POLONIJNE KOLĘDY W TASZKIENCIE

 

Ciekawostką tegorocznego kolędowania były moje spotkania z Polonusami.

Nasz proboszcz o. Lucjan ma sceptyczny  stosunek do polskiego żywiołu w Taszkiencie i nie ma żadnego sekretu w tym, że 4 polskie organizacje są ze sobą bardzo skłócone i słabo zaangażowane w Kościół. Paradoksem jest, że w kościele, który cała społeczność miejska nazywa “Polskim Kościołem” oprócz rosyjskiej codziennej i angielskiej oraz koreańskiej cotygodniowej mszy świętej w tym “polskim kościele” po polsku jest Msza święta bywa tylko raz w miesiącu.

Ktoś  mógłby winić księży.

Ja już widywałem takie zbuntowane jednostki. Pewna paniusia wulgarnie wykrzykiwała w kaplicy “że to księża są winni takiego stanu rzeczy”.

Skoro przyjechali z Polski to powinni by “polonizować” publikę bez trudu.

Tu jednak ma miejsce paradoks o którym wspomniałem. Polskojęzyczna publiczność Taszkientu nie wykazuje zainteresowania większą liczbą polskich nabożeństw. Spośród 4 polskich organizacji mało kto z członków deklaruje katolickie wyznanie, co może dziwić tylko osoby jakie nie znają specyfiki krajów byłego Związku Radzieckiego.

 

1. Turanski styl

 

Było “dobra i ugruntowana tradycja”, by wszelkie organizacje narodowościowe były z definicji areligijne. Po Pierestrojce niewiele się w temacie zmieniło. Członkowie wszelkiego rodzaju ziomkostw zajęli się pilnie sprawą repatriacji, nauki języka, folklorem etc.

Działalność religijna pozostawała na marginesie. Ogromna większość tzw. działaczy była w znacznej mierze zrusyfikowana i indoktrynowana. Każdy kto podejmował się tzw. “działalności społecznej” miał już przedtem jakieś doświadczenia członkowstwa w partii i w komsomole więc powielanie sowieckich ateistycznych zachowań było i jest nagminne.

Jest to również poligon doświadczalny dla wszelkiej maści agentów i co do tego nie może być żadnych wątpliwości. Był okres kiedy na zamówienie KGB powstawały nie tylko ziomkostwa ale nawet wspólnoty religijne organizowane pośpiesznie, by udowodnić światu, ze w ZSRR tez jest wolność wyznaniowa!!! Znane jest powiedzonko Dzierżyńskiego: “nie umiesz kontrolować opozycji, stwórz ją sam i postaw swoich ludzi na czele!”.

Nigdy nie będziemy wiedzieć kto z naszych polonusów czy katolików ma taką pasje czy taką “prace”. Nie chce tych ludzi o nic winić i oskarżać. Winien tylko system, który jest starszy niż Imperium Rosyjskie czy sowieckie. Realia nasze na co dzień to realia cywilizacji turańskiej. Uzbekistan ojczyzna Tamerlana, to klasyczna wersja tego zjawiska.

W przeddzień opisanych poniżej koncertów i kolęd w Taszkiencie dokonano barbarzyńskie wycinki stuletnich Czynar(tutejsze klony). Podobno potężne drzewa, zasłaniały widok na nowa sale konferencyjna upamiętniająca 2200 lecie istnienia Taszkientu. Przysłaniały też malowniczy pomnik Tamerlana na koniu i dwa kuranty. Szkoda, że niszcząc drzewa ktoś wydał polecenie by przy okazji zrujnować stuletnią cerkiew. Cerkiew malutka i stała bezczynna. Prawosławni zapewne starali się o zwrot ale jakoś im to nie wyszło. Podobno zbulwersowani mieszkańcy nosili kwiaty i świece na ten plac Tamerlana ale milicja szybciutko stłumiła ten niemy listopadowy protest. Świece i kwiaty zniknęły momentalnie.

Tak jak giną kwiaty, drzewa, świece i świątynie, znika tez ślad rożnych kultur.

Miejmy nadzieję, że coś z polskiego żywiołu się ostanie na tej ziemi.

