KOREAŃSKIE KOLĘDY

 

Funkcje kapelana poludniowo-koreanskiej diaspory powierzono mi w Taszkiencie tymczasowo na okres pol roku pod nieobecnosc o. Andrzeja Brzezinskiego, ktory wyjechal na czas jakis do New Jersey i latem powinien wrocic. Wspolnota jak zdazylem sie zorientowac bardzo zwarta, tym nie mniej ze swymi plusami i minusami. Moglem to ocenic z bliska dzieki swiatecznej atmosferze jaka ciagnela sie od Bozego Narodzenia do „ksiezycowego nowego Roku” czyli do 26 stycznia a znaczy rowno miesiac.

Wspolnota kieruje swiecki katolik Marcello z Seulu.

Zorganizowal ja 10 lat temu inny biznesmen Paulo.

To dla koreanczykow cecha charakterystyczna. Potrafia sie dobrze zorganizowac, zwlaszcza za granica i swe potrzeby religijne potrafia zaspokajac nawet w warunkach braku wlasnego kaplana. Liturgia od poczatku do konca jest dzielem rak czlonkow wspolnoty. Zadanie kaplana jest bardzo proste: odczytac lacinska transkrypcje koreanskiego tekstu Mszy sw. i...”nie przeszkadzac”.

 

Ariran

 

Pierwsze spotkanie ze wspolnota, na ktorym bylem przedstawiony mialo miejsce 25-go grudnia. Bylismy we trojke: bp Jerzy, o. Andrzej i ja. Spotkanie mialo miejsce wieczorem w koreanskiej restauracji Maul niedaleko od kosciola. Na kolacji bylo obecnych okolo 50 osob tzn. Prawie cala wspolnota koreanczykow katolikow. Jedlismy typowe koreanskie potrawy ryzowy makaron z soja, kimczi, ryba i wiele deserow z tofu. Mlodziez i niektorzy z grona starszych podchodzili do mikrofonu i spiewali karaoke. Nas uprzedzono rowniez, ze mamy cos zaspiewac. Niby spontan a jednak wszystko przewidziane i oklaski i usmiechy w normie. Jeden pan widac wypil wiecej od reszty spiewal glosno i nie popadal w melodie. Reszta zdobywala od 50 do 100 mozliwych punktow. Biskup z ojcem Andrzejem zebrali sporo oklaskow za polska kolede i nawet spiewali na bis. Ja zdecydowalem sie uzyc na ten wieczor swoja tajna bron. Zaspiewalem ulubiona nostalgiczna piesn koreanczykow „Ariran”. Choc dlonie mi drzaly z tremy i ledwie trzymalem mikrofon w dloniach to jednak publicznosc na trzeciej frazie podjela moj spiew i razem bylismy w stanie zakonczyc calosc. Zegnajac sie o. Andrzej postapil po dzentelmensku, bo przedstawil mnie jako swego zastepce i nawet powiedzial po przyjacielsku „oddaje was w dobre rece, wkrotce sie przekonacie o tym”.

 

Noworoczne spotkanie

 

O. Lucjan, ktory pracuje w Uzbekistanie juz 9-ty rok uprzedzil mnie, ze na kolede bede wozony wedlug planu, ktory sami koreanczycy ustala, ze to bedzie szybko i sprawnie i ze tych koled bede mial wiecej niz on wsrod miejscowych taszkienckich katolikow. Nie bardzo w to chcialem wierzyc ale zycie mialo pokazac, ze on mial racje.

O. Andrzej uprzedzil, ze pierwsze koleda moga byc jeszcze przed Nowym Rokiem. Cos jednak nie wyszlo i trzeba bylo nam trafic na jeszcze jedno nieformalne „spotkanie noworoczne”, by ustalic plan. Na „zwanym obiedzie” bylo 8 osob ze smietanki towarzystwa i czworo kaplanow.

Obiad byl wysmienity. Koreanczycy byli wystraszeni, gdy ujrzeli jak wielka ilosc ostrej kapusty pochlonalem w czasie spotkania. O. Lucjan wypytywal o szczegoly kulinarne zwiazane ze „zjadaniem psow”. Nikt o dziwo sie nie obrazil i proboszcz otrzymal pelna informacje. Zapoznalismy tez sie ze sportowymi talentami gospodarza, okazalo sie, ze gra w golfa i jest mistrzem Uzbekistanu w tej dyscyplinie sportu. Poniewaz padlo pytanie jak ogrzewa sie restauracja opowiedzial nam tez o swoim biznesie (handluje elektrycznymi grzalkami podlogowymi) i nawet pokazal jak wyglada i powiedzial ile kosztuje jego produkcja. Rozwazano mozliwosc ogrzania kosciola w Samarkandzie ta sama metoda.

