15 lat temu w dzien Trójcy Przenajświetszej w kościele Katedralnym w Białymstoku ks. Biskup Edward Kisiel wyswiecił zaledwie 5 neoprezbiterów. Diecezja niewielka ale nawet dla Podlasia to wyjątkowo "nieurodzajny rok".

Nic dziwnego, że moje misyjne aspiracje swiątobliwy Ordynariusz studził. Pojechalem rok pozniej i trwam do dziś. Myślę, że to dobry powód, by przypomnieć nieco o sobie i o sprawie misyjnej. Przekonałem się bowiem z czasem, że Duch misyjny gaszony jest także w diecezjach i w zakonach gdzie powołań jest wiele, bywa że angażowani są w Polsce księża czy siostry z postsowieckich państw, gdzie potrzeba ich pracy i obecności jest paląca. Kuszeni są jednak naszym polskim przepychem jakiego nie brak na każdym kroku zaczynąjac od seminarium czy nowicjatu konczac na kuriach i sanktuariach. Owszem porównując z Zachodem jesteśmy wciąż biednymi braćmi patrząc jednak z perpektywy misji warto bysmy zaczęli się dzielić, bo kościół na Wschodzie czasami prezentuje się gorzej niż wiele dziwnych sekt i tak jest traktowany tzn gorzej niż sekta, niestety. Nasze największe bogactwo na dziś to nasz nieprzeliczony kler.

Duch Jana Pawła II, jego misyjne aspircje pozostały w Ojczyznie niezauważone...

1. Refleksja o sknerstwie

Przez te lata od czasu do czasu sięgalem po pióro i choć wiele tekstów zaginęło, to ostatnio udaje się je kolekcjonować. Przyjaciele z Podlasia stworzyli dla mnie stroniczkę w internecie i stala się ona nie tylko apologią misji... (tak, tak misje w polskim środowisku potrzebują nie tylko popularyzacji ale też ochrony) moja stroniczka stała się też narzędziem walki o przetrwanie: sposobem na utrzymanie.

Jako przykład stosunku do misji w Polsce opowiem historię mego kursowego współbrata kapłana, który gdy niespodzianie nabrał chęci, by jechać razem ze mną na Syberię, od życzliwych przełożonych usłyszał "zachętę": "przecież chorowałeś na zółtaczkę, nie ryzykuj!!!", wkrótce potem zaproponowano mu wysoką posadę w Kurii.

Czy jest sens argumentować, że zdrowie, czy młodość "postawione na karte", czyli poświęcone Bogu, jest jedną z najpiękniejszych ofiar. Rosjanie żartują, że "kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana"...głupie ale przecież prawdziwe powiedzonko.

Ile takich i podobnych "tragedi-komedii misyjnych" rozgrywa się w polskich kuriach i zakonach... trudno policzyć. Chciałbym aby ktoś wsparl mnie w podobnej wyliczance, bo kiedy slyszę, ze w jakimś zakonie czy diecezji "brakuje misjonarzy" to mnie ciarki przechodza po plecach. W każdej polskiej diecezji (mamy ich zdaje się 40) swieci się od 5 do 50 kapłanów co razem daje armię 1000 idealistów gotowych na wykonanie każdej trudnej pracy z misjami wlącznie. Czy nie warto spośród nich rekrutować na misje właśnie. Wcześniej czy pózniej oni wrócą do kraju do swoich diecezji i ich świadectwo będzie niezastąpionym skarbem, dzięki ich słowom wspomnień misyjnych każde ich działanie będzie owiane mistyką wspomnień. Tematów do kazań czy katechezy nigdy nie zabraknie. Dzieci i parafianie będą ich słuchać z zapartym tchem jak to było ze mną gdy się zjawił malutki wzrostem misjonarz z Argentyny ks. Janek. Inni, którzy nie byli na misjach też skorzystają na tym. Będą uskrzydleni ich męstwem i tzw. "image" kapłana w Polsce znacznie wzrośnie. Nie będą o nas mówić jak o "pasożytach i pasibrzuchach", bo spośród wszystkich kuracji odchudzających ta jest jedną z najskuteczniejszych. Ja wiem na swoim przykładzie, że choć bywa z tym rożnie to ideały w warunkach misyjnych są głównym bogactwem. Warto pobyć na misjach, by zachować mlodzienczy zapał na trochę dłużej niż pierwsze wikariuszowstwo. Niestety w latach seminaryjnych ja nigdy nie słyszałem zachęty ze strony moderatorów, by pójsc na misje. Raczej byłem ośmieszany, gdy uparcie studiowałem na własną rękę języki sąsiadów zza miedzy i kolekcjonowałem litewskie czy rosyjskie modlitewniki. Taki sobie "dziwak". Byłem i pewnie w opinii wielu taki do dziś jestem. Przypuszczam, że nie tylko w Białymstoku ale i w innych seminariach sprawy mają sie tak właśnie po dziś dzień. Nie słyszalem, by wprowadzano elementy misjologii albo choćby propedeutykę misji. Mając najwyższy wskażnik powołań w Europie powinniśmy kiedyś o tym pomysleć. Św. Maksymilian wielokroć prosil przełożonych, by do Franciszkańskich ślubów wieczystych dołączyć jeszcze jeden "pragnienie wyjazdu na misje"!!!

