ZLOTE JABLKO Z OLMALYKA

 

Olmalyk, od slowa olma lub alma – jablko, stutysieczna miescina u podnoza gor na pograniczu Uzbekistanu, Kirgizji i Tadzykistanu. Przez Olmalyk przeplywa sporych rozmiarow rzeczka Angren i niesie w swoich wodach ciekawa i smaczna rybe ze sledziowatych, ktora nazywa sie “marynka”. Nie mam pojecia jak sledziowate dotarly w okolice gor gdzie morzem nie pachnie. Ponoc ryba jest podstepna, bo moze byc smiertelnie trujaca jesli sie jej dokladnie nie wyczysci z wnetrznosci. Tym nie mniej jej popularnosc jest ogromna. Mozna rzec, ze to “zlota rybka” dla tutejszych wedkarzy. Slawi sie obecnie Olmalyk przemyslem chemicznym, metalurgicznym i oczywiscie wielkim smogiem. Pisze, “slawi sie”, bo podobnie jak na ukrainskim Donbasie, jesli widac smog to jawny znak, ze zaklady jeszcze pracuja. Choc to dla zdrowia zly znak, jest jednak praca a to w naszych czasach w Azji Srodkowej zjawisko rzadkie i bezcenne. W poszukiwaniu pracy opuscilo juz ojczyzne dobrowolnie kilka milionow Uzbekow, Tadzykow i Turkmenow. Jest to wiec “zloty smog” poniekad.

W okolicznych gorach podobnie jak w mojej angrenskiej parafii jest wydobywane zloto i inne metale kolorowe. To, ze po sasiedzku jest uran i ze to zloto jest napromieniowane nikogo nie powstrzymuje przed wydobyciem. Mamy wiec “promieniujace zloto” Wedle danych statystycznych 1989 roku mieszkalo tu 120 tys ludzi w rownych proporcjach: polowa Uzbekow i polowa Europejczykow: glownie Rosjan, Ukraincow, Bilorusinow i Niemcow.

Uzbecy wciaz naplywaja z okolicznych kiszlakow i mnoza sie jak “Bog przykazal” bez kompleksow. Europejska diaspora topnieje. Jej miejsce w elitarnym gronie “rosyjskojezycznych” zajmuja Koreanczycy i Tatarzy. To dla nich glownie przyjezdzam raz w miesiacu w pierwsze piatki. Oni sa dla mnie na wage zlota jak “marynka” dla tutejszych smakoszy i rybakow. Pisze wciaz o zlocie, bo mamy w tym miescie jedna ciekawostke: pomnik“zlotego jablka”, ktory jest glowna dekoracja nieopodal hakimiatu, czyli Urzedu Miasta.

Moi tutejsi parafianie to glownie rosyjsko-jezyczni Tatarzy, Bialorusini, Wegierka, Niemka i Ukrainka

 

1. Babcia Henia

 

Chudziutka jak wioreczek, bezzebna staruszka rodem z bialoruskich Mior. Zna wiele polskich modlitw i piesni na pamiec. Kazdy raz gdy ja odwiedzam robi mi jakies podarki: skarpetki, sweterek wlasnorecznie wykonany na drutach, reczniczek, posciel nawet, slodycze i pieniadze na droge. Strach to brac, bo babcia nie jest bogata. Tym niemniej szczerze sie obraza, gdy czegos nie wezme. Na szczescie mam komu rozdawac w Angrenie.

Spowiada sie regularnie w kazdy pierwszy piatek. Na Mszy kleczy i po podniesieniu glosno wzdycha po polsku: “pan moj i Bog moj”!

Byla jakis czas z corka Helena na Bialorusi w rodzinnych Miorach 15 lat temu.

Wydawalo sie, ze powrocili na zawsze na stare smieci, tak jak wielu uzbeckich europejczykow. Tymczasem w Taszkiencie stala sie tragedia. Pewien autobus staranowal jej mlodsza corke Brygide i kilka metrow pociagnal podbrzuszem masakrujac cialo. Babcia przyjechala na pogrzeb i nie potrafila sprzedac domu, ktory pozostal po corce wiec w nim pozostala. Powrocila wiec i druga corka  Helena z mlodszymi dziecmi: Ania i z Danusia.

