Kiedy zaczynałem pracę na Wschodzie, dowiedziałem się o strasznym przypadku, jaki zdarzył się w Pakistanie. Zapadlo mi to w pamieci i przypomnialo się dzisiaj. Obecnie dowiadujemy się o tysiącach ofiar trzęsienia ziemi w Kaszmirze. Wtedy na początku lat 90- tych takim wstrząsem dla świata było samobójstwo pakistańskiego biskupa. Znaleziono przy nim notatkę, że nie ma już sił sprzeczać się ani patrzeć spokojnie na los chrześcijan w świecie muzułmańskim. Według teologii postąpił on strasznie. Zgrzeszył przeciwko Duchowi Świętemu. Odrzucił nadzieję na lepszy los, jaki wszystkim nam obiecany jest w Bogu tu na ziemi, a zwłaszcza tam w niebie. Potem po 10 latach odwiedzając Koreę, usłyszałem o podobnym zdarzeniu, jakie miało miejsce 200 lat temu. Wtedy katolik Yi Bok, jeden z pięciu koreańskich arystokratów, który na studiach w Chinach zetknął się z uczonymi Jezuitami.

Posiadał wielką wiarę i siłę woli. Głosił Chrystusa jako świecka osoba publicznie w szkole Myong Dong w centrum Seulu, a także w licznych klasztorach buddyjskich, gdzie go uważnie słuchano. Władca Korei zagroził ojcu Yi Boka, że taki syn głosząc "nowinki" rzuca cień na imię i cześć dworzanina. To miało być sygnałem dla dymisji, a nawet "rytualnego samobójstwa". Starzec podzielił się z synem swoim lekiem wobec perspektywy śmierci. Yi Bok uspokoił ojca, że "hańbę" zmyje on sam i w przeciągu 2 tygodni nie przyjmował posiłków ani napojów. Zmarł, lecz tym sposobem obronił ojca, zapewnił sobie szacunek i ochronił chrześcijan od nagłych prześladowań. One nastąpiły później. W oczach Koreańczyków jest on męczennikiem. Watykan się waha i tak jak w pewnym wypadku opisanym przeze mnie zachowuje dystans względem tych esktremalnych wschodnich metod samoobrony.

Ukraina, dokąd rzucił mnie los po 10 latach, spędzonych w Rosji bez wątpień jest krajem europejskim, a jednak, gdy się patrzy na ten kraj z perspektywy wschodnich rubieży z dalekiego Donbasu, to myśli o Korei czy Pakistanie powracają. Przybysz z Polski łatwo może się zagubić pośród wielu odznak despotyzmu, biurokracji, nietolerancji. Pomimo euforii "pomaranczowej Rewolucji, ktorej rocznice wlasnie swietujemy" kraj nadal jest dziwny zwlaszcza tzw. "Lewy Brzeg Dniepra" a glownie zrusyfikowany Donbas. Katolicyzm z podobnym skutkiem jak gdzies w dalekiej Azji jest tu spychany na margines i zwykłych słów nie starcza, by wyrazić, co się tu dzieje. Warto by coś zrobić.

1. Prehistoria budowy kosciółka w Makiejewce

Wspólnie z parafianami w przeciągu ostatniego lata udało się nam zbudować kaplicę w ogródku. Początkowo miała to być letnia kaplica. Pieniadze wpłynęły rok temu z Warszawy od Państwa Ciesielskich. Oni przeczytali mój artykuł w formie wywiadu, opublikowany przez Marka Kaprowskiego w gazecie "Najwyższy Czas".Potem była u mnie starościna parafii z Nowoczerkaska w Rosji: pani Ałła Dolina i pewien włoski biznesmen Francesco Vecchi, którzy podwoili pierwotny kapitał.

Francesco znalazl sobie w Makiejewce kandydatke na małżonkę. Zalezalo mu by kaplica była ładna. Trudno mu się dziwić. Zadziwiła mnie jednak parafianka z Nowoczerkasska. Kiedy przed laty zaczynałem tam pracowac ofiary były mizerne i płyneły głównie z Zachodu.

Nigdy w życiu nie mogłem marzyc, że kiedyś sytuacja się odwróci i że na moje misyjne utrzymanie środki będą przychodzić z Rosji.

2. Dziwna lista dziwnych sponsorów

Proszę się uważnie przysłuchać mej opowieści. Będę wyliczał szczegóły dotyczące budowy i wydatków na jedyny katolicki kosciółek w półmilionowym mieście na Donbasie. To są mikro-wydatki i mikro-sukcesy wysiłek jednak był w skali makro.

Policzyłem niedawno w pamięci, że całość kapliczki, której krzyż stoi na wysokości 10 m, długość zaledwie - 12m, a szerokość - 6 m, kosztowała około 6 tys. dolarów. Wiele materiałów dostałem bezpłatnie od proboszczów z Zaporoża i Doniecka, i jeszcze więcej z fabryki mebli "Forte", gdzie pracują Polacy.