To pragnienie spowodowało, że w Niepokalanowie zawsze było kleryków pod dostatkiem. Kiedy perspektywa wyjazdu na misje znikła, zmniejszyła się tez ilosc powołan. Co ciekawe, wychowanie misjonarzy miało się zaczynać już w Niższym Seminarium, czyli na etapie Liceum, kiedy dusza chłopca jest najbardziej podatna na taką decyzję. W seminarium Wyższym wiele osób myśli nazbyt pragmatycznie, by nie rzec cynicznie i niegotowi są do takich ofiar.

Pytalem się wielokroć kolegow z Polski, czy ksieża biskupi nawołują swoich podwładnych do wyjazdu na misje i najczęściej słyszałem odpowiedż, ze NIE!

Owszem jest podobno w Toruniu "biskup misjonarz", mogę sobie tylko wyobrazić jak niepopularne są jego starania. Mam tez nadzieję, że mój dawny przełożony z Irkucka nadal wspiera powołaniami swoją dawną diecezję, pochlebne słowa mówiono mi o Ordynariuszu z Rzeszowa, który własnie dla Syberii zapalił "zielone swiatlo" i wielu tam księzy do wyjazdu zachęcił. Domyślam się, ze życzliwi sa też ordynariusze z Drohiczyna i z Tarnowa. Był czas, ze ks. Prymas Glemp często odwiedzał Wschodnie rubieże. Proszę mnie poprawić, jeśli mamy takich hierarchów wiecej. Chętnie ich przeproszę i przy najbliższej okazji publicznie pochwalę. Może warto oglosić konkurs na "misyjnego Biskupa". Czy 5...6 osób w episkopacie to tak dużo? Mamy przecież ponad 100 Ekscelencji... czy nie warto by również spośród nich ktoś w Watykanie poprosil o "skierowanie do Afryki" albo na Syberię. Byłaby to sensacja ale przecież nie skandal!

Czemu nie? Pamiętam też swego czasu wiele wolnych chwil spędzał na Białorusi ks. bp Olszewski... śladem za nim jechali liczni kaplani z Włocławka. Od postawy biskupów wiele zależy.

Bycie hierarchą to też krzyż a katolicyzm to uniwersalna religia, nie ograniczona terenem ojczyzny. Kto wie czy kryzys koscioła w Polsce o jakim przebąkuje nawet katolicka prasa (czytam sporadycznie w internecie) nie bierze się stąd własnie: ze sknerstwa i egocentryzmu. A przecież Pan Jezus przestrzegał, że tylko w Ojczyznie prorok jest lekceważony.

2. Refleksja o chorobie i strachu smierci.

Pewien mój kolega salezjanin kilka lat temu na Pradze strasznie spuchł i ponoć w ostatniej chwili trafił "pod nóż".

To skutek egzotycznej bakterii jaką przywiozł z Afryki. Miał szczęscie, że atak przytrafił się w czasie urlopu, że miał dobrych lekarzy w stolicy. Skierowano go do pracy w Rosji, bo inny klimat miał go od takich sytuacji chronić. Tym niemniej, ktoregoś wiosennego dnia gdyśmy go odwiedzili w jego rosyjskiej parafii nie zastaliśmy go i aż 3 dni trwały poszukiwania. Zajmował się tym nawet rosyjski "interpol". Okazalo się, że "prysnął" nie powiadamiajac nikogo. Z perpektywy czasu rozważaliśmy w gronie kolegów rożne wersje tego zdarzenia i najczęściej mówiono: "uciekł z obawy kolejnego ataku".