 

2. Helena

 

Dobroduszna inteligentna i sympatyczna kobieta w moim czyli srednim wieku.

Krotko strzyzona na chlopaka, jednak nie ubiera sie ekstrawagancko, zamiast spodni uzywa skromnych spodnic przewaznie brazowego lub szarego koloru. W slowach tez jest wstrzemiezliwa. Po polsku zna tylko “Ojcze nasz” a na powitanie mowi mi “dzien dobrze”. Nie poprawiam tego drobnego bledu, by nie psuc podnioslego nastroju i namaszczenia, ktore towarzysza wypowiadanym polskim slowom. Podobnie jak Henia jest bardzo dumna z polskiego pochodzenia.

Jest z wyksztalcenia meteorologiem, wiec gdy zdarza sie zla pogoda, to zartuje, ze to ona temu winna. Ma dwu starszych synow w Buriacji z pierwszego malzenstwa.

Maz, ktorego poznala na studiach byl Mongolem i widac to po rysach twarzy Ani, straszej corki. To wlasnie Anie zapoznalem w kosciele przed Bozym Narodzeniem. Z nia umowilismy sie na spotkanie w okresie swiatecznym.

Ona w tym czasie mieszkala u babci i umawiala mnie z nia na kolejne Pierwsze Piatki. Choc czasami sprzeczaly sie o drobiazgi to jednak byla zawsze lojalna babcina sekretarka. Poniewaz pracowala w jakims biurze to w dzien mego pobytu nie mogla sie wyrwac i byla nieobecna. Nie udalo sie nawiazac blizszego kontaktu, jak to sie udalo w wypadku jej mamy Heleny.

Chce zauwazyc, ze wszystkie trzy kobiety choc tak rozne wiekiem maja wspolne dystyngowane maniery i niemozliwy do ukrycia arystokratyczny styl mowienia.

 

3. Wedrowki z Andrzejem

 

Z Tatarzynem Andrzejem poznajomilem sie rowniez w Taszkiencie po jednym z niedzielnych nabozenstw. Ubrany byl jak skeenhead w czarna skorzana kutrke, tego samego koloru wyplowiale dzinsy i zaniedbane ciezkie buciory.

Zniszczona twarz i ochryply glos robily go w mych oczach z niego kontestujacego czterdziestolatka. Z czasem ze zdumieniem dowiedzialem sie, ze ma 24 lata.

Po koledzie, ktora odbylem u niego na Nowy Rok coraz czesciej widywalismy sie w Taszkiencie lub u niego w domu.

Wspominalem mu nie raz, ze moglby byc moim pomocnikiem w poszukiwaniu wierzacych. On tego sluchal sceptycznie, bo mial swaidomosc swoich licznych slabosci. W przeszlosci pil na umor oraz palil trawke. Stare zachowania, zargon i wyglad pozostaly, totez Helena z duza doza nieufnosci pytala mnie czy on aby nie narkoman, bo go czesto widzi na rynku w towarzystwie cpunow itp.

Do dzis na prawde nie wiem co w tym chlopaku siedzi. Natretnie opowiada kiedy trzeba i nie trzeba o swej milosci do modlitwy rozancowej i jak mu sie w zyciu wiele razy szczescilo, gdy na czarna godzine wyjmowal rozaniec i sie modlil, by trudna chwila odeszla.

Kilkakroc korzystalem z goscinnosci Andrzeja, glownie ze wzgledu na jego mame, by zbadac, czy nie ma ona ochoty, by poznac Jezusa i stac sie nasza parafianka.

Owszem kiedys umowilismy sie z nia telefonicznie, ze pojedzie z angrenska grupa do Taszkientu na Wielkanoc ale ostatecznie nic z tego nie wyszlo.