Wychodzac z lokalu o. Andrzej zapoznal mnie z Aness, ktora miala ustalic porzadek koledowania. Niestety to mialo nastapic dopiero w polowie stycznia. Mowie niestety, bo bardzo pragnalem, by to bylo juz. Musialem sie jednak nabrac cierpliwosci.

Dzieki temu mialem czas, by koledowac w Almalyku i w Angrenie, co jest moim pierwszym obowiazkiem.

 

Lekcje

 

Tymczasem umowilismy sie, ze ktos mi pomoze w oswojeniu koreanskiej Mszy sw.

Najblizsza niedziele zdaje sie 4-tego stycznia mialem miec „chrzest bojowy”. Wlasnie dzieci zakonczyly pokaz jaselek gdy ojciec Lucjan odszukal mnie i poznajomil z Maria Magdalena, malutka koreanka sredniego wieku, ktorej bardzo spodobal sie Ariran w moim wykonaniu.

Mielismy godzine czasu, by „powtorzyc” czytanie tekstu Mszy sw. Siedem lat temu czytalem biegle po koreansku. Jednak czas leci a pamiec zawodzi. Kobieta zyczliwie poradzila mi bym na ten raz skorzystal z transkrypcji a potem pocwiczyl i stopniowo czytal oryginalne teksty.

Tak zrobilem.

Na koniec Mszy sw. W ramach ogloszen przedstawilem sie. Opowiedzialem troche o swej pracy na Sachalinie i o mej znajomosci z Che bun Do, czyli z x. Benedyktem Zweberem. Ten amerykanski ksiadz, z ktorym los mnie zetknal na Sachalinie jest dobrze znany w Korei z racji na akcje budowy kosciolow w diecezji Inchon, pomoc dla uciekinierow z Pln. Korei i pomoc w adopcji 3000 dzieci. Chodzi o metysow zrodzonych przez koreanki naskutek znajomosci z afro-amerykanskimi zolnierzami. Tych dzieci spoleczenstwo koreanskie w latach 60-70-tych zeszlego stulecia nie akceptowalo i wrecz dyskryminowalo. Benedykt znalazl dla nich w Ameryce rodziny zastepcze i rozkrecil akcje legalizacji ich pobytu w USA jako obywateli tego kraju jeszcze przed adopcja. Opisalem tez swoj pobyt w Tegu i to jak mnie na granicy uznano za Pakistanczyka. Troche tym rozbawilem ludzi, choc widac bylo na niektorych twarzach zniecierpliwienie, bo Msza sw. Koreanska powinna byc krotka.

W ciagu tygodnia dostarczono mi teksty calej liturgii z tekstami czytan na caly styczen wlacznie. Kto to wszystko robil nie mam pojecia. Wazne jest to, ze cwiczylem jak moglem nawet w autobusie w drodze z Angrenu a skutek byl marny.

Czytalem na tyle slabo, ze bardzo dyskretni koreanczycy zwrocili mi jednak uwage i poprosili, bym „odprawial tak jak Andre-simbunim”, czyli z transkrypcja i z rosyjskimi wstawkami.

Podzielilem sie wspomnieniami porazki z samym o. Andrzejem i on mi odpowiedzial to co sam po latach pracy na Sachalinie powinienem byl wiedziec: „Koreanczycy nie lubia nowinek”.

 

Dzien pierwszy

 

Anesa przyjechala po mnie ze swoim prywatnym kierowca na jakims nowiutkim samochodzie.

Najpierw pokazala mi „materialy” potrzebne do poswiecenia. To byly koreanskie teksty wedle schematy z opolskiej agendy. Znalazla ona to wszystko w internecie i sama wydrukowala dla mnie choc nawet o to nie prosilem. Z poprzednich lat zachowal sie u niej rosyjski tekst poswiecenia wody. Przydal sie bardzo, bo juz w drugim domu zapomnialem kropielnice i wode swiecona trzeba bylo poswiecac oddzielnie w kazdym domu.

