia. Nie obcowali z Prawosławnymi, mieli oddzielne naczynia i taborety dla takich gości. Obecnie tego się nie odczuwa, jedynie opowieści.

Pierwszy raz w życiu pod Szadrińskiem zjadłem rybę w cieście, które na zewnątrz wyglądało jak chleb ale w środku zapełnione było gorącą zapiekana ryba. Bardzo smaczna rzecz. Potem na Donbasie sam nauczyłem się piec takie specjały.

Inna ciekawostka to tzw. “stroganina” czyli strużki, albo wiórki z zamarzniętej, nie pieczonej ryby. Ten rodzaj potrawy występuje raczej we wschodniej Syberii.

 

Niżni Tagił

 

W Niżnym Tagile, który znajduje się na północ od Jekaterynburga pracują ojcowie Lazaryści czyli Misjonarze św. Wincentego a Paulo. Przejęli oni placówkę dojazdowa księży misjonarzy Fidei Donum z diecezji siedleckiej Jerzego i Jaka Mitrzaka, których baza znajdowała się w Jekaterynburgu.

Jeden z pionierów tej placówki ksiądz Maciek Białostoczanin jest mi znany jako dziekan z Charkowa. Poznaliśmy się na Ukrainie i wtedy mogłem pooglądać wielki album z mnóstwem zdjęć obrazujących pierwsze początki tej wspólnoty. Z opowieści pamiętam, ze współtworzyli placówkę Lazaryści z byłej Jugosławii zdaje się Słoweńcy, co dodaje pikanterii ich staraniom. Biskup Werth nigdy nie faworyzował polskich misjonarzy w Syberii wiec zapewne miał dużo satysfakcji z faktu obecności tak egzotycznych księży.

Niestety nie byłem osobiście w Tagile i trudno mi mówić o warunkach pracy w tym regionie. Krąg polarny niedaleko wiec zima długa. W Rosji spopularyzował Niżni Tagił znany humorysta Petrosjan w pamiętnej swej opowieści o tzw. “szpingaletach” czyli zapinkach z Niżnego Tagiła.

 

Jekaterynburg

 

W czasach sowieckich Jekaterynburg nazywał się Swierdłowsk i reliktem imienia jednego z czołowych komunistów nadal. Nazywane jest tutejsze województwo choć nazwa miasta została przywrócona. Należy sądzić, ze założone było w czasach carycy Katarzyny, na cześć której miasto imię nosi dziś. Nie wykluczone, ze to się jeszcze zmieni, bo na dzień dzisiejszy miasto jest kojarzone jako miejsce męczeństwa rodziny carskiej Mikołaja II małżonki, kilkoro dzieci, miedzy innymi chorego na hemofilie młodziutkiego carewicza Aleksego oraz sług, w tym również sławnego wynalazcy doktora Botkina.

Inny powód dla którego miasto zdaje się być szczególne to lata rządów gubernatora Jelcyna, który znany tu był jako “prosty człowiek” unikający przywilejów np.. samochodu służbowego. Gubernator wsławił się miedzy innymi tym, ze zburzył dom, w którym dokonano zabójstwa carskiej rodziny. Był w tym czasie poirytowany kultem zmarłych i chciał w ten oryginalny sposób mu przeciwdziałać. Gdy jednak doszedł do władzy w  Moskwie, to w 1997 roku doprowadził do ekshumacji i ponownego pochowku męczenników z honorami państwowymi w Kronsztadzie pod Petersburgiem. Ciekawa rzecz, ze w tym momencie ponownemu pochowkowi sprzeciwiał się Aleksy II i nie był obecny 17-go lipca na rocznicowych uroczystościach w Kronsztadzie. Pamiętam ten dzień, bo akurat minął miesiąc od mojej przeprowadzki do Azowa i 40 dni od tragicznego wypadku jaki miałem w okolicach Krasnodaru. Miałem pokiereszowana głowę a na dodatek wyleciała mi w ten dzień plomba. Czułem się kiepsko ale kraj przeżywał zupełnie inaczej ten dzien. Nie było nic szczególnego a jednak aura tego dnia pozostała w mojej pamięci.

Do Jekaterynburga przybyłem z Szadrińska na zwyklej “elektryczce” czyli kolejowym tanim busiku. Jechałem ze 4 godziny choć odległość nie była wielka. Para  Bołwinych z dziećmi i kuzynka pozostali w Szadrińsku i mieli do mnie dołączyć za dwa dni. Ja tymczasem dodzwoniłem się do parafii i odszukałem na pieszo potrzebny mi adres.

Księża mieszkali w odległości kilku kilometrów od parafii, na zwykłym blokowisku mieli wykupione kilkupokojowe mieszkanie. Stary kościół pełnił długie lata funkcje dworca autobusowego i całkiem niedawno został zburzony. Pozostały jednak budynki gospodarcze i podobnie jak w Niżnym Nowogrodzie role Kocioła przejęła dawna parafialna stajnia przerobiona na niewielkich rozmiarów kaplica.

W parafii napotkałem siostry pallotynki, które negocjowały w tym czasie z proboszczem pomysł, by zagospodarować część ocalałej i zwróconej dużych rozmiarów plebanii. Przełożona z Polski, która gościła w tym czasie w Jekaterynburgu obawiała się, ze siostry utraca swoja autonomie mieszkając na plebanii, proboszcz jednak nalegał, ze w warunkach misyjnych to by było najlepsze rozwiązanie.

Nie wnikałem mocno w te dyskusje, bo pociągało mnie zupełnie cos innego. Ja chciałem chodzić, chodzić, chodzić. Spacery po mieście zabrały mi bite dwie doby i wciąż miałem niedosyt. Dość archaiczna zabudowa miasta, bogate 19-to wieczne kamienice i monumentalne sowieckie budowle zrobiły na mnie wrażenie. Tym niemniej moi przyjaciele z Azowa strasznie na siebie nadąsani powrócili z Szadrińska i byli gotowi wieźć mnie z powrotem. Urlop się kończył a ja wciąż miałem niedosyt. Na trasie powrotnej do Saratowa i Azowa mieliśmy jeszcze odwiedzić Mari - El, Czuwaszję, Perm i  parę innych pięknych uralskich miast.

Spośród wrażeń jakie przywiozłem z Jekaterynburga zupełnie nietypowe dla mnie było przywiązanie proboszcza do myśliwskiego psa z długą sierścią  i cienkim nosem.

Miałem wrażenie, ze w ogóle nie dostrzegł mojej obecności jako gościa. Gdy tam byłem próbując nawiązać jakiś kontakt i cos się dowiedzieć o życiu parafii to wciąż w rozmowie przeszkadzał nam ten wszędobylski pies, którego proboszcz wyraźnie eksponował jako cos niezwykłego. Może byłem zbyt nisko protegowany, może nie wzbudziłem zaciekawienia swym ubiorem a może proboszcz miał właśnie taki “misyjny-ekstrawagancki styl”, ze jedyne co mi zapadło w pamięci to ta przyjaźń właśnie eleganckiego księdza Jurka i jego psa. Ekstrawagancki proboszcz był mi znany z opowieści parafian, którzy uciekając od mafii osiedlili się w Taganrogu.

Zawsze się o nim wyrażali dobrze wiec nie miałem wątpliwości, ze to wybitny misjonarz. Tym nie mniej zastałem go w momencie jakiegoś kryzysu i było mi przykro, ze nie ja jeden popadam w misyjne melancholie. Okazało się, ze jest to choroba, która zjada wielu naszych polskich współbraci, którzy trafili na antypody.

Ksiądz Jarek okazał mi dużo więcej zaciekawienia ale tez był czymś strapiony. To były dni gdy oboje wrócili z Polski, bo wozili delegacje młodzieży na spotkanie z Ojcem Świętym do Siedlec. To był pamiętny rok 1999. Miałem możność obejrzenia na tej prowizorycznej plebanii w blokowisku kasty z nagraniami pobytu i Kazan Ojca Świętego w Polsce. Obaj księża mieli żal do Biskupa Wertha, ze choć bardzo go prosili, by tez pojechał do Polski, to jednak jak i poprzednio wyraźnie unikał takich podróży w otoczeniu polskich księży.

Za jakiś czas ksiądz Jarosław dostał skierowanie do Tobolska i godność duszpasterza młodzieży w Syberii Zachodniej.

 

 

Czelabińsk

 

Czelabińsk zapoznałem dzięki małżonkom Bołvinym z Azowa. To nieszczęsna para, która odnalazła się jakiś czas w kościele, bo uczęszczali na kursy “Anastazji”, jakieś syberyjskiej sekty opartej na jodze. Miałem zaledwie 3 lata na bliski kontakt z nimi i im podobnymi nieszczęśnikami. Moja osobowość odpowiadała ich duchowi poszukiwania, gdy jednak przeniosłem się na Syberie para mimo, ze wzięła ślub kościelny rozpadła się i Pan Młody wyjechał z Azowa. Błąkał się po świecie zajmując się jakimś czarnym biznesem w Finlandii. Zarobił na tym kupę szmalu Alle się rozpił i trafił do rynsztoka, dopóki jak sam opowiada “nie podnieśli go z ulicy” wyznawcy Kriszny. Oni go odkarmili, na nowo uczynili “porządnym człowiekiem”. Dali mu na powrót wiarę w samego siebie i wysłali “na misje”  na stały pobyt w Nowogrodzie, gdzie prowadził kursy jogi jeszcze do niedawna.

Małżeństwo niestety się rozpadło. Sergiusz jakiś czas współżył ze szkolna koleżanką Leny, potem znalazł sobie dużo młodszą konkubinę pod Lwowem na Ukrainie…

Dość zagmatwana historia, by wszystko teraz opowiadać.

W tych szalonych czasach gdyśmy byli bliskimi przyjaciółmi Sergiusz sam kupował mi bilety do Irkucka, odprowadzał na lotnisko i odbierał gdy stamtąd juz wracałem. “jego ostatnia przysługa polegała na tym, by “pokazać mi Syberie”. Dokładniej mówiąc pokazać mi Ural, skąd pochodziła Lena jego wybranka.

Jechaliśmy parafialnym samochodem zapewne trzy doby z przystankami w Wołgogradzie, Saratowie, Samarze, Ulianowsku, Syzraniu i Czelabińsku właśnie. Czelabińsk podobnie jak Jekaterynburg to miasta przemysłowe, których początków szukać trzeba w czasach Piotra Wielkiego. Ten okrutnik i podróżnik ma spore zasługi w historii Rosji podobnie zresztą jak i Iwan Groźny i to w czasach Piotra dokonało się tak wiele w sprawie kolonizacji oraz industrializacji regionu.

W Czelabińsku rozpoczęła się kariera wiele razy wspomnianego księdza Piotra Fidermaka. Jako członek ruchu Foccolari dołączył on do wspólnoty kilkoro niemieckich kapłanów i doprowadził do budowy monumentalnej świątyni w kształcie beczki. Parafie rejestrował na początku lat 90-tych legendarny ksiądz Jozef Świdnicki, którego do tego miasta wzywali częstokroć miejscowi Niemcy. Diaspora liczyła około 20 tysięcy ludzi. Mały kościółek, który powstał dzięki księdzu Jozefowi potem został przekazany Luteranom. Kościół zbudowany został tak, by księża mogli zamieszkiwać w solidnej wieży. Odwiedziłem to miasto w 1999 roku i zastałem tam wtedy czterech kapłanów, z czego polowa była ze wschodnich Niemiec. Był tam również pewien Austriak artysta, który wykonywał z gliny piękne figury i drogę krzyżowa. Za swa prace nie pobierał żadnej zapłaty. Pozostawił mi swój adres i nawet pertraktowałem z nim sprawę jego przyjazdu na Sachalin, by dekorować kolejny kościół. Wydalenie moje jednak przeszkodziło realizacji tych planów.

Skąd tak wielka ilość katolików ktoś zapyta. Otóż gdy w pierwszych miesiącach wojny Stalin ewakuował cały przemysł rosyjski na Ural to do licznych zakładów wojennych gdzie trwała tytaniczna praca kierowano tych ludzi, którym Stalin nie ufał i nie wysyłał na front. W tej grupie byli obywatele pochodzenia niemieckiego, głównie kobiety i dzieci. Po wojnie w Czelabińsku powstało wiele zakładów chemicznych, w których praca była niebezpieczna. Kierowano do nich głównie osoby skazane za różnego rodzaju przestępstwa jak również podejrzane etnicznie elementy czyli znowu tychże Niemców.

Z tych okolic wywodzi się pewna rodzinka, która zapoznałem na Sachalinie. Już opisywałem niegdyś te historie wiec się tylko w skrócie powtórzę, ze zesłana na “chemia” czyli przymusowe roboty w Czelabińsku czy tez w okolicach pani znalazła przypadkiem medalik Niepokalanej Matki Bożej i  nosiła go około 50-ciu lat. Na starość los ja przypadkowo połączył z katolicka wspólnotą na Sachalinie. Jej dwie córki i wnuczka szykowały się do chrztu świętego w naszej parafii wiec i babcia się zainteresowała tym egzotycznym dla niej wyznaniem. W trakcie bliższego zapoznania się zapytała, czy znam znaczenie medalika i jakże była przyjemnie zaskoczona, ze jej “ulubiony talizman” to katolicka relikwia.

W tych okolicach jest tez miasteczko Zlotoust, którego nazwa przemknęła mi przez głowę gdyśmy je mijali nocą. Pamiętam, ze teren był pagórkowaty, bośmy jechali po serpentynach.

 

 

Biskup Jerzy SVD

 

Na początek nim przejdę do opowieści o Wschodniej Syberii i Dalekim Wschodzie zacytuje księdza Biskupa Jerzego Mazura, który zachęcał do popularyzacji Syberii. Zapraszał wielu dziennikarzy a jednego z nich Marka Koprowskiego oddal pod moja opiekę na cale trzy tygodnie, bym mu pokazał Daleki Wschód.

Ksiądz Biskup prosił byśmy pokazali Syberie w sposób optymistyczny i ciekawy. Był przekonany, ze tylko w ten sposób można otworzyć Polakom oczy na niesamowite możliwości i potencjał jaki to miejsce daje. Miał owszem na myśli głównie potencjał duchowy ale ja opisując historie i krajobrazy postaram się tez opisać to co mi osobiście przypadło do gustu. Zresztą dokładnie tak samo postąpił pan Marek.

To on stal się moim mistrzem w niełatwej sztuce felietonu.

 

Gdy wszedłem do mieszkania Biskupa Jurka w Irkucku to od razu rzucił mi się w oczy herb miasta Jarosław. Biskup chlubił się miejscem swego pochodzenia. Zdawałoby się, ze Mazurzy powinni pochodzić z Polski północnej tymczasem nasz Ekscelencja wyrósł w Galicji co rzucało się w oczy gdy się zważy jego austriacka precyzje w słowach i w działaniu. Na pewno ta cecha czyniła go podobnym do naszego papieża. Owszem Biskup Jerzy jak wielu z nas był pod urokiem Ojca Świętego i w sposób świadomy czy nieświadomy naśladował Jana Pawła II. Był optymista i człowiekiem dialogu.

Urodził się jak sadze w 1953

Pamiętam jak w roku 1999 świętował we wrześniu 25 lecie swych pierwszych ślubów zakonnych wiec należy przypuszczać, ze wstąpił do zakonu w 1974

Zakończył studia w seminarium w Pieniężnie jak każdy werbista, potem dodatkowo studiował w Rzymie i przygotowywał się do misji w Afryce. Spędził w Ghanie 4 lata o czym opowiadał wielokroć nam na Syberii miedzy innymi na poświeceniu kościoła na Sachalinie. Potem w 1991 roku przyjechał do Baranowicz na Białorusi, gdzie wyróżnił się w podobnym stopniu jak Klemens Pickiel talentem organizatora i człowieka dialogu, zresztą taki tytuł miało czasopismo jakie spopularyzował na Białorusi.

Umiał żyć skromnie i podróżować bez odpoczynku, umiał również bardzo mądrze korzystać z przepychu, który uczynił go w Irkucku partnerem dla dziennikarzy, dygnitarzy tak watykańskich jak i miejscowych. Chciał i potrafił promować Syberie nie jako miejsce katorgi, która poniża i wyniszcza, ale tez jako miejsce rehabilitacji losów ludzkich i punkt zmartwychwstania. Postawił sprawy kościoła na poziom jakiego nie było dotąd ani w Nowosybirsku ani w Moskwie ani tym bardziej w Saratowie. Nie dal sobie w kasze dmuchać. Byłem świadkiem sprzeczki miedzy nim i don Antonini. Ksiądz Biskup bardzo cenił i kochał Bernardo ale gdy chodziło o sprawy pryncypialne potrafił się kłócić.

Zabronił don Bernardo płacić pieniądze dla Natalii Galetkinej, która sam zatrudnił jako irkuckiego korespondenta moskiewskiej gazety “Swiet Ewangelia“. Nie przebierał w słowach gdy widział ze ktoś się obija lub “pali głupa“. Powiedział mi kiedyś pol żartem pol serio, bym sam nie malował w kaplicy “bo ludzie przestana chodzić do kościoła”. Mówił to jednak tak dobrodusznie, ze milo było słuchać jego krytyki. To było zawsze rzeczowe i życzliwe. Wyraził się kiedyś na mój temat, ze Jarosław to katolicki parowóz, który czasem dostaje zadyszki.

Był najprawdziwszym szachista i wygrywał wszystkie partie jakie były do rozegrania na Białorusi jako przełożony werbistów w całym ZSRR opracował sensowny plan misji. Zresztą 4 lat pobytu w Syberii tez wystarczyło by nadać kierunek i sens wielu rzeczom w kościele zwłaszcza w dziedzinie DOBROCZYNNOSCI I BUDOWNICTWA. Księża których zobowiązywał do budowy świątyń i otwierania kolejnych parafii w danym mieście czyli nie poprzestawać na małym a starać się ogarnąć w każdym większym mieście nie tylko jeden masyw a kilka, żeby zmniejszyć odległość wierzącego do parafii. Wszelkie marzenia i spostrzeżenia jakie miałem współpracując z ks. Biskupem Kondrusiewiczem i potem Pickielem po raz pierwszy zbiegały się 100%. Poprzednicy uspokajali mój zapal, krytykowali, hamowali. Biskup Mazur był pierwszy który nie ceregielili się i zachęcał do pracy zawsze.

Owszem zdarzyło się, ze kiedyś miałem dość koreańskich i amerykańskich intryg. Mawiał wtedy “przyjedz do Listwianki, odpoczniesz”, kiedy jednak podawałem powody dla jakich mam jeszcze pozostać przyjmował jako rzeczowe. Nigdy nie słyszałem od niego “Jarek głuptasek”, owszem mógł i gorzej powiedzieć ale w oczy.

Za to go cenie. Mam krewnych w Ełku wiec podpytuje jak mu się wiedzie w nowej roli i słyszę, ze dobrze. Może trzeba by dłużej tam posiedzieć i samemu się przyjrzeć ale jak na razie nie mam powodów do krytycyzmu. Obserwuje z daleka to co robi w tej niełatwej bo biednej diecezji jak jest w ciągłym ruchu i jak się stara promować świętego Brunona, największy skarb tej ziemi mazurskiej: ekumenizm.

Mógłby się obrażać na Rosje jak to ze mną bywa ale on pozostał człowiekiem dialogu. Posyła kleryków na praktyki i księży do pracy na Syberii i gdy trafi mu się w gościnę taki żebrak jak ja to od razu ciągnie do stołu a sekretarzowi wydaje dyspozycje, by mu cos do kieszeni dać na drogę…

Jeden jedyny raz przyznał się mi w Kleosinie zanim jeszcze dostał dekret do Ełku, ze go upokorzono niezwykle i ze to upokorzenie nie ma nic wspólnego z wydaleniem z Rosji. Chodziło o klęskę odejścia dwu kapłanów, którzy pracowali w miasteczku Brack i odeszli pomimo, ze pokładał w nich tyle nadziei. Upokorzyli go dwaj młodzi neoprezbiterzy, na których tyle nadziei pokładał cały kościół Syberii. Odeszli po 8 latach studiów i zaledwie jednym roku pracy  w kapłaństwie. Oto co najbardziej trapiło biskupa. Nie intrygi polityków ale własne grzechy kościoła go upokarzały, bo to właśnie te grzechy najbardziej od środka niszczą kościół a nie to co sobie zaplanował pan Putin czy jakiś inny car Rosji.

Tak oto postrzegam księdza biskupa Mazura. Zapewne moja opowieść trochę odbiega od skrótów myślowych i stereotypów wypowiadanych na jego temat zwłaszcza w rosyjskiej prasie brukowej. Ja myślę, ze warto dalej opowiadać na ten temat nie na zamówienie ale z racji sprawiedliwości. Ksiądz biskup kochał Syberie i tym się kierował. Niech ta swoista dedykacja będzie mu małą satysfakcją za brak zrozumienia, opuszczenie i niesprawiedliwe wyrzucenie z ulubionej placówki na irkuckich wzgórzach.

 

Moja prośba o wyjazd na Syberie

 

Administraturę w Irkucku objął znany mi od 1995 roku ksiądz Jerzy  Mazur. Podobnie jak z biskupem Pickielem zapoznaliśmy się w Fatimie na zjeździe duchowieństwa z krajów byłego ZSRR. Ksiądz Mazur był wtedy adiutantem kardynała Świątka. Tym niemniej dostrzegł mnie i ja jego. Na mój list z prośbą o przyjecie do pracy w Syberii odpowiedział niezwłocznie.

Widzieliśmy się na konsekracji Biskupa Klemensa w czerwcu 1998 a już w październiku byłem w Irkucku na “oględzinach”. Biskup Mazur oglądał mnie, ja jego i jego miasto biskupie. Mieszkał na 4 Pietrze niedaleko centrum, można tu było dojechać tramwajem. Zjawiłem się o piątej nad ranem. Sekretarz biskupi otworzył mi drzwi, był koniec listopada, nastały chłody sporo śniegu, choć gdy wylatywałem z Rostowa tam trwało babie lato.

Miałem wiele rozmów z Biskupem, dostałem zaproszenie na odpust w Usolu Syberyjskim. Obejrzałem sobie stary kościółek, odwiedziłem polska wioskę Wierszynę i po tygodniu wyjechałem, by to wszystko rozważyć i dokończyć projekty jakie w okolicach Rostowa rozpocząłem.

 

Usole

 

Ksiądz Biskup od razu dostrzegł, ze jestem “nieadekwatnie ubrany”. Wygłosił myśl, która  mi się bardzo spodobała “Sybirak to nie ten, który nie marznie, ale ten który wie jak się ubrać w czasie mrozu”. Dostałem wiec na dobry początek puchowa kurtkę z prawdziwego pierza od dziekana księdza Ignacego i w niej przemieszczałem się po okolicach Irkucka.

W Usolu msza święta odbywała się w biurze jednego z braci Kustos. Oboje polskiego pochodzenia “rządzili niepodzielnie miasteczkiem”, w którym 80 procent mieszkańców deklaruje polskie pochodzenie. Byliśmy po Mszy u niego na obiedzie, pamiętam jakieś maluchy plątały się po  mieszkaniu, bo biznesmen i starosta oboje bardzo młodzi, trzydziestolatkowie, wiec rosły im w domu pociechy. Nie powiem zarówno biuro jak i mieszkanie biznesmena nie robiły wrażenia przepychu tym niemniej to było mile, ze nasi rodacy maja cos do powiedzenia w stutysięcznym miasteczku. Mróz był trzaskający. Mer pokazał nam sklep, w którym w przyszłości miała się znajdować katolicka kaplica w centrum miasta.

Dowiedziałem się, ze są tu dwie nauczycielki polskiego juz od dawna i ze jest to zasługa pewnej Polski ze Lwowa. Organizacja miała nazwę Ognisko. Ksiądz Pawlus Ignacy, miejscowy dziekan narzekał na nią bardzo, ze nie jest lojalna i ze do kościoła nie chodzi, ze jest kłótliwa i ze odciąga od kościoła Polonie. Nie pierwszy i nie ostatni tego rodzaju konflikt.

Gdy po dwu latach odwiedzałem znowu te parafie to nastąpiło tam wiele zmian. Przybył na stale młody karmelita ojciec Maciej, który wyremontował wspomniany sklep, wynajął mieszkanie po sąsiedzku. Zostały tez sprowadzone dwa zakony żeńskie: karmelitki bose i siostry albertynki. Te pierwsze miały wedle zamysłu biskupa przemodlić sprawy całej diecezji, te drugie aktywnie włączyły się w posługę biednym, których tu nie brakuje. Za jakiś czas dołączył do ojca Macieja mój stary druh znad Donu pierwszy stały proboszcz taganroski ojciec Kasjan Dezor, człowiek z niezwykłą historia i wyglądem.. Lubił żartować ze swego nazwiska opowiadając, ze dziadek był Azor, tato Cezor a on Dezor.

Miał patriarchalna bródkę, która sobie na noc zakręcał tak, by w dzień była fałdowana, lubił pisać wiersze i był świetnym gawędziarzem. Jako trzeci karmelita dotarł do nich jeszcze ojciec Paweł kolejny proboszcz z Taganroga a nawet jakiś czas dziekan rostowski. Ta migracja karmelitów z Taganroga do Usola to naturalne pragnienie, by uczcić świętego Rafała Kalinowskiego.

Oglądaliśmy tez kurna chatkę z drewna, w której mieszkał jakieś 3 lata zesłaniec święty Rafał Kalinowski…

 

Wierszyna

 

Do Wierszyny pojechaliśmy we dwójkę z księdzem dziekanem Ignacym. Za kierownica zielonej Lady siedział Rosjanin Igor, mąż tutejszej Polki, aktywista neokatechumenatu, w przyszłości kierowca Biskupi. Msza odbywała się w po polsku w kościółku z nieciosanego drewna sporych rozmiarów. Zadziwiły mnie tutejsze śpiewniczki wykonane metodo “samizdatu” rosyjska czcionka ale po polsku. Budynek zachował się z czasów przed rewolucja. Remontował go dziekan. Latami pełnił role klubu ale dość szybko przywrócono go dla potrzeb kultu. Jakiś czas mieszkał w niej pomysłowy ksiądz Drozdowicz z Warszawy.

Tego samego dnia otrzymaliśmy po Mszy zaproszenie na obiad do jednego z  domostw. Wszystkie były do siebie podobne. Zbudowane z okrąglaków najprawdopodobniej z listwienicy. Szpary pomiędzy belkami wypełnione mchem, bardzo cieple w środku. Domy solidne i przestronne. Miejscowość bardzo długa u podnóża jakiegoś wzgórza pokrytego gęstym syberyjskim lasem. W dolinie przepastne pole. Wieś położona ponad sto kilometrów na północny wschód od Irkucka należy administracyjnie do tej części Buriacji, która wyznaje jakieś szamańskie religie i po drodze widzieliśmy kilka wysokich drzew pokrytych kolorowymi sznurkami jak choinki. Z czasem miałem ujrzeć podobne dekoracje w buddyjskiej części Buriacji czyli w okolicach Agińska. Okazuje się, ze tutejsi buddyści również czcza “święte drzewa”. We wiosce podobnie jak w Usolu jest wykładany polski język, młodzież odwiedza ojczyznę a najzdolniejsi udają się na studia. Warto dodać znany fakt, ze nie jest to wieś zesłańców a przykład dobrowolnej migracji z Kieleckiego. Na początku 20-go wieku władzom carskim udawało się skutecznie agitować zbiedniałych chłopów polskich do emigracji za obietnice ziemi. Obietnicy władze dotrzymały ale na kilka lat, bo zaraz po osiedleniu się polscy chłopi przeżyli rewolucje i kolektywizacje. Musieli oddać swa ziemie i wstąpić do kołchozu, a powrotnej drogi do Polski już nie było.