 

4. Hotel Wiosna

 

Wiecej szczescia w prowadzeniu rozmow  z Almira, mama Andrzeja miala Galina i o. Denis moi goscie z Bialorusi. Osiedlili sie oni w Hotelu Wiosna po sasiedzku z babcia Henia. Od poczatku 2 tygodniowego pobytu oboje “legionisci” polubiki Almalyk i wiecej mu udzielali uwagi niz Angrenowi, choc zaproszenie mieli do Angrenu wlasnie na odpust Jezusa Milosiernego.

 

5. Galina

 

Przywiozlem gosci z Bialorusi po Mszy odpustowej w Angrenie do Andrzeja

wlasnie a sam wyjechalem do Taszkientu na koreanska Msze sw. Ania poszla z naszymi goscmi, by ich potem zabrac do hotelu. Nim jednak udali sie do hotelu musieli odbyc dluga rozmowe z chora sasiadka babci Heni o takim samym imieniu jak Legionistka, czyli Galina. To dobrze rozgarnieta czterdziestoletnia, ciemnowlosa dziewczyna, Rosjanka. Niemal 20 lat spedzila w lozku z chorymi stawami. Jedyna jej rozrywka sa wizyty w internecine z pomoca niewielkiego telefonu komorkowego.

Jest nawiedzona jak wiedzma jakas i potrafi opowiadac z pozazdroszczenia godna powaga o swoich kontaktach z zaswiatami i z samym Jezusem, ktory jej jakoby cos obiecal ale to co obiecal, poki co to sie niestety nie sprawdza.

Przy okazji Galina kilkakroc wmawiala mi z pewnoscia siebie, ze Jezus nie jest Bogiem. Jakos nie przyszlo mi do glowy zapytac, czy ja czesto odwiedzaja Jehowici, ale mam wrazenie, ze nie jestem pierwszym kaznodzieja w jej domu.

 

6. Pastor Oleg

 

Pani Helena zaprosila do babci Heni rowniez miejscowego pastora charyzmatyka, ktorego zna z pracy. Chlopak przeczekal w samochodzie kilka godzin, byle sie spotkac z katolikami. Niestety Galina zajela tak duzo czasu i sil, ze do planowanego spotkania ekumenicznego nie doszlo.

Zapisalem sobie jego telefony i kilkakroc potem wydzwanialem z nadzieja na spotkanie. Owszem doszlo do niego wlasnie w towarzystwie Andrzeja, ktory zamiast taktycznie siedziec i jesc podarowana nam lepioszke, wciaz wciskal swoje trzy grosze na temat rozanca i swego nawrocenia. Pastora to wyraznie wyprowadzalo z rownowagi. Do jakiejs zazylosci czy chocby zaufania i zyczliwosci w trakcie spotkania nie doszlo.

Ustalilismy na koniec, ze sam fakt spotkania precedens duzego kalibru i tak sprawa utknela w martwym punkcie. Wiecej zadnych spotkan tego typu w Almalyku przynajmniej jak dotad nie mialem. Wiec jednak Chwala Panu! za tego smialego pastora, ktorych sie z wlasnej inicjatywy zdecydowal na spotkanie z katolikami.

 

7. Almira – zjazd Katolikow

 

Almira, mama Tatarzyna Andrzeja, przy pierwszym spotkaniu przedstawila sie jako buddystka co mnie wprawilo w oslupienie…

Tym nie mniej z jej zagmatwanych wypowiedzi mozna bylo zrobic wywod, ze kobieta spedzila sporo nieprzespanych nocy przy komputerze, naczytawszy sie roznosci postanowila zadziwic swiat.

Goscie z Bialorusi potrafili troszeczke zawchwiac jej sekciarski swiatopoglad. Wazne byly nie tyle argumenty co fakt spotkania z ciekawymi ludzmi. Za jakis czas wspominajac te zdarzenia Almira, tym nie mniej nazwala dziennikarke Galine fanatyczka i pochwalila mnie, ze ja nie ciagne za jezyk i ze sam nie gadam bez konca o religii. Przyznalem sie, ze jej sie po prostu przygladam i poszukuje w glowie klucza do jej serca i mozgu. Przyznam zadanie niemal niewykonalne. I serca I mozgownice sowieckich ludzi stanowia dla mnie zagadke od pierszego dnia gdy jako diakon przestapilem prog ZSRR w 1990 roku.