Bywało i przedtem i potem, ze jakieś siostry czy kapłani odjeżdżali z misji przed czasem. Choroby, lęki, strach i fobie. Jeden ze znanych powodów to klimat czy wspólny dla wszystkich kontynentow problem samotnosci i krzyż celibatu. Czasami wyjazd spowodowany jest sztucznymi kłopotami z wizą jak w moim wypadku.

Slyszałem w wywiadzie o. Andrzeja Halemby, że na nagrobkach pierwszych misjonarzy z Afryki widnialy zastanawiające cyfry. Sto lat temu, nie było żadnego zaplecza i słaba komunikacja. Mlodzi kapłani ginęli z powodu wycieńczenia i chorób po kilku latach pracy nie dożywszy trzydziestki.

Kapłani, którzy w 19 wieku udawali się do Korei, pozostawiali w ojczyznie "kłębki włosów", by na wielce prawdopodobny wypadek męczeństwa była jakaś relikwia.

Dziś cena misji jest inna, choć nadal tną w pień choroby i walczący ateisci. Dzis sami misjonarze potrafią robić głupstwa, za które potem czerwienią się sami ich przełożeni i wspolbracia ze wstydu. To z braku asekuracji. Często diecezja czy zakon "posyła i zapomina", kłopot z głowy, bo dziwaka nie ma.

Niedawno na skutek moich licznych apeli Ekscelencja ks. Biskup Padewski "ZNALAZL" dla mnie kapłana z Zamościa.

Miałem go odebrać jako wikariusza (pierwszego w życiu...na misjach wiekszość księży to proboszczowie z szerokimi uprawnieniami, żartowano, że w czasach sowieckich każdy proboszcz w ZSRR był sobie biskupem). Ucieszyłem się niezmiernie, bo w moim wieku wyczyn sportowca, jakiego oczekuje się od nas coraz bardziej doskwiera. Pracując w reżymie wyczynowym jakikolwiek sportowiec (może z wyjątkiem szachisty) zaczyna łatwo się męczyć i planuje gdy zbliza się 40-tka, koniec sportowej kariery... tzn. w moim wieku. Bywa też, że ze sportowca ktoś staje się trenerem... Pewnie dlatego kapłani w moim wieku pisza "memoir’y".

Kapłan miał wygląd osowiały, nic dziwnego zdawałoby się. Zadawał jednak dużo pytań, trzy torby spakował w przeciągu pół godziny. Biskup pobłogosławił Go a także mnie i Dziekana... jechaliśmy co koń wyskoczy po nowego współbrata. Każdy ksiądz na wagę złota! On tymczasem pierwsze misyjne kroki skierował na dworzec kolejowy, "by sprawdzić rozkład dla brata, który wkrótce miał go odwiedzić" i po dwu dniach... nie było wśród nas misjonarza.

Na stole w pokoju goscinnym leżał karteluszek z wiadomością dla Ekscelencji, ze "czuje się niezdrowy, ciężkie sa te misje... pojadę do Polski się leczyc"!!!

Szkoda, ze nie zdąrzył posłuchać historii mojej choroby albo choćby poczytać, bo nazbieralo się już na solidną broszurkę, podobny bagaż chorób mają dwie donieckie Urszulanki nie mowiąc o dziekanie, który rok temu miał "mikro-wylew" a jednak ciagnie ten wóz jaki tutaj mu dali przełożeni Chrystusowcy. Czym dla chrześcijanina jest choroba i śmierć.

Owszem powtarzam to często moim parafianom: "jestesmy takimi samymi tchórzami jak poganie, boli nas w tym samym stopniu, bywa jednak, że niespodzianie jakaś łaska i natchnienie wbrew naszym oczekiwaniom porywa nas jak lekkoatletę, by rzucić się na metę w pięknym stylu i dopiero za tą białą linią zwalamy się z nóg, by odpocząć w radości".