Kierowca Anessy sredniego wieku, wladajacy angielskim Tatarzyn Eugeniusz zabawial mnie rozmowa w czasie przejazdow, bo posadzono mnie z przodu obok niego. Pierwsza na na szej trasie byla fryzjerka Klara. Rzadko bywa w kosciele (choruje). Pracuje razem z siostra i najmuje kilka miejscowych kobiet. Siostra, ktora uczestniczyla w modlitwie sama wychowuje dziecko. Anesa nie potrafila mi wytlumaczyc co sie stalo z jej mezem.

Przypomnialem sobie jak to pewnego razu przed laty strzyglem sie u fryzjera w Ansanie w obecnosci Yu Jin, koreanskiej studentki z Chabarowska, ktora mi potem opowiadala, ze fryzjer nie chcial brac pieniedzy od „sin-bu-nim” czyli ksiedza.

Koreanczycy, ktorzy tak pieknie tytuluja kaplanow (sin-swiety, bu-ojciec, nin-zdrobnienie) co moznaby porownac z bialoruskim tytulem „ojczenka swiatoj”, maja naprawde bardzo pobozny stosunek do ksiedza i to bylo caly czas widac. To dziwi szczegolnie gdy sie zwazy, ze mamy do czynienia z ludzmi „na stanowiskach”, ktorych miejscowi Uzbecy zawsze nazywaja „mister” lub „misses”. Mogliby sie czuc bardziej swobodnie i zajmowac sie „panibractwem” z nami jak to pozwalaja sobie bez skrepowania tutejsi rosyjskojezyczni parafianie. Na odwrot. Koreanczycy to widza i sie gorsza, bo w Korei (jak bywa i w Polsce)ksiadz „to Pan” czyli „mister”!

Kolejne odwiedziny byly po sasiedzku czyli w samym sercu miasta na metrze O’ybek(od slowa o’y-ksiezyc). Profesor Anna, ktora wspolnie z Anessa zajela sie podciaganiem mojego koreanskiego mieszka w dziewieciopietrowce w 3 pokojowym mieszkaniu. Przyjechala niedawno i ma kontrakt zdaje sie na 3 lata. Dorosle dzieci i maz pozostaly w Korei ale ma z nimi kontakt przez telefon i internet. Wyklada jezyk koreanski na miejscowym uniwersytecie i dosc dobrze wlada angielskim choc mowi z silnym akcentem. Sredniego wieku i wzrostu uzywa tony makijazu. Widac, ze obcowanie z kaplanem ja mocno krepuje ale tez sprawia radosc. Te skrepowanie udzielilo sie mi na tyle, ze wlasnie u niej pozostawilem kropidlo. Nastepnego dnia Anessa zaproponowala, ze je sama bedzie nosic.

Maz Anessy pracuje w jednym z Taszkienckich bankow. Trzy sposrod domostw jakie poswiecalem nalezaly do pracownikow tego samego banku i kazdy z tych domow przypominal mi wielkoscia nasza Polska Ambasade. Powiedzialem o tym Anessie zaraz na samym poczatku i ona sie tylko usmiechnela lojalnie stwierdzajac, ze takich ambasad nasi parafianie maja wiele.

W okolicach Kolegium Muzycznego niedaleko od Kosciola za luteranska Kircha mieszka Katarzyna i Jan. Od razu wytlumacze, ze w obcowaniu ze mna Koreanczycy tak samo jak na Sachalinie uzywaja swych „europejskich imion”, ktore otrzymali na chrzcie.

Katarzyna to jedna z najmlodszych mam w parafii. Koledowalismy wszystkie trzy dni przed poludniem wiec najczesciej mialem do czynienia z kobietami, ktore zgodnie z ojczysta tradycja dbaja o dzieci i dom. One tez prym wioda w kosciele. Gdy poswiecalem zaklad fryzjerski to przeczytalem modlitwe nad chora klara. Anessa to zapamietala i sama przypominala mi kazdy raz, gdy napotykalismy kogos chorego. Maly Janek ma problemy z nozkami. Ponizej kolan ma silne wykrzywienie na zewnatrz. Niedawno zdaje sie byl operowany i problem ma zniknac tym nie mniej mama byla wdzieczna gdy sie modlilem a chlopiec na zakonczenie modlitwy, ktora przyjmowal z wielka uwaga zapytal u mamy bardzo powaznie pokazujac na mnie „czy to jest Pan Bog”? Okazuje sie, nie tylko dorosli personifikuja Boga. Maluchom to tez jest potrzebne.

