Zamiast Oazy

Wycieczka do Kokandu

 

Nieznanemu motocykliście z Tadżykistanu.

Dedykuje…

 

Wymuszone pielgrzymki

 

W tym roku nasz taszkiencki biskup Jerzy zrezygnował z wszelkich form wypoczynku dla dzieci na terenie Uzbekistanu. Chodzi głównie o formy wyjazdowe w gorach, ktore w latach poprzednich cieszyły się dużym wzięciem. Ponieważ jednak rok temu Baptyści zostali ukarani za “chrześcijański oboz” wielkimi mandatami i pozbawieniem licencji na działalność duszpasterską 3 pastorow zaistniała obawa, ze podobne sankcje będą stosowane rownież wobec innych kościołów. Sad jaki zastosowano wobec Baptystow miał znamiona “sadu pokazowego“. Mowiła o tym lokalna prasa i Telewizja w sposob bardzo natrętny, czyli na zamowienie i dla postrachu, by zniechęcić innych do tego typu akcji. Obawy Biskupa nie były bezpodstawne. Większość wspolnot wyznaniowych zrezygnowała w tym roku z chrześcijańskich obozow. To smutne zjawisko ale po to istnieją represje, by kościoł się wzmacniał i szukał nowych form. Myśmy zaczęli wysyłać dzieci na rożne akcje poza granicami kraju. Była pielgrzymka w Bolszowcach na Ukrainie, szkolenie liderow w Kazachstanie i oaza dla starszej młodzieży w Kirgizji. Ostatnio dzieci z koreańskiej diaspory z Taszkientu udały się na pielgrzymkę pieszą do Santiago. Wszystko to było możliwe dzięki wsparciu dobroczyńcow z wielu państw świata.

 

Stacjonarna oaza

 

Owszem przez dwa tygodnie miały miejsce katolickie połkolonie, ktore zorganizowały siostry. Moderatorem był ksiądz Andrzej z legnickiej diecezji. Jest to najnowszy nabytek Fidei Donum. Ma on odbyć roczny kurs misyjny w Warszawie i przybyć do nas na stale na kolejne wakacje. Animatorami byli niemalże ci sami chłopcy i dziewczęta, ktorzy rok temu pomagali mi na oazie w Hondajliku.

Dzieci było sporo i widać było, ze zarowno siostry, ktore koordynowały całość jak i cały zespoł animatorow byli bardzo zmordowani na koniec. Mnie powierzono w tym roku tylko jedno zastępstwo w 8-mym dniu oazy kiedy to ksiądz Andrzej poczuł się niedobrze. Tutejszy klimat i jedzenie nie każdemu przypadają do gustu. Trzeba jakiś czas się aklimatyzować.

Nie miałem żalu do siostr ani do Biskupa, że w tym wypadku mnie na oazę nie zaproszono. Taka kolej rzeczy. Zwłaszcza z młodszymi dziećmi wypada pracować młodszym kapłanom a ksiądz Andrzej ma zaledwie 3 lata kapłaństwa. Tym nie mniej, gdy wynikła potrzeba zastępstwa z tremą ale i z radością zabrałem się za robotę.

 

Chybione kazanie

 

Czytania były z dnia i na ten raz wypadało skomentować dzieciom słowa Jezusa, że nie będzie żadnych znakow procz znaku Jonasza i pochwala dla krolowej Saby.

Skorzystałem z ostatnich slow: “Tutaj jest ktoś większy niż Salomon”. Zamiast kazania naprędce zrobiłem spektakl na ktory zaprosiłem dwie starsze dziewczęta i dwoje dzieci, by przypomnieć dla niektorych i opowiedzieć dla pozostałych kim był Salomon i jak zachował się na słynnym sadzie dwu matek. Potem w podobny sposob przypomniałem dzieciom kim był Jonasz. Wszystko to trwało krotko ale wyszło dość zabawnie zwłaszcza gdy jeden z animatorow wędrował trzy razy (symbol trzech dni) wokoł ołtarza, trzymając na rekach przypadkowego dzieciaka, ktory zgodził się być Jonaszem.

Miałem wrażenie, że tak bawiąc dzieci osiągnę jakiś pedagogiczny efekt. Takie metody są mi znane z praktyki księdza Pasturka, starego oazowicza i kapelana muminkow z Białegostoku. W podobny sposob “bawił” on dzieci na oazach w Białowieży. Jako kleryk byłem oszołomiony jego para-liturgicznymi nowinkami.

Tymczasem po południu Matka przełożona wezwała mnie “na dywanik” i zwrociła uwagę, że na tej oazie jest dużo dzieci nowych, ktore są pierwszy raz w kościele i ze one postanowiły je najpierw nauczyć “co znaczy sacrum“.