Najbardziej jednak wzruszający był wdowi grosz, jaki niosły bezustannie parafianki staruszki każdego miesiąca...po otrzymaniu renty czy emerytury cichutko bez rozgłosu w ciemnym korytarzyku wręczały mi, zanim weszły do kaplicy: kto - 10, kto - 20, a kto 200 grzywien.

3. Ekipa budowniczych.

Budowniczych trzeba było kilkakrotnie zmieniac. Mam na mysli "najemnikow". Przychodzili nieregularnie. Rzadali bym ich dowozil do pracy jak taksowkarz a zdarzalo się tez ze sam im gotowalem i krzatalem się przy nich jak kelner dopóki tego nie zauwazyli i nie zrozumieli parafianie.Były to ponizajace chwile, gdy u początków budowy jeszcze w maju prócz dwu greko-katolików i pani Janiny, która sporadycznie gotowała, nikt nie brał się za robotę.

Pewnego dnia jednak nastapil przełom. Dziwny poryw solidarności, która przerosła w "pospolite ruszenie" i odmieniła w mych oczach całą parafię.

Stało się to na początku czerwca, gdy wprowadziłem za radą Wiktora jednego z młodszych wolontariuszy listę dyżurów na budowie. Niestety nikt nie chciał się zapisywać. Stały już ściany z pustaków. Była kolejna brygada, a parafianie patrzyli, jak widzowie na spektakl czy też mecz piłki nożnej.

Przypomniałem sobie stare dobre czasy z seminarium, gdy co roku trzeba było robić jakieś przedstawienie i... rozegrałem pantomimę. Powiedziałem, że nie wstanę z kolan, póki się ktoś nie zapisze. Aby wzmocnić prośbę czynem ogłosiłem głodówkę, która nie na żarty trwała 40 dni i... stopniał lód: mamy przepiękną kaplicę.

4. Wolontariusze

Owszem w podziw wprawili mnie również mężczyźni zwłaszcza Tadeusz i Leonid, dwaj emerytowani górnicy...sterani losem, starsi od moich zmarłych rodziców. Zadziwili mnie, przychodząc regularnie raz na tydzień. W spiekocie pomagali młodym "najemnikom" mieszać beton, wyciągać gwoździe ze starych podarowanych nam belek, piłować i konserwować wapnem konstrukcje dachu etc.

Zadziwili mnie dwaj kaplani greko-katolicy posylajac do mnie robotnikow (pracował tez tato jednego z ksiezy, parafianie i kilku krewnych), narzędzia budowlane i myśl techniczną w formie porad (wszyscy wyrośli gdzies na Karpatach więc jak nasi górale mają we krwi talent budowlany).

Kilkakroc przyjeżdżali robotnicy z więzienia w Torezie. Ich przełożony, katolik poprosił ich, by mi pomogli. Nie odmówili, choć Prawoslawni. Spędzili ze mną wiele godzin na budowie.

Pewnego razu, gdy trzeba było w pośpiechu zalać betonem przygotowane konstrukcje metalowe pani Katia póżnym wieczorem chodziła po osiedlu szukając znajomych chłopców katolików, którzy z rzadka przychodzili do koscioła. Oni również nie odmówili. W strugach deszczu zbudowali najpiekniejszą dekorację kaplicy: chór w formie balkonu.

Kobiety uparcie sprzątały, wynosząc na swych plecach góry śmieci do odległego wysypiska. Pani Ania Sołodko pewnego razu wyrwała mi z rąk łopatę, bo zobaczyła, że słabo sobie z nią radzę. Pani Petrunia i Sonia, trudno w to uwierzyć, malutkie arystokratki z wyglądu, one również niegdyś pracowaly w kopalni pod ziemią. Same tynkowały okna, gdy odeszła kolejna brygada niesolidnych robotników. Po pewnym czasie dołączyło do nich jeszcze kilka kobiet bez kielni tynkując ściany dłońmi.

5. Ukrainska "Porcjunkula"

Policzyłem jeszcze raz w pamięci i wyszedł niesłychany rezultat. Od maja do października (dwa maryjne miesiące) moje parafianki zaoszczędziły 6 tys. grzywien (ponad 1000 USD) swoją pracą na kuchni i gotowaniem. Tyle musiałbym wydać, gdybym sam kupował produkty i utrzymywał kucharkę.

Tak, więc wiele faktów wpłynęło na rezultat, jaki przriósł wszelkie oczekiwania. Biskup wprawdzie żartował, że będzie mandat za tę "dziką budowlę", ale publicznie w dzień Św. Franciszka, tzn. Dzień Poświęcenia postawił parafii zaslużoną piątkę.