Tego dnia odwiedzilismy jeszcze jedna mloda mame z dzieckiem po czym udalismy sie do lidera naszej „koreanskiej parafii”.

Marcello mieszka niedaleko bowling club’u. Jego „ambasada”, stosunkowo niewielka. Mieszka z siostra malzonki. Utrzymuje jak wiekszosc naszych parafian gosposie. W tym jednak wypadku gosposia okazala sie byc Rosjanka. W innych domach gosposie to uzbeckie koreanki. Z tej przyczyny powzialem mysl, by angazowacte kobiety w nasze uroczystosci. Caly czas probuje moim parafianom wytlumaczyc, ze ich kontrakty sie kiedys zakoncza, oni wyjada i koreanska wspolnota zniknie. Jesli wsrod przyjaciol i pracownikow maja niewierzacych to dobrym traktowaniem, przyjacielskim podejsciem mogliby ich zachecic do praktykowania chrzescijanstwa.

Ten temat probowalem tez podjac na obiedzie, ktory wlasnie powolutku stygl. Marcello sie opoznial, bo mial wazne spotkanie biznesowe i gdy przybyl widac bylo, ze nie ma nastroju do „misyjnych dysput”.

Tym niemniej jako osoba wladajaca angielskim mogl mi opowiedziec wiele rzeczy w tym rowniez o swoim biznesie telekomorkowym. Sadzac po minie nie wszystko mu sie wiedzie.

Wplywa to niewatpliwie na pewien kryzys wewnatrz wspolnoty. Z opowiadan wiem, ze mial miejsce pewien rozlam, ktory rok temu udalo sie zagasic Franciszkaninowi ojcu Paulo, ktory z „misja pokojowa” przylecial dwa razy (Boze Narodzenie – Wielkanoc) z dalekiego Tegu.

 

Dzien drugi

 

Nastepnego dnia odwiedzilem rodzine innego biznesmena z firmy Daewoo, ktorego biuro znajduje sie w Bucharze. Ten pan czasami odwiedza kosciolek w Bucharze i zna dobrze ojca Wojciecha, ktory zajmuje sie pracami wykonczeniowymi wzniesionej tam swiatyni. Zona z mlodszym synem studentem miejscowego taszkienckiego Uniwersytetu mieszka niedaleko od Marcello, czyli obok bowling club’u. Wlasnie na 3 miesiecznych feriach byl obecny starszy syn Piotr z Seulu, ktory studiuje dyplomacje i marzy zastapic z czasem obecnego sekretarza ONZ. Pani domu sympatyczna kobieta bardzo muzykalna, bo z czasem przejela paleczke w malej scholi. O jej muzycznych talentach moglem sie domyslec z powodu obecnosci fisharmonii w domu z rozlozonymi nutami. Widac bylo, ze korzysta z instrumentu. Na tymze instrumencie stal portret pewnego kaplana, ktory jej udzielal slubu koscielnego. Takich portretow moglem w innych katolickich domach spotkac jeszcze kilka. Z Piotrem, ktory mial za tydzien wracac do Seulu mialem powazna rozmowe na temt mego znajomego ojca Augustyna z katedry Myong Dong. Prosilem by pomogl mi odnowic te znajomosc i chlopiec taka pomoc mi obiecal choc minal miesiac nadal czekam na wiesci z Seulu. W tym domu zapomnialem wykonac napis kreda na drzwiach. Zmartwiona gospodyni, ktora tego dnia towarzyszyla Anessie prosila, bym jeszcze przyjechal i „dopelnil” obrzedu.

Nastepna wizyta byla u Maryi, tez po sasiedzku. To kolejna „ambasada” z prawdziwego zdarzenia. Maz Maryi, podobnie jak i Anessy niewierzacy pracuje w Banku i nie ma glowy do takich spraw jak kosciol. Kontrakt Maryi mial sie wkrotce zakonczyc i to byla smutna nowina, bo od o. Andrzeja wiedzialem, ze Maria jest w gronie liderow i to wlasnie ja miala zastapic w scholi mama wspomnianego Piotra.