Siostry cały tydzień uczyły nowe dzieci powagi w kościele a ja nie wiedząc o tym jak Filip z konopi bawiłem się z dziećmi jak w piaskownicy. Całkiem inna metoda. Czułem się głupio ale pewnie słusznie dostałem po nosie. Obiecałem sobie, że więcej się nie dam “wrobić” w żadne takie zastępstwa. W Rosji to się nazywa: “wszedł do cudzego klasztoru ze swoim statutem”. Zeszłoroczna oaza była sukcesem, bo powierzono mi odpowiedzialność za młodzież starszą. Połowa miała już staż w kościele, “nie z jednego pieca chleb jadła“. Inni choć początkujący przyjęli formę zabawy, bo wszystko odbywało się nie w kościele a w gorach. Ponadto z wielka trema ale wedle wspomnianych “”białostockich doświadczeń” sam tworzyłem “format” oazy. Tutaj styl był diametralnie inny i zadania oazy całkiem odwrotne. Chodziło o delikatne wprowadzenie w “misterium kościoła” wedle tradycyjnych norm katechetycznych. Wygląda na to, że się udało. Tworczyniami sukcesu były siostry kalkutki. Sądząc po rozmowie, była to oaza “pierwszych krokow”, albo “katolicka połkolonia”. Miejmy nadzieje, ze te dzieci,, ktore pierwszy raz odwiedziły kościoł zachęcone przez rodzicow i kolegow z podworka pokochają sacrum i zechcą nadal. odwiedzać kościoł.

 

Rehabilitacja

 

Żeby jakoś wynagrodzić animatorom ich trudy oazowe siostry zaplanowały wycieczkę w gory nad sztuczne jezioro Czerwak niesamowicie piękne za względu na krajobrazy i na przejrzyście czystą źrodlaną wodę jaka się w tym jeziorze gromadzi prosto z gor. Zanim się jednak tam udali z księdzem Andrzejem zabraliśmy całą grupę do kawiarni Navruz. Navruz, to znane muzułmańskie “święto wiosny”. W Taszkiencie jednak to rownież nazwa kawiarni znanej ze smacznych szaszłykow. Okazuje się, że są nawet szaszłyki warzywne. Było nas wszystkich 8 osob i aby dotrzeć w odległy koniec miasta do dzielnicy Qorasuv  (Czarna Woda) trzeba było złapać 2 taksowki. Moja taksowka Przybyła z opoźnieniem i choć nie planowałem nic jeść a po prostu gawędzić, to gdy dotarłem już czekał na mnie talerzyk z pomidorowym grillem.

Zrozumiałem, że młodzież nie ma mi za złe chybionego kazania i ze zaproszenie na szaszłyk bardzo im przypadło do gustu. Tak zwykle się robi w tych okolicach dla okazania grzeczności komuś, kto był dla ciebie życzliwy.

 

Biskupi z Bari

 

W międzyczasie nasza parafie mieli odwiedzić incognito dwaj biskupi z Bari, ktorzy odwiedzali Chiwę, Bucharę i Samarkandę w ramach letniego wypoczynku. W Taszkiencie mieli jedynie złożyć wizytę grzecznościową naszemu Biskupowi, tym niemniej sam fakt takiej wizyty mowi wiele o tym jak rośnie zaciekawienie “turystyczne” naszym krajem. Kto wie może z czasem i Polscy hierarchowie zechcą wesprzeć nasza misje moralnie choćby w ramach letniego wypoczynku. Przypomnę, ze diecezja Bari to ojczyzna krolowej Bony i bardzo ekumenicznego sanktuarium św. Mikołaja Biskupa.

Dla mnie osobiście, choć nie dane mi się było spotkać z żadnym z hierarchow ich odwiedziny  wydały się czymś bardzo symbolicznym. Jak wielokroć wspominałem w Uzbekistanie są czczone relikwie proroka Daniela (Samarkanda) i Hioba (Buchara).

Hierarchow nie spotkałem nie dlatego, że nie chciałem lub oni tego nie chcieli. Po prostu nasz Biskup jadąc na lotnisko, by ich odebrać z Chiwy mnie z Księdzem Andrzejem odwiozł na autobus do Angrenu. Tego wieczoru zaczynała się kolejna akcja duszpasterska mająca zastąpić dzieciom z tej parafii brak letniej oazy.

Następnego dnia z rana mieliśmy się wybrać z dziećmi na wschodnie rubieże Uzbekistanu do starożytnego miasteczka Kokand i nowoczesnej Fergany.

 

Pogawędka w kawiarni

 

Zależało mi, żeby być w Angrenie w niedziele wieczorem, by z rana być w dobrej formie. Czekała nas niełatwa przeprawa przez wysokie gory i skomplikowane podrożowanie przypadkowymi środkami transportu. Miedzy wschodnim i zachodnim Uzbekistanem ze względow bezpieczeństwa nie kursują autobusy a jedynie 6 osobowe produkowane w Uzbekistanie na koreańskiej licencji Daewoo małe czterodrzwiowe busiki Damaz.