Biskup Mazur jeszcze w dzień święceń biskupich swego kolegi Klemensa Pickiela obiecał mi, ze pośle mnie na Kamczatkę, bo w ten sam dzień gdy nadeszła prośba parafian z Kamczatki, by wysłać do nich księdza ja wysłałem telegram z podaniem o przyjecie do pracy. Dla biskupa to był opatrznościowy zbieg okoliczności. Decyzji biskup już nie zmienił. Gdy się zjawiłem w sierpniu 1999 był już gotowy dekret w tej sprawie.

 

Listwianka

 

Dekret otrzymałem w miejscowości Listwianka. To malowniczo położony nad Bajkałem kurort około 40 km  od Irkucka. Nazwa się bierze od bardzo popularnego syberyjskiego drzewa, z którego buduje się domy i mosty, ponoć dobrze się konserwuje w wodzie, nie gnije i nie próchnieje. Sam Bajkał w tym miejscu ma szerokość około 20 kilometrów i ciągnie się dobrych 300-400 km na północ w stronę Bratska. Ma ponoć ponad kilometr głębokości i owszem woda jest bardzo  czysta nadal. Choć jak mawiają mogłaby być jeszcze czystsza gdyby nie fabryka celulozy jaka powstała u ujścia Angary. Zdarza się, ze Bajkał zamarza na kilka miesięcy i wtedy ludzie ze Sliudzianki, gdzie tez jest mała katolicka wspólnota złożona głównie z Ormian mogą na skróty jechać do Irkucka po lodzie. Gdy zima już panuje to ryzyka nie ma ale zdarza się w listopadzie lub w kwietniu, ze jakiś kierowca bezgłowy zaryzykuje przedwczesna wycieczkę i może gdzieś na środku akwenu ze swym samochodzikiem utonąć. Na tym jeziorze w 2000-m roku pływał na kajaku mój podopieczny z seminarium ksiądz Darek Sanko z diecezji ełckiej. Zachęcałem go aktywnie, by dołączył do nas jako misjonarz. Słuchał moich slow uważnie i rzeczywiście przyjechał z kolega ale jak wspomina biskup Mazur jego interesowały nie tyle misje co ekstremalny sport wyczynowy. Ta niespokojna dusza penetrowała cala Rosje i jak się potem dowiedziałem ze spóźnieniem po jakichś 5 latach zginął on na Elbrusie w czasie surowej zimy zdaje się 2006-go roku.

Przed laty ksiądz Pawlus kupił dla parafii dacze nad Bajkałem niedaleko niewielkiego portu, z którego kursują małe statki po tym  ogromnym basenie. Wybrzeże jeziora jest w tym miejscu pagórkowate, wręcz górzyste a plaża pokryta pięknym żółtym piaskiem. Na wybrzeżu wielu handlarzy czeka na turystów sprzedając im wyroby z kamieni szlachetnych i rybę o niezwykłym smaku. Ryba nazywa się omul i podobno nigdzie na świecie w żadnym zbiorniku wodnym podobnej ryby nie można spotkać.

Ksiądz Biskup Mazur zaplanował na tym terenie ośrodek rekolekcyjny imienia Jana Pawła II z dużą kaplica i stałym Kaplanem, któryby próbował ewangelizować okolicznych mieszkańców. Mój pobyt na Syberii i scena wręczenia dekretu miały miejsce właśnie w tej miejscowości. Biskup Jerzy był niesamowicie utalentowanym organizatorem. Przeżyłem razem z dużą grupa ponad 20 kapłanów ciekawe rekolekcje a następnie mieliśmy w jakimś sanatorium po sąsiedzku ogólne seminarium dla kapłanów i sióstr o tematyce ekumenicznej. Zajęcia prowadził archimandryta Sergiusz Gajek marianin.

Wszystko zakończyło się 8-go września po czym mieliśmy uczestniczyć w poświęceniu kamienia węgielnego pod budowę katedry irkuckiej.

 

Stary Irkuck

 

Irkuck jest starożytny. Ma sporo zabytków jak na Syberie. Był pare stuleci stolica generalnego gubernatorstwa i stad liczne solidne drewniane kamienice, które powolutku zapadają się pod ziemie. W 18-tym wieku powstało tez sporo budynków kamiennych w tym również solidna cerkiew. Troszkę później powstał kościół i kircha. Niewielkie rozmiary jednak kościoła i trudności z jego zwrotem zniechęciły pragmatycznego biskupa Mazura do prowadzenia niekończących się pertraktacji o jego zwrocie. Biskup planował monumentalna katedrę i użył wszelkich sposobów tajnej dyplomacji, by doprowadzić do budowy katolickiego centrum na miarę największej terytorialnie diecezji świata. Praktycznie rzecz biorąc po 2 latach od chwili swego naznaczenia Biskup Mazur miał już wszystko co potrzebne do kierowania diecezja. Owszem z nazwy to była jeszcze Apostolska Administratura, ale sprawy zmierzały w tym kierunku i nawet obecny wśród nas abp John Bukowski, nuncjusz, przyznał się, ze jego bledem czy klęską było, ze od razu nie postarał się o status diecezji dla czterech rosyjskich Apostolskich Administratur.

W momencie gdyśmy poświęcali kamień węgielny pod nowa katedrę owszem było już 4-ch biskupów ale nowe dwie Apostolskie Administratury ogłaszane były nieśmiało w przeciągu 1999 roku.

Jak już wspomniałem miałem możność uczestniczenia w tych epokowych zdarzeniach.

Wszystko odbywało się na fundamentach monumentalnej świątyni.

Pogoda dopisała. Budowa zajmował się Słowak z ruchu Foccolari ks. Piotr Fidermak. Równolegle do tej budowy obsługiwał on jeszcze parafie dojazdowa w Angarsku i na tzw. Akademgorodke czyli Irkucku II budował sporych rozmiarów kaplice i klasztor sióstr Boromeuszek, trzeci obiekt, który wznosił w tym czasie ksiądz Piotr to rozbudowa wspomnianego ośrodka w Listwiance. Za jakiś czas ten niezmordowany Kaplan miał jeszcze się włączyć w budowę kościoła w Czycie na terenie danego sanatorium “Złota Dolina“ .W tym wypadku miałem ten wyjątkowy zaszczyt, ze osobiście podjąłem starania o przydział w/w działki z budynkami i rejestracje parafii.

Ksiądz Piotr konsultował budowę kościoła na Sachalinie i pomagał mi jakiś czas obsługiwać wspólnotę parafialna na Kamczatce

To był wszędobylski człowiek. Opowiadał kiedyś, ze otrzymał na Słowacji funkcje sekretarza episkopatu ale mu rola gryzipiórka nie odpowiadała wiec czmychnął do Rosji.

Pochodził ze Spisza z okolic Rużemberka, wiec pięknie mówił po polsku bez akcentu.

Kiedyś gdy za budowę katedry w Nowosybirsku został temu niezmordowanemu księdzu przyznany tytuł prałata i prawo do noszenia czerwonych guzików na sutannie, pasa i peleryny żachnął się:lepiej by mi kupili nowe portki, bo rzeczywiście klepał biedę i grosza nie wydawał na samego siebie.

W Irkucku położonym malowniczo nad rzeka Angara niedaleko ujścia czyli tego miejsca gdzie Angara wpadająca do Bajkału niepojętym sposobem z tegoż Bajkału wychodzi.

Centrum miasta o ile dobrze pamiętam znajduje się na lewym  brzegu w południowej części.

Tam jest niezwykła zabytkowa 18-to wieczna zabudowa drewniana, urząd wojewódzki katolicki kościółek zaraz obok urzędu, wielki plac z dużym pomnikiem Lenina, którego postawiono na działce luterańskiej dokładnie na tym samym miejscu, gdzie kiedyś stała kircha. Troszkę w głębi w stronę malowniczego wybrzeża znajduje się starożytna kamienna prawosławna cerkiew z jakimiś relikwiami świętych

W kościele urzędowali długie lata Salwatorianie. Nie udało się uzyskać zwrotu kościoła w tamtych czasach. Jedyne na co zgodzili się ojcowie miasta to możliwość użytkowania dużej części piwnic z kaplica i Najświętszym Sakramentem. Polowa jednak terenu podpiwniczonego była wykorzystywana przez administracje Filharmonii jako szatnia.

Na górze dużych rozmiarów organy w samym prezbiterium. Niedzielne Msze święte można było tam odprawiać i sam byłem świadkiem jaka straszna ciasnota tam panowała. Nic wiec dziwnego, ze Biskup podjął się dziel budowy nowej katedry.

 

Dworzec kolejowy

 

Dworzec kolejowy znajduje się po drugiej stronie rzeki podobnie jak i politechnika oraz nowa katedra.

Przez cale miasto kursuje tramwaj numer jeden łączący stara i nowa jego część. Pętla jedynki znajduje się na placu katedralnym. Naprzeciw wielkie korpusy Politechniki a dalej miasteczko studenckie.

Irkuck jest miastem 700-tysiecznym i wedle szacunków biskupa, który e tym względzie zawsze był optymista odsetek ludności z polskim pochodzeniem sięga 30%. W innych częściach Syberii średnio 12-18 %. Oto dlaczego wspomniałem we wstępie, ze Polska powinna się interesować ich losem. Dodam jednak, ze za swój optymizm biskup Mazur zapłacił wydaleniem z Rosji. Pożądany skutek czyli osłabienie aktywności kościoła katolickiego w Rosji i upadek wielu projektów służących promocji polskości w Syberii został osiągnięty. Tym nie mniej sprawy wyglądały w ten sposób, ze najpierw powstała placówka kościelna a krotko potem nie bez nalegania Biskupa stworzono placówkę dyplomatyczna Konsulat gdzie pierwszym urzędnikiem był pan o nazwisku Sokół.

Przy katedrze zbudowano imponujących rozmiarów kurie przy której pracowały siostry Werbistki. Był ośrodek szkolenia dla nowo przybyłych kapłanów i sióstr głównie kurs językowy. Z czasem było w kurii wiele zebrań kapłańskich i konferencji. To była smykałka w Glowie Ekscelencji.

Drugi most w kierunku zachodnim to była tama na Angarze produkująca prąd. Tedy z kurii można było szybko dojechać na lotnisko, które znajduje się na obrzeżach miasta.

Jest to podobno bardzo pechowe lotnisko, bo ilość wypadków znacznie przekracza średnia krajowa. To na nim w czasach Breżniewa pewna muzykująca rodzina korzystając z karabinów własnej roboty próbowała wylecieć do Finlandii. Matka i siedmiu młodych chłopców zdetonowali jakiś ładunek wybuchowy gdy się zorientowali, ze do samolotu zbliża się wojsko. Większość z nich zmarła.

W Irkucku część kary za Powstanie Styczniowe odbywał św. Rafał Kalinowski, tutaj również odsiadywał wyrok i stracił zęby Jozef Piłsudski w młodości skazany za udział w spisku  i zamachu na Zycie cara.

 

Nowa katedra

 

Budynek nowej katedry miejscowi mieszkańcy szybko okrzyknęli mianem czajnika Tefal. Rzeczywiście opływowy kształt budowli w konserwatywnym zakątku Syberii zadziwił wielu. Nikt dotąd n w Syberii nie słyszał o tym, ze katolicka świątynia może mieć modernistyczne kształty. Rosjanie maja idee katolicyzmu i wiążą ja z gotyckimi budowlami. Projekt wykonał na ile pamiętam białostocki architekt rodem z gór pan Chwalibóg znany dobrze naszemu biskupowi poprzez wspólnotę z Kleosina. Katedra i kuria budowane były w podobnym stylu jak białostockie seminarium wiec czułem się tu jak ryba w wodzie. Wykonawcami większości robot byli Chińczycy, choć budynek kurialny wznosili Rosjanie i Ormianie. Ta konkurencja wyszła na dobre, bo obie budowle powstały w ekspresowym tempie. Inna rzecz, ze podobno fundamenty były zrobione niesolidnie i trzeba obecnie je ratować pilnie.

Poświęcenie katedry to było cos niesamowitego. Bardzo emocjonalnie to przeżyłem. To był cały kongres Maryjny. Wszystko było jakby dla Niej. Dekoracja nawiązywała do wydarzeń Fatimskich. Krzyż wykonany w Krakowie świetnie zapełnił ołtarzową przestrzeń. Honorowym gościem był kardynał Świątek z Białorusi, który bardzo polubił biskupa Mazura w czasach gdy ten kierował placówką w Baranowiczach. Wiele doświadczeń z  Baranowicz i nawet kadry tamtejsze nadal. Pomagały biskupowi Mazurowi na szybkie i skuteczne działania.

Kościół posiadał na frontonie ogromna mitrę co nie pozostawiało wątpliwości, ze jest to kościół biskupi. Niektórych raził mały rozmiarami krzyż nad mitra. Piękny podworzec, duże schody. Parafia miała tytuł świętego Jozefa wiec prócz MB Fatimskiej w wystroju ołtarza była piękna figura świętego z dzieciątkiem.

Ławki wewnątrz stały półokręgiem w czterech zdaje się rzędach. Proboszczem był w tym momencie mój rówieśnik, przystojny ksiądz Jozef ze Słowacji.

Konsekracja katedry odbywała się równo w rok po poświęceniu kamienia węgielnego. Biskupowi zależało na tym by odbyło się wszystko w roku jubileuszowym.

Mieliśmy w dzień poświęcenia wiele imprez dodatkowych takich jak poświęcenie pomnika męczenników z prawej strony katedry. W procesji niesiono urny z ziemia z takich miejsc jak Katyń, Norylsk, Dudinka, Magadan czy nawet Czyta.

Był jakiś spektakl w wykonaniu miejscowych aktorów i koncert z motywem Ave Maryja, który potem długo krążył mi po Glowie. Kolacje jedliśmy na podworcu, jeszcze panowało syberyjskie babie lato wiec można było Cieszyc się ciepłem. Były delegacje świeckich ze wszystkich zakątków Syberii. Były nawet dwie parafianki z Taganroga i z Azowa co mnie milo zaskoczyło.

Polski episkopat był reprezentowany przez biskupa Ziembę, który wkrótce miał objąć katedrę w Białymstoku a w tym momencie rezydował jeszcze w Ełku i był odpowiedzialny za sprawy misyjne. Wygłosił on na poświęceniu dość długie przemówienie po polsku i czul się na mój gust bardzo skrepowany. Jeden z zaproszonych biskupów polskich a konkretnie biskup z Elbląga zapodział się i dość długo był poszukiwany. Okazało się, ze zapodział się w Moskwie i nie dojechał na uroczystości. W ramach obchodów 8 września występował znany teolog rosyjski prawosławny Kaplan Czistiakow, który prywatnie był filologiem klasycznym. Z wielkim szacunkiem cytował księdza Aleksandra Mienia w 9-ta rocznice jego śmierci. Wyraził przypuszczenie, ze gdyby żył to by się cieszył bardzo z faktu istnienia takiej monumentalnej świątyni w Irkucku.

Tego dnia na uroczystościach był ustępujący ze względu na zdrowie ksiądz Benedykt Zweber. Czul się tak bardzo zle, ze zaalarmowany przez japońskie siostry doprowadziłem go do akademika. Chciałem go odprowadzić do mieszkania na 4-m Pietrze ale przeprosił, ze odpocznie najpierw na parterze i potem dalej sam Pojdzie. Nie byłem pewien czy mu się to uda ale pozostawiłem go samego tak jak prosił. To było  nasze ostatnie spotkanie. Następnego dnia odleciał do Chabarowska a stamtąd do USA na leczenie. Można rzecz w takiej aurze dokonało się przekazanie władzy na Sachalinie w moje ręce. Resztę spraw budowlanych decydowałem sam konsultując telefonicznie z chorym ojcem Benedyktem.

Większość kapłanów nocowała na strychu katedry na zwykłych pryczach ale nie mąciło to świątecznego nastroju. Na odwrót czuliśmy się jak na jakimś młodzieżowym biwaku. Los zgotował nam niesamowicie entuzjastyczne zdarzenie, które się będzie pamiętać na zawsze.

To co tam przeżyłem pomogło mi zrekonstruować choćby dalekim echem za rok czasu w trakcie poświęcenia świątyni na Sachalinie. Starałem się, by wszystko co się odbywało w Irkucku skopiować w miniaturze. Nawet buklety na Mszy świętej były podobne.

 

Patriarcha Ignacy

 

Ojca Ignacego zapoznałem telefonicznie gdy trzeba było poradzić mu jak dowieźć drewniana kaplice do Bracka. Nawet wysyłałem do niego jakieś faksy w tej sprawie pamiętnym latem 1998. Po kilku miesiącach mieliśmy się spotkać. Przybył on do Irkucka w 1991-m roku i ma wielkie zasługi oraz niezaprzeczalny autorytet. Z wyglądu kojarzyłem go jak podróżnika i gawędziarza Broniarka. Niewysoki, krepy w okularach. Pochodził ponoć z gór na co wskazywałoby również podhalańskie nazwisko. Lubił się zapałać w kazaniach i w śpiewie. Był typem sangwinika i erudyty. Prowadził cos w rodzaju Klubu Inteligencji Katolickiej. Otwarł wspólnoty w Wierszynie, Ulan-Ude, Bracku, zbierał informacje na temat Czyty, która formalnie tez należała do jego dekanatu.

Mam wrażenie, ze był troszkę niedoceniany lub ignorowany przez Biskupa Mazura ale tak przecież bywa zawsze gdy na jakimś terenie pojawia się nowy gospodarz. Jako zakonnik tez z trudem znajdował sobie współbraci do pracy. Na moich oczach pojawiło się dwoje neoprezbiterów i wieść gminna niesie, ze oboje zrezygnowali z kapłaństwa. Na pewno było to jego osobista tragedia. Jako jeden z niewielu po moim wydaleniu z Rosji nie bal się odpowiadać na moje maile i pozostał mi życzliwy.

Mieliśmy mało serdecznych rozmów wiec nie potrafię nic więcej szczegółowo o nim opowiedzieć. Tym niemniej widać, ze zrobił wiele dla kościoła w tym regionie i wart jest kilku życzliwych slow, które z serca wypowiadam.

 

Krasnojarsk

 

Jest to największe miasto w Syberii Wschodniej ponad 800 tysięcy mieszkańców.

Jak większość syberyjskich miast i to również jest miastem katorgi. Tym nie mniej gdy obserwowałem je z okien pociągu zdawało mi się, ze jestem w Dniepropietrowsku, w sercu Europy. Ogromna rzeka i port w środku miasta. Styl zabudowy, ciekawe nowoczesne budowle bardzo mnie zdziwiły, oczekiwałem skrajnej biedy i większej egzotyki. Owszem to również było, ale trzeba się było dokładniej przyglądać by to dostrzec, a ja przecież zawitałem tu na chwilkę i to przez okna pociągu.

Wielokroć przejeżdżałem przez Krasnojarsk korzystając z kolei transsyberyjskiej w drodze z Nowosybirska do Irkucka od obu tych miast dzieli Krasnojarsk jedna strefa czasowa w te i druga stronę czyli po tysiąc km. Takie oto mamy tutaj skale odległości. 1000 km na “trans-sybie” to doba podróżowania. Sybiracy lekko kalkulują ile czasu musza stracić na przemieszczanie się w tych okolicach. Nikt tu się nie przejmuje takimi odległościami. Od Irkucka do Czyty tez jest tysiąc i kolejna strefa czasowa, dalej z Czyty do Chabarowska ta sama historia

W Krasnojarsku również zachował się kościół i jego los jest podobny jak los irkuckiej fary. Tam tez sala organowa i dzierżawienie kościoła przez prawnych właścicieli. Tutaj wiec podobnie jak w Irkucku Biskup zarządził budowę kościoła na obrzeżach miasta. Kościół świętej Rodziny na ile dobrze pamiętam.

Pracują w mieście księża Klaretyni znani z wielu ciekawych inicjatyw. To u nich w okresie zalążkowym było studio telewizyjne księdza Drozdowicza, które razem z nim potem przewędrowało do biskupiego Nowosybirska pod nazwa Kana. Tutaj działa studio radiowe i gazeta parafialna. Rdzeń parafii stanowią staruszki Niemki choć nie brak i Polaków. O tym jak bardzo starają się tutejsi misjonarze mogłem się przekonać w trakcie pobytu w Rzymie. Te osiem dziewcząt jakie zostały delegowane na Światowe Spotkanie Młodzieży naprawdę wiedziało po co przyjechało. W odróżnieniu od pozostałych 30-tu osób, które zostały wydelegowane z innych parafii.

Zasługą Klaretynów jest udana akcja wydawnicza. To oni w krótkim tempie wydali solidne lekcjonarze w języku rosyjskim jeszcze w dalekim roku 1993-m i od tej pory rokrocznie rozsyłają po całej  Rosji tak zwane zeszyty liturgiczne.

Długoletnim przełożonym tej misji a także jakiś czas wikariuszem generalnym diecezji świętego Jozefa w Irkucku był ksiądz Antoni Badura niezwykle pogodna postać. Człowiek erudyta, dużej pokory i ciepła osobowość. Tak przynajmniej odbierałem go od samego początku, nigdy nie tworzył dystansu w relacjach z księżmi, na odwrót czynił wszystko, byśmy go mieli za brata. Zapełniał te przepaść jaka czasami powstawała miedzy nami i księdzem Biskupem, który owszem był jak brat ale potrafił tez być nad wyraz surowy i wymagający. Poczuli to na sobie zwłaszcza księżyki z USA. Myślę, ze zupełnie słusznie dostawało im się po Glowie za niektóre wybryki o jakich jeszcze opowiem. Ksiądz Antoni na jednym ze spotkań kapłańskich wypowiedział ważne dla mnie słowa co do korzystania z programów komputerowych. “Z pirackich programów korzysta się wygodnie i świetnie, ale zle się po nich śpi”.

Był on mistrzem tego rodzaju powiedzonek.

Klaretyni mieli sporo placówek dojazdowych takich jak Aczyńsk, Kańsk etc. i ich obszar działalności to teren większy niż powierzchnia całej Europy. To klaretyńskie imperium jak się wyraził dziennikarz Marek Koprowski.

Na terenie tego imperium pracował i cierpiał Sługa Boży Walter Ciszek SJ.

Człowiek, który dobrowolnie udał się w te strony zaraz na początku II wojny światowej. Jako jezuita i obywatel USA był bardzo niezwykłym misjonarzem polskiego pochodzenia. Musiał mieć dar do języków skoro wybrał taki los ale i tak szybko został zdekonspirowany i 20 lat spędził ryzykując Zycie. O tym, ze był potrzebny niech świadczy choćby jeden znany mi fakt. Walter Ciszek ochrzcił za kręgiem polarnym w Dudince małego chłopczyka, który urodził się zesłańcowi z Wilna i tutejszej sybiraczce. Chłopiec nazywał się Jerzy Maculewicz i choć wkrótce rodzina się repatriowała do Polski, to jednak  na podwórku dzieci nazywały go Rosjaninem i on skończywszy franciszkańskie Seminarium został pomocnikiem Generała do spraw Wschodu a potem biskupem w Taszkiencie. Trzeba przyznać, ze Walter Ciszek miał dobra rękę. Na początku lat 60-tych zamieniono go na jakiegoś cennego rosyjskiego szpiega. Chociaż niezbyt chętnie wracał do USA, to jednak ten powrót tez miał sens, bo powstała książka świadectwo jego zmagań “Z miłością do Rosji”. Chyba właśnie o takiej postawie mówił nam cały czas ksiądz  Biskup Mazur. Przyznam, ze w warunkach obozowych, w jakich działał Ciszek wykrzesać w sobie miłość do Syberii było niełatwo.

 

Męczennik z Dudinki

 

W tym terenie nad przepastnym Jenisejem pracował i zginął jak męczennik w miejscowości Jarcewo ojciec Jan Franckiewicz. Motylek Boży. Obsługiwał 14 parafii wzdłuż tej przepastnej rzeki. Jakiś czas obsługiwał nawet Dudinkę za kręgiem polarnym i nigdy nie miał grosza przy duszy. Wszystko tracił na jakichś “bardziej potrzebujących”. Widywałem go kilkakroć w Irkucku i zawsze wychudzonego z siwa kozia bródką. Troszkę zgarbiony ale wysportowany harcerzy. Często razem z nim pod rączkę defilował pewien młodziutki jegomość z laseczka i w okularach. Miał wygląd bezdomnego i porzuconego człowieka, bardzo do siebie pasowali. Jak jakiś legendarny bard-ślepiec i dziecko za rękę go prowadzące. Tyle, ze tym razem to właśnie dziecko było kulawe i ślepe. Starzec radził sobie bez laski i okularów. Ciągał za sobą wózeczek z jakąś makulatura. Rozwoził zwykle i kolportował gazetę YOU i Posłańca Bożego Miłosierdzia. Wydawał te gazetki za kopiejki jakie miał. Gdy zmarł te tytuły przestały się ukazywać. Może nie wszystko wiem ale było mi tego dziadka bardzo szkoda. Razem z nim umarła nadzieja, ze można robić “cos z niczego”.

Siedząc z nim po poświęceniu katedry na lotnisku w Irkucku gawędziliśmy sobie o tym, ze wiele pieniędzy traci się na głupstwa ale nie na prasę katolicka. Nie był to zarzut wobec Biskupa. Ten się starał jak mógł. Ksiądz Jan wypowiedział jakiś chimeryczny zarzut pod adresem całego kościoła. W jakimś sensie zgadzam się z jego tym jego ”testamentem“.

Gdy dotarła do nas wieść o jego tragicznej śmierci, to mówiło się, ze podejrzany o morderstwo był właśnie jakiś dwudziestoczteroletni młodzieniec z grona wielu recydywistów, których sporadycznie wspierał i dozwalał sobie towarzyszyć w misyjnych podróżach. Recydywista ponoć był rodem z Saratowa. Niewykluczone, ze motyw rabunkowy nie był jedynym. Podejrzewa się, ze ktoś bandycie za mord dobrze zapłacił a potem dopiero aresztował. To taki perwersyjny makiawelizm, którego przykładów w Rosji można znaleźć wiele. Niestety jest powiedzonko “nie pojman nie wor - nie złapałeś, złodzieja nie ma”.

 

Boromeuszki

 

Opowieść o Krasnojarsku byłaby niepełna gdybym nie wspomniał o siostrach Boromeuszkach. Pamiętam tylko jedno nazwisko siostry Roberty Szachowej organistki ale dodam od razu, ze znam wszystkie trzy, które z Krasnojarska na prośbę Biskupa przewędrowały do Irkucka. Wszystkie z wyższym wykształceniem, z dobrych rodzin i z charyzmatem. Roberta pochodzi z bardzo muzykalnej rodziny. Oboje rodzice byli wykładowcami i ona sama przejęła od nich charyzmat. Sybiraczka z krwi i kości, na ile zrozumiałem żadnych polskich domieszek podobnie jak i dwie pozostałe siostry czystej krwi Rosjanki. Przyszły do kościoła w wieku dojrzałym i tam znalazły Chrystusa tak bezkompromisowo, ze się całkowicie oddały tej sprawie. Druga z trojki sióstr była lekarzem a trzecia zdaje się nauczycielem. Milo było patrzeć na te “świętą trojce“. Wszystkie takie różne z charakteru i z talentów, ale jedno cale w działaniu. Nie wiem w jakiej kondycji SA obecnie ale 10 lat temu to był jakiś huragan laski dla kościoła w Syberii to kim one były i co robiły. Owszem czepiali się do nich niektórzy mądrale czemu nie poszły do Prawosławia czy choćby do grekokatolików. Takie rozmowy doprowadzały je do lez i właśnie ich przykład jest klasycznym dowodem na to, ze nie trzeba być koniecznie etnicznym katolikiem w Rosji i ze można pokochać bezkompromisowo katolicyzm będąc w pełni rozumu czystej krwi i kości Rosjanka czy Rosjaninem.