3. Wypadki chodzą po ludziach.

Szpitale, po których wędrowałem sporadycznie szukając dla siebie jakiejś pracy misyjnej, aby kopiować to czego uczono nas w seminarium nigdy nie były mi tak bliskie jak obecnie, gdy sam zaziębiłem sobie nerki i dowiaduję się rzeczy niesłychanych o "bezpłatnej "post-sowieckiej" opiece zdrowotnej. Gdy na dobry początek ks. Biskup przekazał mi trochę pieniędzy na leczenie to dziwiłem się "na co". Gdy parafianie pytali się czy mam strój gimnastyczny, też byłem zdziwiony. Okazuje się, że w tutejszych szpitalach nikt nie chodzi w pidżamie. Bez względu na stan trzeba podrożowac od korpusu do korpusu by "wypełnic formalności". Na analizy ustawiają się kolejki, w których odnosisz wrażenie, ze jesteś na bazarze albo w rzeżni a nie w swiątyni Hipokratesa. Większość lekarzy zaczyna badanie od informacji ile kosztują zabiegi i lekarstwa, a sam pobyt w szpitalu choc i "bezpłatny" nie wyklucza "ofiar" od pacjentów. Ofiary i podarki to miły temat choć zdaje się "tabu". Trudno się jednak dziwić, gdy się okazuje, że zapłata ordynatora sięga niepełnych 100 dolarów. Mimo, że jako kapłan zawsze byłem traktowany grzecznie nie raz prócz myśli o leczeniu byłem zajęty rozważaniami "czy mi pieniedzy wystarczy". Na zabieg idzie się ze swoja watą, zastrzykami, gumowymi rękawiczkami etc., Swoja pościel, sniadanie i kolacja a obiad bardzo symboliczny: cały tydzień kasza greczana na wodzie. Powiadają na Rusi: "ot torby żebraczej i od więzienia się nie wymawiaj", to może spotkać każdego tak jak choroba i szpital. Ciekawy i oddzielny temat to przemysł farmaceutyczny. Tutaj podobnie jak w innych sferach życia kwitnie piractwo. Nigdy nie ma gwarancji, ze zamiast preparatu potrzebnego do leczenia nie kupisz zwykłej kredy lub witaminy. Te wszystkie "uroki szpitala" (nomen omen urok znaczy lekcja) przydały mi się niedawno gdy zaraz po Mszy Św., porannej uslyszałem dzwonek do drzwi. Powróciła ze łzami jedna ze staruszek, które dopiero co opuściły kosciół.

"Weronika wpadła pod samochód". Weronika ma 82 lata, syna alkoholika i straszną sklerozę. Wspominałem o niej przy wielu okazjach, niesamowity człowiek. Pamięta tylko drogę do kościoła i z powrotem. Wziałem na siebie rolę syna i pojechałem ze sprawcą wypadku do szpitala. Mógł uciec z miejsca wypadku, tutaj tak postępuje wielu kierowców, bo sądy są skorumpowane i biednych osądzaja nazbyt surowo do przedpotopowych zakładów więziennych. Ten jednak młody taksówkarz okazał się dobrym samarytaninem. Ani pogotowia ani milicji nie było sensu czekac, choć wzywaliśmy po pół godzinie widząc pęknietą w kolanie nogę nawet serce złoczyńcy drgnęło. Zostawił 100 dolarów na leczenie i... pojechał na miejsce wypadku po 2 godzinach.

Okazuje się, że funkcje milicji pelnią sanitariusze. Nie przystąpili do żadnych zabiegów choć chora wrzeszczała wniebogłosy, póki nie zapisali jej dane osobowe i dane kierowcy. Potem sami wezwali milicję i poprosili nas obu byśmy odnieśli babcię na rentgena, badanie krwi i moczu.

Pierwszą pomoc okazano jak wspomniałem po 2 godzinach nieludzkiej biurokracji. Gdy zobaczylem salę # 5, to przypomniały mi się sceny z kazarmy 19 wieku. Sam leżałem niedawno w tym samym szpitalu ale nie raziło mnie wtedy tak bardzo. Byłem w szoku i nie dostrzegalem jak wielka jest bieda tych ludzi. Do jakiego stopnia zawód lekarza i warunki pracy przypominają weterynarie czy po prostu "penitencjarię".

Owszem, na takich misjach można pozostać tylko z miłości. Można tez zostac z szaleństwa albo z powodu zwykłej solidarnosci.

Wkrótce Weronika przyznała mi się, że w przeddzień modliła się, by Pan Bóg zabrał ode mnie moje choroby i dla niej podarował...wzruszające, nie prawdaż!