Ponadto chciałem, żeby ks. Andrzej na spokojnie obejrzał wieczorem moją dojazdową parafie w gorach Tien Szań. Sam wyrosł niedaleko Lubania Śląskiego w Gor ach Stołowych i bardzo lubi każde gorskie wędrowki.

Ponieważ nie jedliśmy kolacji w Taszkiencie i w Angrenie też była pusta lodowka poszliśmy na miasto, by kupić arbuza  i ewentualnie zjeść kolejnego w tym roku grzecznościowego grilla.

Mieliśmy niewielki wybor. Po sąsiedzku z kaplicą są tylko dwie szaszłykarnie.

W pierwszej menu było po uzbecku i żaden z nas nie mogł pojąć co to za szaszłyki tam się sprzedają. Choć było  przytulnie poszliśmy w inne szumne miejsce Ale i tam oferta była słaba. Poki coś zamowiliśmy rozległ się telefon. Pewna “podwojna parafianka” polskiego pochodzenia, ktora uczęszcza na przemian do prezbiterian i do katolikow zadzwoniła, że chce pogadać. Ponieważ mieszka nieopodal powiedziałem gdzie jesteśmy i żeby przyszła do kawiarni. Zrobiła to chętnie więc nasza kolacja stała się ekumeniczna. Ona jak się okazało też wegetarianka podzieliła się ze mną pomidorami a następnie swymi rozterkami. Okazało się, że pojechać do Fergany jak planowała z nami i z dziećmi nie może, bo znalazła nową pracę ale samo zaproszenie ją ucieszyło i przyszła podziękować.

Rok temu zapraszałem jej wnuczkę na oazę. Wtedy ona nie była na tyle zaprzyjaźniona z kościołem by się zdecydować a w tym roku inne sprawy przeszkodziły, by wnuczka wyjechała na tę czy inna wycieczkę z katolikami.

Mowię o tym, by pokazać, że sam proces “werbunku” na oazy czy wycieczki to żmudna praca. Nigdy nie wiesz ile osob i ktore konkretnie wezmą udział w danej akcji i w jakim momencie się niespodzianie wycofają. “Wielki spontan“. Nie ma też tak wielkiej liczby katolikow w Uzbekistanie, by wycieczkami  czy oazami “nagradzać” zasłużonych parafian. Bardzo często na te dość drogie i pracochłonne akcje kościelne trafiają ludzie nieprzygotowani i przypadkowi.

Jak to się kiedyś mawiało “ryzyk-fizyk”.

Bywają tez przykre  rozczarowania.

 

Poranna liturgia

 

Ksiądz Andrzej przez 2 tygodnie pobytu w Uzbekistanie wciąż narzekał na upały i kąśliwe komary. Zgadzam się z jego słowami, bo choć się już nie skarżę to jednak sam źle sypiam z tych samych powodow w Taszkiencie. Natomiast w Angrenie oboje zgodnie stwierdziliśmy, ze śpi się dobrze. W gorach jest chłodniej i komarow mniej. Warunki jednak spartańskie. On spał honorowo w zakrystii na rozkładanym aluminiowym łóżku. Ja na  podłodze w salce katechetycznej tym niemniej byliśmy w świetnym humorze po kolacji z szaszłyka i z arbuza.

Rownież nastroj w pustej kaplicy bardzo sprzyjał modlitwie.

W głowie czuło się przyjazny pisk spowodowany wysokością czyli ciśnieniem.

Chłód “fińskiego domku“, bo taką technologią wzniesiony był budynek kaplicy, też dawał dobre samopoczucie. Odprawiliśmy bez pospiechu polska Msze z rosyjskiego Mszału i pojechaliśmy w drugi koniec miasta, by się spotkać w umowionym miejscu z 10-tka dzieciakow. Jakież było moje zadziwienie gdy spotkałem 14-cie osob.

To była przyjemna niespodzianka z jednej strony. Z drugiej jednak nie wiedziałem jak planować podroż. Tutejsi kierowcy pąkują do swych damazow po 7 osob a nas z księdzem Andrzejem było już 16 wiec o dwoje za dużo na dwa koreańskie pojazdy.

Budżet wycieczki był napięty (niecałe 200 baksow)a z powodu nadwyżki uczestnikow wyrastał ponad plan. Poprosiliśmy kierowcow, żeby wzięli po jednemu dziecku ponad plan. Zgodzili się chętnie, bo to zwiększało ich zapłatę. Każdy miał dostać po 20 dolarow za podroż ponad 100 km przez wysoką przełęcz i dwa długie tunele. Nie są to ceny wygorowane. Dzięki takim korzystnym cenom można w Uzbekistanie zrobić wiele dobrego nie ponosząc wielkich wydatkow.