 

Rosyjski ksiądz Popow

 

Ich nawrócenie w kościele katolickim to również piękne świadectwo dla tamtejszych duszpasterzy, którzy okazali się przekonującymi świadkami Chrystusa tak bardzo, ze pociągnęli swym przykładem nie jedno syberyjskie serce. Dodam na marginesie, ze w tamtych czasach szykował się do święceń diakon Popow, tez Rosjanin. Niedawno w Polsce ktoś z księży pytał mi się czy go znam. Szperałem w Glowie i rzeczywiście wspomniałem, ze kiedy wiozłem grupę młodzieży do Rzymu to dziewczęta z Krasnojarska chwaliły się swoim diakonem. Chwalono go wtedy za jego trzeźwy umysł a teraz w Polsce dostałem jakby bumerangiem dla potwierdzenia świadectwo, ze to mądry gość ten “rosyjski ksiądz”.

Nawiasem mówiąc słowo “popow” można tłumaczyć jako syn prawosławnego księdza. Cos tam musiało być, ktoś z przodków rosyjskiego klaretyna był zapewne popem. Podobna jest w ormiańskim języku przystawka ter do nazwiska co tez oznacza, ze ktoś jest z księdzowskiej rodziny.

 

Kamczatka Beringa

 

Kamczatkę zdobyli kozacy pod koniec 17 wieku i wkrótce otrzymała ona status guberni czyli zrównana była z Tobolskiem i Irkuckiem jako trzecie centrum administracyjne na Syberii. Początkowo skolonizowano północne rubieże i wschodnie wybrzeże. Potem drogę morską dla Rosji podobnie jak i cieśninę między Czukotką i Alaską odkrył admirał duńskiego pochodzenia Bering. Na jego cześć nazwano również Wyspy Komandorskie. Opłynął w przeciągu 8 lat Lodowaty Ocean, dotarł do dzisiejszego miasta Pietropawłowska na stateczku, który właśnie miał tytuł dwu książąt Apostołów. Nie potrafił jednak powrócić i zmarł z wycieńczenia, bo brakło w  jego ekwipunku witamin. Trzeba przyznać, ze w pierwszej Polowie 18 wieku to był wyczyn nie lada. Od tej pory stolicą Kamczatki stal się  Pietropawłowsk właśnie.

Był to rok zdaje się 1741.

W czasie wojny krymskiej 1854 roku port Pietropawłowsk bardzo malowniczy i pięknie położony wśród wzniesień, kilkukilometrowej długości spokojna zatoka stała się teatrem wielkiej bitwy morskiej w trakcie której zginęło 300 Francuzów i Anglików i ponoć 200 Rosjan. Ten fakt upamiętnia kapliczka krzyż i dwie armaty u podnóża tzw. Sopki Miłości nazywanej tez wzgórzem św. Mikołaja.

Ma Kamczatka ponad 300 tysięcy mieszkańców głównie w stolicy, która ma umiarkowany klimat ale często zima bywa odcięta od świata z powodu burz śnieżnych. Miasto pokrywa się wtedy tunelami kilkumetrowej wysokości a z górnych pięter mieszkańcy mogą na podwórko wychodzić przez balkon.

Zamieszkiwali tutaj katolicy od niepamiętnych czasów jako katorżnicy ale również jako urzędnicy. Chodzi mi po Glowie nazwisko mara miasta, którym był sto lat temu szanowany pan Lech. Pośród zdobywców Kamczatki 300 lat temu byli tez bracia kozacy polskiego pochodzenia, niestety wyleciało mi z Glowy ich nazwisko.

Kapelani wojskowi z Mikołajewska nad Amurem i z Chabarowska byli zobowiązani do obsługiwania katolików na Sachalinie i na Kamczatce ale czy się wywiązali z tego zadania nie wiadomo. Moje parafianki wyszukały jakieś legendarne wieści o istnieniu katolickiej kaplicy cmentarnej lecz prócz kapliczki na Sopce Miłości ja osobiście żadnego śladu o katolikach nie znalazłem. Przede mną odwiedzali Pietropawłowsk dwaj księża z Magadanu. Pierwszy raz zawitał tutaj w 1998-m ksiądz Mickel i ochrzcił pewna parafiankę, która potem była naszym sekretarzem i skarbnikiem. Nazwisko zdaje się pochodząca z Irkucka katoliczka z dziada pradziada pani Korotkowa, której córka studiowała w tym czasie dziennikarstwo w Warszawie. Potem wiosna 1999-go przybył wikariusz z Magadanu i chrzczony został Pietrowicz, mąż pani Ganzijewej, starościny parafii.

Był to okres ekstensywnej ale bardzo entuzjastycznej katechezy, który polegał na tym, ze grupa entuzjastów zbierała się w siedzibie diabetyków na ulicy Sowieckiej 16/16 aby wypić herbatkę i odmówić różaniec.

Obie uroczystości chrzcielne miały miejsce w okresie wielkanocnym. Katechizacja była minimalna lub żadna ale to już takie SA warunki i odległości.

Ja zawitałem na 1-go października 1999 z relikwiami św. Tereski i od tej pory każdy miesiąc po kilka dni spędzałem w tym mieście pod wskazanym adresem w przeciągu dwu lat. Pod koniec pobytu wykupiłem na własność wspólnoty parafialnej wspomniany lokal i przekazałem wspólnotę księdzu Marcinowi, który wcześniej pracował w Tomsku i zajmował się tam budowa kościoła. Przybył w chwili opatrznościowej, kiedy koniecznie był potrzebny stały Kaplan. Spraw nazbierało się tak wiele, ze zdalnie kierowanie wspólnotą było już niemożliwe.

 

Delegacja z Madrytu

 

Na Kamczatkę w roku 2000 Przybylo ze mną dwoje Hiszpanów.

Jeden z nich miał na imię Gabriel. Był już diakonem i wkrótce czekały na niego święcenia kapłańskie. Zabrałem ze sobą również Henrique i jego nowo spieczona małżonkę. Odwiedziliśmy szkole, w której dzieci wzięły udział w konkursie na rysunki bożonarodzeniowe. Była to zdaje się szkoła plastyczna wiec rysunki były niezłe. Samych dzieci nie napotkaliśmy, bo to był lipiec wiec dzieci były na feriach. Rysunki pojechały do Madrytu. Powstał z nich kalendarz i pocztówki, które potem przywiozłem, by pokazać parafianom. Pocztówki sprawiły dzieciom dużo radości, o całej historii miejscowa telewizja zrobiła reportaż i jak zwykle w takich wypadkach sprawa spotkała się z dezaprobata prawosławnej publiczności zwłaszcza hierarchii w osobie biskupa Ignacego. W przyszłości miałem się nieraz przekonać jak bardzo znienawidzonym konkurentem byłem dla tego byłego oficera i podróżnika.

Człowiek był ambitny. Wykształcenia innego niż wojskowe nie miał. Pływał na łódkach podwodnych w okolicach bieguna polarnego, był z tego znany ale autorytetu jako osoba duchowna nie posiadał. Nie powinienem był się niczemu dziwić tym niemniej jakoś mi się w głowie do dziś nie mieści, że ten biskup pozwalał sobie w mój adres tak bardzo niepoprawne i niekulturalne rzeczy.

 

Jubileuszowa Wystawa

 

Nasz cichy bój rozpoczął się na Boże Narodzenie Jubileuszowego roku.

Miała tam miejsce wystawa projektu katedry i jarmark dobroczynny.

Wystawiane były po sąsiedzku z urzędem wojewódzkim obrazy na aukcje.

Odwiedzał mnie w tym czasie ksiądz Aleksander Pietrzyk SAC i nawet miał chęć kupić jeden obraz dla Ojca Świętego Jana Pawła II. Zachęcałem go bardzo ale nie miał potrzebnej sumy pieniędzy a pożyczać u mnie nie chciał.

Moi parafianie proponowali Biskupowi współudział w wystawie.

Nie mieliśmy nic do sprzedania ale mieliśmy cos dużo bardziej cennego. To była relikwia Krzyża świętego. Wędrująca szczypta relikwii w malutkiej monstrancji, która mi przekazał z Irkucka dla Czyty ksiądz dziekan Ignacy Pawlus.

Biskup Ignacy poprzez swoich urzędników w sposób radykalny odmówił się od jakiejkolwiek współpracy a nam udało się wystawić relikwie na jeden dzień w Bibliotece Wojewódzkiej. Przybylo w ciągu dnia ponad sto osób i to było sporym sukcesem. O wydarzeniu powiadomiła mieszkańców miejscowa telewizja i tym sposobem o istnieniu katolickiej wspólnoty na Kamczatce dowiedziało się sporo osób.

 

Persona Grata

 

Wśród nich była pani Jadwiga dobrze znana aktorka polskiego pochodzenia. Choć pod naciskiem biskupa Ignacego i miejscowego prawosławnego Proboszcza przyjęła Prawosławie, to jednak nie raz ze łzami wyznawała mi swoja lojalność jako katoliczka. Było przykro patrzeć na rozterki tej kobiety która kilkanaście lat prowadziła na miejscowym kanale piękne audycje religijne dla dzieci i została zmuszona do zmiany wyznania, by moc kontynuować sprawę i przez to nie stracić źródła utrzymania. W wielkiej konspiracji załatwiła mi udział w audycji “Persona Grata”, po której na moja głowę zwaliła się cala seria agresywnych listów.

W czasie audycji na pytanie czy katolicy różnią się od Prawosławnych użyłem niefortunnego jak się okazało argumentu, ze w 988 roku Rus Kijowska przyjmowała Chrzest w czasach gdy nie istniało podziałów na katolicyzm i prawosławie wiec można śmiało rzec, ze to był katolicki chrzest. Pisano mi wiele pogróżek. Co ciekawe adresy na kopertach pisała ta sama ręka, choć w środku kopert były listy od różnych organizacji w tym również od oficerów jednostki wojskowej i od Kozaków.

Tak zmasowanej kampanii nienawiści przeciw mojej osobie i przeciwko kościołowi dawno nie spotykałem ale miałem spotkać za rok, gdy zaczęła się ogólnokrajowa nagonka na kościół. Kopie wszystkiej tej korespondencji “przypadkowo” posiadał u siebie Biskup Ignacy i za rok po tych zdarzeniach pokazał mojemu Biskupowi żądając “satysfakcji” i przeprosin.

Wracając do moich gości z Hiszpanii to owszem, Kamczatka jak dla wszystkich pozostałych gości była dla nich miejscem wielkiej przygody i okazja do wielu refleksji. Wulkany w środku miasta, zawile uliczki i domki przyklejone jak gniazda do górzystych zboczy wybrzeża półwyspu. Na pewno byli zaskoczeni skromnymi warunkami funkcjonowania parafii w drewnianym piętrowym baraku. Najbardziej jednak zaskoczyło ich menu. Na śniadanie obiad i kolacje była cały czas czerwona ikra, czyli kawior oraz jesiotry. Skomentowali zaskoczeni, ze takie królewskie dania jedzą tylko na Boże Narodzenie. Ja im jednak wyjaśniłem, ze my to jemy na codzień, bo to najtańsze i najdostępniejsze produkty na półwyspie.

 

Marek Koprowski na błotach

 

Innym moim honorowym gościem na Kamczatce był dziennikarz Marek Koprowski, któremu do gustu przypadła nie tylko kawior, ryba i rosyjskie piwo ale również blotko w Elizowie. Odwiedziliśmy z pewnym parafianinem dzikie plaże, na których można się było wymazać leczniczym czarnym mułem wulkanicznym i obmyć w gorącej termalnej wodzie.

Zarówno we Władywostoku, Komsomolsku jak i na Kamczatce Marka intrygowały rosyjskie zardzewiale lodki podwodne. Każda y nich wedle jego slow to mała Hiroszima. Ja tez słyszałem, ze w tamtych czasach stało na Kamczatce 50 takich podwodnych lodek zupełnie bezużytecznie i powolutku jedna za druga tonęły stwarzając ogromny ekologiczny problem dla otoczenia. Podobno deinstalować taka przestarzałą łódkę kosztuje więcej niż zbudować nowa, dlatego państwo przyzwalało milcząco by je topić ale na zachodzie wzbudzało to wielka konsternacje i słuszne komentarze.

 

Pan Hrabia na lotnisku

 

Jeden z moich parafian Kazimierz był wicedyrektorem lotniska na Kamczatce i gdy się dowiedział, ze ma nas odwiedzić Biskup, to załatwił, ze nie będziemy przechodzić zwyklej kontroli a ze jako VIP - ów odbierze nas z samolotu autobus. Biskupowi to się  bardzo spodobało. Tego wieczoru kąpaliśmy się w Elizowo na termalnych basenach i syn Kazimierza filmował “dostojnych gości”. Biskup się zmartwił i długo mnie prosił, by ten film zdobyć i zniszczyć. Doprawdy nie wiem skąd i po co te obawy. Parafianie szczerze i z honorami spotykali biskupa tak jak przystało randze takiej wizyty. Odbywało się to wszystko w marcu 2001 roku. Biskup przyznał się, ze Jan Paweł II osobiście go przynaglał, by się troszczyć o parafie św. Tereski na Kamczatce.

Po roku czasu, gdy Biskupa deportowano zrozumiałem jego obawy. Owszem on nam wspominał, ze jest ciągle śledzony i inwigilowany ale myśmy do tego tak przywykli, żeśmy tego nie traktowali jako cos niezwykłego i ze z tego mogą wyniknąć jakieś sankcje i represje. Jakże się myliliśmy…

 

Podoficerski samolot

 

Od chwili mego pojawienia się na Kamczatce miałem kontakt z pewnym podoficerem, który mieszkał w okolicach największego wulkanu świata w miejscowości Klucze.

Miał na imię Dima i był bardzo aktywny wręcz narzucający się. Był na poświęceniu katedry w Irkucku, bywał na zjazdach katechetów i napraszał się byśmy go wyświęcili na diakona. Podpadł mi jednak, bo powiedział, ze w Kluczach sprzedaje się aparatura radiowa i jeśli my znajdziemy fundusze to będziemy mieli własną stacje nadawcza an Kamczatce. W swej naiwności zaufałem chłopcu, znalazłem sporo pieniędzy a gdy przyjechałem sprawdzić jak ten projekt działa to on mi pokazał jakiś chlewik od którego nie miał nawet kluczy. Za pieniądze kupił sobie najdroższy komputer na którym się bawił w gry komputerowe a o tworzeniu radia nie było mowy. Owszem twierdził, ze można z tych pieniędzy zbudować kaplice i ze obowiązkowo wszystko odda tym nie mniej jak się mój pobyt w Rosji zaczął tak się podobnie skończył. Okradziono mnie na spora sumę pieniędzy w 1992 roku w Rostowie pod pozorem zakupu samochodu i pod pozorem zakupu stacji radiowej okradziono mnie również na Kamczatce. Najśmieszniejsze, ze w obu wypadkach panowie, którzy się dopuścili oszustwa maja się dobrze uważają się za wierzących dalej kolegują się z Kaplanami czyhając na kolejna okazje, by skubnąć księdza.

Ulubiona bajka Dimy były nasze podróże do Kluczy. Miał on podobno tak wielkie znajomości na lotnisku wojskowym ze w każdej chwili mógł mnie zabrać do odległych o 600 km Kluczy samolotem właśnie. Przez dwa lata odwiedziłem Klucze dwakroć i zawsze samochodem lub autobusem. Chłopak miał niezwykłą wyobraźnię.

Co uderzyło mnie i Hiszpanów, to fakt ze w rodzinie tego podoficera zdarzył się fakt uzdrowienia małżonki.

W 1999 roku odwiedzałem w Jetafe na przedmieściach Madrytu don zakonny Matki Maravillas. To znana w Hiszpanii mistyczka karmelitanka, której beatyfikacja miała miejsce krotko potem. Dwa tygodnie po wizycie w Jetafe byłem w Kluczach właśnie i dowiedziawszy sieje małżonka Dimy pochodząca z Postawów na Białorusi katoliczka ma raka mózgu zaproponowałem, by się pomodliła za pośrednictwem Sługi Bożej. Opowiedziałem jak umiałem jej historie i przekazałem relikwie.

Po roku czasu okazało się, ze rak się zatrzymał, ze nie rośnie.

Entuzjazm mój własny i tej rodziny był wielki. Również Hiszpanie się  bardzo cieszyli z tego powodu. Tym nie mniej nie powstrzymuje mnie to od mówienia całej prawdy o różnych nadużyciach, by było wiadomo w jakich warunkach działać musi katolicki Kaplan na antypodach i z jakimi katolikami ma mieć do czynienia.

Kamczatka ma piękną przyrodę i nie czuje się uprawniony by ja kompetentnie opisywać. Po drodze do Kluczy tylko 100 km asfaltu reszta to polny trakt. Dużo lepiej podróżuje się zima niż latem.

60 km przed Kluczami trzeba czekać na prom. Jeśli się wieczorem na niego nie zdąży to cala noc człowieka gryzą malutkie komarzyska.

Cala trasa 600 km to teren niemalże bezludny. Wysokie sosny na przestrzeni dziesiątek kilometrów pożary zamieniły w sterczące kikuty a mimo to  wokół przyroda jest bardzo bujna, bo kilku miesięcy letnich wystarcza, by wszystko co zima zniszczyła “wybuchło” na nowo. Pośród roślinek jakie tu rosną najbardziej intrygowała mnie tzw. Czeremsza, która ponoć pomagała przetrwać wielu podróżnikom, bo jak czosnek smaczna posiada również Mnóstwo witamin i chroni od chorób. Spośród zwierząt najbardziej niebezpieczne są wielkie niedźwiedzie z tego samego c o na Alasce gatunku greezli. Jest ich wprawdzie 10 razy mniej niż ludzi ale i tego wystarczy by się bać. Spotkanie oko w oko z głodnym niedźwiedziem może się dla człowieka zakończyć klęską. Podobno w okolicach Korjacji już się zaczyna tundra i ciągnie za do Czukotki ale w tych okolicach jakie opisuje las jest przepiękny i gesty. Milo było odwiedzać te strony ze świadomością, ze bywał tu już August Polak czyli hrabia Beniowski i Benedykt Dybowski, który dobrowolnie wydłużył sobie zsyłkę, by się zapoznać z życiem podobnych do Indian Ameryki Północnej Itelmenów i je opisać w sposób bardzo dokładny.

Wracając jednak do mego parafianina to trzeba przyznać ze tacy żołnierze jak Dima w opisanym okresie mieli słabe zarobki i nieregularne wypłaty toteż latem chodzili często na kłusownictwo łowić ryby a zwłaszcza czerwona ikrę, zbierać grzyby i mnóstwo innych nielegalnych rzeczy. Nie będę dodawać, ze moje wizyty w Kluczach, które były i są pewnie zamkniętym poligonem wojskowym obcokrajowcy nie maja wstępu wiec bywałem tam nielegalnie.

Pojecie legalności w Rosji to oddzielny temat i na ten raz podaruje sobie i czytelnikowi długie dygresje na ten temat. Wystarczy sobie przypomnieć co w PRL uważane było za legalne i nielegalne, by pojąć, ze również w Rosji nikt sobie mocno tymi sprawami Glowy nie zaprząta. Państwo tez jest zainteresowane, by wszystko lub prawie wszystko co robią obywatele było nielegalne. Wystarczy w potrzebnej chwili wszechobecne przyzwolenie Zamienic na powszechna “nagonkę”. W podświadomości Rosjanina taka możliwość jest zawsze brana pod uwagę. My Polacy czasami jednak w Rosji tracimy te czujność i wpadamy w sidła bezpieki.

 

Pop Ivan

 

W tychże Kluczach na Nowy 2000 rok miałem wizytę u popa Ivana.

Człowiek był na początku nieufny ale gdy wysłuchał moja historie życia w zamian za szczerość zapłacił szczerością i opisał jak pewnego dnia ze starosty parafialnego w przeciągu doby bez studiów teologicznych stal się Kaplanem.

Mimo, ze marzył o tym by w Kluczach był ksiądz prawosławny i bardzo o to zabiegał decyzja biskupa, by go wyświęcić na łapu-capu bardzo go zaszokowała i zadziwiła. Wyglądał na zniechęconego pomimo, ze godność przyjął i starał się ja wykonywać najsumienniej jak mógł. Bogu dzięki człowiek był porządny i nie nadużywał stanowiska i autorytetu Kaplana jak to niejednokrotnie bywa  w innych tego rodzaju sytuacjach.

 

U biskupa Ignata “z biciem czołem”

 

Wspomniany przez mnie prawosławny Biskup Ignat z Kamczatki to patrząc z boku bardzo ascetyczna postać. Wysportowany, wychudzony ale tez podstępny i pamiętliwy gość. Gdyśmy go z Biskupem Jerzy Mazurem odwiedzali w jego siedzibie w okolicach cmentarza na czwartym kilometrze(odległości w stolicy Kamczatki i nazwy ulic wyrażane są w kilometrach od 1 do 30-tu, na 30-tym jest już Elizowo i lotnisko),to nawet ze współczuciem patrzyłem na jego “osiągnięcia”. Krzyż na dachu dawnego kina stal jakiś pokrzywiony. Ołtarz w katedrze na scenie ani jednego okna w pomieszczeniu…

Cały jednak czar tej prostoty zniknął, gdy w trakcie spotkania biskup zaatakował mnie jak czołg żądając wyjaśnień i satysfakcji za moje słowa i czyny.

Jak niegdyś w Wołgodońsku, dla  świętego spokoju przyznałem wszystkie jego racje, przeprosiłem i nawet do nóg padłem, co mu wyraźnie zrobiło przyjemność. Nie mogę się do dziś nadziwić jak takie głupawe gesty mogą w naszym stuleciu jeszcze robić wrażenia na ludziach kościoła, tym niemniej cos takiego jest, ze nawet w rosyjskim języku mówi się “idę z czoło biciem”, czyli po prostu idę do urzędu o cos prosić, bijąc czołem!!!

 

Robert Reilley na Kamczatce hiszpański chrzest

 

Jednym z moich kolegów na Dalekim Wschodzie był Robert Reilley MM, misjonarz z Maryknoll kapłan, który przepracował 30 lat w Japonii a potem zdecydował się na wyjazd na misje do Rosji. Kiedyś Bralem u niego wywiad i publikowany był w rosyjskiej katolickiej gazecie. Przyznam, ze on mi sympatyzował i ja jemu również. Jego rodzona siostra także zakonnica w Japonii przez długie lata jako psycholog prowadziła dla świeckich katolików kursy buddyjskiej zen - medytacji. Czego to katolicy na misjach nie wymyślą…

Robert opowiadał mi jak to jadąc pierwszy raz do Japonii spędził 2 tygodnie na statku. Opowiadał jaka straszna piszcząca bieda była w tym kraju gdy on się tam udawał pod koniec lat 50-tych i jaka straszna depresja. Mimo to jednak pracowało się lżej, bo ludzie byli otwarci na Boga, podobne spostrzeżenia mieliśmy w Rosji. Ktoś nawet wyrzekł opinię, ze bez kryzysy materialnego Rosjanie nigdy by nie zaczęli zadawać pytań o sens życia i szukać Boga.

Reilley podobnie jak inni jego koledzy Amerykanie miał wyidealizowany obraz Rosjan, nadmiernie im ufał i był krytyczny wobec Polaków. Te rusofilstwo Amerykanów zawsze mnie wprawiało w podziw, bo ze swej strony Rosjanie Amerykę atawistycznie nienawidzą i zrobili wiele, by naszemu Robertowi i innym księżom całkowicie popsuć nerwy i chęć pracy na Dalekim Wschodzie.

Tym niemniej u początków swego pobytu w Chabarowsku ksiądz Reilley jako skarbnik Misjonarzy Maryknoll bardzo się ciekawił moimi osiągnięciami i potrzebami na Kamczatce. Jeden raz zdecydował się na odwiedziny mojej parafii, by zbadać czy jest w stanie mi jakoś pomoc. On również był bardzo zadziwiony, ze 3 razy na dzień na Kamczatce jemy kawior i jesiotry, najbardziej jednak się wzruszył gdy go  powiadomiłem, ze będziemy chrzcić hiszpańskie dziecko.

Pewien chłopiec, marynarz, który  sporadycznie odwiedzał parafie opowiadał mi, ze jego tato jako chłopczyk, sierota wojny domowej w Hiszpanii był wywieziony do Rosji ale swych korzeni nie zapomniał i zachęcał syna, by ten jeśli będzie miał taka możliwość uczęszczał do katolickiego kościoła.

Nie wiem jakim cudem Igor (imię hiszpańskiego chłopca)nas odnalazł i opowiedział, że wkrótce będzie ojcem. Zapoznał tez ze swa dziewczyna i od razu poinformował, ze ślubu nie będzie bo żadne z nich tego nie chce. Dziwna sytuacja. W Polsce nikt by się nie podjął chrztu w takich okolicznościach. Ja jednak miałem do pomocy misjonarza z 30-letnim stażem i on nawet okiem nie mrugnął gdy go zapytałem, czy można chrzcić w takiej sytuacji. Wziął wszystko na siebie i łamanym rosyjskim językiem dokonał sakramentu co mu wyraźnie poprawiło humor. Nigdy już więcej mnie nie odwiedzał i żadnej materialnej pomocy dla tej parafii nie okazał. Tym niemniej jego pobyt również dla mnie miał duże znaczenie, bo było się z kim poradzić i było komu opowiedzieć w jakich warunkach żyje i funkcjonuje tam na końcu świata katolicka parafia.

 

Don Bernardo na Kamczatce

 

Innym razem w przeddzień Wielkanocy odwiedził mnie na Kamczatce don Bernardo Antonini świątobliwy Kaplan z Włoskiej Werony rodem. Był odpowiedzialny za rok jubileuszowy wiec postanowił, ze w tym roku odwiedzi wszystkie parafie rosyjskie od końca do końca. Zimą odwiedził Sachalin i nie zdążył być na Kamczatce. Pojechaliśmy wiec na wiosnę. Ludzie go bardzo polubili. On się dal Lubic. Odwiedziliśmy kilka miejsc gdzie można byłoby budować kościół i obiecał się modlić w tej sprawie. Prosił byśmy “kuli żelazo póki gorące” i obiecał ze z Rzymu od ojca świętego przywiezie nam kamień węgielny co zresztą zrobił. Miasto nazywało się Pietropawłowsk wiec na kamieniu było napisane z bledem parafia Piotra i Pawła na Kamczatce. W rzeczywistości była  to parafia świętej Tereski ale to nie miało wielkiego znaczenia. Parafianie i tak cieszyli się bardzo, ze cos takiego się dokonało i ze kościół na Kamczatce ma osobiste błogosławieństwo od ojca świętego a na dowód tego don Bernardo przywiózł mi nawet zdjęcia tej chwili jak schorowany pontyfik siedząc błogosławi kamień trzymany w dłoniach Werończyka.