Skomentowałem głośno: "za mało Ekscelencjo, za mało"!

Wiele trzeba by opowiedzieć o każdym parafianinie z osobna. Jak zbierali ze schowków kawałki porcelanowych płytek, by powstała mozaika. O parafiance, która 2 miesiące pracowała, by złożyć te płytki w piękny obraz Golgoty. O mężczyznach, którzy spędzili swój urlop na budowie, o klerykach i księżach z Polski, o reżyserce Natalii Kandudinej z Moskwy i wielu wielu ludziach dobrej woli. Pozwólcie jednak, że powiem dziś również o sobie.

6. Wymarzony urlop

Są to już trzecie moje wakacje na Ukrainie bez urlopu. Jestem czterdziestolatkiem i, jest to wiek, kiedy prócz innych duchowych przemian zaczyna się bez walka z bratem osłem czyli "tępiejącym z wiekiem ciałem".

Coraz częściej w arytmii "miga moje serce", łatwo się zaziębiam, wiosną i jesienią, otwierają się cztery duże szramy na głowie (pamiątka po katastrofie 1997 roku w Rosji), wracają stare migreny, kompleksy i depresje. Nieusłyszana i niezrealizowana prośba, by mnie wysłać z powrotem do Azji dodaje mym ukraińskim wysiłkom posmak prawdziwej zsyłki. Owszem, jeszcze w czerwcu biskup S.Padewski z Charkowa pozwolił mi odwiedzić Koreę w celach "zarobkowych". To był piękny pomysł na otarcie łez. Podzieliłem się tą wiadomością z Hiszpananmi i zapewnili, że sfinansują tę podróż.

Jak widać nie dojechałem. Ktoś powie: "pojechał jak sójka za morze". Ciągle były ważniejsze sprawy.

24 lipca był u nas Biskup, by poświęcić kamień węgielny, a 4 października poświęcono też mozaikę i piętro drewniane w formie balkonów czy też okrągłego (także nad ołtarzem) chóru.

Piszę to, co było.. żadne wymysły - mam świadków i pytam się o wrażenia, czy życie nie zmusza misjonarza do strasznych myśli o nagłej śmierci, by sobie tam w niebie odpocząć. Także, by los katolików na Wschodzie kimś wstrząsnął tak, jak wstrząsnął mój własny los moich parafian, którzy wbrew oczekiwaniom obudzili się z letargu.

W najśmielszych planach nie mogłem marzyć o tak pięknym, choć malutkim kościółku.

Wiele osób zgodnie nazwało go Porcjukulą - to dlatego poświęcenie było w dzień Św. Franciszka, inaczej być nie mogło.

Epilog

Prócz Makiejewki mam dojazd do Artiomowska, gdzie również trwają prace budowlane. Rekonstrukcja 144 -letniego franciszkańskiego kościoła. Wiele ofiar złożyła firma "Forte",na wykonanie nowego dachu z pięknej i drogiej dachowki. Parę tysięcy dolarów dostaliśmy od księdza z Gorłówki, zrezygnował z kupna nowej plebanii, bym ja mógł zapłacić robotnikom za ich pracę. Efekt jest: choć w kosciele nie ma światła ani ogrzewania, nadal wisi nam nad glową sztucznie zbudowane piętro a na podwórku zewsząd rdzewiejące kamazy sąsiada bankruta, którychcąc nie chąc oddał nam zabytkowyą świiątynię, lecz zagracil nam plac i oszpecil kosciol kilkoma "stylowymi" garażami, których nie ma zamiaru burzyć ani się z nich wynosić...to jednak piękny krzyż góruje nad okolicą na wysokości 20 m. Jest tez w środku ołtarza dar od Biskupa, piekne tabernakulum!

Kilkakroć kościołek odwiedzała miejscowa telewizja. Dzięki wysilkom dwu księży z Polski latem bywały codziennie nabożeństwa, lecz teraz znowu, by podtrzymać ducha 20 -osobowej wspólnoty jeżdże ostatkiem sił po 3 razy w tygodniu 100 km tam i 100 z powrotem, a to, po wzroście cen na benzynę, kosztuje 200 USD miesięcznie i gdy się zważy,że moja miesięczna taca wynosi około 50 dolarow... wszystko to jest na granicy szalenstwa i wbrew rozsądkowi.

Nie pytałem tym razem biskupa o wsparcie, bo wiem, że takich, jak ja jest wielu. Latem pewien nie znany mi kaplan o nazwisku Piotr Kubani przysłał intencje z Krakowa, inny ksiądz zdaje się Saletyn odezwał się nawet z dalekiej Szwajcarii.