Czas leci, specjalnie niewiele sie zmienia w naszych relacjach tym nie mniej Almira przyjechala z grupa pieciorga krewniakow i przyjaciol na “zjazd katolikow”, jaki odbywal sie 9-go maja i przyznala, ze co nieco z tej wycieczki 3-dniowej wyniosla.

 

8. Poswiecenie majowe – Wegierka

 

W miedzyczasie dwukrotnie odwiedzalem pewna Wegierke, ktorej tato przed smiercia dal instrukcje, ze ma Boze Narodzenie obchodzic 25 grudnia. Po tym jednym jedynym drobiazgu z ojcowskiej biografii ona identyfikuje sie z kosciolem katolickim i bardzo sie tym chlubi. Przy kazdym spotkaniu odmawiamy koronke Milosierdzia Bozego, bo jest to ta odpustowa modlitwa, ktora goscie z Bialorusi propagowali w czasie swych odwiedzin.

Za jakis czas obiecalem, ze znow przyjade dla wegierki poswiecic jej mieszkanie.

Owszem przygotowala sie jak prosilem. Na stole byl bialy obrus a w domu bylo czysciutko jak nigdy. Poswiecilem mieszkanie wedle formularza koledowego, choc byl maj miesiac. W nagrode gospodyni poczestowala nas komptem z brzoskwin, niezapomniany smak i radosc, ze sie jest potrzebnym w takich dziwnych miasteczkach i rodzinach w Azji Srodkowej, ktore owszem mialy ale zupelnie zapomnialy swa europejska twarz.

 

9. Odpust lipcowy – Bialorusinka z Donbasu

 

Legionisci pozostawili w Almalyku ikone MB Budslawskiej. Na odwrocie napisana byla data 2 lipca jako dzien odpustowy. Ikone powiesila u siebie w domu babcia Henia. Plakat z Budslawia powedrowal do mieszkania Olgi Iwanowny.

Kobieta pochodzi z ukrainskiego Donbasu, ale kilka lat swej mlodosci spedzila  Minsku, stad jej sympatia dla dziennikarki Galiny. Kobiety przypadly sobie do gustu i choc Olga Iwanowna jest Prawoslawna ma wiele pytan do mnie i chetnie zaprasza w gosci.

Ten wlasnie odpustowy dzien spedzilismy we trojke z wegierka tradycyjnie odmawiajac koronke. Wypilismy tez smaczna herbate. Ja powedrowalem na nocleg do Andrzeja Tatarzyna, by do konca omowic temat letniej oazy. To bylo przedsiewziecie, na ktorym mi bardzo zalezalo. Zalezalo mi, by pojechaly tam dzieic z moich parafii, wiec bylem bardzo zadowolony, ze Almira miala rowniez chec wyslac Piotra, syna zmarlej siostry, ktorym sie opiekuje. Owszem Piotrek byl juz na zjezdzie katolikow, tym nie mniej fakt, ze zdecydowala sie powierzyc chlopca mojej opiece byl znakiem duzego zaufania.

 

10. Spowiedz Danusi

 

Na oaze z Almalyka pojechala najmlodsza corka babci Heni, ktora w domu nazywaja po polsku Danusia. W paszporcie ma napisane Nadia lub Natasza, nawet nie wiem dokladnie, bo dla mnie ona zawsze jest Danusia.

Dziecko na tyle zdolne, ze na oazie dzieci z grupy zawsze delegowaly ja, by relacjonowala przebieg dyskusji na tematy biblijne.

Ma dlugie rude warkocze, zadarty kosciuszkowski nosek, piegi. Troszke mi przypomina Pipi Lanstrom z ulubionego filmu z dziecinstwa.