Pojechalismy znowu w prestizowy rejon metra Oybeka do domu Anessy. Obrzed trwal krociutko jak zawsze (maksimum 15 minut). Anesa obiecala, ze „jeszcze mnie zaprosi”, na rozmowe z mezaem, ja tymczasem dokladnie poswiecilem jego kij golfowy i prosilem by mu o tym powiedziala, „moze go to wzruszy”, jesli uwaza sie za wielkiego sportsmena. Nawiasem mowiac golf podobnie jak bowling kojarzyl mi sie jako „elitarny sport” i jak sie domyslam posiadanie kija golfowego niekoniecznie musi oznaczac namietnosc do sportu a byc moze takim wspolczenym atrybutem „nowobogackich”. To taki sobie nowoczesny herb.

Na koledowej trasie byla tez Agata, o ktorej jak mnie uprzedzila Anesa bisnes idzie slabo i zdrowie tez podupadlo. Malutka restauracja Oazis mimo pieknej nazwy i prestizowego polozenia wydala mi sie biedna knajpa a twarz zatroskanej gospodyni wzbudzala litosc. Na czas poswiecenia zamknieto lokal, trwaly tez jakies remonty. Ten przypadek i dzien nastepny pokazakly mi, ze w tym swiecie „ambasadorow” istnieje troche zgrzytow i sporo lez.

Przedostarnia wizyta byla w kwiaciarni. Gospodyni byla nieobecan(wyjechala na jakis czas do Korei). Spotykal nas jej maz, ktorego tez nie widywalem w kosciele ale modlil sie poboznie i nawet odczytal wskazany fragment opowiesci o Zacheuszu. Gdu robilem krotki komentarz po angielsku i prosile Anese o tlumaczenie, po raz kolejny powiedziala mi, ze wszyscy mnie rozumieja tylko mowic po angielsku im trudno. Kwiaciarnia znajdowala sie po sasiedzku z Oaza i z Bazarem „na Gospitalce”. Tego dnia wozil nas inny kierowca, miejscowy koreanczyk i poniewaz nam na chwile zniknal, na obiad udalismy sie pieszo do domu naszego ministranta Hiso, ktory wlada rosyjskim najlepiej ze wszystkich znanych mi tutejszych „Juzakov” (od slowa juzny-poludniowy)czyli wedle miejscowego taszkienckiego sloganu poludniowo-korenaczykow.

Mam Hiso tez dobrze spiewa i po latach leczenia nowotworu wrocila w tym roku do scholi. Ma cos z zoladkiem i nad nia tez sie modlilem jak tylko moglem. O jej trudnosciach opowiadal mi o. Andrzej i ta sprawa zapadla mi na sercu. Ta kobieta emanuje dobrocia i w trakcie obiadu powiedzialem jej o tym. To byla ostatnia wizyta drugiego dnia koledy. Moja wiedza o parafii sie dopelniala. Przy okazji moglem w przyspieszonym tempie obejrzec rozne zakatki stolicy, ktorych wczesniej nie widywalem. Bylem jak oszolomione male dziecko, ktoremu w jeden dzien podarowali setki zabawek, ktorych on nie widzial latami. Obcowanie z Koreanczykami w takiej swiatecznej atmosferze to prawdziwy luksus, mowie bez bicia jak jest.

 

Dzien trzeci

 

Dzien trzeci moim przewodnikiem byla Maria Magdalena i intuicyjnie wyczuwalem, ze tego dnia bede odwiedzal „koreanska opozycje”, czyli frakcje z ktora Anessa „nie trzyma”, mowiac grubo to mieli byc „biedniejsi Juzacy”.

Najpierw poswiecilem dom MM, ktorej maz jak sie okazuje ma atelie i pieknie fotografuje.

Jest to domostwo w bezposrednim sasiedztwie z kosciolem. Troszke dalej do Heleny, ktora razem z MM towarzyszyla mi caly dzien. Zapoznalem sie z dwojka sposrod 3 dzieci Heleny.