Taki to już był ten nasz don Bernardo. Prosto z Kamczatki miał lecieć do Magadanu a stamtąd  już nawet nie wiem dokąd, b o dalej przecież się nie da. Na Kamczatce i Kołymie Rosja się kończy. Do Czukotki choć się bardzo rwałem ksiądz Biskup Mazur nie pozwolił mi jechać. Twierdził, ze jest jeszcze dość roboty na Sachalinie i póki kościoła nie zbuduje nie ma co marzyc. Otóż zbudowałem, ale marzenie o Czukotce pozostało niezrealizowane. Ani ja ani Bernardo nie dotarliśmy do tego miejsca.

 

Ksiądz Marcin

 

Ponieważ mamy rok kapłański i warto cos dobrego powiedzieć o księżach to mi się nadarza taka okazja, by wspomnieć w ciepłych słowach swoich dwu następców na Kamczatce. Zacznę od wspomnianego księdza Marcina ze Słowacji.

Kiedy przyjechał do mnie na Sachalin, by posłuchać o Kamczatce, która miałem mu przekazać, to nastąpiła konsternacja, bo na krotko przed poświęceniem kościoła Misjonarze Maryknoll przysłali mi swojego rewizora księdza Emila Dumas, by sprawdził czy nie nadużywam środków, które oni po śmierci proboszcza księdza Zwebera nadal.  przekazywali ze szczodrości serca. Budowa mogła być bez przeszkód kontynuowana. Ksiądz Emil jak większość amerykanów sceptyczny co do mnie szukał dziury w całym i czepiał się każdego drobiazgu. Owszem, budowa jak wspomnę o tym jeszcze nie raz wyszła 10 razy drożej niż w Czycie, gdzie był oszczędny i utalentowany ksiądz Piotr Fidermak. Na Sachalinie jednak był pusty plac nieuzbrojony. Wszystko trzeba było robić od zera podczas gdy w Czycie były gotowe budynki i tylko trzeba było je przerobić. Tam nie było kłopotu z materiałami budowlanymi, wystarczyło rozebrać niepotrzebne hangary i już była cegła. Cegle na Sachalin sprowadzaliśmy promem z Chabarowska, bo na wyspie nie zachowała się ani jedna cegielnia. Żeby wykonać żelbetonowe konstrukcje trzeba było ratować od bankructwa ostatnia taka wytwornie na wyspie. W Czycie robotnicy dostawali zapłatę na ręce a w Sachalinie wszystko Szlo przez przelewy a tym samym lwia część pieniędzy została obłożona podatkami. Każdy szczegół podrażał budowę. W Czycie budowali Chińczycy, których trud jest wszędzie konkurencyjny. Cenę budowy podrożyła również wieża, której początkowo miało nie być w planach ale architekt bardzo nalegał, ksiądz biskup się zgodził a ja przystałem na budowę dodatkowego 7-metrowego przęsła, by kościół na tle 9-pietrowgo domu i cztero piętrówek był solidny i widoczny.

Na Sachalinie budowała prestiżowa firma Grenada, która wcześniej wykonywała zamówienia dla Amerykańskich potentatów takich jak Shell i Ecson. W USA dziwili się, ze tracimy na budowę sumy porównywalne do amerykańskich, takie jednak były realia. Pospiech kosztował a myśmy chcieli zdarzyć za życia księdza Benedykta, który zdobył wszystkie pieniądze na te budowę. Nie było tak naprawdę czemu się dziwić. Emil Dumas, który spędził 30 lat w Japonii na misjach i funkcjonował w innej kulturze jako przełożony miał nawyki niedowierzania i kontrolował wszystko…

Na przykład dziwił się co ten Słowak będzie robił u nas na plebanii w tak gorącym okresie przygotowań do poświęcenia kościoła. Każdy Polak w takiej sytuacji ucieszy się, bo będzie mieć kolegę do pomocy w odprawianiu, spowiadaniu etc. Ten się jednak zmartwił, ze kucharka będzie mieć zbyt wiele roboty wiec szybciutko wyjaśniłem Marcinowi jaka sytuacja i poprosiłem, by sobie dwa tygodnie dzielące od poświęcenia kościoła poczekał w moich dojazdówkach. Gdy pomysł mu się spodobał zmartwiony Dumas odetchnął z ulga. To  było opatrznościowe i potrzebne rozwiązanie. Przekonałem się szybko jak łatwo Słowacy czują bluesa i jak lekko dogadują się z Polakami na misjach.

Jedyne o co mnie spytał ksiądz Marcin to czy tam na parafii w Chołmsku i Korsakowie jest rower. Wspomniałem ze mamy w garażu kolarzówkę. Marcin się bardzo ucieszył a jeszcze bardziej parafianie z dwu wspomnianych dojazdowych parafii. W obu miałem dużą grupę do sakramentu chrztu i w ramach przygotowania obie parafie w przeciągu tygodnia miały codzienna Msze i katechizacje. Nawiasem mówiąc bardzo ludzie pokochali tego słowackiego Kaplana a on wzajemnie polubił Sachalin i przeszedł chrzest bojowy jak się odnaleźć pośród księży Amerykanów.

Marcin za pieniądze które mu pozostawiłem na remonty(około 10 tysięcy niewykorzystanych dolarów) dokonał cudów na Kamczatce. Wyremontował lokal na ulicy sowieckiej. Położył nowy dach i zjednoczył wspólnotę, która podobnie jak w dojazdówkach sachalińskich tylko co miesiąc widywała księdza.

Po jakimś czasie ksiądz Marcin wykupił wolno stojący dom i tam urządził nowy kościółek. Jak to się mówi jeden sial drugi polewał. Tym trzecim miał być proboszcz z Irkucka, którego Amerykanie od razu nazwali Bycicle Priest…

 

Bycicle Priest

 

Jak widać z poprzedniej opowieści rowery to atrybut księży w diecezji irkuckiej.

Ksiądz Marcin wprawiał się na Sachalinie a ksiądz Kowal na Syberie na rowerze po prostu przyjechał. Przedtem był ojcem duchownym w Koszalinie ale cos go ciągnęło na wschód więc przyjechał na własnym rowerze do Irkucka. Nie miał rejestracji w przeciągu 40 dni wiec groziło mu wydalenie. Musiał pojechać do Mongolii, by tam sobie załatwić nowa wizę.

Nie wiem w jakich okolicznościach doszło do roszady w Irkucku i Kamczatce nie mam też pojęcia z jakimi trudnościami zetknęli się obaj proboszczowie, ze do takiej uzdrawiającej zamiany doszło.

Pamiętam jednak dobrze jak entuzjastycznie mnie odbierał ksiądz Kowal gdyśmy się pierwszy i chyba jedyny raz spotkali w ten pamiętny wieczór gdy przyleciał do nas werbista ksiądz Bocian. Ksiądz Kowal już chyba był proboszczem to był rok 2001-szy. Proponował, ze zawiezie na lotnisko swoim samochodem ale ja nie chciałem fatygować, zresztą onieśmielił mnie tym swoim entuzjazmem w kółko nazywając mnie wielkim misjonarzem. Nie  mogłem pojąć czy żartuje czy naprawdę tak mocno mnie ceni.

Skoro jednak była w tych jego słowach powaga to czas bym mu jego życzliwość odwzajemnił i pozdrowił tym tekstem na odległość, życząc mu wielu łask w tej sprawie budowania kościoła pod który dane mi było wykopać parę nieudanych rowków dla fundamentu. Jak zwykle bywa o poprzedniku ma się dużo wrażeń “po owocach”. Zapewne na miejscu ksiądz Kowal poznał mnie lepiej i miał z mego powodu niejedna przykrość zwłaszcza ze strony biskupa Ignata. Jeśli tak było rzeczywiście. Jeśli w sercach parafian pozostał jakiś żal, to przepraszam. Tak bywa niestety. To właśnie dlatego lepiej odejść przed czasem niż na cale życie w jakimś pięknym zakątku świata się zasiedzieć.

 

Forteca na Kołymie

 

Słowo Kołyma jest tak uniwersalne, ze powinno być wpisane na listę UNESCO jako obowiązkowy element kolektywnej pamięci ludzkości na tej samej polce co Oświęcim i żydowski Holocaust. Ofiar tutaj w czasach stalinowskich było nie mniej niż w Auschwitz. Nic dziwnego, ze katolicy maja szczególny sentyment do stolicy Kołymy czyli miasta Magadan.

Lotnisko jest położone 40 km od miasta. Teren pagórkowaty. Od Jakucji Kołymę oddzielają sporych rozmiarów sopki i ostatnio dowiedziałem się, ze istnieje projekt budowy drogi lądowej czyli asfaltu, któryby połączył Magadan z Jakuckiem i dalej z Irkuckiem. Jakby się to dziwne nie zdawało takiej lądowej drogi nie ma do dziś. Port często zamarza i na długo a lotnisko nie zawsze działa z powodu śnieżycy zima. Zima trwa ponad Pol roku wiec łatwo się domyśleć, ze jest to swego rodzaju forteca, do której dotrzeć nie łatwo i uciec nikt nie zdoła.

 

Magadan u gubernatora

 

W Magadanie w marcu 2000 roku byliśmy razem z don Bernardo. Był również ksiądz Biskup. Była to planowa wizytacja w trakcie której podjęto decyzje o budowie kościoła Bożego Narodzenia, odbyło się spotkanie u Gubernatora, spotkanie z represjonowanymi i wiele innych. Wzruszająca była  wizyta przy pomniku maski i w muzeum.

Gubernator Magadanu wydal mi się od początku jakiś niedorozwinięty. Biskup wziął ze sobą cala świtę, bo uważał, ze tak będzie lepiej dla sprawy. Była pani z Caritas i kilku kapłanów. Biskup monitował o “pobyt stały” w Rosji dla swych kapłanów. To było w gestii gubernatora dać taki dokument ale on się upierał, że trzeba działać “wedle instrukcji”. Instrukcja była taka, ze pobyt stały w Rosji może otrzymać obcokrajowiec, który wstąpił w związek małżeński z obywatelka Rosji. Wedle tej instrukcji wielu Chińczyków w Syberii zawarło fikcyjne związki małżeńskie, potem się rozwiodło i nadal. Żyje sobie w Rosji bez trudności wizowych jakie maja katoliccy księża wzdłuż i wszerz tego kraju.

Gdy biskup próbował mu wyjaśnić, ze my mamy ślub bezżenności, którego nie wolno żadną miarą przekraczać i naruszać, to gubernator tylko się Zahna: “niech się Zenia, skoro instrukcja tak mówi”. Ktoś by pomyślał, ze on kpi ale patrząc na wyraz twarzy człowieku było zrozumiałe, ze on nie pojmuje co mówi ale mówi to poważnie.

Gdyśmy odwiedzali muzeum, to z kolei don Bernardo nie mógł wytrzymać i ze wzburzeniem wykrzykiwał co kilka kroków patrząc na eksponaty dotyczące katorgi “gli banditi, gli banditi”, to wszystko co miał na ten temat do powiedzenia.

 

Instytut św. Jakuba

 

Któregoś dnia proboszcz z Magadanu zaprowadził nas do protestanckiej Szkoły Biblijnej. Podobno jakaś ilość katolików tez w niej się uczy. To na mój gust zwykle salki katechetyczne czasów PRL. Szumna nazwa szkoły oczywiście wzbudzała szacunek, bo katolicy prócz kolegium św. Tomasza z Akwinu w kilku największych miastach Rosji (Petersburg, Saratów, Nowosybirsk) nic podobnego nie maja. Święta zazdrość bierze, gdy się widzi i słyszy jak wiele dobrego robią w tej dziedzinie “niedouczeni” pastorowie a u nas w Polsce ludzie z tytułami doktorskimi, licencjatami i magisterkami teologii nie mogą sobie znaleźć pracy. Bywa gorzej o zgrozo. Ponoć po studiach na KUL niektórzy świeccy wracają(tak tak o dziwo) do Rosji i tez nie ma dla nich pracy w parafiach, bo nikt nie ma na to pomysłu jak otwierać katolickie przedszkola, szkoły, kolegia czy uniwersytety, a przecież jeszcze parę dziesiątków lat temu wiedliśmy prym w krajach misyjnych właśnie w tej dziedzinie i żadnych kompleksów nie było. Swoimi własnymi oczyma widziałem katolicki Uniwersytet w Tokio i w Tajpeju, wiem że jest podobny w Hong-Kongu. Tylko państwa post-sowieckie wszystkie nadzieje na ewangelizacje łączą z działalnością parafialna i w najlepszym razie z działaniami Caritas.

Jest czego się uczyć u protestantów, zaprawdę.

 

Ksiądz Mickel

 

Ksiądz Mickel rzucił mi się w oczy jeszcze w Listwiance. To człowiek, który wiele zrobił by być lub przynajmniej uchodzić za pokornego i świątobliwego jak dziecko. Miał temu służyć habit na podobieństwo Charlesa De Foucauld, patriarsza broda etc.

W Listwiance zapadła mi w pamięci scena, kiedy to wpada wielki jak niedźwiedź człowieczek z dziecięcą ciekawością wykrzykujący “czyście już widzieli tego nowego księdza z Chabarowska???”. Księża pokazali mu na mnie i z zawstydzeniem jak mały chłopczyk podszedł i podał mi rękę.

Za pare dni zrobił mi “komplement”, ze nie wyglądam na Polaka. “A co takiego wygląd Polaka” zapytałem i wtedy on mi mętnie powiedział, ze Polak w jego odbiorze musi być podobny do Biskupa albo przynajmniej do dziekana Pawlusia, lub choćby do Antoniego Badury z Krasnojarska. To byli wszyscy jego przełożeni, i pewnie miał do nich jakieś ale. Nie chciał mi przy pierwszym spotkaniu wyjaśniać, ze frakcja księży amerykanów stoi w opozycji do Biskupa a przez to nie lubi wszystkich polskich księży. Ile ja się potem musiałem nasłuchać jakiego to niedorozwiniętego mamy biskupa i papieża. Takie gadki były po to jak rozumiem, żeby mnie postawić na miejsce i upokorzyć. Wielekroć to się udawało. Trzeba było mieć silne nerwy, żeby to wysłuchiwać. Ja jednak byłem zdany na słuchanie. Malo tego powoli zaczynałem poddawać się intrydze wedle powiedzonka kiedy wesz les miedzy wrony musisz krakać jak i one. To się stało ze mną później. Ja tymczasem przybyłem tylnymi drzwiami bez pompy i reklamy zwykłym pociągiem transsyberyjskim druga klasa czyli plac kartem. Po takiej podróży byłem zgłodniały i wymięty i zapewne taki typek nie pasował im na “biskupiego szpiega”. Widocznie już z góry ustalili miedzy sobą ci amerykańscy misjonarze, ze ja jestem ten “typ spod ciemnej gwiazdy”, który im pomiesza wszystkie szyki. W gruncie rzeczy w jakiejś mierze tak to się odbyło. Ja nie mogłem patrzeć spokojnie na cały ten amerykański bałagan jaki się odbywał w 4 najodleglejszych parafiach naszej diecezji: Władywostoku, Chabarowsku, Magadanie i Sachalinie. Owszem, w niektórych sprawach porządek i dyscyplina były idealne ale w innych dotrze galo się wręcz  pogardę do sakramentów. Najbardziej mnie denerwował brak spowiedzi. Na  Sachalinie na przykład ludzie spowiadali się tylko raz do roku. Nie było tez troski o niesakramentalne związki. Ci ludzie nawet nie zostali poinformowani, ze ślub kościelny jest warunkiem do otrzymania sakramentu pokuty i komunii świętej. Owszem we Władywostoku stała szafa konfesjonał z migającym światełkiem, by zachęcić do spowiedzi ale ludzie nie wyznawali ważnych rzeczy, zwłaszcza tego, ze nie maja sakramentu małżeństwa i tak latami przystępowali do komunii świętej…

Mniejsza o to. Tych rzeczy miałem się dowiedzieć potem. Początek jednak był dobry. Mickel zaakceptował moja “niepolska powierzchowność” wiec była szansa, ze zaakceptuje i resztę. Miał dość bogaty rosyjski słownik ale straszny irlandzki akcent. Sympatyczna i zawsze roześmiana twarz jak z amerykańskich bajek otwierała serce każdego, kto chciał się z nim zaprzyjaźnić, kontakt był ułatwiony. Niestety jak się szybko zorientowałem Mickel nie tylko był artysta w sensie malarstwa ale tez był dobrym aktorem i mógł wielu zmylić swoja pobożną i uśmiechnięta maska. Owszem pracował nad sobą i robił to ostentacyjnie. Spal w tym pokoju gdzie był najświętszy sakrament i robił to również jak się potem okazało w Magadanie.

Sadził wiosna kartofle jak wszyscy Rosjanie i często odwiedzał Pustynie wedle charyzmatu Domu Madonny, który sprowadził z Kanady dla wsparcia swej działalności. Lubił opowiadać, ze jak był mały to mama straszyła go, ze jak kaszki jeść nie Bedzie to go wyśle na Syberie. I tak się stało w rzeczy samej. Mickel był Kiedos prywatnie z Biskupem Alaski w Magadanie i serce jego zapaliło się  do tych misji. Zgłosił się wiec na ochotnika do pracy ale gdy mu odmówiono to wcale się nie zmartwił, bo jak opowiadał nie był do końca przekonany. Biskup powrócił do rozmowy  niespodzianie po 2 latach, bo właśnie potrzebował kogoś, by tam posłać na miejsce ojca Augustyna, który spędził w Magadanie sporo czasu ale miał problem alkoholowy i musiał wracać.

Jechał wiec z dusza na ramieniu, bo już minął pierwszy entuzjazm, tym niemniej słowa nie cofnął, był konsekwentny.

Za jakiś czas dołączył do niego jeszcze jeden Irlandczyk malutki wzrostem ksiądz Brian. Zapoznaliśmy się bliżej w trakcie podróży na Tor Vergata do Rzymu.

Trzeba było wiele cierpliwości i odwagi, by samodzielnie dowieźć grupę nieznanych sobie podrostków z kilkunastu syberyjskich parafii. Mickel to rozumiał i wysłał mi do pomocy swego wikariusza. Problem polegał na tym, ze wikariusz w przeciągu tygodnia naszego pobytu w Rzymie dzień w dzień chodził do rosyjskiej Ambasady, by sobie wyrobić powrotna wizę i żadnej pomocy mi nie okazał, bo zawsze wracał podenerwowany, ze go znowu odprawili z kwitkiem. Na odwrót jak mógł nerwy mi psul dziwnymi pytaniami czemu tak a nie tak czemu to a nie owo, był najgorzej poinformowanym i krnąbrnym dzieckiem w mojej grupie. Mi nerwy pękały zwłaszcza na koniec, gdy zapodziało nam się gdzieś polowe grupy w wielkim milionowym tłumie i na pół godziny przed odlotem brakowało jednej dziewczyny, która miała ze sobą bilet innej. No cóż opisałem wszystkie te perypetie w naszej katolickiej gazecie wymieniając po imieniu niektóre osoby również z Magadanu. Pseudo pokorny ksiądz Mickel zniszczył cały nakład gazety, byle się jego parafianie nie dowiedzieli, ze delegaci jakich on posłał do Rzymu zamiast na spotkanie z papieżem na Tor Vergata poszli sobie na plażę we Fiumicino.

Super pokorny brat Mickel, nowy Charles de Foucauld stal nade mną jak kat w podwórku katedry irkuckiej i na oczach zebranych pielgrzymów wyzywał od najgorszych, za to ze ja jego dziewczątka w gazecie obraziłem.

A przecież mogłem dopisać zgodnie z prawda, ze gdy Magadanska grupa siadała na samolot, to dziewczęta zatrzymano na kontrole osobista, bo wiozły jakieś zabronione rzeczy, które na moich oczach bez skrepowania wręczyli im jacyś znajomi chłopcy z Moskwy, by to przeszmuglowały do Magadanu. Ja wiem, ze wiele osób na lotnisku tak postępuje, ale po spotkaniu z  papieżem można się było powstrzymać od dodatkowych biznesów. I tak cala podróż była sponsorowana przez dobroczyńców z Watykanu. Pielgrzymka do Rzymu do samego końca była dla nich pretekstem a nie celem. Naiwny Mickel tego nie wiedział i nawet wiedzieć nie chciał i to był jego bol, jakiego nie sposób wysłowić. Niestety takie rozczarowania czekały na każdym kroku a ja ponieważ w lot to demaskowałem byłem ten niedobry ksiądz nasłany przez biskupa.

Ja mu na to odpowiedziałem krotko. Wy Amerykanie zawsze wiecie lepiej jak świat ma żyć i w kościele tez chcecie niepodzielnie rządzić, ale się to wam nie uda, bo nie jesteście pokorni…

Tutaj się mój rozmówca zamknął, bo zrobiłem mu największy zarzut pod słońcem, cos czego on się nie spodziewał. Z Listwianki zapamiętał mnie jako pokorne ciele na które można wrzeszczeć bez powodu a to głupie ciele nie pozwoliło na siebie krzyczeć.

Obok stal sławetny Juri Bieloziorow i nie tylko słuchał ale tez pilnie fotografował nasza sprzeczkę. Gdy się wszystko skończyło podszedł i mi pogratulował.

Nie wiem do dziś czy kpił, czy naprawdę tak długo czekał, by zobaczyć Amerykanina w niewygodnym świetle. Reprezentował przecież jedna z tych amerykańskich parafii, gdzie wszystko co z USA miało Pietno nieomylności…

 

Ferie Biskupa Hurleya

 

Miałem honor spotkać człowieka, który przez przypadek czy zrządzenie losu z nudów zainicjował parafie w Magadanie. Biskup Hurley lubił latać samolotami, bo i sam był pilotem. Gdy dostrzegł, ze y Anchorage jest bezpośredni rejs do rosyjskiego miasta Magadan postanowił tam spędzić urlop. Planował pobyć tam tydzień i wrócić na Boże Narodzenie do swej diecezji. Tymczasem jak to bywa na okres świąteczny w Magadanie była burza śnieżna i lotnisko zamknięto na cały tydzień. Hurley, żeby nie umrzeć z nudów zaproponował ludziom, których zdarzył zapoznać, ze chętnie odprawi Msze świętą dla chętnych. To był rok 1990, gdy ciekawość do Zachodu i religii była w punkcie wrzenia. Znajomi zamówili dla Biskupa lokal zrobili ogłoszenie w prasie i niespodzianie zwaliło 500 osób.

Biskup nie  miał żadnych doświadczeń misyjnych ani nawyków wiec jakby z rozbiegu zachowywał się jak u siebie w domu, czyli odprawił Msze uroczyście jak mógł. Cały tekst włącznie y  kanonem i kazaniem ktoś tłumaczył, potem zaprosił wszystkich na komunie, bo w Ameryce nie jest przyjęte pytać czy ktoś był na spowiedzi. Tutaj wypadało zapytać czy ktokolwiek jest ochrzczony ale biskup z wrażenia i z rozpędu potraktował sprawę z typowa amerykańska rozbrajająca prostota.

Wszystkie 500 osób przystąpiło do komunii świętej świętokradzko ale nieświadomie wiec bez grzechu. Wiem to z opowiadań pewnej parafianki, zapomniałem tylko zapytać skąd nieprzygotowany na taka ewentualno biskup wziął tak wiele komunikantów…

Być może sprawował Msze świętą na zwykłym chlebie.

Nie mowie już o tym, ze powinno się było  skonsultować całość z tutejszymi władzami kościelnymi ale kto lepiej zna sytuacje ten wie, ze w 1990 roku  żadnego Biskupa na terenie Rosji nie było a najbliższa parafia w Nowosybirsku w tym momencie nie była w stanie podtrzymywać z Magadanem żadnych stosunków, bo sama ledwie wyszła z podziemia. Biskup w Nowosybirsku miał się pojawić dopiero po roku czasu od chwili gdy opisane zdarzenia miały miejsce.

Na cześć tego wydarzenia nazwano wspólnotę niezwykłym tytułem Parafia Bożego Narodzenia. Powiedziałem nazwano, bo entuzjazm po Mszy był tak wielki, ze od razu znaleźli się chętni, by zorganizować w mieście kościół. Samolotu nadal. Nie było i biskup naprędce podyktował statuty i nim miasto opuścił już były zatwierdzone statuty. Od tej pory Alaska traktuje Magadan jako swoja przybrana córkę i jak już wspomniałem problemów z poszukiwaniem sponsora na liczne humanitarne projekty magadańska parafia nie miała nigdy.

Jak to mawiają Rosjanie i śmiech i grzech. Niewątpliwie tak właśnie miało być, bo warto dodać, ze bardziej bezbożnego miasta w Rosji w tym momencie nie było. Magadan nie miał ani Prawosławnej cerkwi na ten moment ani żadnej sekty, stad tak wielki boom.

 

Kościół świętej Tereski

 

Niewątpliwą zasługa Mickela jest sam fakt, ze trwa i ze stara się mimo zgrzytów robić to o co go się prosi. Pamiętam dyskusje na temat kościoła w Magadanie. Dla takich ekscentryków jak przybyli z USA misjonarze idea biednego kościoła jest bardzo fajnym brendem. Znudzeni pięknymi amerykańskimi świątyniami pasjonowali się wręcz, ze musza się spotykać w zwykłym blokowisku i absolutnie nie chcieli tego zmieniać nawet nie przeprowadzali koniecznych remontów w swoich mieszkaniach nazywając to dziadostwo ubóstwem. Biskup jednak dal rade ich przekonać, ze na jubileuszowy rok powinni zbudować pomnik niewinnie zamordowanym ofiarom Gułagów i dopiero takie postawienie sprawy przemówiło do serca Micela i sponsorów, których oczywiście miał niemało.

W przeciągu roku na gotowych fundamentach pewnego nie dokończonego z powodu kryzysu budynku w niezwykle szybkim tempie powstał kościół świętej Tereski z Lisieux przy zachowaniu tytułu Boże Narodzenie.

 

Dom Madonny

 

Grupa y Kanady i USA, głównie z Alaski to świecki instytut założony przez świątobliwą hrabinę de Hook Daugherty Kołyszkiną.

Ta rosyjska emigrantka przeżyła niełatwe Zycie u boku dwu katolików, od których jedynym dobrem miało być ich wyznanie, które ona przyjęła całym sercem i twórczo upodobniła do Prawosławia propagując rosyjskie praktyki ascetyczne z dostosowaniem do amerykańskiej mentalności.

Doświadczyła biedy nie jeden raz. Pracowała w knajpach i była tam atrakcja, bo nie w każdej knajpie klienci są obsługiwani przez rosyjska hrabinę. Próbowała sil jako pisarka i dziennikarka nareszcie jako opiekunka biednych ulicy.

Jej metoda by chować się na jeden dzień z jedna bulka chleba w pomieszczeniu przypominającym leśną chatkę i tam medytować cały dzień biblię bardzo przypadła do gustu niektórym amerykanom i oni wpadli na pomysł, by tę metodę na powrót przywieźć do Rosji.

Jako przyczółek wybrano Magadan właśnie.