Temat jest jednak niewątpliwie delikatny. Wielość polskich inicjatyw to z jednej strony czysto polski pluralizm i skłonność do konkurowania. Z drugiej to może być po prostu gra na wyniszczenie, która bez wiedzy czy woli zainteresowanych osób prowadzi ten czy inny wywiad.

Obym się mylił w swoich fobiach i intuicjach. Mieszkam prawie 18 lat na terenach post-sowieckich i to daje pożywkę do rożnych myśli. Są to prywatne sądy, nikogo nie chce obrażać i krzywdzić. Po prostu jak zwykle “głośno myślę”.

 

2. Koncerty w Kościele

 

Byłem zbulwersowany, gdy zeszłego roku pewna organizacja zaprosiła mnie na koncert, który odbywał się na parterze w Sali św. Antoniego i miał trwać 2 godziny. Zbiegł się “niechcący z wieczorną Mszą św.”. Przy odrobinie dobrej woli Polonusi mogliby pobyć na Mszy a potem razem z parafianami odbyć koncert. Ja się spieszyłem ze Mszą i nawet zaprosiłem parafian popatrzeć co to za koncert, lecz zamiast obiecanych 2 godzin koncert trwał niespełna godzinę i zanim zdjąłem ornaty juz nikogo nie było. To jeden z wielu przykładów braku zrozumienia i solidarności i bardzo konkretny, bo mnie osobiście dotyczył i dotknął.

Tym nie mniej ksiądz biskup często mi opowiadał o tym jak heroicznie działał w tym środowisku ojciec Tadeusz Gloziec OFMConv, który juz od kilku lat przebywa na Dolnym Śląsku w parafii Lwówek. On pracował w Angrenie i wśród Koreańczyków, więc w pewnym sensie jestem spadkobiercą jego inicjatyw.

Nie chciałem sie narzucać, bo Polską Mszę ma proboszcz i środowiska jakby nie znam.

Tym nie mniej przymierzałem się troszeczkę do tematu zwłaszcza gdy ks. Biskup wprost zaproponował mi by odwiedzić chorą mamę Ireny i Mirosławy, która jakoby była członkiem założycielem naszej Taszkienckiej parafii. To by znaczyło, że jednak są wśród Polonusów katolicy. Zaczepiłem nawet dwie “siostry Polki”, które widuje często w kościele. Wytłumaczyłem, że ksiądz Biskup prosił wyspowiadać ich mamę, lecz te zdziwione wyznały, że mama jest Prawosławną. To był falstart, chodziło wyraźnie o inne siostry.

Znalazłem je przy całkiem innej okazji.

 

3. Święto Niepodległości - Intercontinental

 

Radziłem się w Konsulacie Polskim, kto spośród liderów polonijnych w Taszkiencie mógłby mi realnie pomóc w moich placówkach dojazdowych w Almalyku i w Angrenie. Kto byłby skłonny do współpracy. Mam różne doświadczenia i wspomnienia. Niestety na Wschodzie większość polonusów stroni od kościoła.

Pani konsul poradziła mi, bym sie skontaktował z nestorkami polskiego ruchu w Taszkiencie siostrami Tagijewymi, zwłaszcza z szefowa “Świetlicy” panią Ireną.

Los tak chciał, że przy okazji zaduszkowych modlitw zobaczyliśmy się w kościele a potem na 11 listopada w prestiżowym Hotelu Interkontinental na otwartej kolacji dla dyplomatów na część Dnia Niepodległości. Owszem byli tam również przedstawiciele “Klasy Polskiej”, “Polonii” i “Zarzewia” ale ja starałem się podchodzić do wszystkich, by nikogo nie urazić nadmiernymi sympatiami wobec “konkurencji”. Obiecałem Pani Irenie, że następnego dnia odwiedzę Szkołę Muzyczną, gdzie miały sie odbywać eliminacje konkursu “Polskie Szlagiery”.

 

4. Polskie Szlagiery w Szkole Muzycznej

 

To było nazajutrz 12-go listopada w niewielkiej Sali widowiskowej na pierwszym piętrze.