Na oazie Danusia uczyla sie katechizmu w przyspieszonym tempie i nawet zdawala egzamin w obecnosci wszystkich uczestnikow oazy. Gdy to relacjonowalem ksiedzu Biskupowi on nie uwierzyl moim argumentom, ze atmosfera oazy i wiedza dziewczynki byly na tyle niezwykle, ze takiej szansy nie sposob bylo zmarnowac, by to inteligentne dziecko pokochalo Boga w sposob niezwykly I przyspieszony poprzez Pierwsza Komunie. Dostalem po uszach za takie metody “na skroty”. Jakis jednak pozytek powinien z tego wyniknac. Miejmy nadzieje, ze to byla “swieta wina”. Rodzice potwierdzili, ze dziecko wrocilo odmienione.

 

11. Slub Ani

 

Zaraz tydzien po oazie mial miejsce slub starszej siostry Danusi, Ani.

Nie planowalem w tym uczestniczyc, bo to wypadlo w pierwszy piatek I najwazniesze mialy byc odwiedziny u chorych a slub i wesele w Taszkiencie, tym nie mniej w ostatniej chwili sie dowiedzialem, ze wedle tutejszego obyczaju do Urzedu Stanu Cywilnego Pan Mloda wyrusza uroczyscie ze swego rodzinnego domu. Przyjezdzaja po nia chlopcy, koledzy mlodego. Przyjechalo ich z Taszkientu ponad 20-tu, taki sobie swoisty konwoj opryszkow, na 7 – miu samochodach. Mloda miala dziwnie usztywnione wlosy i wielka spodnice z obreczami. Byla jakas nerwowa i strapiona. W zachowaniu rodzicow tez bylo sporo zagubienia. Dobrze sie czula jedynie Danusia, ktora udekorowala cala klatke schodowa rysunkami, balonikami i ubrana byla nazbyt solidnie na swoje 15 lat, jak dorosla dama. Nie poznalem w niej tej skromnej dziewczynki z pierwszej komunii.

Mignelo mi w glowie to o czym mowil biskup, ze byc moze sie pospieszylem, a moze nawet spoznilem. Trzeba bylo walczyc o dusze tego dziecka pare lat wczesniej, teraz ona ma cala glowe zaprzatnieta tym jak by czym predzej pojsc sladami siostry.  Owszem na oazie sie przyznala, ze przyjazni sie juz z jakims chlopcem.

Moja rola na tym dziwnym obrzedzie ograniczyla sie do odmowienia modlitwy Ojcze Nasz i krotkiego kazania. Poniewaz ani mlodego ani jego przyjaciol nie znalem, to po prostu przypomnialem, ze mloda ma polskie pochodzenie i byloby pieknie, ktoregos dnia potwierdzic slub cywilny poprzez sakrament malzenstwa w kosciele.

Wreczylem im wloski papierowy krucyfiks, na ktorym byly slowa poswiecenia rodziny. Przeczytalem i przetlumaczylem tekst. Wszytsko trwalo 10 minut.

Rodzice i za to byli mi wdzieczni. Taki sobie spontaniczny gest.

 

12. Narodziny parafii ???

 

Gdyby to wszystko dzialo sie w Rosji lub na Ukrainie mozna byloby uznac, ze zawiazuje sie mloda katolicka wspolnota. W Uzbekistanie taki optymizm nie jest prawomocny. Droga do otwarcia religijnej wspolnoty jest uslana cierniami. Od 2005 roku w Uzbekistanie zamknieto wiele parafii chrzescijanskich, nie zarejestrowano jednak zadnej nowej.

Andrzej Tatarzyn na moja prosbe znalazl w miasteczku chatke na “kurzej lapce”, do ktorej moznaby po remoncie, tak jak w Angrenie od czasu do czasu “nielegalnie” zapraszac naszych parafian na modlitwe i “herbatke”. Pomieszczenie jednak wydalo sie Biskupowi i mnie, przy ogledzinach zbyt zrujnowane i odlegle od centrum, by moglo przyciagac chetnych do spedzenia czasu z kaplanem.

Tym niemniej taka mysl zostala rzucona i Andrzej jak znam zycie bedzie szukal dalej. Kto wie czy czasem ze skeenheada nie wyrosnie misjonarz?

Tak bardzo bym tego pragnal.

 

x. Jaroslaw Wisniewski – Taszkient 26 pazdziernika 2009

www.xjarek.net

 

 

 

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com