Członkowie instytutu prowadzili w Magadanie bibliotekę i chętnie podróżowali po całej Rosji na różne zebrania towarzyskie. Nasz biskup czasami się irytował, bo wedle zasady finansował wszystkie przejazdy kapłanów i sióstr na zebrania katechetyczne. Opłacał, bo wielu nie  było stać na kosztowne przejazdy. Tymczasem dość dobrze sytuowani księża i siostry z Magadanu wystawiali największe delegacje na te zloty i niemal nie doprowadzili biskupa do bankructwa. Dawał im wielkie na to pieniądze i jeszcze jak już wspomniałem w ich oczach był niedobry. Takie zgrzyty mieliśmy na co dzien. Rożność kultur i ras na misjach to jeden z największych problemów  nie tylko w relacjach z parafianami ale tez pomiędzy samymi misjonarzami.

Trzeba przyznać, ze ksiądz biskup nie miał lekko i być może nerwy mu puszczały. Nie wykluczam, ze mógł prywatnie tego czy owego typka obrazić, bo i sam był obrażany.

Co by tam nie było przyjechaliśmy, by głosić Chrystusa i nawet przy takich uwarunkowaniach to się odbywało.

 Magadan choć najodleglejsza rosyjska wspólnota miał i ma swe 3 grosze do powiedzenia i musi się liczyć z tym, ze będzie krytykowany tak przez swoich jak i obcych.

 

Katecheci z Ojoka

 

To, ze w Magadanie dzieją się również pozytywne rzeczy to fakt niezaprzeczalny. Doświadczyłem tego podczas wizytacji biskupiej. Młoda para katechetów, którzy wzięli pod swa opiekę pewne miasteczko w zatoce 50 km na północ od Magadanu i ze to dało piękne owoce było dla nas wszystkich niespodzianka. Dotąd wydawało się nam, ze to tylko protestanci maja wędrownych misjonarzy świeckich. Okazało się, ze tak Władywostok jak i Magadan maja dobrze umotywowany laikat, ludzi którzy sa gotowi pójść na wieś i samodzielnie bez specjalnej zachęty ze strony proboszcza organizować od podstaw Zycie parafialne. Można rzec metoda Braci Białych z Afryki. Tak sobie myślę, ze to jest przyszłość kościoła w Rosji. Na razie takich ludzi jest Malo. Ja nawet nie pamiętam imion tych katechetów. Zamazały mi się w glowie ich twarze ale pozostaje faktem, ze udało im się to o czym się księżom nie śniło. Katecheci nawiązali dobre stosunki z miejscowymi władzami. Te im oddały bezpłatnie pewne budynki i pomogły w ich renowacji. Mądrzy ojcowie miasta szybko dostrzegli pożytek dla miejscowej społeczności gdzie spore bezrobocie i wiele osób przygnębionych. Zawsze to jakieś bardziej pożyteczne zajecie chodzić do kościoła niż do knajpy w kolko. Znalazła się grupa entuzjastów, którzy nie mając żadnych korzeni katolickich porzucili ateizm i zapełnili naprędce powstałą świątynię. Dwaj księża, którzy w 100 tysięcznym Magadanie posiadali około 100 parafian nie mieli az tak wiele pracy, musieli się nagle zmobilizować i zacząć obsługiwać parafie dojazdowa, która okazała się niewiele mniejsza od Parafii Matki.

Kto wie może ten cud się jeszcze powtórzy, skądinąd podobne zdarzenia cały czas miały miejsce we Władywostockim dekanacie.

Dodam, ze ja tez miałem na Sachalinie Az sześcioro podobnych pomocników w Korsakowie Anna, w Aniwie dwie ukraińskie siostry Jaroslawny, w Chołmsku Kostia Gorbatowski z żoną i Koreanka Nadia Miyata. To jednak nieco inna historia i być może do niej jeszcze powrócę…

Świeccy również długi czas z różnym skutkiem troszczyli się o wspólnotę na Kamczatce. Jest już na ten temat migawka z życia.

 

 

Chabarowsk w uściskach bezpieki

 

Chabarowsk podobnie jak opisane przeze mnie juz wcześniej Niżni Nowogród, Jekaterynburg i Nowosybirsk, to syberyjska stolica obejmująca kilkanaście obwodów i krajów dalekiego Wschodu. W czasach carskich stolica był Mikołajewsk na Amurze ale z czasem funkcje administracyjne przejmował Władywostok a obecnie Chabarowsk. To rzeczywiście miasto wielu perspektyw prześwietnie położone geograficznie. Są tu konsulaty chiński, japoński i północno-koreański. Wielki port lotniczy około miliona mieszkańców i w miarę znośny klimat Rostowie nad Donem Przed rewolucja na ulicy teatralnej był tu drewniany kościółek ale władze rosyjskie a szczególnie służby specjalne dołożyły wielu starań, by tego kościoła nie zwrócić nawet wtedy, kiedy już znajdował się w stanie awaryjnym i jako szpital nie był w stanie funkcjonować.

Dziwiłem się, bo nigdy nie napotkałem się z tak otwartą i wulgarną szpiegomanią jak to było w Chabarowsku. Od samego początku było jasne, ze parafianie są mocno inwigilowani a księża otoczeni kapusiami.

 

Chłopak z Teksasu

 

Żal mi było zwłaszcza Edwarda Schoellmana MM.

To chłopak z miasteczka Nada w Teksasie, niemieckiego pochodzenia. Dobry jak chleb. Spędził 30 lat w Afryce miedzy innymi w Etiopii.

Miał straszne bole Glowy i starał się w okresie zimowym wyjeżdżać na urlop, bo syberyjskie chłody mu wyraźnie nie służyły. Ciekawe miał menu. Wszystko co gosposia ugotowała na obiad i pierwsze i drugie danie mieszał na kolacje i jadł pod rząd. Ciekawie tez robił zakupy. Kupował niepotrzebne mu rzeczy byle zadowolić sprzedawczynie. Brał mnie czasami do jakiejś kafejki, kina lub teatru nie dlatego, ze sam miał na to chęć ale by mi sprawić przyjemność. Podobnie zachowywał się w parafii. Niestety nie udawało mu się ani trochę z nauka rosyjskiego wiec wszyscy tłumacze jakich sobie posprowadzał wyciągali z niego resztę pieniędzy jakich on sam nie rozdał. Miał kierowcę ale rzadko korzystał z samochodu mimo, ze płacił kierowcy po 500 dolarów w miesiąc. Ojciec kierowcy, tez kapuś był starosta parafialnym. Zona kierowcy kierowała Caritasem i tak w kolko Macieju…

 

 

Siostry japonki

 

W parafii w Chabarowsku mieliśmy siostry Japonki Kyoko, Kazuko i Kamiko. Średnia wieku 65 lat. Niezwykle skuteczne jak na swój wiek. Choć nie bez trudu ale dużo szybciej poznawały rosyjski język i zwyczaje. To one w gruncie rzeczy wykupiły za swe pieniądze budynek, w którym do dziś działa parafia. Wszystkie budowle jakie kupowali Amerykanie pod dyktando starosty kapusia nie nadawały się do prowadzenia duszpasterstwa.

Zgromadzenie nazywa się Siostry Wizytantki. Jest to nowe japońskie zgromadzenie, które powstało w Kalifornii po to, by obsługiwać japońskich emigrantów w USA.

Statuty ułożył biskup z Jokohamy, francuski misjonarz, którego pokoje nie tylko odwiedzałem ale nawet nocowałem na jego łóżku. Malo tego, ten człowiek mi się przyśnił bardzo realnie. Ostatnie lata miał kłopoty z chodzeniem i cały czas poruszał się w wózku inwalidzkim. W tym moim dziwnym śnie on jakby mnie zapraszał, bym usiadł na jego wózek. Oczywiście nie wystraszyłem się tego snu ale długo myślałem co by miał znaczyć. U Rosjan jest przesad, ze co się przyśni, w miejscu gdzie pierwszy raz nocujesz to się również spełni…

Owszem, jakiś czas po 3 latach od tego zdarzenia zapadłem na chorobę nerek, która mnie na tyle unieruchomiła, ze w szpitalu trzeba było nieraz korzystać z wózka inwalidzkiego, sny wiec bywają prorocze.

Nasze siostry w odróżnieniu od księży chętnie słuchały gdy je ostrzegałem, ze cześć parafian może się wysługiwać służbom specjalnym, ze nawet starosta jest w to zaangażowany. Nie komentowały tego co mowie, ale jestem pewien, ze wyciągnęły wnioski i były dużo bardziej ostrożne niż moi koledzy z Teksasu i innych okolic USA.

Co również jest ciekawe, wbrew wszelkiej nadziei i japonofobii, im najdłużej udało się przetrwać z pożytkiem dla ludzi w Chabarowsku.

 

Twarz śmierci

 

Siostra Kiyoko Suva była z nich najstarsza ale najbardziej dynamiczna.

Długie lata spędziła na misjach na Filipinach. Z tego co pamiętam  miała uraz do Rosji, bo jako dziecko przeżyła w Mandżurii wtargniecie sowieckich wojsk.

Choć miała zaledwie kilka latek to pamięta, ze jakiś sołdat celował jej w twarz i czemu nie wystrzelił to ona naprawdę nie wie. Była bezbronna a on zdeterminowany.

Czemu stała się zakonnica dokładnie nie pamiętam choć wiem, ze opowiadała.

Miała jakiś uraz do kościoła, bo to tato a nie mama był katolikiem i zdaje się zmarł tragicznie na wojnie. Wychowywała się w jakiejś katolickiej szkole i nie skrywała swojej urazy do kościoła i Boga za utratę ojca, natomiast podobał się jej bardzo strój zakonny i chyba od tego się wszystko zaczęło…

Ponoć, któraś z sióstr ja czymś zadziwiła. Co to było zapomniałem. Jest bardzo znana w Japonii ze swego żywego dynamicznego charakteru i ujmującego uśmiechu. U Japończyków to rzadki dar. W Rosji zaraz na początku pobytu(spędziły w Chabarowsku 9 lat) trafiła pod samochód. Nieuważny kierowca mocno ja poturbował.

To, ze w Rosji prawa ruchu drogowego SA nieprzestrzegane Japonki miały prawo nie wiedzieć. Przekonały się o tym bardzo szybko i boleśnie. Wpadł mi kiedyś do rak artykuł siostry Suva o tym, ze chodząc po ulicach ubrane jako siostry milczeniem swoim prowokują wielu do wspomnień o Bogu i po troszeczku ludzie się ośmielają i ujawniają dokładnie jak to było w Japonii po 300 latach prześladowań. Czytając to zrozumiałem jak inaczej postrzegają Rosje misjonarze z Azji. Oni maja więcej cierpliwości do Rosjan. Ja sam bym na to nie wpadł, ze rzeczywiście dużo ludzi wierzy w Boga w sercu ale nie decyduje się by to ujawnić i okazać, bo jeszcze sporo pozostało kompleksów z czasów prześladowań.

 

Siostra wiaterek

 

Siostra Kadzuko (po japońsku wiaterek) najwyższa i najsympatyczniejsza na zewnątrz potrafiła bez slow rzeczywiście wiele dokonać swoja mila powierzchownością. Zdawało się, ze może mieć 30 lat ale w pewnym momencie ksiądz Miron zdradził, ze ma 60. Podobno do pięćdziesiątki czekała aż rodzice umrą i dopiero wtedy poszła do zakonu, bo za ich życia nie śmiała się sprzeciwić ich woli, oni natomiast nie zgadzali się by ich córka była zakonnica, nie nalegali również, by wychodziła za mąż. Typowa azjatycka love story…

To właśnie ta siostra towarzyszyła mi w samolocie w dzień mojego wydalenia i pomogła dojechać  z Niigaty do Tokio do Matsubara, skąd jakiś czas rozsyłałem apele z prośbą o solidarność. Tam miałem rozmowę z Biskupem Mazurem i otrzymałem pierwsze instrukcje oraz moralne wsparcie. Również w Matsubara dowiedziałem się od brata o chorobie mamy…

Mam wobec sióstr dług wdzięczności.

To one opłaciły mój bilet do Japonii i zachęcały bym tam spędził wakacje.

Odwiedzałem ich dom generalny w Kamakura na Montanie i na stacji metro Oomari(gaj). Dzięki nim poznałem miasto Fukuoka(Hakate), gdzie również odwiedziłem ich piękny dom, miałem Msze święta i korzystałem z milej gościny przed wyjazdem promem do Korei i po powrocie stamtąd. Zachowały się ładne zdjęcia z Fukuoka właśnie. Te małomówne siostry, gdy trzeba było robiły najwięcej i odczułem to mocno na sobie.

 

Cichutka Kimiko

 

Siostra Kimiko miała podobny jak Suva niewysoki wzrost i najbardziej ze wszystkich owalna lśniącą twarz bez zmarszczek. Miała ona największe trudności z nauka rosyjskiego wiec nie bardzo wiedzieliśmy kim jest i co myśli. Nie potrafiła tez mówić po angielsku. Pozostawała wiec w cieniu tych dwu bardzo aktywnych sióstr i jako socjusza wykonywała różne proste zadania najczęściej w kuchni.

Azjatycka ostrożność bardzo się przydała w pracy sióstr. Potrafiły odwiedzać najodleglejsze punkty Chabarowskiego Kraju samodzielnie bez proboszcza katechizując i wyszukując ludzi pragnących przyjąć chrzest. Z tej właśnie katechizacyjnej grupy sióstr rekrutowały się głównie dzieci z biednych rodzin, którym potem siostry fundowały wakacje letnie i tak krok po kroku malutkie chabarowskie parafijki zapełniały się ludźmi…

 

Monsinior z Watykanu

 

Kiedy starosta i władze zakonne MM zorientowali się, ze ksiądz Edward traci całkowicie kontrole nad parafia sprowadzono z Watykanu młodszego Kaplana MM Józefa McCabe, który prócz kilku dobrych cech watykańskiego dyplomaty miał tez typowe amerykańskie wady, jakich nie dało się z czasem usunąć.

McCabe wiec musiał zrezygnować i oddal parafie argentyńskim misjonarzom Słowa Wcielonego.

Owszem ksiądz Joseph przyjechał pełen entuzjazmu. Pamiętam pierwsze z nim spotkanie w Irkucku. Był wtedy na kursach językowych i zamieniliśmy kilka zdań po czym jak mi wspominał pozostało w jego pamięci dobre wrażenie.

Ja tez go wspominam nie najgorzej. Podoba mi się jego misyjna legenda jak to kiedyś w podstawówce pani nauczycielka pytała się dzieci co chcą w życiu robić on już wtedy miał rzec, że pojedzie na misje do Rosji. Nauczycielka podobno się poirytowała i zdenerwowała na tyle, ze radziła mamie oddać dziecko do psychiatry na badanie. Jozef był dobrze poinformowany o sytuacji w Chabarowsku i on był pierwszym Amerykaninem, który dawał wiarę wszelkim intuicjom Biskupa i moim. Widocznie lata pracy w Indiach, Afryce i w Watykanie nie poszły na marne. Martwił mnie jednak jego radykalizm. Chwilami nie potrafił odróżnić gdzie dobro i zło i był gotów wylewać dziecko razem z kąpielą. Zaniedbania księdza Edwarda mieszał z jego zasługami i wszystko negował. Miedzy innymi nosił się z zamiarem zamknięcia parafii w Birobidżanie etc. Był świetnym kucharzem i dal się z tego poznać jeszcze w Irkucku. Wszystkie uroczystości jakie tam sprawowano były pretekstem do wielkich libacji w sensie gotowania na kuchni. Potrafił na to stracić bez żalu kupę pieniędzy. Miał ciekawa fizjonomie. Rudy z różową twarzą i trądzikiem co dziwiło o pięćdziesięciolatka. Elegancko się ubierał i pięknie organizował liturgie. Bez jego pomocy byśmy sobie nie poradzili przy poświęceniu kościoła na Sachalinie. Mam w sercu dużo wdzięczności dla niego ale tez sporo żalu, ze się w chwili mego wydalenia z Rosji całkowicie zdystansował i nie kiwnął palcem, by pomoc lub chociażby okazać współczucie z powodu tego co się stało. Jako człowiek ze starego układu powinienem był odejść. Jozef nie cierpiał żadnej konkurencji i uważał, ze sam wszystko zrobi najlepiej. Przyjechał do Chabarowska z kolega Polakiem księdzem Markiem z Rzeszowa. Zapoznali się na kursach językowych i Jozefowi udało się go namówić na współpracę. Ciągnął następnych młodych księży, bo jak żartowano w Irkucku sam nie chciał się męczyć wiec ściągał “gastarbeiterów”. Usłyszawszy taki żart nareszcie zrozumiałem jaka była moja rola na Sachalinie. Rzeczywiście, Amerykanie mnie zatrudnili i gdy już im nie byłem potrzebny po poświeceniu kościoła na Sachalinie zapomnieli o mnie i czekali na ten dzień kiedy się wyniosę lub mnie ktoś wyrzuci…

Murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść.

Pośród obecnych misjonarzy w Chabarowsku jest podobno Kaplan z ukraińskim paszportem. Miejmy nadzieje, ze to  trafny krok, ze obecni duszpasterze ze słowiańskim rodowodem Poradza sobie lepiej niż ci z Ameryki.

 Modle się, by w Chabarowsku udało się wyprostować wszystko co bezwiednie zostało skrzywione poprzez geopolitykę.

 

Różne style

 

Sąsiedzi z Władywostoku, księża kanonicy regularni Miron i Daniel inicjowali wspólnotę w Chabarowsku i oddali Misjonarzom Maryknoll w 1998 roku.

MM po dwu tygodniach pobytu we Władywostoku pojęli, że specyficzny duch kanoników im nie pomoże w poznaniu Rosji pojechali bez przygotowania do Chabarowska i poprzez ten pospiech stali się ofiarami wielu intryg. Podobne intrygi dokonywały się również we Władywostoku, bo nie może rosyjska władza dopuścić, by jakiś amerykański misjonarz pozostawał bez opieki, i żeby mu się nie daj Bóg cos udało.

Konflikt dwu stylów duszpasterstwa w Chabarowsku i Władywostoku jak mi się wydaje był dobrze rozgrywany przez różne wtyki zarówno w tych dwu miastach jak również potem w Irkucku. Biskup Mazur był bezradny. Jeśli mu niektóre akcje i projekty w sercu diecezji z trudem ale jakoś wychodziły to na Dalekim Wschodzie, który był jego oczkiem w Glowie co rusz to jakaś afera i pełny krach. W Irkucku udawało się nawet dziennikarzy nastroić pozytywnie względem kościoła. Gdyśmy mieli Press-relise w Chabarowsku to miałem wrażenie, ze nasz Biskup siedzi w klatce lwa i że grono szyderców  jakie spędzono na to spotkanie rozerwie go na części.

Takie to było to nasze Zycie na Syberii w tamtych pamiętnych latach pod koniec tysiąclecia i na początku nowego w roku jubileuszowym Az do mojego i biskupiego wydalenia…

 

Igranie z ogniem

 

To o co Biskupowi najbardziej zależało to były wszelkiego typu seminaria dla: Caritas, katechetów, liderów, organistów, młodzieży zupełnie inaczej wyglądało  w Irkucki inaczej w Chabarowsku czy we Władywostoku. Prócz niechęci służb specjalnych mieliśmy jeszcze naturalny bojkot naszych miłych Amerykanów, z którymi biskup się nie ceregielił i mówił im w twarz, ze sobie nie radzą, bo są inwigilowani. Tymczasem miłosierni amerykanie świecie przekonani, ze ich “staff“ to ludzie nieposzlakowani i święci, nie kryjąc swej awersji do biskupa w takim duchu konkurencji wobec Irkucka wychowywali swoich podopiecznych i nic się nie dawało z tym zrobić. Miałem tego świadomość. To było czarne na białym ale oni  również odbierali mnie jak “biskupiego szpiega i żadnych porad z mej strony nie wysłuchiwali. Byłem zbyt młody i głupi żeby im cokolwiek doradzać.

Kiedyś gdy się ksiądz Edward zorientowali, ze cos mi się udaje w Czycie czy na Kamczatce to był nad podziw zdziwiony i nawet proponował pieniądze dla moich parafian, byle mu cos doradzili i pomogli w podobnych sytuacjach w Chabarowsku. I rzeczywiście. Pewien prawnik z Czyty dotarł do Chabarowska, niestety miał zależność alkoholowa i nie radził sobie z tym problemem gdy był w delegacji.

 

Baron Von Effing

 

Tak wiec dzień młodzieży o jakim chciałem wspomnieć przebiegał po raz pierwszy w Chabarowsku pod koniec lipca  w roku jubileuszowym. Koszty zebrania mieli opłacić Misjonarze Maryknoll a kierować całością miał wprawiony do tego typu imprez ksiądz Myron Effing wieloletni wykładowca z Seminarium Duchownego na wyspie Guam. Bardzo barwna postać. Nie opowiedziawszy kilku slow o nim nie sposób zrozumieć co działo się latami na Dalekim Wschodzie Rosji. O tym jak odradzały się parafie jak funkcjonowały, w tym również jak przebiegały dni Młodzieży. Jednym słowem takim Patriarcha jakim był latami w Irkucku ksiądz Ignacy Pawlus, stal się we Władywostoku Myron von Effing zwany baronem.

Paczuszek, który mógł ważyć 180 kg z przymkniętym od nerwowego tiku lewym okiem.  Mógłby spokojnie grac role Zagłobę  w trylogii Sienkiewicza. Był i jest zapewne wspaniałym gawędziarzem i ma wielki i niepodważalny autorytet w kręgu swych parafian. Jego biuro parafialne przypominało raczej kurie biskupia. Ilość pracowników jakich zatrudniał robiła wrażenie. Prowadził stroniczkę parafialna w czasach gdy to innym parafiom w Rosji czy całym diecezjom się nawet nie śniło. Prowadził poradnictwo rodzinne, regularne katechezy dla kilku grup wiekowych. Sponsorował doroczna pielgrzymkę do Ussuryjska. Państwo w państwie. Miał kartotekę nazwisk katolików na Polowie terytorium Syberii i swoich szpiegów we wszystkich większych ośrodkach. Otwierał parafie w miasteczkach, których nie widział na oczy i jechał dopiero gdy wszystko tam już było gotowe. Jechał jak ekscelencja to robi gdy ma wizytacje.

Jego zasługą jest fakt odrodzenia katolickiej wspólnoty w Chabarowsku, Błagowieszczeńsku, Ussuryjsku etc.

Bardzo mnie lubił gdy się pojawiłem w jego dekanacie póki nie zrozumiał, ze nie podzielam jego krytycyzmu wobec Irkucka. Co by tam nie było trzeba przyznać, ze to świetlana postać.

Martwiło tylko powolne tempo rekonstrukcji władywostockiej katedry. Jedynej zwróconej w regionie Dalekiego Wschodu katolickiej świątyni.

Chorował zdaje się na cukrzyce. Świetny organizator i świątobliwy w pewnym sensie człowiek. Sam fakt jednak, ze bez zaplecza udał się z USA w nieznane do Rosji już robił z niego ekscentryka. Jego przynależność zakonna tez wzbudzała pewne wątpliwości, bo bardzo negatywnie wyrażał się o amerykańskich kanonikach regularnych przypisując im jakieś nadużycia. Powstawało wrażenie, ze już nie podlega żadnym władzom zakonnym i ze to co robi w Rosji jest eksperymentem. Jego przyjazd niewątpliwie był dla Dalekiego Wschodu dobrodziejstwem, natomiast konflikty z Biskupem dla parafian i kapłanów publicznym zgorszeniem. Pamiętne były jego wystąpienia w stylu “diecezja władywostocka nie została zlikwidowana wiec my nie podlegamy biskupowi y Irkucka!!!” Podobne listy pisał ojciec Miron do Watykanu. Tam tez trwała konsternacja. Nasz kościół katolicki jest pluralistyczny i my potrafimy się pięknie różnić. Diecezja Irkucka była właśnie taka i choć to kosztowało sporo nerwów mam wrażenie, ze Biskup Mazur panował nad sytuacja.

 

Dzień Młodzieży

 

Około setki delegatów z okolicy zjechało się do Chabarowska i osiedliło się w różnych hotelach w centrum. W jednym z nich była duża sala konferencyjna i moi przyjaciele, których właśnie przywiozłem z Kamczatki mieli mieć wykład inauguracyjny o życiu katolickiej pary. To miało być swego rodzaju świadectwo dla młodzieży. Henrique i jego małżonka bardzo się tremowali i długo omawiali co maja powiedzieć. Mieli straszna tremę a ja byłem zwyczajnie po ludzku zmęczony. Później ojciec Miron z Władywostoku zarzucił mi, ze moja senność udzieliła się publiczności. Zadawał w trakcie trwania świadectwa bardzo agresywne jak na mój gust, prowokujące pytania o ilość dzieci jakie planują o intymne życie etc. Oni się pogubili a ja nie nadarzałem tłumaczyć. Na dodatek Enrique opowiedział, ze należy do ruchu Milicja Matki Bożej, w którym wysoko ceniona jest rola świeckich i Przełożony ma prawo decydować o tym co w przyszłości robić będą kapłani i siostry zakonne z tego świeckiego instytutu. Ojcu Mironowi takie rzeczy nie tylko nie mieściły się w Glowie ale nawet zarzucił, ze myśmy specjalnie to opowiedzieli, żeby “zgorszyć młodzież”. Wieczorami mieliśmy z tata Mironem długie na ten temat rozmowy i doszło nawet do pojednania ale ja byłem zdegustowany na długo i do dziś mam w sercu jakiś niesmak po konferencji prowadzonej w takim stylu. Za rok młodzież zebrała się na Sachalinie i znowu całością kierował ksiądz Miron. Goście z Hiszpanii znów przyjechali ale atmosfera była całkiem inna.

Dostaliśmy zakwaterowanie zastępcze, bo w miejscu gdzie ustalono nasz pobyt była kwarantanna. Przyjechali księża Słowacy z Jakucji i “przebojowy” ksiądz Włodek Siek SVD z Błagowieszczeńska. W jakiejś mierze uratowali cala inicjatywę. Tym razem więcej niż o powołaniu małżeńskim mówiło się o powołaniu kapłańskim i zakonnym.

Deo Gratias.

 

Babcia Adela z Birobidżanu

 

Podczas pobytu marka Koprowskiego w Chabarowsku miałem wiele do powiedzenia mojemu dziennikarzowi i on tez miał dużo zmartwienia z powodu tego wszystkiego co widział gołym okiem. Musiał się jednak trzymać porady biskupa, by ukazać Syberie w sposób pozytywny i to o czym ja teraz pisze, choć było jasne i wtedy zostało w tekstach Marka pominięte. Marek nie przyznał się nawet do skandalicznej historii dotyczącej Magadanu. Pomimo, ze był zaproszony przez Biskupa i wszyscy księża mieli mu okazać gościnę, to jednak dwaj amerykanie z Magadanu odmówili mu gościny. Nie potrzebowali biskupiego dziennikarza i nie owijając w bawełnę powiedzieli mi to gdy starałem się umówić ich na spotkanie z dziennikarzem. Podobnie było we Władywostoku. Owszem znaleźliśmy hotelik ale dziennikarz płacił sam za siebie i wszelkie wywiady były bardzo zdawkowe. Jedyna serdeczna rozmowa odbyła się u pani Prezes polskiego towarzystwa, która choć wielce zasłużona sprawie zwrotu kościoła parafii widać było niezbyt szanowana przez rusofilskich kapłanów. Polskie towarzystwa w tych amerykańskich parafiach dalekiego Wschodu to było dla naszych Amerykanów obce ciało i oni tego nie potrafili w żaden sposób ukryć. Niechęć do polskiego biskupa z irkucka to hańba tamtych czasów o jakiej chce napisać bez ogródek, by było wiadome i by na przyszłość nasi parafianie i kapłani wiedzieli jak się zachować w takich głupich układach.