Szkoła Muzyczna jest oddalona od Kościoła o jakieś 4 przystanki, lecz ja postanowiłem te odległość przejść sobie pieszo. Pogoda sprzyjała. Wykonałem parę telefonów kontrolnych, by sie upewnić, że idę w dobrym kierunku. Jako punkt orientacyjny miał służyć Teatr Turkiestan.

Gdy ujrzałem dziewczynkę niosąca na plecach skrzypce pojąłem że idę w dobrym kierunku.

Organizatorkę zastałem na parterze w korytarzu, właśnie się wybierała, by wyjść mi na przeciw.

Niewysoka, z czarną fryzurą i orlim nosem, rezolutna szefowa ucieszyła się bardzo i poprowadziła na piętro. Był spory bałagan. Uczestnicy spóźniali się, na liście śpiewających ponad 20 nazwisk, obawiałem się, że to się przeciągnie do późnej nocy. Widywałem już podobny polonijny bałagan, miałem jak najgorsze przeczucia. Jakże sie myliłem!

Wśród gości w jury był przedstawiciel Ambasady, p. Andrzej Orzeł(atachee d/s Kultury), dyrektor artystyczny z teatru Aliszera Navoyi Andrzej Slonim, polonus i artysta pan Paweł Borysow, siostra Ireny Mirosława Kossowa i jeszcze jakieś dwie osóbki.

Nad dwoma pianinami wisiał skromny emblemat wykonany rok temu z okazji tego samego festiwalu. Wykonawcami co mi się od razu rzuciło w oczy byli nie po prostu członkowie polskich towarzystw a raczej wszystkich towarzystw lub większości spośród ziomkostw  mniejszości narodowych Taszkientu.

Ciekawy wręcz fenomenalny pomysł.

Pamiętam, że kiedyś w Opolu na festiwalu Piosenki Polskiej występowali obcokrajowcy i miło było posłuchać z jak egzotycznym akcentem starają się spodobać polskiej publiczności.

Zarówno w tamtym jak i w tym wypadku była to autentyczna promocja polskiej kultury.

 

5. Wykonawcy

 

Było dwu wykonawców żydowskiego pochodzenia pani Judina i Andrzej Lewitin, Greczynka Anna Curkina, kilka Uzbeczek o egzotycznych imionach Madina, Kamila i Szyrin. Billy egzotyczne Koreanki, zwłaszcza ambitna Jula Ugaj, Kirgiz, Ormianka, Gruzinka, Azerbejdzanka, Rosjanie etc.

W ciągu jednego wieczoru przesłuchałem sobie polski folklor w wykonaniu rodzinnego zespołu Bawelnianki i trzech młodych Uzbeczek: “Karliku”(Madina), “Miała Baba Koguta”(Bawelnianki), “Dziś Prawdziwych Cyganów”, “Kolorowe Jarmarki”(Szyryn), “Złoty pierścionek”(Kamila).

To trzeba było widzieć.

Mała Madina włożyła tyle serca, śpiewała z takim wdziękiem, jako pierwsza i tak naiwnie, że chciało sie podejść i dzieciaka wyściskać. Nie muszę chyba dodawać, ze miała wielka tremę i być może występowała pierwszy raz przed tak duża publicznością.

Bawelnianki zaskoczyły mnie dość nonszalanckim zachowaniem i niesamowicie skromnym ubiorem. Ta rodzinka wkrótce z entuzjazmem zaprosiła mnie do siebie na kolędę wiec mam sporo o nich do powiedzenia. W tym momencie jednak podobało mi się, że do pieśni dodali partie gwizdaną i odgłosy licznych wiejskich zwierząt. Czterem członkom rodziny na akordeonie akompaniowała mama. Piosenkę “Rudy Rydz” śpiewała niezwykle sprawnie Tatarka Zemfira z polskiego zespołu “Społem”. W tym zespole rzucał sie w oczy Paweł Zajączkowski wyraźny lider i przystojniaczek oraz mocny instrumentalista Eliasz Filipow. To właśnie oni dwaj po koncercie podeszli do mnie pytając o wrażenia i nie tylko. Zapytali bez ogródek, czy to trudno emigrować do Polski. Niestety taki jest stan rzeczy. Młodzi ludzie w Taszkiencie, zwłaszcza Europejczycy myślą i działają tylko w tym kierunku, by swoją obecną ojczyznę jak najprędzej opuścić. To naprawdę utalentowani ludzie i szkoda, że właśnie tacy opuszczają kraj.