Odwiedzilem jej dwa sklepy: Boutique na Chelanzarze i Boutique Gospitalka. W tym wypadku choc nie dopytywalem sie szczegolow widac bylo, ze raczej Helena sama zajmuje sie biznesem a nie maz. Czy mieszkaja razem, nie wiem. Oba sklepiki prezentowaly sie nader skromnie i gdy pytalem sprzedawczynie jak im sie wiedzie to szczerze przyznaly, ze klientow malo. Prosilem, by reklamowaly jesli moja modlitwa nie pomoze. Troche sie z tego smialy ale widac bylo, ze w skutecznosc modlitwy gleboko wierza.

Gdy na koniec odwiedzilismy „Ambasade na Gospitalce”, w ktorej gospodarz tez chorowity z operowanymi kolanami przyjmowal mnie razem z Pedro i malzonkami. To pojalem, ze intuicja mnie nie zawiodla. Pedro to poprzednik Marcello. Dusza parafii. Jemu zawdzieczamy istnienie tego kolektywu. Jak sie jednak domyslm istnieja napiecia wlasnie na tej linii pomiedzy „starym liderem” Pedro i nowym Marcello.

Obiad jak dwa poprzednie dni byl wysmienity. Kazdy raz jedlismy siedzac w kucki, co mi bardzo odpowiadalo. Cierpial jedynie gospodarz, ktory nie mogl zginac nog w kolanie. Podobno zamieniono mu kosc na metalowa...

 

Nowy Rok

 

Ostatnim zdarzeniem w serii swiatecznej byl Nowy Rok, rok Bawolu.

Anessa uprzedzila mnie, ze mam sie w ten dzien pomodlic za ich przodkow. O tym, ze ma byc jeszcze swiateczna zabawa dowiedzialem sie do x. Biskupa. Prosil bym telefonicznie sprawdzil co jest planowane i Anessa potwierdzila, ze chca znowu zaprosic wszystkich kaplanow na swiateczna zabawe. Najpierw byl „szwedzki stol w auli sw. Antoniego. Kobiety rozdawaly przygotowane wczesniej koreanskie potrawy, ktore stojac zjadalismy na duzych miseczkach. Potem rozscielono koce i materace by na nich swietowac bardziej oficjalna czesc wieczoru. Wyjatkowo duzo bylo nas tego dnia. Samej mlodziezy i dzieci, ktorych ustawiono w rzadek, by wykonaly po Mszy sw. Rytualny poklon przed doroslymi naliczylem ze 30. Potem ta sama ceremonia dokonala sie wobec nas kaplanow. Ojciec Lucjan przemawial do mlodziezy i rozdawal im koperciki z pieniedzmi tak jakby to byla „wschodnia wersja” santa Clausa, mnie wypadl honor powiedziec kilka slow do dzieciarni.

Speszylem sie na tyle, ze zdolalem tylko powtorzyc slowa Lucjana, ze trzeba by chodzily na katechizacje.

Potem byl mecz. Wybrane zostaly dwie reprezentacje po czterech zawodnikow. Lucjan byl kapitanem jednej druzyny, ja gralem w drugiej. Trzeba bylo podrzycac w powietrze cztery drewniane kosci. W zaleznosci od tego ile kosci padalo na brzuch a ile na plecy nasze pionki wedrowaly w kierunku centrum „szachownicy”. Gralismy „na pieniadze”. Skromne sumy, podobnie jak skromne byly koperty dzla dzieci (po 1000 som), tym nie mniej hazard byl tak wielki, ze nawet niewierzacy maz Anessy trzy razy rzucajac kosci, szczerze sie usmiechajac przezgnal sie. Moj zespol przegral, tym niemniej jak mawial Kim won Sul, moj poprzednik simbunim z Sachalina „dobry proboszcz powinien przegrywac pieniadze parafianom”, zeby nie przegrac ich dusz.

 

Epilog

 

Mialem tego wieczoru jeszcze jedna satysfakcje. Na swieto pozostala z nami jedna Rosjanka(zona pewnego juzaka) i uzbecka koreanka Walentyna, ktora jest z zawodu terapeutka wiec poznajomilem ja z chorym Jankiem i jego mama Katarzyna. Liczylem, ze dzieciatku, ktore mnie nazwalo Bogiem bedzie okazana fachowa konsultacja i pomoc. Poza tym spelnilo sie moje marzenie, by miejscowi „uzbeccy” koreanczycy zaprzyjaznili sie z moimi juzakami.

Mam nadzieje, ze to tylko poczatek.

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com