Co do pobytu Marka Koprowskiego w Chabarowsku, to nasz starosta kapuś, szef Polonii w jednej osobie, jedyna Polkę jaka pokazał Koprowskiemu w milionowym mieście Chabarowsku znalazł na przedmieściach żyjąca w warunkach skrajnej nędzy. Była to pani Adela pochodząca spod Kamieńca Podolskiego, która wiele lat przepracowała w Birobidżanie czyli w Żydowskiej Autonomicznej Republice.

Dzieci ja sprowadziły do Chabarowska już gdy była na emeryturze. Spędziliśmy bite 3 godziny wysłuchując jej wspomnień. Czy to się jakoś zdało do książki Koprowskiego tego już nie pamiętam. Pamiętam jednak jak ciężko było zbierać materiał w tych największych miastach Dalekiego Wschodu.

 

 

Sachalin Koprowskiego

 

Nie było natomiast żadnych złych przygód na Sachalinie.

Mam wrażenie, ze podobnie jak na Kamczatce mógł Koprowski z zadowoleniem skonstatować, ze jeśli wcześniej pokochał Bajkał to teraz kocha Kamczatkę i Sachalin. jeszcze bardziej.

Zaraz na początku zrobił furorę, bo go ładnie przedstawiłem w parafii, ze będzie z wszystkimi robić wywiad. Owszem pozostały nie tylko parafianki Polki ale również Koreanki. i były nad podziw zadowolone. Gdy próbowałem pojąć dlaczego przyczyna okazała się bardzo prosta. Nasz dziennikarz przed i po wywiadzie cmokał po rączkach wszystkie nasze Panie, które być może pierwszy raz w życiu spotkały prawdziwego dżentelmena.

Z moich opowieści Pan Marek wykorzystał obowiązkowy etos Piłsudskiego Bronisława, jego dzieci znajomych i krewnych. Byliśmy Rayem w Dolińsku u sceptycznej babci Katii, która nie repatriowała się, bo się zakochała w jakimś rosyjskim partyjniaku i ten ja cały rok y miłości  ukrywał w piwnicy a gdy się wydało,  to stracił posadę ale dziewczyny nie zdradził i y czasem na jej prośbę pomagał nielicznym polakom w tym również potomkom Piłsudskiego jakich znała pani Katia z Ciechońskich.

Był wywiad w Korsakowie u Cecylii Ciechońskiej jak również u babci Toshiko Furkawa z Rzewuskich, której tato był Japończyk.

Wiele by opowiadać ale losy tych osób opisałem już w innych tekstach.

 

Sachalin Piotrowskiego

 

Odwiedzał mnie również na Sachalinie rok po Marku Koprowskim archeolog i podróżnik Andrzej Piotrowski wraz z kolega fotografem Maćkiem Kobylańskim. Przywieźli mi na Sachalin wszystkie opowieści Koprowskiego jakie się ukazały latem 2000-go roku w Gościu Niedzielnym czym mi sprawili dużo radości.

Jeździliśmy razem do Aniwy, Chołmska, Aleksandrowska i do Noglik.

Mieliśmy masę przygód. Tym nie mniej jako Polacy moi goście mieli troszkę przykrości ze strony koreańskiego starosty.

Okazał on to zwłaszcza gdy się po poświęceniu kościoła pojawił następca zmarłego ojca Benedykta Zwebera, którego ja zastępowałem podczas choroby administrując parafia i zarządzając budowa. Gdy się starosta zorientował, ze będzie nowy proboszcz Amerykanin na Sachalinie i ze Polaka już można ignorować nie omieszkał dać to odczuć wszystkim moim współpracownikom i przyjaciołom, zresztą ja byłem tym tak bardzo wykończony, ze tez nie skrywałem swojej niechęci do człowieka, którego lojalności nie byłem pewien…

Wszystko co się dobrego w tamtych czasach działo w kościele na Dalekim Wschodzie to nie dlatego, ze się ludzie kościoła tak bardzo starali ale raczej na przekor naszej słabości…

To rzeczywiście cud jakiś, ze w tych warunkach właśnie i w tym opisanym czasie powstał na Sachalinie kościół. To jedna z niewielu radości Biskupa i moja również. Oboje przypłaciliśmy te sprawę deportacja…

 

Sachalin  Stasa Jarockiego

 

Ciekawego człowieka spotkałem w dalekich Noglikach. Stas Jarocki to Kanadyjczyk polskiego pochodzenia. Odwiedzając Nogliki natrafiłem na niego i mogłem skorzystać z jego gościnności. Zaiste Polaków można wszędzie spotkać.

Nogliki to północny Sachalin stolica sachalińskich Giliaków czyli Niwchów. Stanisław jest autorem pomysłowej platformy wiertniczej, która zamontowano na dnie oceanu korzystając y miejscowych rosyjskich materiałów budowlanych co bardzo zniżyło koszty inwestycji.

Stas nie zabawił długo w Noglikach, szkoda, bo był bardzo pomocny i życzliwy.

 

 

Ginekolog Guziewicz

 

Niedaleko od Noglik jest Aleksandrowsk. To tutaj właśnie obserwował katorgę Czechow, tutaj powstał polski kościółek. Tutaj znalazłem grupę życzliwych ludzi i warunki do odrodzenia parafii. Zabrakło tylko jednego a mianowicie czasu.

Najżyczliwsza rodzina Guziewiczów to trudne małżeństwo. Urzędniczka i ginekolog, bardzo ceniony zresztą nawet wśród aborygenów, którzy podobno pocili mu za usługi rybami. Latał do nich na śmigłowcu i czasem opowiadał co widział. To dzięki niemu mogłem często odwiedzać szkole medycyna z wykładami, bo sam on kiedyś tam wykładał i miał sporo znajomości…

Pochodził z Grodna a jego małżonka była potomkinią zesłańców. Powolutku krok za kro0kiem rosła nasza przyjaźń i zaufanie. Gdy się zdawało, ze mógłbym tam pozostać i pracować nadszedł czas deportacji…

 

Protestanci

 

To właśnie na Sachalinie doświadczyłem po raz pierwszy w życiu smaku kazania wygłoszonego w innym kościele. Zielonoświątkowcy mieli mnie za swego, choć oczywiście nie od razu i trzeba było troszkę czasu, by zdobyć potrzebne zaufanie i audytorium. To sie najpierw dokonało w Aleksandrowsku, potem w Uglegorsku etc.

 

Połów ryb

 

Na Sachalinie kilkakroć łowiłem ryby.

Pierwszy raz w Uglegorsku z Natasza i Borysem do wiader i miednicy. Potem w Aleksandrowsku z Guziewiczami do sieci naciągniętej podobnie jak kosz na długim kiju. W obu wypadkach połów trwał kilkanaście minut i kilkadziesiąt kilo ryby było moja własnością…

 

Pastor z Szachtiorska

 

W Szachtiorsku poznajomiłem się z pastorem, który chętnie zaprosił mnie do swego domu i pozwalał głosić  kazania w swojej wspólnocie. Na końcu świata takie rzeczy SA naturalne możliwe i potrzebne. Kapłani różnych wyznań poszukują z konieczności takich spotkań i obcują, by się nie zagubić pośród świata i nie dać zniszczyć nadmiernie pysznym braciom prawosławnym.

 

Feliks Jankowski

 

Pośród Polaków w Aleksandrowsku Guziewicze poznajomili mnie ze swymi krewniakami. Jankowscy mieli zakład przetwórstwa rybnego i dwoje dzieci. Młodsza dziewczynka miała studiować w Irkucku. Starszy Feliks miał objąć zakład po ojcu ale pobił jakiegoś człowieka i musiał się ukrywać, bo tamten zdaje się zmarł. Różnie to bywa na antypodach. Tato jak się domyślam, za jakiś czas “odkupi” syna i ten wróci do łask ale w tym akurat czasie rodzince zle się wiodło…

 

Msza na studni

 

Z tego placu gdzie nigdy stal kościół zamieniony na kino Majak czyli Latarnia jest piękny widok na rzekę. Któregoś razu postanowiłem się tam zaszyć i odprawić msze świętą pośród wykopów. Władze miejskie oddały pustą parcelę pod garaże i już się  nie dało tej decyzji cofnąć.

Znalazłem jakąś studzienkę na której rozłożyłem korporał i bez przeszkód o rannej porze pośród śniegu modliłem się za to miasto i za tych ludzi oderwanych od korzeni, od tradycji i od Boga…

 

Zatrzymanie w mieście Ocha

 

W lutym 2000-go roku na Sachalinie zamieszkiwał prawie miesiąc ksiądz Adam obecny proboszcz w Ulan Ude. Miałem czas na podróże. Trzymając w torbie relikwie świętego krzyża odwiedziłem pierwszy i ostatni raz w życiu najodleglejsze sachalińskie miasto zwane Ocha. Dostawałem stamtąd listy wiec chciałem się osobiście zapoznać z ich autorka. Odwiedziłem redakcje i napotkałem Polaka, odwiedziłem kościół prawosławny i niespodzianie i spotkałem życzliwego popa.

Mróz trzaskający słonko przecudne, humor dopisywał, wszystko byłoby przepiękne, nawet udało się zapisać krotka audycje na miejscowym kanale TV.

Diabeł jednak swe 3 grosze musi zawsze utracić. Zatrzymano mnie na lotnisku i długo byłem indagowany skąd jestem kto i po co milicjant mi groził,, ze na samolot nie puści. Skopiował mój paszport i po jakimś czasie znajomi mi opowiadali, ze jestem śledzony przez FSB.

 

Nieftiegorsk

 

Podróżując do Ochy przejeżdżałem przez sławne miasteczko Nieftegorsk, które zniknęło z lica ziemi 25 czerwca 1995 roku. To była straszna tragedia 2000 osób zmarło pod gruzami swoich domostw. 70 % mieszkańców robotniczego miasteczka.

 

Aborygenka z Noglik w Chabarowsku

 

Pewna kobieta o nazwisku Lak i rosyjskim imieniu zgodziła  się na podróż do Chabarowska jako delegat “małych etnosów” na zjazd katechetów. Wzruszyła się bardzo gdy podjęto temat alkoholizmu. Nie skrywała, że Niwchowie SA na granicy wyginięcia z powodu pijaństwa.

Prosiła wręcz, żeby pomoc jakoś z tym walczyć.

Miałem z ta panią naprawdę dobre relacje tym bardziej, ze jej siostrzenicy udało się zamieszkać we Włoszech i założyć rodzinę. Nie miała ona tym sposobem kompleksów co do kościoła katolickiego, bo jak mówiła są już Niwchowie katolicy na świecie. Ponadto twierdziła, ze zna pewna dziewczynkę spośród tubylców,, której pradziadkiem miał być Bronisław Piłsudski.

To ciekawy temat i już go kilkakroć podejmowałem. Osób, które szczycą się być nieślubnymi potomkami Piłsudskiego jest Az nazbyt wielu. Można postawić dwie tezy. Pierwsza, ze Bronisław rzeczywiście kochał te ludy i chętnie wstępował w romans z dziewczętami spośród tubylców. Jest  rozpowszechniona teoria, ze Eskimosi i Tunguzi bez skrepowania oddaja europejczykom swoje zony w arendę jako znak gościnności lecz również troski o potomstwo. Jakoby krzyżowanie krwi z obcokrajowcami jest zabiegiem samoobronnym. Jest to element kultury, który wychodzi poza ramy etyki. Trudno mi dyskutować ten temat, nie spotkałem, żadnych naukowych wypowiedzi na ten temat a jedynie legendy i żarty.

Druga teza również prawdopodobna to niespotykany szacunek tubylców trudny i dziś niemożliwy do wytłumaczenia względem naszego katorżnika, który długie lata spędził wśród nich jako przyjaciel i brat. Miałem rozmowę z tubylczym pisarzem Juri Sangi, który napisał na ten temat książkę pt. “Wesele Kawongów”.

 

Trzęsienie w Uglegorsku

 

Podobnie jak na Kamczatce również na Sachalinie i Wyspach Kurylskich trzęsienia ziemi nie należą do rzadkości. Największe jakie przeżyłem zdarzyło się na kilka minut przed lądowaniem samolotu, którym przyleciałem z Moskwy załatwiając wizy dla grupy młodzieży udającej się do Rzymu na rok jubileuszowy. Tego dnia w szpitalu dla psychicznie chorych pewien człowiek wyskoczył ze strachu z 4-go pietra i rozbił się na śmierć. W okolicach Uglegorska 300 km na północ od Jużno-Sachalińska zawaliło się kilka domów ale szkody ludzkie były Male, bo jak potem wyjaśniono grunt w Uglegorsku jest miękki i wszystkie domy uniosły się do góry a potem tąpnęły na kilkanaście centymetrów wg lab ziemi nie powodując większych szkód. Owszem w pewnym miasteczku zdaje się w Orłowce szkody były większe ale o tym się mówiło mniej, bo to okolice gdzie diabeł mówi dobranoc i ani Moskwa ani tym bardziej Zachód się nie ciekawił. Warte uwagi jest, że sprawę dostrzegli Japończycy i wysłali nawet przedstawiciela Caritas dla zbadania sprawy. Woziłem wolontariuszkę o imieniu Nakako, by jej to wszystko pokazać. Jechać 300 km nie było łatwo po bezdrożach. W pewnym momencie nawet hydrauliczny mechanizm zasilania kierownicy w Nissanie “lite ice“, którym woziłem wolontariuszkę się zepsuł, tym nie mniej doszło do spotkania z władzami miasta i opracowaliśmy schemat wedle, którego należałoby wspierać ludzi. Urzędniczka zauważyła słusznie, ze w mieście Uglegorsku gdzie zniszczenia są mniejsze nie ma sensu dublować działań rządowych a właśnie na wieś warto pojechać, by się rozejrzeć co się da zrobić. Przygotowaliśmy dla najbardziej poszkodowanych paczki żywnościowe złożone z oleju roślinnego, maki, kaszy greczanej, cukru etc., starosta parafialny zdecydował, ze  warto tez część pieniędzy rozdać “na ręce”. Wsparliśmy pewnie ze setkę ludzi w dwu blokach i kilku prywatnych mieszkaniach. Ludzie przesiedlili się na dacze, były wypadki, ze jakieś osoby mieszkały w chlewach. Jednej takiej babci opłaciliśmy w Polowie nowe mieszkanie i jego remont. Pozostałym ludziom rozdaliśmy ziarna na zasiew warzyw. Pomysł zrodził się w okolicach Chołmska, gdzie Pól roku wcześniej była powódź. W tamtych okolicach ludzie utrzymują się głównie z pomidorów i innych warzyw, które się dobrze udają i stanowią źródło utrzymania wieśniaków. Sekret jaki nam odkrył pewien urzędnik polegał na tym, ze na peryferiach ziarna SA bardzo drogie i Malo kto ma możliwości by podróżować po nie do stolicy Sachalinu. My natomiast  odszukaliśmy firmę warzywniczą, która dowiedziawszy się kim jesteśmy i na jaki cel potrzebujemy nasiona zrobiła nam wielka zniżkę i wydala ziarna hurtem. Cala nasza parafia sortowała ziarenka z worków do małych paczuszek w kapliczce, która zamieniła się nagle na sortownie nasion warzywnych. Do każdej paczuszki włożyłem ulotkę z modlitwa i adresem parafii. Potem niektórzy pisali nam wdzięczne listy…

 

Batiuszka dla chorych

 

Potrzebujących było tak wielu, ze nie sposób było do wszystkich dotrzeć . Urzędnicy zaproponowali byśmy opieka jako Caritas objęli jeszcze emerytów, których straty były bardzo specyficzne. Potłukły się meble i telewizory. Owszem to nie jakieś wielkie pieniądze ale dla emerytów strata telewizora to bardzo często strata jedynej i ostatniej zabawki w życiu. Pieniędzy mieliśmy nie tak już wiele na wszystkie podarunki ale znalazło się jeszcze troszkę na ten cel dla około setki emerytów, których listę dali nam urzędnicy. Ponieważ czas naglił a ja pojąłem, ze nie dam rady kolędować na okrągło, poszedłem do prawosławnego Kaplana, który zgodził się z moja opinia, ze dla starców ważniejsze niż pieniądze w danym wypadku będzie poczuć osobistą opiekę kościoła. Wydałem mu pieniądze i listę potrzebujących Kaplanowi do którego miałem zaufanie i poprosiłem, by w moim imieniu to zrobił nawet nie wspominając, ze pomoc pochodzi od katolików a po prostu “od kościoła”.

Ponoć mój gest spodobał się prawosławnemu biskupowi ale w danym wypadku nie miałem czasu ani Glowy do sprawdzania jak ta akcja przebiegała dalej. Cieszyłem się, ze mogę nareszcie być realnie potrzebny, ze ludzie się prawdziwie cieszą.

Nawiasem mówiąc to był dobry czas dla kościoła w Syberii. Biskup Mazur zadawał ton i bardzo nalegał byśmy nie tylko organizowali wszelka pomoc humanitarna ale tez nie wstydzili się o niej mówić w mediach. Miało to na celu tworzenie pozytywnego obrazu katolików. Miało służyć również jako mechanizm obronny w sytuacji istnienia wielu negatywnych stereotypów na temat kościoła nie tylko katolickiego. Dodatkowy efekt był wzrost ilościowy parafii, który oceniam na dziesięciokrotny, bo gdy obejmowałem parafie to bywało w niedziele w kościele 20-30 osób głównie koreańskiego pochodzenia. Gdy odjeżdżałem z Sachalina, to mieliśmy grubo ponad sto parafian wielu narodowości i sadze z opowieści, ze ta cyfra się utrzymuje po dziś dzien. Mój starosta, który niezbyt mi sympatyzował wypowiedział kiedyś takie zdanie, ze mógłbym z sukcesem startować w wyborach na gubernatora Sachalina. Owszem w tych słowach kryl się docinek tyczący mojej medialnej popularności na wyspie ale tez chodziło o realny fakt medialnego sukcesu jaki udało się stworzyć z pomocą pewnej polskiej dziennikarki o wiele mówiącym nazwisku Jula Wietrzyk. Ta miejscowa polonuska zupełnie bezpłatnie i bez mych specjalnych starań wyświetlała bardzo szczegółowo wszelkie zdarzenia dotyczące życia naszej parafii. Gdy pewnego razu odwiedził nas ksiądz Biskup to urządziła dla niego spotkanie z wszystkimi dziennikarzami Sachalina zaczynając od tytułów gazet kończąc na kilku konkurencyjnych stacjach miejscowej TV.

 

Borys i Natasza

 

Przy organizacji akcji i dystrybucji ziarenek pomagała bardzo pewna Koreanka z mężem, kuzynka naszego starosty parafialnego, która w odróżnieniu od krewniaka była osoba prosta i bardzo życzliwa. Od samego początku ona i jej mąż Borys bardzo mi  się podobali. Lubiłem ich odwiedzać. Mieli wspaniałą koreańską kuchnię. Lubiłem tez ich dzieci Wikę i Saszę. Zabrałem ich zresztą ponadplanowo, gdy się okazało, że nie będzie w Rzymie delegatów z Jakucji, na wspomniany wyjazd do Rzymu. Choć w chwili wyjazdu drogi do Uglegorska były nadal nieprzejezdne dotarli jednak na samolot pierwszym transportem, jaki był możliwy dzięki akcji wojskowej.

Spędziliśmy tydzień w podróży a po powrocie zajęliśmy się wspomniana pomocą humanitarna. Tak sobie myślę, ze gdyby dzieciaki nie pojechały do Watykanu to miałbym u rodziców mniejsze zaufanie a tak Opatrzność pomogła. Nie  pierwszy raz zresztą. Dziadek Wiki i Saszy to jeden z najciekawszych katolików napotkanych na Sachalinie. Patrząc na jego zmordowana twarz zawsze miałem wrażenie, ze znam go od dziecka…

Piotr Matsu Dasao był ochrzczony w czasie wojny przez polskich bernardynów więc i on miał od dziecka szacunek do polskich księży. Malo kto z pozostałych Koreańczyków na Sachalinie tak szczerze i osobiście odbierał fakt odrodzenia kościoła. Dla wielu to było cos, o czym się ani nie marzyło ani nie ceniło. Po prostu “spadli z nieba misjonarze” i robią co potrafią “bo muszą”. Publiczność w czasach postsowieckich mieliśmy niezbyt wysokiej próby. Ludzie przywykli, ze czy się stoi czy się leży “od państwa zawsze cos się należy”, wiec i kościół powinien stawać na Glowie by ludziom dogodzić.

 

Wizyty w szkołach

 

Po tej akcji humanitarnej przyszedł czas na odwiedziny sierocińca i szkol. Każda okazja była dobra. Najpierw to były podarunki świąteczne a potem przy każdej okazji jak święty Walenty, 8-my marca czy Wielkanoc starałem się o jakieś drobiazgi dla dzieci i prócz podarków starałem się wygłaszać jakieś ciekawe pogadanki, uczyć piosenek po syntezator. W tamtych czasach pomagała mi w tym inna japońska wolontariuszka Shoko Takahashi, która potrafiła nieźle grac i śpiewać.

Mieliśmy nawet kilka koncertów w muzeum. Co prawda czasami występujących było więcej niż publiczności ale robiliśmy co się dało, żeby w mieście nas dostrzeżono i mówiono dobrze o kościele katolickim.

Podobnie jak w  Aleksandrowsku akcja ewangelizacyjna w Uglegorsku nie  Wostala należycie wykorzystana. Parafii nie udało się na czas zarejestrować. Po mojej deportacji żaden z księży Amerykanów nie miał ochoty dojeżdżać 300 - 700 czy 1000 km na północ do tych miejsc, do których z chęcią docierałem ja niemalże co miesiąc. Żal. Jedyne co się udało mi w Uglegorsku na pożegnanie to chrzest 4 osób, które ponad 2 lata szykowały się do tej decyzji. Jak by nie było i tak radość wielka.

Może ktoś jeszcze sobie przypomni o tym górniczym miasteczku.

 

Cmentarz na górze

 

Uglegorsk jest malowniczo położony nad Zalewem Tatarskim. Z czasów japońskich zachowały się tu kopalnie węgla kamiennego, niewielki port morski, siec ulic, kilkanaście budowli w tym kaplica Shinto i buddyjski cmentarz na górze z trzema betonowymi wrotami. Lubiłem tam chodzić. Z dziecka ciągnęło mnie na cmentarze a tutaj taka egzotyka. Japończycy ludzie dokładni miejsce na cmentarz wybierali najpiękniejsze z możliwych. Gdy idziesz w gore coraz wyżej i wyżej to jakbyś wędrował na piramidę Majów w Ameryce i kiedy już jesteś na wzgórzu i patrzysz na morze to piękniejszego nic na świecie nie może być i rozumiesz, ze śmierć to żadna tragedia, ze uprowadza człowieka w lepszy świat, dokładnie tak jak mówi teologia. Taki sobie traktat teologiczny wypisany w krajobrazie Sachalina, cos nie do opisania…

Moja pomocnica Japonka, zrobiła mi uwagę, ze nie powinienem odmawiać różańca w takich miejscach. Japończycy są dziwni pomyślałem. Jej się nie podobało, ze katolik odwiedza zmarłych pochowanych wedle buddyjskiego obrządku. Miała poczucie, ze nieochrzczeni nie zasługują moich modlitw. Z drugiej strony jednak obraziła się pewnego razu, gdy rozmowa o losie Japonii doszła do takiego punktu, w którym wyraziłem opinie, ze gdyby Japończycy przyjęli Chrystusa wiodłoby się im dużo bardziej. Podobno i na tym punkcie patriotycznie nastawieni Japończycy maja kompleksy i fobie. Tych tematów lepiej nie poruszać bez zastanowienia. Każde słowo może być użyte przeciwko Europejczykowi, który jak był tak pozostał w japońskiej kulturze kimś obcym.

 

Oboz w Szachtiorsku

 

Ta sama Japoneczka jedna wystarała się o pieniądze na obóz letni dla dzieci z biednych rodzin w sanatorium w Szachtiorsku, 18 km od Uglegorska. Dowiozłem kilkoro dzieci z Korsakowa a pozostałe z Uglegorska. Mieliśmy dość dobre warunki utrzymania. Wszystko było śmiesznie tanie, bo sanatorium już dawno utraciło prestiż i stałych klientów z zakładów pracy. Dyrekcja była wyraźnie zadowolona. Sprawę jak i poprzednie “nakręciła Natasza Son” i jej mąż Borys.

Dzieci miały co dzień katechizacje, Msze świętą i różaniec.

Schemat podobny jak na oazie. Dzieci prócz tego miały jeszcze “dokarmianie tlenem” i inne procedury typowe dla sanatorium. Jedyna przykrość jaka nas spotkała to kradzież. Z nowego busika Mitsubishi w nocy jacyś gówniarze oberwali Lampe, która potem “odkupiłem” na parkingu. Nikt jej nie szukał, po prostu za dwa dni ktoś niby przypadkiem się dowiedział o nieszczęściu i tanio potrzebna część zamienna nam “odsprzedał”, zresztą o to właśnie chodziło. Takie zabawy na parkingach wieczorami w całej Rosji odbywały się latami a milicja najpewniej miała z tego też dochód i zabawę, bo sobie nie przypominam, by ktoś do niej się zwracał i by ona w takich sytuacjach interweniowała. Jeśli komuś zależy, żeby milicja szukała złoczyńców, to trzeba tych państwowych milicjantów “nająć”, dobrze im zapłacić i tez bez gwarancji, ze cos z tego wyniknie cierpliwie czekać.

Wakacje trwały 5 dni, niby nic ale radości było co niemiara. To właśnie na zakończenie tych ferii Natasza z synem przyjęła chrzest. W ten sam dzień jej przyjaciółka z córką w domu rodziców Nataszy przystąpili do najważniejszego w życiu sakramentu.

 

Zielonoświątkowcy

 

Kilka miesięcy wcześniej moja organista Shoko podróżując samolotem na Sachalin zapoznała się z grupa Zielonoświątkowców, którzy mieli rekolekcje w Błagowieszczeńsku. Zapoznali się, bo organistka wiozła gitarę i ktoś ją poprosił, by na lotnisku zagrała. Malutka artystka choć skromna jak większość Japończyków nie dala się długo prosić. Z czasem się okazało, ze Zielonoświątkowcy jada do Szachtiorska właśnie. Dostaliśmy zaproszenie do ich parafii. Wysłuchałem pięknego kazania o Piotrze a potem sam z organistka i katechetka Julia (obecnie karmelitka w Usolu Syberyjskim) wykonaliśmy kilka pieśni oazowych, co było bardzo dobrze przyjęte. Wieczorem pastor zabrał nas na kolacje i długo wesoło opowiadał o swym życiu i nawróceniu. Wyglądało na to, ze mieć będziemy tu fory.

Jak już wspominałem wielokroć mój pobyt na Sachalinie nie podobał się władzom rosyjskim. O mój wyjazd zabiegał również polakofob starosta, człowiek który przywykł garściami korzystać z amerykańskich subsydiów parafialnych a ja pojawiłem się jak Filip z Konopii i swa obecnością niszczyłem “stary układ” wprowadzając do parafii wciąż nowych ludzi i “trwoniąc” tym samym pieniądze, które przedtem dzielone były w wąskiej grupie “zaufanych” Koreańczyków.