Były na tym koncercie również typowe estradowe rzeczy znane z dzieciństwa: “Do zakochania jeden krok” – Połomskiego. Wykonał te pieśń z dużym entuzjazmem ale tez z silnym akcentem młody chłopak z towarzystwa Kultury Żydowskiej Andrzej Lewitin.

“Zakochani są wśród nas”, piosenkę która zdaje się przed laty śpiewała Irena Santor wykonał wspomniany Eliasz Lewitin. Szlagierem wieczoru dla mnie osobiście stał sie występ Greczynki Anny Curkiny. Zaśpiewała ona coś z najnowszego polskiego repertuaru ze słowami typu: “kochaj mnie w kinie w Lublinie, w metrze kochaj w swetrze”.

O tej pani słyszałem a nawet rozmawiałem z nią po telefonie pół roku temu szukając jej męża Polaka i aktora Władka Mireckiego. Jego mama jest moją parafianką w Angrenie więc ten polonijny światek jest mi znany poprzez rożne sytuacje. Mogłem to skonstatować całkiem niespodzianie dla siebie. Młody Kirgiz śpiewał pieśń “O Marianna”.

Kilka starych utworów wykonał bardzo kolorystyczny zespól Rosyjskiego Centrum Kultury. Ciekawostką tego zespołu było to, ze dwu z wykonawców mieli koreańskie twarze i nazwiska. To niesamowite jak łatwo asymilują się w środowisku rosyjskim właśnie przedstawiciele koreańskiego żywiołu.

Gubiłem się próbując rozpoznać autorów pozostałych pieśni.

Poziom wykonawców nie zawsze był super profesjonalny, ale większość miała wykształcenie muzyczne więc przyczepić się nie było do czego.

Po koncercie chłopcy z polonijnego zespołu odwieźli mnie razem z instrumentami do kościoła, bo finał miał być za dwa dni czyli w sobotę właśnie w naszej świątyni.

Po koncercie planowałem, że napiszę obszerny artykuł, tak bardzo mi sie to wszystko podobało tym niemniej wiele innych spraw zaprzątało moją głowę w tamtym czasie i o wszystkim przypomniałem sobie podczas kolędy, która pomogła mi zapoznać się z członkami dwu polonijnych organizacji.

Chce opisać te spotkania, bo naprawdę warto.

 

6. Kolęda w Almalyku

 

Pierwszy stycznia wypadł w pierwszy piątek. Mam zwyczaj, by w ten dzień odwiedzać Almalyk.

Od kilku miesięcy ksiądz Biskup wspominał mi o pewnej rodzinie, która dziesięć lat temu przyjaźniła sie z ojcem Franciszkiem, który obecnie pracuje w Samarkandzie. Nikt nie znal ich adresu, póki do polskiej klasy nie zaczęła chodzić nasza kucharka pani Wika. Pechowo się stało, bo pierwszy raz gdy dostałem ich adres w listopadzie zagubiłem go w przepastnych kieszeniach i dopiero w grudniu poprosiłem Wiktorie, by powtórnie odszukała dla mnie ten adres. Zawsze zapewniano mnie ze to mili ludzie.

Z czasem okazało sie, ze oni mnie widywali niejednokrotnie ale krepowali sie podejść.

Zadzwoniłem do ich córki Zosi w środę przed planowaną wizytą pierwszopiątkową i ona sie chętnie zgodziła.

Umówiliśmy się, że gdy już będę w mięście to zadzwonię, ze jestem i domówimy się dodatkowo, kiedy będę mógł przyjść z kolęda.

Z rana miałem pierwszopiątkową Msze u pani Heni.

To już Msza rocznicowa, bo od roku odwiedzam te staruszkę pochodzącą z białoruskich Mior obwodu Witebskiego. Miory przed 1939 rokiem należały do Polski więc w młodości pani Henia I jej maż Witold mieli polskie obywatelstwo I chodzili do polskich szkół. Kiedy ja widzę wita sie zawsze po polsku I prosi, by śpiewy I modlitwy były w tym języku.