4. Solidarność

Ostatnimi czasy wiele oznak solidarnosci okazuje mi miesiecznik ZNAK, choć i on sam boryka się obecnie z kryzysowymi oznakami "polskiego koscioła" wpętanego w postsowieckie destrukcyjne akcje.

Z wielkim opóżnieniem zaczęła się nasza polska lustracja.

Pamiętam jako maturzysta po raz pierwszy dostałem do rąk kilka roczników od nowego wikariusza. Znalazlem tam teksty Miłosza i wiele "chwytających za gardlo" patriotycznych i religijnych tematów. Żadnych szczegółów nie pamiętam. Ogólne wrażenie dumy. Po raz pierwszy jako nastolatek przekonalem się, że koscioł jest silny intelektualnie i gotowy do dialogu z każdą ideologią.

Mój stosunek do "afer szpiegowskich" nie odbiega od średniej krajowej. Kapłani są z "ziemi wzięci" a ta ziemia potrzebuje oczyszczenia. Wciąż na nowo trzeba odbrązawiać samych siebie. Kościół, na którym eksperymentowała niezle carska bezpieka nie mógł się ostać kryształowo czystym. Setki meczennikow i blogoslawionych nie mogą zamydlić oczu na istnienie setek "judaszy". Wszyscy wiedzieliśmy o istnieniu "ksieży patriotów", teraz nam mówią o szpiclach. Warto wiedzieć o ich istnieniu dla samoobrony od naiwnosci. Kiedy tutaj na misjach powstaje ostre pytanie: "dlaczego Polski kosciół jest sknerowaty", skąd podziały i "niespodziane" afery to odpowiedż zdaje się łatwa. "Ta ryba psuje się od głowy". Prócz leniwych kapłanów mamy zapewne niezbyt uczciwe elity katolickie, które do dziś w imię strachu czy kariery tolerują "naszą bylejakość".

Mam dość stare dane statystyczne ale jeszcze pare lat temu mielismy mniej misjonarzy niż malutka Belgia. Na 30 tysięcy kapłanów z Hiszpanii 16 tysiecy pracowało na misjach. Z naszych klerykałów wspiera misje ledwie 2 tysiące.

Jeśli się pomylę o tysiąc to i tak będzie to cyfra skandaliczna.

Póki się coś nie zmieni, nasz katolicyzm będzie tylko symulowaniem a nie realnym działaniem jak tego pragnie św. Jakub w swoim genialnym liscie.

Człowiek, który mówi, ze wierzy i nie działa... podobny jest do kogoś kto patrzy w lustro i już za chwilę nie pamięta swojej własnej twarzy.

Epilog.

Zacząłem swój tekst od refleksji o nieurodzajnym roku.

To dziwne, bo w sąsiedniej Łomży i Płocku w 1991 roku święcono ponoć około trzydziestki kapłanów w każdym Seminarium. Ciekaw jestem ilu z nich trafilo na misje i jakie są ich losy. Ciekaw jestem kiedy ilość polskich powołań przejdzie w jakość. Zasmuca mnie gdy słyszę z łam gazet, także katolickich, za nasz kler i hierarchia ma syndrom proletariacki, że zależy nam "ksieżom na dorobku" głównie na przepychu... karierze. Rwiemy się do Watykanu choć tak naprawde serce koscioła zawsze było na jego rubieżach...

Owszem taką opinię przyszło mi kiedyś wysłuchać od proboszcza z włoskiej wyspy Elby, gdyśmy się przypadkiem spotkali w Fatimie.

Pan Bóg dal nam "tluste lata". Szczodrą ręką rozsypał nas po kraju i gdzieniegdzie po świecie. Nie opuszcza mnie jednak obawa, że ten skarb-talent zakopany pod ziemię przepadnie, że któregoś dnia Pan Bog nam go zabierze i nasze piękne polskie świątynie ktoś zacznie sprzedawać jak w USA czy w Niemczech z powodu skandali obyczajowych czy też z innych powodów np. z powodu "braku ksieży". Czy podzielą się wtedy z nami swoimi misjonarzami azjaci czy afrykanie, dla których dziś skąpimy i nie dzielimy się z nimi ? Warto poruszać trudne tematy póki nie jest za pozno. Jeśli sami się nie uderzymy w piersi... ktoś nieżyczliwy uderzy nas w plecy.



Ks. Jarosław Wiśniewski

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com