 

Ekumenizm w stylu Nikodema

 

Na Sachalinie dłuższy czas byłem jedynym katolickim Kaplanem i żeby nie zgłupieć i nie uschnąć duchowo szukałem sobie partnerów do rozmowy na tematy religijne. To się wyraźnie czuje, ze niektóre osoby w prawosławnych parafiach lub protestanckich zborach tez maja taka ukryta potrzebę obcowania z katolickimi Kaplanami. Ja bym to nazwał syndromem Nikodema.

Owszem to ja przychodziłem wieczorami lub w dzień biały ale tak jak i papież mógłbym w ostatnim słowie powiedzieć śmiało: “szukałem was a wyście przyszli do mnie“.

 Ciekawe były odwiedziny dwu eks-kleryków prawosławnych, którzy odeszli z seminarium w Tobolsku i przyszli do mnie z bardzo konkretnym pytaniem, czy nie moglibyśmy stworzyć wspólnie chrześcijańską gazetę. Szybko się zgodziłem i nazwaliśmy ja “smile” numer zerowy ukazał się właśnie na poświęcenie kościoła na Sachalinie i choć był zszywany chałupniczą metoda okazał się rewelacyjny i przyniósł chłopaczkom jakiś dochód.

Moje ekumeniczne kontakty na Sachalinie zaczęły się od niewinnej akcji rozsyłania telegramów świątecznych. Zorientowałem się, ze można przez telefon nie wychodząc z domu wysłać całą serie takich papierowych sms. Milo sobie pogadałem z panią telefonistka, podyktowałem jej tekst telegramu i pocztówka poszła do trzydziestu różnych kościołów i zborów w mieście i poza miastem. Ustaliliśmy z panią jeden wspólny tekst a adresy miały być “umowne” czyli: do parafii prawosławnej miasteczko takie i takie. Ten sam tekst do tego samego miasta do pastora baptysty a potem trzecie do pastora prezbiterianina, bo Koreańczyków było tak wielu, ze w każdym mieście powiatowym były wszystkie trzy wspomniane wyznania przeważnie po jednej świątyni wiec współpraca z poczta udała się świetnie. Za jakiś czas gdy wracałem z Rzymu z młodzieżą i miałem czas na wywiad w redakcji naszej katolickiej gazety wedle tego samego klucza zamówiłem prenumeratę dla wszystkich sachalińskich księży prawosławnych i pastorów wiodących wyznań na wyspie.

Swego rodzaju klęską był fakt, ze mi nie odpowiadano ale też zwrotów nie było i gdy tylko w ramach licznych podróży odwiedzałem jak kies miasteczko to  od razu szedłem do cerkwi lub zboru, by sprawdzić czy prenumerata dochodzi. Po takiej serii spotkań mogłem sobie w sercu ze spokojem powiedzieć, ze prośbę Pana Jezusa, “aby byli jedno” nie zignorowałem. Rezultat był taki, ze jakaś liczba pastorów z parafianami przyszła na poświęcenie kościoła. Miałem zadanie ułatwione o tyle, zza na tydzień wcześniej przybyli do nas sześcioro kapłanów i dwie siostry  z Korei południowej i gdy rozwoziłem zaproszenia do parafii protestanckich gdzie pastorami byli głownie Koreańczycy to mogłem bez tłumacza wyjaśnić poprzez siostry o co mi chodzi. W jednym wypadku nasz sąsiad prezbiterianin przyznał się, ze jego rodzona siostra jest katoliczka i obiecywał, ze na pewno przyjdzie.

Co do księży prawosławnych to najlepsze relacje miałem w Aleksandrowsku z ojcem Romanem, który był z pochodzenia Polakiem. Regularnie odwiedzałem go i korzystałem z sakramentu spowiedzi. Podobnie było w Uglegorsku, Chołmsku, Poronajsku i w miasteczku Ocha.

Spotkanie z Prawosławnym Biskupem Arkadym było jedyne i o tyle specyficzne, ze doszło do niego w przeddzień poświęcenia katedry irkuckiej. Ustępujący ze swego stanowiska na emeryturę arcybiskup Hurley, o którym wspomniałem przy okazji opowieści z Magadanu potrzebował tłumacza. Był na Sachalinie, bo bardzo szanował księdza Benedykta Webera i znal osobiście biskupa Arkadego, bo to on właśnie za jakiś czas po “występach” biskupa Hurleya został wysłany na Magadan, żeby zorganizować nie tylko parafie ale cala diecezje prawosławną od zera. Miało to złagodzić efekt jaki wywołał “najazd katolików z Alaski”. Rozmowa była serdeczna, bo biskup Hurley umiał pic i wiedział o słabościach Arkadego. Choć ich relacje na początku były napięte smaczny koniak z Alaski i częste zaproszenia do Anchorage złagodziły konflikt.

Oto kolejny przykład na to jak w Rosji przebiega akcja ekumeniczna. Ktoś pomyśli, ze ja żartuję a ja kolejny raz powiem, ze absolutnie nie. Na dzień wczorajszy a nawet dzisiejszy katolicy z prawosławnymi mogą pewne teologiczne trudności rozważać jedynie z pomocą kielicha. To troszkę smutne ale niestety prawdziwe. Nie dziwcie się, ze dialog z protestantami utknął w martwym punkcie, ci ludzie nie pija i bardzo nas osądzają za nasze słabości. Pewnie sami daliśmy na to powód.

Gdy chodzi o Kamczatkę czy o Czyte, to sprawy miały się podobnie. Tam jakaś część publiczności włączyła się w akcje odwiedzania relikwii Krzyża świętego i mam na ten temat oddzielna “fatimska opowieść”. Ze specyficznych spraw chce opisać spotkanie z pastorem Paprockim, który pochodził z Równego na Ukrainie i był Polakiem wiec mi sympatyzował. Sympatyzowała mi tez pewna protestancka rodzina na Kamczatce, których syn zadziwił ich decyzja wstąpienia do katolickiego seminarium minorytów Łagiewnickich i studiował na Śląsku. Jego rodzice pracowali w wojsku i choć wcześniej byli we Flocie czarnomorskiej to się ostatnio przenieśli na Kamczatkę a syn pozostał na Ukrainie i  tak ich drogi ku Bogu się troszeczkę rozminęły, tym niemniej sprzyjało to naszej przyjaźni i takim sposobem w każdej syberyjskiej parafii miałem moc ekumenicznych przeżyć, dzięki którym nie czułem się sam jako człowiek wierzący a nawet w jakiejś mierze czułem się człowiekiem szczególnie uprzywilejowanym, ze los mi dal takie zajecie. Ja nie tylko mogłem ale po prostu musiałem być ekumenista, by nie stracić poczucia rzeczywistości i by pozostać wiernym.

 

Kleryk Darek

 

Moja opowieść o Sachalinie byłaby niepełna gdybym opuścił nazwisko pewnego kleryka z Lodzi. Nazywał się Darek i rzeczywiście nie wiem jak mu było ale wzrokowo potrafię odtworzyć te sympatyczna gębę, z łysawą czaszka i z wielkimi oczami.

Biskup Mazur przysłał go do mnie na praktykę, bo nie miał pewności, czy warto go święcić. Chłopak dzięki augustianom miał skończone studia teologiczne i nawet zrobiony doktorat. Był niezłym materiałem na misjonarza zresztą dałem mu taka opinie.

W ciągu tygodnia dałem mu pełną wolność prowadzenia nabożeństw w nowym sachalińskim kościele a sam skoncentrowałem się na dojazdówkach. Chłopak oddal sprawie cale serce i widać było dobre owoce tego oddania. Do kościoła zaczęli chodzić ludzie o których wcześniej można było tylko pomarzyć, głównie spośród europejskiej diaspory. Koreańczycy w naszej parafii zawsze czuli się dobrze.

Nie wiem co spowodowało, ze ostatecznie biskup się nie zdecydował na święcenia i za jakieś dwa lata dostałem wiadomość, ze Darek znalazł sobie parę i idzie po drodze powołania w rodzinie.

Nawet mi kiedyś zadzwonił do Czarnej Białostockiej ale ktoś nas rozłączył i on pewnie pomyślał, ze się na niego gniewam, ze nie został księdzem. Ja mam wrażenie, ze niechętny względem Darka był właśnie Jozef McCabe lub ktoś inny z Amerykanów.

Stało się i już nie cofniesz, ja Darkowi dziękuje na odległość i życzę jak to bywa w takich chwilach, by mu Pan Bóg wynagrodził w dzieciach.

 

Inni klerycy

 

Skoro o klerykach mowa, to chce od razu zaznaczyć, ze mam żal do Polski, ze tak Malo posyła kleryków na praktyki choćby do swoich diecezjalnych czy zakonnych księży, którzy nie zawsze mogą wakacje spędzać w ojczyźnie ale właśnie ojczyzna w postaci kleryków mogłaby u nich zagościć. To może się tyczyć również studentów z innych kierunków. W Polakach jest ta zawadiacka nutka do podróżowania i pewnie nie ma komu podpowiedzieć, ze na misjach każdy kleryk, każdy student jest mile widziany. Może nie każdy Kaplan to tak postrzega jak ja ale niewątpliwie w każdej misyjnej parafii znajdzie się grupka młodzieży która takiego wędrowniczka przyhołubi, przygarnie i rozbawi do rozpuku kości.

Tak więc na Kaukazie byli u mnie w latach 1993-1998 czterokrotnie studenci i klerycy z Hiszpanii. Na Sachalinie w latach 2000-2001 dwukrotnie.

W tym samym okresie z Polski miałem jedne odwiedziny młodzieży z Legionowa zdaje się w 1995 roku, klerycy z Białegostoku byli u mnie rok wcześniej. W 1998-m była młodzież z Wasilkowa w 2001-m byli dwaj klerycy z Elbląga. W roku 2000-m spotkałem dwu białostockich kleryków w Irkucku i trochę byłem zawiedziony, ze nie wpadli do mnie na Sachalin. Było zapewne w tym sporo i mojej winy. Każdy raz byłem niesamowicie wdzięczny i zbudowany tymi odwiedzinami.

Nie wszystkie nazwiska pamiętam a niektóre przekręcę ale postaram się pokrótce wymienić uczestników wojaży na Syberie.

Na Kaukazie odwiedzili mnie klerycy czwartego roku Andrysiak i Łuczaj oraz o rok młodszy Tomasz Małyszko. Jeden z nich spędził kilka lat w Petersburgu jako ojciec duchowny pozostali dwaj są Kaplanami w Sokolce i w Białymstoku.

W Irkucku był kleryk Keller i Kondzior. Jeden z nich jest na studiach a drugi na misjach w Argentynie. W Madrycie pracuje minimum 6 kapłanów, którzy jako diakoni lub studenci 4-go roku odwiedzili mnie w tym najtrudniejszym czasie kiedy trwały przygotowania do poświęcenia kościoła.

Swoja prymicje na Sachalinie odprawił niezapomniany ksiądz Carlos Cerezuela, który od pierwszego do ostatniego kursu seminarium cały czas odwiedzał mnie na wakacjach i zapraszał do siebie. Nasza znajomość trwa już 17 lat. Podobny staż ma Enrique Sanchez dziekan wydziału Ekonomii na Katolickim Uniwersytecie w Avila.

Inne imiona to ksiądz Roberto Lopez i ksiądz Gabriel, których przyjazd w 2000-m roku zapadł mi bardzo w pamięci i kilkakroć w tym tekście wspominam ich obecność na Kamczatce i w Czycie. Oczywiście najwięcej czasu spędzili na obozach dziecięcych na Sachalinie. Bariera językowa jeśli nawet istniała to tylko na nasza korzyść, bo rosyjskie dzieci bardzo pozytywnie odbierają obcokrajowców i jakby na przekor trudnościom chcą sobie z nimi choćby rękoma pogadać...

 

Ojciec Fernando

 

Od samego początku gdy tylko Darek przybył na Sachalin było wiadomo, ze wkrótce przybędzie również dobroduszny misjonarz rodem z Quebecu francusko-indiańskiej krwi Maryknoll o imieniu Ferdynand, w skrócie Fernando.

Z czasów gdy pracował w Salwadorze i Nikaragui pozostał mu zawadiacki wąsik a la don Quijote, niesamowite poczucie humoru, straszny diabeł podobny rozmiarami i skutkami do cukrzycy kolegi Myrona z Władywostoku.

Ferdynand był niezły w grze na gitarze i gdy go zapoznałem na początek z sąsiadującym z nami Domem Dziecka postanowił stworzyć klasę gitarzystów i w ten sposób przyciągać młodzież.

Jego poprzednia placówka była Listwianka właśnie. Żaden inny Amerykanin nie zgodziłby się na taki areszt domowy. Ksiądz Jozef McCabe miał Biskupowi za zle, ze skierował Fernando na tak trudne i bezludne zwłaszcza zima miejsce.

Jedynym wsparciem dla niego w tych czasach był wspomniany kleryk Darek w roli piętaszka.  Nie było im tam lekko, wiem z opowieści.

Tym nie mniej była to niezła szkoła Rosji i trzeba biskupowi oddać sprawiedliwość, ze nigdy nie podejmował przewidywalnych decyzji. Wszystko było mniejszym czy większym zaskoczeniem a poprzez to wszystkim było ciekawie pracować i wszyscy mieli co komentować. Takiej rozgadanej diecezji nie spotkałem nigdzie na świecie. Przypuszczam, ze bez tej pionierskiej atmosfery, która próbuje przekazać w tej książce musiałbym się zatrzymać na trzeciej stroniczce. Dziękować Panu Bogu już się zbliżam do setki stron i nie widać jeszcze końca.

Na misjach naprawdę znudzić się nie sposób.

Od ojca Ferdynanda, który miał niesamowicie dobre serce dla mnie i nie tylko dla mnie dowiedziałem się pewnych szczegółów tajnej policji Ameryki. Gdy się zacząłem przed nim roztkliwiać na temat jak nas zle traktują rosyjskie spec służby on mi przerwał moje żale tekstem jakiego bym nigdy w życiu się nie spodziewał. Amerykanie są gorsi. Można by się spierać gdyby to powiedział Rosjanin ale to powiedział ktoś stamtąd. Podobno z przyzwolenia CIA salwadorska junta zamordowała około 70 kapłanów w tym również obywateli USA. Don Fernando powiedział, ze w Rosji czuje się świetnie po tamtych doświadczeniach, bo przynajmniej może mieć nadzieje, ze go w najbliższych tygodniach czy miesiącach nikt nie zabije. W Salwadorze a potem w Nikaragui on nie znal dnia ani godziny. Tak sobie pomyślałem, ze ten męczennik za życia właśnie wtedy naa tle nerwowym zdobył sobie te okropna cukrzyce.

Mowie to wszystko dla pełnej sprawiedliwości, by ktoś nie pomyślał, ze cos ukrywam i pokazuje jednostronni tylko złych kagebistów i milczę o przestępstwach CIA.

Od Fernando właśnie dowiedziałem się po raz pierwszy, ze CIA finansuje ogromna ilość sekt w Brazylii, Argentynie etc., by rozbijając jedność religijna rozbić również wole sprzeciwu tych narodów, które w kościele katolickim znajdowały dla siebie oparcie na trudnych zakrętach historii. Dowiedziałem się, ze są nachalne akcje antykatolickie sponsorowane w USA i powtarzam, bo widać wyraźnie, ze w  USA kościół tez jest lekceważony i marginalizowany a misjonarze wyniszczani. Ponadto chce by było wiadomo, ze wśród kapłanów z Ameryki tez zdarzają się świeci. Don Fernando do takich niewątpliwie należy. On się na Sachalinie utrzymał najdłużej i nie wątpię, ze pozostawił na długo dobry i ciepły ślad…

 

Koprowski w Komsomolsku

 

Chce wrócić do wspólnych podróży z Markiem Koprowskim.

To miły gawędziarz, obieżyświat. Człowiek dobrze obeznany ze Wschodem i bardzo lojalny gdy chodzi o kościół zwłaszcza na tych wschodnich misjach.

Proboszcz z Chabarowska, by się z nami nie męczyć zbytnio zaproponował, byśmy odwiedzili Komsomolsk. Mam wrażenie, ze podejrzany kapuś starosta tez wolał by Koprowski odwiedzał okolice Chabarowska i nie zadawał niewygodnych pytań o miasto. Dodam, ze Marek nie mieszkał w parafii ale starosta “wysiedlił” go na osiedle północ do sanatorium, w którym miała znajomości jego małżonka.

To bardzo utrudniało pobyt. Nastąpiło lato i kra na Amurze zaatakowała. Piękne widowisko, gdy lud pęka. To samo mogliśmy oglądać w stolicy syberyjskiej mafii. Wszelkie dochody jakie ma kryminalny światek Sachalina, Kołymy, Kamczatki, Władywostoku a nawet Irkucka dzielony jest właśnie w Komsomolsku.

To jedna z ostatnich stacji BAM-u(Bajkalsko-Amurska Magistrala).

Związek Sowiecki zbudował równoległą nitkę transsyberyjskiej magistrali z dwu powodów. “wielkie strojki” to ulubiony sposób na kradzenie państwowych pieniędzy w Rosji oraz akcja wojskowa zabezpieczająca północ Syberii na wypadek ataku ze strony Chin. Dużo studiowałem w ogólniaku o Bamie ale do Glowy mi nie przychodziło, ze dwa dziesięciolecia cala Rosja stała na uszach, żeby się zabezpieczyć od Pekinu, którego jakoby się “nie bała” i nie boi.

Żartuje się, ze napis na koszulach więziennych pochodzi właśnie z tej wielkiej budowy. Komsomolsk powstawał pod koniec lat trzydziestych i była to filia magadańskich obozów koncentracyjnych. Trafiali tutaj znienawidzeni przez system inteligenci i “proczaja swolocz”. Ponieważ propaganda głosiła, ze Komsomolsk wznosili wolontariusze komsomolcy dlatego wspomniane napisy na koszulach ze skrótem ZK(zakład karny) w żartach rozszyfrowywano Zabajkalscy-Komsomolcy!!!

Do niedawna Magadan, Sachalin, Kamczatka i Czyta to były obwody zamknięte.

Do dziś nadziwić się sobie nie mogę jak los dal mi możliwość w miarę swobodnego poruszania się po tych “ziemiach zakazanych”.

Oprowadzać po Komsomolsku miał nas Walery człowiek podobnych ambicji jak opisany Dima z Kluczy. Walery pochodził z Kamieńca Podolskiego i miał jak kies korzenie i ambicje katolickie. Ciekawa rzecz, ze parafian do komsomolskiej wspólnoty rekrutował nie wedle klucza etnicznego jak to się pod naciskiem tradycji carskich dokonuje w całej Rosji ale wedle “sposobności bojowych”. Walera od lat jest znanym instruktorem karate i jego wynalazkiem było, że różaniec zaproponował jako jedna z technik “medytacji wschodu”, przez co spopularyzował nie tylko Matkę Bozą nietradycyjną metodą ale również kościół katolicki jako sposób na zdobycie sprawności fizycznej. Przyznam, ze byłem zaszokowany takim twórczym podejściem do misji. Fakt pozostaje jawny, ze z Komsomolska na różne katolickie zjazdy do Władywostoku i Chabarowska trafiali zawsze nowi i wysportowani chłopcy. Mieszkaliśmy w mieszkaniu jednego z takich sportowców, który straciwszy młoda żonę, tez sportsmenkę wybrał drogę powołania zakonnego i udał się do Kanoników Regularnych we Władywostoku.

Niesamowita historia. Już tylko to jedno na Dalekim Wschodzie zasługuje na książkę. Owszem Walera prócz plusów miał sporo minusów. Był wielkim nudziarzem i żadnej sprawy nie doprowadzał do końca. Mojego dziennikarza zamiast uzbroić w konkretne fakty i opowieści o parafii ciągał co chwila na piwko, co nie licowało ani z jego statusem sportowca ani parafialnego starosty. Byłem zrozpaczony, bo pan Marek wyraźnie poddał się “czarom” Walery. Jako abstynent obserwowałem ich “nocne Polaków rozmowy”. Gdy po trzech dniach wracaliśmy z Komsomolska byłem prawdziwie szczęśliwy, odetchnąłem z ulga i czekałem na obiecana książkę, która miała być gwoździem programu na otwarciu katedry irkuckiej. Owszem jak wspomniałem na bieżąco ukazywała się w odcinkach cale lato 2000 w Gościu Niedzielnym. Polska wersja książki trafiła do czytelnika w wersji książkowej dopiero latem 2001-go roku a rosyjskiej wersji nie doczekaliśmy się nigdy, bo za 2 lata Biskupa Mazura, który zamówił tekst nie było już w Rosji.

Szkoda, książka wyszła niezła. To jedna z najpiękniejszych przygód mojego życia. Jestem Markowi i Biskupowi wdzięczny, ze wybrali mnie na reżysera tych misyjnych podróży. Nie wiem czy się wywiązałem jak chcieli ale dla mnie to był piękny czas. Otrzymałem w drodze przyspieszony kurs felietonisty i sam wkrótce miałem chwycić za pióro, by stworzyć swój obraz Syberii i nie tylko.

 

Mikołajewsk po Japońsku biskup z Niigaty

 

Proboszcz z Chabarowska wielokroć obiecywał, ze mnie zabierze do Mikołajewska, ale starosta Stanisław skutecznie wybijał mu to z Glowy i sam z nim jeździł. Jak podejrzewam neutralizował wszelkie dobro jakie z tych misyjnych podróży mogło wynikać. Dobrze  wiemy, ze Pan Bóg potrafi na krzywych liniach prosto pisać. Przy każdej próbie wytłumaczenia proboszczowi, ze hoduje sobie kanalie na piersi proboszcz znajdował jakieś wytłumaczenie dla swej słabości do różnych gadów. Najmocniejszym argumentem była opowieść o pewnym człowieku, który miał zwyczaj kupować gazety za rogiem. Sprzedawca był stuknięty i każdy raz obdarzał swoich klientów jakimiś wulgarnymi epitetami. Klient złościł się ale ponieważ przywykł kupować gazety w tym miejscu właśnie zaciskał zęby i znosił wszelkie inwektywy. To było jego “Westerplatte”. Ksiądz Edward wciry wierzył, że swego starostę dobrocią nawróci. No cóż to jego sprawa. Nie podlega wątpliwości, że był zdradzany i ośmieszany. Starosta nie zostawił suchej nitki na proboszczu przy pierwszym spotkaniu ze mną i nawet próbował mnie zaangażować w akcje dyskredytacji proboszcz w oczach Biskupa. Starosta Stanisław nie miał ani krzty honoru czy wstydu. Jak juz pisałem podawał się za Polaka i szefa Polonii. Organizacja faktycznie nie istniała a parafia była na prostej drodze do likwidacji pod rządami takiego starosty…

Do Mikołajewska procy Stanisława jeździły jeszcze siostry i załatwiły dla tego miasta fundusze y miasta Kamakura.

Gdy po latach spotkałem szefa japońskiego Caritas a obecnego arcybiskupa Kikuchi y Niigata opowiedział mi on, że często odwiedza Chabarowsk i Mikołajewsk, bo związki y Karitasem Japonia pozostały i skutkują.

Cieszy mnie to, bo jest to jak wspomniałem dowód na tezę, ze Pan Bóg pisze prosto.

To również znak, ze ksiądz Edward nie mylił się i ze współpraca ze Stanisławem nie była w stanie wszystkiego zniszczyć. Wielokroć próbowałem zawstydzić Stanisława, ze choć się na wszystkim rozumie to jednak ani w Komsomolsku ani w Mikołajewsku parafii nie zarejestrował, choć mnie się udało dwie parafie w Czycie i na Kamczatce zarejestrować w przeciągu 3 miesięcy. Nie wiem ile nerwów kosztowało dla Stanisława wysłuchiwanie moich żartów, tym niemniej rejestracji dokonał. Trzecia parafia jaka uzyskała w tych czasach jurydyczny status to była parafia w Birobidżanie czyli w stolicy Żydowskiej Autonomii.

Miasto leżało w 80 km od Chabarowska wiec lekko było je obsługiwać z Chabarowska. Parafia posiadała budynek byłej łaźni miejskiej. Nie wiem jak jest teraz ale początki były zachęcające niestety do Birobidżanu tez nie miałem wstępu. Mogłem sobie go tylko oglądać z okien pociągu gdy podróżowałem do Czyty

 

Władywostok

 

Proboszcz z Władywostoku ojciec Miron pochwalił mi się kiedyś, że przyłapał wieczorem swego parafianina jak mu się grzebał w tajnych papierach. Po długiej rozmowie parafianin przyznał się, ze jest agentem KGB. Ksiądz Miron wyspowiadał go i przebaczył. Nigdy nie mówił jego nazwiska, bo podobno pozostał parafianinem.

Na mój gust to mógł być ktokolwiek ale ponieważ znalem osobiście wielu parafian tej sąsiedniej wspólnoty i jej profil, to mogę się domyślać, ze nawróconym szpiegiem mógł być ktokolwiek z aktywistów, na przykład Juri Biełoziorow,  o którym  Marek Koprowski od razu się wyraził, ze jak na wykładowcę biologii ma zbyt dobry aparat fotograficzny i rzeczywiście w trakcie naszego pobytu we Władywostoku był naszym aniołem stróżem i fotografował co chwile czy trzeba i nie trzeba tak jakby to on pisał książkę a nie Marek.

 

Nachodka

 

W Nachodce krajobrazy sa nie gorsze niż na Kamczatce. Z tamtej wizyty jest w książce Koprowskiego piękne zdjęcie. Na samym wjeździe do miasta obok sporych rozmiarów świątyni prezbiteriańskiej katolicy zarejestrowali parafie w zwykłym budynku mieszkalnym. Zastanawiała mnie spora ilość kobiet Dagestańskiego pochodzenia. Z jednej strony to sukces, bo przecież Dagestan to muzułmański kraj, z drugiej jednak zawsze miałem wątpliwości co do faktu nawrócenia we wspólnotach amerykańskich. Miałem wrażenie, ze ludzie szukają w parafii zatrudnienia za wszelka cenę. O tym czy chodzi o nawrócenie raczej się grzecznie milczało. Chciałbym się mylić i ciągnie mnie w te strony również po to by się przekonać ilu z tych parafian w Nachodce dalej chodzi do kościoła.

 

Ussuryjsk

 

To dawne miasto wojewody kie na chińskiej granicy za jakiś czas Biskup Mazur powierzył opiece Franciszkanów z Korei i sióstr św. Jozefa z Chartres. Nie wiem dlaczego ksiądz Miron nie chciał Markowi pokazać Ussuryjska. Sam bym chętnie odwiedził to miasto, bo zdaje się właśnie tam miał miejsce cud nawrócenia pastora luterańskiego. Cala  luterańska parafia zgłosiła się jakoby do naszego Biskupa z pragnieniem przyjęcia katolicyzmu. Biskup nie podtrzymał entuzjazmu martwił się tym zwłaszcza pewien misjonarz ludowy o nazwisku Hartmann.

Były narkoman, który podobnie jak Juri Bełoziorow mógł być wspomnianym agentem na moich oczach dokonywał cudów. Jeździł do odległych miasteczek na prośbę ojca Mirona i za niewielkim wynagrodzeniem pisał raporty o  tym w jakim z miast Nadmorskiego Kraju SA warunki do otwarcia parafii. Przyznam, że sam bym wiele dal, by mieć takiego współpracownika. Byle był szczery. Tego jednak do końca w Rosji nikt pewien być nie może. Ludzie są zbyt biedni, by się oprzeć pokusie pracy na dwu stołkach jednocześnie.