Po niej miałem odwiedzić jedną Prawosławną, która sąsiaduje z Węgierką Wiera Dziurdziewna. Miały obie sie ze mną spotkać i tak rzeczywiście było.

Olga Iwanowna choć Prawosławna sympatyzuje mi z całego serca i obraża się gdy jej nie odwiedzam. Pochodzi z Donbasu, gdzie ja spędziłem 5 lat. Mieszkała również kilka lat w Mińsku stąd jej sympatie dla Białorusi. Jest naczytana, ma mnóstwo pytań i spotkania z nią to coś w rodzaju dyskusji Jezusa z Nikodemem. Na ten raz gdy zaszedłem zbierał się do odjazdu jej wnuk programista dwumetrowiec z Taszkientu. Przyjechał do babci ze swoją dziewczyna i dwoma gitarzystami – kolegami. Ciekawa noworoczna wizyta. Przyznał się od razu, że bywał w kościele i słuchał z zaciekawieniem moje kazania. To dziwne jakie może mieć dzisiejsza młodzież fascynacje.

Chłopak pochwalił się swoim wyczynem przed babcią a ona się z tego cieszyła jak dziecko.

Ja też się cieszę, że można mięć normalne stosunki przyjacielskie z Prawosławnymi.

Olga przeprosiła mnie, że nie udało jej się odnaleźć Węgierki, bo ktoś z jej krewnych zmarł i ona długo “świętowała” to zdarzenie. Słowo świętować pogrzeb jest najbardziej adekwatne, bo niestety dla niektórych ludzi pogrzeby w tych okolicach są niezapomnianym rodzajem rozrywki.

Wierę Dziurdziewne spotkałem przypadkowo gdy podjechał po mnie tato Zosi na swej “Kopiejeczce” czyli Ladzie numer Jeden. Uścisnąłem jej dłoń i powinszowałem z okazji świat. Rozpoznała mnie, uśmiechnęła sie i zapewniła, ze zgodnie z testamentem ojca urządziła wieczerze wigilijna 25-go grudnia.

 

7. Polska Klasa

 

Pan Michał z opowieści Wiktorii to Gruzin. W trakcie spotkania wyczulę jednak, ze to gruziński Ormianin. Spora cześć naszej rozmowy dotyczyła historii jego przodków, którzy emigrowali z Turcji. Wielu Ormian do dziś wspomina ze zgroza turecki genocyd sprzed stu lat, który pozbawił ich ojczyzny I korzeni. Małżonka Lidia pochodzi z Zytomierszczyzny. Wspomniana juz Zosia, dziewczyna lat trzydziestu to mila metyska.

Podanie z prośba o repatriacje złożyli juz 10 lat temu ale nadal czekają na zawiadomienie, ze jakaś polska gmina ma dla nich mieszkanie i prace. Kto wie może Moj artykuł przyspieszy te sprawę. Nie nalegam, bo tak naprawdę z chwila ich wyjazdu stracę niesamowicie sympatycznych parafian, ale tez nie jestem na tyle naiwny, by przeszkadzać marzeniom jakie sam kiedyś miałem w młodości, gdy ja i mnie podobni młodzieńcy czuliśmy sie w PRL jak w dusznym getto. Ta atmosfera PRL-u w Uzbekistanie dzisiaj jest niestety wszędobylska.

Nie ma co silić sie na jakąś agitacje na rzecz pozostania Europejczyków w tych warunkach. Wcześniej czy później jeśli atmosfera w polityce sie nie oczyści tendencja sie nie zmieni.

Polsko-ormianska rodzinka z uroczystym obiadem czekała na mnie aż do godziny czwartej. Pościli, nic nie jedli, wszystkie dania były juz chłodne. Tym niemniej atmosfera była gorąca i niesamowicie sympatyczna. Pokazali mi dysk, na którym był koncert w górach obok szczytu Czimgan. Byl deszcz a mimo to ludzie wyglądali na szczęśliwych. Wynajęli autokar latem, bo sie okazało, ze dla celów takiego koncertu taniej było zapłacić za samochód niż dzierżawić jakiekolwiek pomieszczenie w Taszkiencie. Zabrali ze sobą koce, stroje dla aktorów i dużo jedzenia. Takie pikniki pod otwartym niebem to ulubiona sprawa w tych okolicach.