Można by rzec powiodło mi się: Biskup siedzi bez intencji a mnie dali trzy "gregorianki". Te pieniądze jednak, jak kropla w morzu utonęły w baku mego samochodu i w wiadrach cementu... dziś mam kaplicę i kosciółek, lecz nie mam grosza na benzynę i dojeżdżam do Artiomowska autobusami. Wracam póżno jak młody punk tułajac się po autostopie i ryzykujac,że kaplice pod moją nieobecność ktoś spali, ograbi czy znieważy, bo wciąż nie ma w niej drzwi ani stróża, bo niby skąd.

Marzę jak i rok temu, ze dostanę kapłana do pomocy, by jezdzic mniej i częściej odpoczywać, jezdzić jak normalni ludzie na urlopy...

Opowiedziałem to wszystko nowemu dziekanowi i on lojalnie przekazał moje słowa Biskupowi. Usłyszał on w odpowiedzi dziwne, lecz prawdziwe słowa: "Niech Jarosław sam się troszczy o swe utrzymanie". Zdaje się tak robi każdy mężczyzna, a ja wciąż nadzieję pokładam naiwnie w przełożonych.

Byłoby ratunkiem dla tej i innych podobnych misji obsadzenie stałymi księżmi punktów dojazdowych, lecz i na ten pomysł Ekscelencja odpowiada: "Poczekajcie do wiosny".

Rosja... dziki kraj, zwłaszcza Syberia ogromna. Nie pamiętam jednak, bym pracując tam borykał się z tak wieloma sprawami bez intencji i bez nadziei, że pomoc nadejdzie...

Nie, nie mam pistoletu, by palnąć sobie w łeb, nie mam też ochoty umierać z głodu, jak Yi Bok, choć potrafię głodować.

Mam jednak jeszcze kilkudniowy awans na Internet i nierdzewiejący długopis. Niech mój artykuł pomoże mi przetrwać lub jak skalpel rozetnie ten gordyjski węzeł, który tak mocno i na długo wbrew oczekiwaniom przywiązał mnie do misji na Ukraińskim Wschodzie.

Niech ktoś tu przyjdzie na moje miejsce, niechaj dopomoże.

Pora, najwyższy czas, by dobrzy przełozeni dali mi "carte blanche" tzn. bilet do Korei, Chin czy chociażby Mongolii. Dziki czlowiek jak ja, złapawszy syberyjskego bakcyla, pomimo najlepszych chęci i intencji, nie przyda się na nic w Europie. Staralem się jak mogłem i zrobilem wiele, niestety pora już odpocząć. Ukraina niestety nie jest jak bym pragnal w Azji lecz jest sercem Europy. Ktoś ładnie zauwazyl dlaczego: bo leży po lewej stronie.

Ks. Jaroslaw Wisniewski
86108 Makiejewka,
ul. Lenina 30

PS.

Tekst odlozylem na kilka miesiecy, bo wydal mi się zbyt "ponury", czekalem ze w mojej historii cos nie cos się zmieni. Owszem nadeszla ofiara na piec elektryczny do niedogrzanego kosciolka w Artiomowsku a nawet plik "biletow na benzyne" z firmy Forte, która nieustannie mnie ratuje w takich dziwnych chwilach.

W miedzyczasie na koledzie zaziebilem nerki i od tej pory jestem chronicznym nefrytykiem.

Nikt nigdy nie gwarantuje, ze na misjach zyc się będzie w zdrowiu i dostatku. Owszem ostatni Ksiadz Biskup odwiedzil mnie w szpitalu i również przekazal sporo pieniedzy na najpilniejsze wydatki, które pozwola mi przetrwac czas jakis (oplace zaleglosci za swiatlo, gaz, telefon,mandat za wodociag, okna w nieogrzewanym kosciolku w Artiomowsku i zlikwiduje rudery które zasmiecaja teren wokół swiatyni, parafianie w kolejnym gorniczym miasteczku znalezli posesje gdzie będzie można się modlic)...nadeszly nawet intencje - pojawila się również nadzieja!!!

Tym niemniej, jako swiadectwo mojej "gwiazdkowej depresji", posylam opowiesc jak jest, w pierwotnej wersji moze dla historii przyda się opisanie tych chwil, które bywaja nie raz. Odchodza i wracaja.

Aby list zachowal walor swiadectwa nie zmienilem również tytulu.

Jeśli wśród czytelnikow mego tekstu znajdzie się ktos, kto zechce wesprzec moje misyjne starania w tez w ramach solidarnosci z Kosciolem na Wschodzie przypominam moje bankowe rekwizyty:

Najbardziej jednak zalezaloby mi na realnym personalnym wsparciu ze strony kaplanow siostr i swieckich misjonarzy.

Donbas urasta ostatnio do rangi "drugiej stolicy" w polityce. Warto by w sferze misyjnej było podobnie.

 

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com