 

Werbiści nad Amurem

 

Święty Arnold Jansen założyciel werbistów jako zadanie główne stawiał swoim podopiecznym misje w Chinach. Nic wiec dziwnego, ze zarówno nasz biskup w Irkucku jak i jego współbracia interesowali się losem sąsiedniego przecież kraju. Choć Rosjanie a dokładniej politycy ze służb specjalnych mieli mu to za zle i wytykali palcami, ze się miesza w politykę, to jednak gdyby choć trochę poczytali historie zrozumieliby, ze to nie jest żadne mieszanie się a po prostu filozofia zakonu Bożego Słowa. Ksiądz Mazur nie byłby wierny swemu charyzmatowi gdyby nie ciekawił go los sąsiedniego ogłupionego przez ateizm molocha. Ja sam z początku dziwiłem się jak bardzo ksiądz Biskup troszczy się na przykład o parafie w Czycie. Żaden jego poprzednik o to się nie martwił on jednak to zrobił. Rozbudził z uśpienia miasteczko w którym już w moich czasach polowe mieszkańców hotelu stanowili chińczycy właśnie i wszelkie ogłoszenia w recepcji były dwujęzyczne. Czemu tu się dziwić.

Podobna sytuacja jest w Ussuryjski i we Władywostoku. Az dziw bierze, ze sami Rosjanie deportują paczkami księży i pastorów a nie widza żadnego problemu w szerzącej się bezbożnej masie chińczyków. Ewangelizując ich kościół dopomaga w ogarnięciu tego żywiołu jakakolwiek neutralna dla Rosji ideologia. Z drugiej strony jednak, czy chrześcijaństwo może być neutralne. Czy katolik może spokojnie patrzeć jak największy naród świata ginie w ciemnocie obyczajowej i religijnej???

Tak wiec niech nikogo nie dziwi, ze jedna z przygranicznych parafii dostali do obsługi właśnie werbiści. Była do doborowa paczka.

Chłopcy doborowi, jest czym się pochwalić…

Najlepiej pamiętam księdza Włodka i jego opowieść na dniu młodzieży na Sachalinie o tym jak siedząc na moście w pewnym momencie ze skrucha wyznał swojej dziewczynie: “kochana ślubu nie będzie, ja idę na księdza”. Te i podobne wyznania a la Włodek zjednywały mu wiele serc. Choć miał budowę ciała predysponującą na zapaśnika to chętnie grał z dzieciarnia w futbol i inne gry. Wszędzie go było pełno a z ust nie schodził uśmiech, co tez jest pewnie ważnym elementem sukcesu. Nie wiem czy jako proboszcz przy katedrze nie zmienił stylu i nie zmanieryzował się ale w tamtych czasach był postacią number one we wszystkich diecezjalnych i wszechrosyjskich akcjach młodzieżowych.

Jego współbratem w Błagowieszczeńsku był na początku pewien Słowak, zdaje się ojciec Jozef (w Słowacji i w Czechach co drugi to Jozef czyli Pepik)z którym mi się dobrze korespondowało, bo był na Bierzach wszystkich wydarzeń i ploteczek nie tylko w naszym światku lecz również wiedział co się dzieje u protestantów. Ja bywałem w Błagowieszczeńsku dwa razy zaledwie. Raz przywiozłem braciom pieniądze z Irkucka na urządzenie biura Caritas, drugi raz chyba grzecznościowo, być może wracając z Czyty nie miałem innego polaczenia.

Pierwszy raz widziałem się z nimi w dość ciasnych warunkach w tym domku gdzie była również niewielkich rozmiarów kaplica domowa, na ile rozumiem kupiona w czasach księdza Mirona. Drugi raz zima 2000 roku odwiedziłem ich nowe mieszkanie na samym bulwarze w wieżowcu 9-cio piętrowym. Piękny widok na bliźniacze miasto Haj He(czarna rzeka - chińska nazwa rzeki Amur). Do niedawna była to zwykła wioska, kiedy tylko otwarto granice przedsiębiorczy chińczycy stworzyli tu miasto handlowe i zapełnili wieżowcami. Patrzyłem na zamarzniętą rzekę i na “autostradę” jaka przetarły po środku rzeki spychacze. Po  obu stronach autostrady stały czerwone flagi rozgraniczające tereny chińskie  od rosyjskich.

Po kilku miesiącach miałem przygodę na irkuckim lotnisku. Z Moskwy przyjechał wysoki kędzierzawy i szpakowaty już Kaplan, którego znalem niemal od dziecka czyli od 1992-go roku. Gdyśmy się spotykali w kościele na Lubiance na Wielki Wtorek, to kiedyś skorzystałem u niego ze spowiedzi i byłem mu wdzięczny za braterskie porady.

Dodam od razu, ze zarówno w Moskwie jak potem w Irkucku, Charkowie czy Taszkiencie zawsze wielkoczwartkowe spotkania z Biskupami odbywały się w Wielki wtorek. Działo się tak z przyczyn praktycznych. Księża chcieli powrócić do swoich parafian na Triduum paschalne a to czasami była wielka łamigłówka biorąc pod uwagę odległości od miasta biskupiego do konkretnej parafii. W tym wypadku do Błagowieszczeńska z Irkucka ponad 2000 km. Wspomniany werbista nazywał się chyba Strus, Bocian albo cos w tym stylu. Okazało się, ze nad Amurem powstała nowa parafia i kaplica mieściła się w jakimś bunkrze. Nowym proboszczem w tej dojazdówce miał być właśnie ksiądz Ptak, któremu się przypomniałem i razem z irkucka siostra werbistka z niekłamaną radością odprowadziłem na  lotnisko i posadziłem na samolot.

 

Błagowieszczeńsk

 

W miasteczku Zwiastowania jest stolica obwodu Amurskiego. Komuniści nie zmienili nazwa miasta ale nie odważyli się nazwać województwo obwodem Zwiastowania. To tutaj starosta stal się jedyny w okolicy  uczciwy człowiek, którego samo życie szykowało na takie stanowisko. Jego mama w latach 60+tych była w szpitalu z nim w ciąży w kolejce do aborcji. Zabieg nie doszedł do skutku tylko dlatego, ze kobieta była katoliczka i tuz przed operacja usłyszała bicie dzwonów w kościele, który w tamtych latach władze przekazały katolikom.

Gdy zapytała co to za święto, ze bija dzwony odpowiedziano jej ze Zwiastowanie. Kobieta, która “namówili” na aborcje, ze względu na wielodzietność i wiek uznała to za znak z nieba i uciekła ze szpitala a za jakiś czas narodził się Sasza Revcov obecny starosta parafii i programista z zawodu. Człowiek genialny jak mi się zdaje.

Nie pasował do kompanii świeckich starostów jakich znalem wokół ale Pan Bóg tak chciał. To prawdziwy podarunek losu dla kościoła a w szczególności dl ojców Werbistów, którzy znaleźli w tym miasteczku dla siebie przyczółek. To była w moich czasach jedyna polska parafia pośród morza amerykańskich wspólnot katolickich.

O kościół walczono długo i nudno. Biskup z irkucka zainwestował sporo pieniędzy w nowa prawosławną katedrę. Miał dżentelmeńską obietnice, ze prawosławni odejdą i zwrócą katolikom piękną świątynię ale jak to bywa słowa nie dotrzymali. Podobny przypadek miał miejsce w Czycie o której za chwile slow kilka…

 

Czyta nocą

 

Do Czyty przyjechałem po raz pierwszy w październiku 1999 roku nad ranem i spośród 4 osób jakim wysłałem telegram pojawił się tylko jeden zakłopotany gość. Nazywał się Sergiej Kudriawcew. Mam wrażenie, ze był Żydem, bo był to jeden z maniakalnych tematów jaki ciągle w rozmowach z nim wracał, zresztą powierzchowność tez miał tak wyrazista i był tak erodowany jak Malo który europejczyk, ze można było się domyśleć kim jest. Okazał się on osoba Opatrznościową, choć do końca nie wiem czy szczerze chodził do kościoła czy raczej na kogoś pracował. Jego adres zdobyłem we Władywostoku w kartotece. Pokazał mi hotel wedle prośby najtańszy i odwiedził przed wyjazdem.

Obejrzałem sobie plac główny z wielkim pomnikiem Lenina. Owszem sporo było w tym mieście monumentalnych budowli w stalinowskim stylu. Jeszcze więcej drewnianych kamienic z 19-go wieku. Największa kamienna synagoga całej Syberii. Poznałem ją oczywiście mimochodem dzięki Sergiejowi, jak i większość innych niezwykłych budowli…

Mój Cicerone był z zawodu konserwatorem zabytków. Główne ulice szły równolegle do dworca kolejowego ku pewnemu wzniesieniu u podnóża którego była politechnika i cmentarz. Za torami Czyta tez pięła się łagodnie ku wzgórzu, na którym widniał Krzyż Łunina wyjątkowego dekabrysty. Podejrzewa się ze był on krypto katolikiem lub nawet Kaplanem. Znaleziono wśród jego rzeczy osobistych mszal łaciński, brewiarz oraz kielich do podróżnych celebracji. Troszkę dalej za torami w kierunku zachodnim było chwalone przez specjalistów lotnisko zbudowane ponoć przez robotników z Jugosławii. W tymże kierunku można było napotkać osiedle KSM, które od centrum oddzielało sporych rozmiarów sztuczne jezioro. Tam zima żołnierze robili przeręble i święcili wodę na Chrzest Pański zapraszając popa. Tam była cerkiew na tzw. Czycie II. Inne dwie cerkwie w moich czasach mieściły się w samym centrum. Jedna bezpośrednio na placu głównym obok północnej pierzei prowadzącej do Uniwersytetu. Druga na ulicy Ostrowskiego 3 kwartały w gore od wspomnianego placu. To dawny kościół katolicki.         

Synagoga o jakiej wspomniałem znajdowała się na północny wschód. Nowy katolicki kościółek, który dostał lokalizacje dzięki moim staraniom mieści się dzisiaj na ulicy Mostowej 1 15 minut pieszo do placu głównego w kierunku na Zachód nad niewielka rzeka w pobliżu stadionu i cmentarza wojskowego.

Niedaleko od Dworca Głównego również w kierunku zachodnim mieściła się czwarta na ten czas cerkiew i najstarsza ale nie działająco, bo w niej mieściło się muzeum dekabrystów. Mikołaj II osobiście wypytywał każdego dekabrystę jak zwykły milicjant w trakcie śledztwa jak śmieli ogłaszać bez jego zgody konstytucje. Był ro 1825. Wyszli na wolność dopiero po roku 1849-tym czyli po śmierci Mikołaja. Nie dawał im żadnych ulg, jedyne na co się zgodził to był przyjazd zon dekabrystów na zsyłkę. Inne ulgi zdobywali sobie za pieniądze bo wszyscy byli bardzo bogaci. Trochę ulg zapewnił im Polak Lamparski, który był komendantem zsyłki. Dzięki Dekabrystom zaczęto poważnie myśleć o eksploatacji Syberii. Nie ma chuda bez dobra mawiają Rosjanie. Wiec i katorga na cos się jednak przydała. W Czycie spędziło długie wakacje 80-ciu dekabrystów w tym również katolikofil Łunin.

Przepracowałem w tym mieście pól roku.

Odwiedzałem je tak jak Kamczatkę po kilka dni w miesiąc ale był to czas natężonej pracy. Pan Bóg dal mi dobrych współpracowników i opatrznościowe sytuacje. Laska roku jubileuszowego spływała wielkimi strumieniami na to katorżnicze miasto. Biskup w międzyczasie wizytował Czyte dwa razy. Dostaliśmy rejestracje wspólnoty i plac z gotowymi budynkami dla organizacji plebanii klasztoru i kościoła.

Jeden raz do Czyty przyjechali również Hiszpanie, którzy chcieli te parafie wesprzeć i rzeczywiście dali proboszczowi fundusze na samochód i plastykowe okna dla plebanii. Tym nowym proboszczem był przez kolejne Pol roku mój kolega Adam Romaniuk z siedleckiej diecezji. Krotko przedtem sekretarz biskupa Wertha w Nowosybirsku…

 

Wagner

 

Miałem rymowe y panem Wagnerem o losie parafian. On twierdził, ze my kapłani z Polski ich nie rozumiemy, nie pojmujemy jak trudno im funkcjonować pośród Rosjan z piętnem katolika na czole. Was wydalają a my pozostajemy skarżył się nie wiem na kogo. Mam nadzieje, ze trochę przesadził wżynał mi to jednak po przyjacielsku w chwili gdy bp Jerzy juz był wydalony a moje wydalenie przesadzone.

To właśnie do tego człowieka skierował mnie urzędnik do spraw religii gdy go zapytałem czy zna kogoś z niemieckiej diaspory. Wagner reagował na moje słowa pryz pierwszym spotkaniu tak entuzjastycznie, ze gdy po miesiącu zapoznałem go y Biskupem padło szczere do bólu pytanie “Jarek, dlaczego on to robi…?“

Nie chciało się Wierzyc, żeśmy nareszcie złowili taka złotą rybkę, która spełnia na zawołanie wszystkie nasze życzenia. Biskup otrzymał możliwość powitania mieszkańców Czyty prymy Telewizje, czego wcześniej ani na Białorusi ani w Irkucku nikt mu na co dzień nie proponował. Doszło do spotkania z gubernatorem, który jako historyk z wykształcenia znający szczegóły o istnieniu katolickich kościołów na Syberii niemal na wszystko się zgadzał włącznie z prawem na pobyt stały dla księży i sióstr, którzy by ewentualnie zjawili się do pracy. W rzeczy samej stało się cos o czym w Rostowie ani na Sachalinie marzyc nie mogłem, otrzymałem kartę pobytu stałego i mnóstwo innych ulg, przywilejów etc. Nocowałem w najlepszym hotelu bezpłatnie, noga otwierałem drzwi na salony tyle tylko, ze bywałem tu rzadko…

Z Rosja tez żegnałem się właśnie tutaj na uroczystości poświęcenia kościoła.

Dodatkowa ceremonia, która przeprowadziłem w tych dniach to był pogrzeb matki tego chłopca, który mnie jako pierwszy odbierał z dworca kolejowego…

Dziś tam pracują z rozmachem siostry Służebnice Starowiejskie.

 

Świecki misjonarz Hartmann

 

Gdy jechałem po raz wtóry do Czyty by przygotować pierwsza wizytacje biskupia towarzyszył mi domorosły misjonarz z Chabarowska, którego do tego zachęcił jak myślę finansowo ksiądz Miron z Władywostoku.

Ja zdarzyłem w międzyczasie odprawić Wagnera na kursy katechetyczne do Władywostoku i ten przedstawił mnie Mironowi najlepiej jak potrafił. Stad nieoczekiwana przychylność w oczach dziekana i niespodziany sojusznik w wyprawie do Czyty. Podczas gdy ja byłem zajęty przy biskupie w Niemieckiej Szkole gdzie miała się odbyć historyczna Msza święta Hartman uczył nieboraków tekstu Mszy świętej i jak maja się na niej zachować, bo nigdy w życiu w czymś takim nie uczestniczyli.

 

Nie zbierać tacy

 

Nauczony wieloma doświadczeniami z Władywostoku Hartmann tak świetnie się spisał, ze Msza wyglądał jak prawdziwa. Była w tym czasie również telewizja. Ludzie śpiewali w trakcie uroczystości i nawet była zebrana taca.

Po wszystkim ekscelencja był bardzo zadowolony ale prosił, by na takich uroczystych mszach tacy nie zbierać i ładniejszy ornat ubierać, bo miałem na sobie jakiś przypadkowy i porwany.

 

Brian Kuzel

 

Pol roku potniej po poświęceniu katedry w Irkucku choć już nie byłem proboszczem w Czycie to jednak na zaproszenie księdza Adama, który w tym czasie miał inne sprawy w Ulan Ude pojechałem z dyrektorem CRS Alaska odwiedzić Czyte a dokładniej rodzinę Wagnerów, by ocenić ich potrzeby.

Catholic Relief Center to amerykański Caritas, który robił wiele w tej części Rosji dla potrzebujących. Pokazano mu wioski które latem spłonęły w głębi lasu i już częściowo otrzymały wsparcie od japońskiego Karitasu.

Zapoznano nas z wieloma urzędnikami. Odwiedziliśmy kilka domów sierot i jak to bywa przy takich okolicznościach Briana Kuzela, niedoszłego dominikanina czeskiego pochodzenia, który się słabo wzbraniał od picia kilkakrotnie musiałem na własnych rekach odprowadzać do pokoju w hotelu. Troszkę przesadził i bez skrepowania pokazywał mi zdjęcia gosposi z Chabarowska, która mu mocno przypadła do gustu. Nie chciałem chłopaka martwic ale miałem uzasadnione przypuszczenia, ze nasze chabarowskie gosposie tez pracują na zamówienie służb specjalnych i ze jego romans może się zle skończyć…

 

Kotłownia świętego Piotra i Pawła

 

Zdobycie zgody na budowę kościoła to w Rosji zwykle korupcyjna łamigłówka. Wiedza o tym nie tylko księża ale jakikolwiek biznesmen czy zwykły śmiertelnik, który zaczyna pokazywać hienom biurowym ze ma pieniądze a oni mu dyktują do jakiego stopnia powinien się Dzielic. Im mniej się człowiek dzieli tym dłużej czeka na ostateczne pozwolenie.

Aby uniknąć tej biurokratycznej i korupcyjnej maszyny ksiądz Piotr Fider mak w Czycie zastosował niezwykle skuteczny trick. Zebrał stara dokumentacje sanatorium i wszystkie budynki po prostu zrekonstruował. Drewniane baraki obłożył cegłą i tak powstała piękna plebania i klasztor a stara kotłownię zbudowana w czasach stalinowskich z solidnej cegły przerobił i rozbudował w niesamowicie piękną budowle, która kosztowała 10 razy mniej ale dużo lepiej się prezentowała niż mój sachaliński kościółek. W papierach było napisane “Kotłownia świętego Piotra i Pawła” - rekonstrukcja!!!

 

Ulan Ude

 

Do Ulan Ude również często trafiałem nocą.

Ray przyjechałem tutaj y Tatiana Wagner w sprawach Karitasu. Innym Razem z Hiszpanami, by im pokazać jakiego Kaplana wspierają wedle prośby biskupa miał nim być ksiądz Adam Romaniuk. On sam był za kółkiem wiec przez ponad dwa dni mogliśmy ze sobą długo obcować. Jechaliśmy 500 km do Ulan Ude. Przenocowaliśmy, troszkę pofotografowaliśmy z rana i znów cały dzień za kółkiem kolejne 500 km. Gdyśmy przyjechali o 22.00  było tak ciemno, ze nie byli w stanie niczego sfotografować a pociąg powrotny do Irkucka był już o 22.00.

Tak wiele wysiłku włożyliśmy by Hiszpanom jak najwięcej pokazać i by im się u nas spodobało. Myślę, ze Enrique, ksiądz Gabriel i Conchita zona Enrique docenili te nasze starania. Niestety wkrótce w Czycie po raz kolejny po pól roku zmienił się proboszcz. Ksiądz Piotr Fidermak zakończywszy budowę katedry został skierowany jako najlepszy specjalista do budowy kościoła w tym mieście i zawarte znajomości z księdzem Adamem nie wpłynęły na bieg dziejów, ktoś inny stal się sponsorem kościoła w Ulan-Ude.

Stara budowle wywieziono w częściach na teren pewnego sanatorium za miastem i urządzono w nim stołówkę. Taka dziwna przygoda…

Nie sposób było odzyskać tego starego kościoła wiec trzeba było wszystkie starania podjąć od nowa włącznie z poszukiwaniem terenu pod budowę.

Pisze takie szczególiki, by było wiadomo, ze na żadnego księdza w Rosji nie leżały na stole góry pieniędzy i by cokolwiek zaczynać robić trzeba się było namęczyć w poszukiwaniu sponsorów na całym świecie i na organizowaniu im wycieczek krajoznawczych i innych atrakcji, które by wzmacniały ich motywacje.

Trzecia wizyta była na odpust Najświętszego Serca Jezusowego.

Parafia w tamtych czasach mieściła się w pięciopokojowym mieszkaniu, które kupił ksiądz dziekan Pawlus. Działało tu w tych czasach bardzo prężne Towarzystwo polskie a młoda nauczycielka była rodem z Białegostoku. Ciekawa rzecz ze była krotko po ślubie a mimo to rządza przygody i pewnie materialne trudności zmusiły ja do podjęcia pracy na antypodach. Niejeden raz patrząc na naszych nauczycieli polskiego rosło mi serce, ze pracują z takim oddaniem w takich kiepskich często warunkach, ze to się z niczym nie da porównać. Ciekawa tez rzecz jak minimalna była w tamtych czasach synchronizacja działalności towarzystw polonijnych i parafii. Fakt, ze mieliśmy całkiem innych dobroczyńców nie sprzyjał wzajemnemu zrozumieniu. Konsulatom i senatowi było zupełnie obojętne czy dany nauczyciel kontaktuje się z parafia i czy ona w danym mieście istnieje czy nie. Pryz braku środków niejeden raz można się było wzajemnie wspierać ale mając do wyboru placówkę gdzie są kapłani lub gdzie ich nie ma Towarzystwa polskie dostawały nauczycieli raczej w miejscach pozbawionych Kaplana. A może tak miało właśnie być???

Może Pan Bóg tak działa skuteczniej. Wcześniej czy później każdy polonus musi sam sobie odpowiedzieć na pytanie, czy dla mego duchowego rozwoju jest jak u przodków miejsce dla Boga i kościoła???

 

Ważne pytanie

 

Pytanie to również pozwolę sobie zadać i sobie i tobie mój wierny czytelniku.

Dziękuje ci, ze tak cierpliwie wędrowałeś ze mną po ogromnych przestrzeniach Syberii i dotarłeś do samego środka gdzie bije serce Syberii na Zabajkalu.

Parafia Najświętszego serca Jezusowego.

Miasto na którego głównym placu Lenin ma ciało zakopane w piasku po szyje a Glowa ma wielkość kilkupiętrowego domu!!!

Jest to miasto gdzie do dziś czczony jest Budda a Jezus prawie nieznany.

To okolice które pokochał i zbadał szczegółowo nasz pan Benedykt Dybowski.

Nie zaszkodzi jeśli młodsze pokolenia Polaków z pożytkiem dla siebie zapoznają się z kurortem w Dar suniu i odwiedza Agińsk w okolicach, którego wedle legendy pochowane jest ciało Czyngis Chana.

Przepastny kraj, niezwykła historia.

Duch Święty wieje kędy chce i nie ma tu takiego miejsca gdzie by nie mógł dotrzeć, tak bardzo do bólu nieogarniona przestrzeń.

 

Epilog

 

Autor tekstu po wydaleniu z Rosji przepracował 5 lat na Ukrainie, odzyskał dwa stare kościoły, odszukał 3 inne na terenie zapomnianych niemieckich kolonii, gdzie dziś są spichlerze kołchozowe lub ruiny po których biegają kozy…

Obecnie próbuje zarejestrować parafie Miłosierdzia Bożego w górach Tien Szan w Uzbekistanie.

Ksiądz Benedykt Zweber MM zmarł 26 marca 2001 w szpitalu św. Tereski w New Yorku

Ksiądz Edward Schoellmann MM wyjechał z Chabarowska w czerwcu 2002

Ksiądz Robert Reilley MM wyjechał na stale z Chabarowska we wrześniu 2002

Starosta kapuś z Chabarowska został pozbawiony wszelkich funkcji w kościele

Kapłani, którym nie udało się zdobyć karty pobytu stałego podobnie jak siostry zakonne musza co 3 miesiące opuszczać Rosje i kolejne 3 stać w kolejce po wizę, nigdy nie wiadomo czy ta kolejna wiza zostanie wydana.

Proboszcz z Permu powrócił do płockiej diecezji.

Kaplana z Syzrania nie ma już w Rosji.

Salezjanin z Samary zmarł zima 2009

Dziennikarka Kandudina z Kany jest od niedawna babcia i mieszka w Moskwie.

Ksiądz Drozdowicz proboszcz z Wierszyny i Nowosybirska inicjator TV Kana proboszczuje sobie w Warszawie na Bielanach, ostatnio po raz kolejny kupił sobie parafialnego osła, na którym wozi dzieci.

Biskupi w Nowosybirsku i w Saratowie pracują bez przeszkód.

Ksiądz Aleksander Pietrzyk Pallotyn, objął funkcje Prezydenta Caritas Rosja i rezyduje w Petersburgu.

Ksiądz Marcin Słowak, opuścił Kamczatkę, proboszczował w Irkucku a potem w Krasnodarze. Następca Marcina, ksiądz Kowal buduje kamienny kościół świętej Teresy w Pietropawłowsku.

Na Sachalinie pojawił się ponownie Kaplan z Korei.

Klerycy wolontariusze z Hiszpanii są oddanymi Kaplanami w diecezji madryckiej, żaden z nich nie udał się na misje.

Klerycy z Elbląga maja odpowiedzialne funkcje w diecezji. Jeden jest ojcem duchownym kleryków, drugi duszpasterzem akademickim. Owszem składali podania na misje ale były one rozpatrzone negatywnie, czy raczej odłożone “ad calendas graecas“. Nadal brakuje odpowiedniej atmosfery w urzędach kurialnych względem tych co czuja powołanie, by “płynąć na głębię”

Dziekan Ekonomii na Uniwersytecie Katolickim w Avila, Enrique Sanchez żył długie lata w separacji z Conchita Verdugo a parę lat temu uzyskał tzw. “Nullitas matrimonialis”, czyli unieważnienie małżeństwa z Watykanu. Jak się okazało nie tylko zmęczenie było powodem ich słabego świadectwa w Chabarowsku, cos było nie tak i szydło wyszło z worka wkrótce po odwiedzinach w Rosji. Enrique jest nadal. Zapalonym sympatykiem misji, mieszka samotnie z rodzicami na terenie parafii Matki Bozej Europejskiej Matro Piramides.

W Chabarowsku nie ma już księży Maryknoll ani sióstr Japonek.

Shoko Takahashi pracuje w Towarzystwie Biblijnym

Nakako zaangażowała się w Caritas Japonia jako stały pracownik.

Dyrektor Caritas Japonia - ks. Kikuchi został metropolita w Niigata.

Kościół Katedralny we Władywostoku został ponownie konsekrowany, diecezja władywostocka nie została wznowiona.

Ksiądz Pawlus już nie pracuje w Irkucku.

Ksiądz Włodek Siek SVD został Wikariuszem Generalnym i proboszczem w Katedrze irkuckiej.

Metropolita Kondrusiewicz został wyproszony z Moskwy.

Na jego miejsce pojawił się ksiądz arcybiskup Pezzi dawny dziennikarz z Nowosybirska i rektor Seminarium w Petersburgu.

Podobno tez ma trudności w otrzymywaniu wizy.

Biskup Mazur mieszka nadal w Ełku.

Kościół w Ulan-Ude powstał dzięki księdzu Adamowi bez pomocy Hiszpanów i świętowano w nim jesienią 2009 stulecie parafii.

 

Ksiądz Jarosław Wiśniewski

www.orient.to.pl

Taszkient 7 kwietnia 2010

 

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com