Dusza towarzystwa była i jest młodziutka nauczycielka, która od lat ma kłopoty wizowe, tym niemniej uparcie trwa na stanowisku i wygląda na to, ze juz pozostanie w Uzbekistanie na zawsze, bo właśnie w tych dniach ma urodzić dzieciątko. Tata dzieciątka jest tutejszy wiec choć to temat krępujący dla niej samej – dziecko jest panieńskie, to ja sie domyślam, ze za jakiś czas będzie ślub i ku radości kochających ja studentów ona na stale pozostanie w Taszkiencie.

Polska Klasa nie jest oficjalna organizacja polonijna. Działa w ściślej współpracy ze Świetlicą ale ma swój własny profil i autonomie. Wśród uczestników pikniku dostrzegłem Pawła Zajączkowskiego, który występował na koncercie polskich szlagierów.

Kolęda trwała ponad 4 godziny. W ten dzień wypadła czwarta rocznica śmierci ojca Lidii i prosiła, bym odprawił rocznicową Msze świętą. Nie potrafiłem odmówić ich prośbie.

Atmosfera była bardzo podniosła a oni niesamowicie wdzięczni. Odwieźli mnie do córki pani Heni i skorzystali z zaproszenia na te kolejna wieczorna kolędę. Byłem niesamowicie wdzięczny, bo ponad godzinę czasu obcowały ze sobą dwie polonijne rodziny, które 20 lat mieszkając w tym samym miasteczku nic o sobie nie wiedziały a na skutek tej wydłużonej kolędy zaprzyjaźniły sie i obiecały sobie, ze będą w kontakcie. Tym sposobem jakiś czas będę miał zaufane dwie rodziny, które będą sie wspierać i dla mnie tez będą pomocne.

Na tej kolejnej kolędzie dowiedziałem sie od Heleny i Saszy, ze jakiś czas mieszkali na Białorusi w rodzinnych stronach babci Heni czyli na Witebszczyznie. Gdy sie im urodziła córeczka Danusia pośród zimy szefowa kołchozu odmówiła im dać klucze od obiecanego mieszkania i cala zimę musieli sie tuląc po krewnych. To sie stało powodem, ze z Białorusi musieli powtórnie emigrować do Uzbekistanu ale na zawsze pozostała im z tamtych czasów niezręczna pamiątka w postaci białoruskiego obywatelstwa. Otrzymanie ponownie uzbeckich dokumentów to bardzo karkołomne przedsięwzięcie. Utracić obywatelstwo uzbeckie lekko, otrzymać ponownie niemal niemożliwe. Ku memu zdumieniu po takich przygodach rodzice Danusi, która ma obecnie 16 lat i jest bardzo aktywna parafianka nie planują repatriacji do Polski jedynie marzą, by córka wyjechała kiedyś na studia. Paradoksalnie taniej jest wysłać dziecko za granice niż płacić ogromne łapówki tutejszej profesurze. Poziom nauczania w dzisiejszych uzbeckich uczelniach w wielu wypadkach jest bardzo wątpliwej jakości. Przyczyna oczywista bieda i wszędobylska korupcja.

 

8. Świetlica

 

Do Ireny Tagijewej na kolędę trafiłem nazajutrz w sobotę 2-go stycznia.

Mieszka w prestiżowej dzielnicy naprzeciw najsłynniejszego w mieście Alajskiego Rynku.

Ma przestronne 6-pokojowe mieszkanko na 1-szym piętrze. To zasługą tatusia, który mając azerskie pochodzenia przeszedł cały front aż do Berlina i po powrocie dosłużył sie tytułu wice-rektora Akademii Medycznej w sprawach zarządzania budowa nowych korpusów uczelni.

Dusza spotkania była mama Ireny pani Genia, która zaraz na początku podarowała mi kilka numerów Gościa Niedzielnego. Było mi trochę głupio zabierać im te gazetę ale były to numery październikowe i nierozpieczętowane wiec przyjąłem wdzięcznie. Genia przyznała sie, ze juz czytać nie może, bo zle widzi. Ma 84 lata i kwitnie. Jest pulchniutka, ma dobra i młoda twarz. Moznaby ja przyjąć za starsza siostrę pani Ireny tym niemniej porusza sie z trudem wiec nie widujemy jej w kościele. Potwierdziła, ze rzeczywiście była w komitecie założycielskim parafii. Odwiedzał ja więlokroć ksiądz Jozef Świdnicki a ojciec Krzysztof Kukułka mieszkał u nich 3 tygodnie zanim zainstalował sie na stale w pierwszej kaplicy wykupionej przez ks. Jozefa na ulicy Sapernej. Pani Genia pamięta znanych mi księży z diecezji płockiej, którzy w 1991 roku zastępowali ks. Jozefa przed przyjazdem na stale z Polski Franciszkanów.

Opowiedziała mi mnóstwo niesamowitych historii z młodości.

Najbardziej intrygujące było to, ze jej dziadkowie popełniwszy mezalians ślubowali Bogu, ze pójdą pieszo do Częstochowy, by uzyskać przebaczenie za nieposłuszeństwo wobec rodziców. W trakcie tej pielgrzymki na ostatnim noclegu przed Częstochowa dziadek Geni zmarł a babcia była na tyle oszołomiona, ze nie zajmowała sie prawie wcale wychowaniem dwójki malutkich dzieci. Z czasem to minęło a jako pamiątka tego zdarzenia pozostał sie stary krzyżyk - rodzinna relikwia. Pani Genia wychowała sie w Łęczycy pod Łodzia a męża, sowieckiego oficera poznała w trakcie wojny. Ze slow Geni i Ireny widać było ze żyli zgodnie i szczęśliwie. Maż muzułmanin dal zgodę na katolicki chrzest dzieci, który sie odbył w Brzeski Litewskim gdy dzieci miały 5 i 3 latka. Sam kupił zonie nowy krzyż częstochowski i zaprenumerował kilka polskich gazet, które do ich domu docierały przez wszystkie sowieckie lata codziennie.

Dzięki temu Genia nie utrąciła polskiej mowy a nawet nauczyła jej dwie swoje córki.

Dzięki nim powstało pierwsze w Uzbekistanie polskie Towarzystwo, które sie cieszy dużym autorytetem u władz państwowych. Irena jest laureatka wielu nagród, jej siostra Mirosława jest wdowa Białoruskiego Ambasadora i tez ma wśród tutejszych dyplomatów wysoki autorytet. Poprzez te rodzinę rozpoczął sie nie tylko etos katolickiej parafii ale tez rewindykacja grobów polskich oficerów w okolicach Yangi Yulu i starania o stworzenie polskiej placówki dyplomatycznej. Jest dla mnie sprawa dziwna i trudna do zrozumienia, ze relacje Świetlicy i parafii są napięte. Wszystkiego nie wiem, nowy jestem, ale to co napisałem na wstępie choć prawdopodobne, nie musi dotyczyć “Świetlicy”. Rodzina Tagijewych jest wyjątkowa, ale jak wspomniałem sowiecki wirus działa w naszych sercach i mam tu na myśli nie tylko miejscowa Polonie. My kapłani a zwłaszcza ja sam, jestem z pokolenia zatrutego sowieckimi wpływami i manewrami.

 

9. Polski Kościół

 

40 lat wędrówki na wolność, która była udziałem Narodu Wybranego jest tez perspektywą, która nie ominęła polskiego żywiołu na Wschodzie. Ci ludzie chcą odnowić kontakt z Macierzą, większość z nich wcześniej czy później do Polski powróci tym niemniej moja opowieść ilustruje w części jakimi trudnymi bywają te powroty jeszcze na etapie zbierania dokumentów i dorastania do decyzji.

Władze uzbeckie deklarują tolerancje dla wszystkich mniejszości. Jest sporo szumnych inicjatyw ale codzienny byt mniejszości cały czas wywołuje pragnienie emigracji i polskie Towarzystwa w tym również katolickie parafie świadomie czy podświadomie, tez są zorientowane na to by ten Exodus ułatwić.

 

x. Jarosław Wiśniewski

Taszkient 8 stycznia 2010

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com