 

Piękne krajobrazy

 

Krajobrazy w tych okolicach są tak piękne, że ksiądz Andrzej nie przestawał fotografować jadąc. Musiałem go uprzedzić, żeby nie robił tego w okolicy milicyjnych kontroli, ktorych na trasie do Kokandu  jest aż 4 plus cztery kontrole wojskowe na wjeździe i przy wyjeździe z każdego tunelu. Mieliśmy przykrą wpadkę gdyśmy jeździli w te strony z dziećmi na jesieni.

Żołnierz, ktorego moj parafianin sfotografował zażądał mandatu w wysokości 50 dolarow. Bogu dzięki dobry kierowca nas od tego wybronił.

 

Pałac w Kokandzie

 

Kokandzki Chanat istniał od 1709 do 1875-go roku i obejmował wschodni Uzbekistan, Kirgizję kawałek Chin, Kazachstanu i sąsiadował z Indiami.

Dawno marzyłem, by dokładniej zwiedzić to miasto, ktore dziś zdegradowano do poziomu polskiego Gniezna czy Drohiczyna. Owszem dla tutejszych muzułmanow to nadal. Święte miasto ale turyści z Zachodu  często ignorują to miejsce zresztą władze miasto zaniedbały i nie proponują na szlakach turystycznych odwiedzin Kokandu.

Poł roku temu widać było, ze wyburzane są naprędce liczne domy i rozszerzane ulice. Trwają też burzliwe roboty wokoł pałacu chana. Wszystko to znaczy, ze jednak coś się zmienia. Szliśmy po pylistym piasku do muzeum nie wiedząc co nas tam spotka i czy w ogole będzie ono otwarte.

Owszem było. Wykupiłem 14 szkolnych biletow i przewodnika.

Młoda Uzbeczka bardzo ładnie i chętnie nam objaśniła jaki był schemat starożytnych komnat i ich przeznaczenie. Pałac długości 160 i szerokości 90 metrow miał fundament wystający ponad ziemie na wysokość 4 metrow. Ściany i wieże stosunkowo niewysokie maksimum 10 metrow. Dekorowane na zewnątrz mozaiką w niebieskiej tonacji i muzułmańskimi inskrypcjami, ktore przewodniczka chętnie nam tłumaczyła.

Pałac miał 7 podworcow i dzielił się na część męską i żeńską czyli harem. Stwierdziła, ze rekonstrukcja pałacu została zrobiona po barbarzyńsku, bo haremu nie odnowiono i tym sposobem pałac ma teraz formę kwadratu 90 na 90 metrow.

Odwiedziliśmy niewielką komnatę dla audiencji, ktora potem została zamieniona na rosyjska cerkiew a sam pałac w rosyjskie kazarmy. Widzieliśmy dorożki chana na kolach 2 metrowej wysokości. Wiele eksponatow i zdjęć z 19 wieku pokazujących skład etniczny i folklor chanatu. Okazuje się, ze na terytorium chanatu mieszkało sporo hindusow i zachowały się zdjęcia scen palenia zwłok wedle hinduskiego rytuału. Był wśrod eksponatow instrument perkusyjny derwisza wykonany z kokosowego orzecha. Sporo egzemplarzy ilustrujących odzież i zbroje żołnierzy chanatu. Schemat ulic był zdeterminowany konkretnym rzemiosłem wykonywanym na danej ulicy. Były ulice stolarzy, metalurgow i drukarzy. Życie kwitło a regulowane było prawem szarijatu. Ciekawa rzecz została mi w głowie. Okazuje się, że sędzia w Kokandzie nazywał się w lokalnym dialekcie  “KOZA”.

Takie sobie “kozie sadownictwo”.

Już mieliśmy wychodzić, pani żegnała się z nami, gdy nagle nieoczekiwanie, dyrektorka poprosiła przewodniczkę, by pokazała nam “pamiątki”.

 

Kamień Zielony

 

Chciałem odmowić, ale wstyd mi było powiedzieć, że naszych dzieci nie stać na pamiątki. Gdyśmy jednak weszli do oddziału pamiątek to Aż mi serce zamarło, bo to prawdziwy antykwariat z wieloma cennymi rzeczami. Ja uprzedzałem księdza Andrzeja, ze w grupie jest kleptoman i pewnie nie jeden. Musiałem się mieć na baczności. Tym nie mniej sam nie dostrzegłem jak z pierścienia z dużym zielonego koloru mamieniem zniknął wspomniany kamień.

Nastąpiła panika w grupie. Dyrektorka zażądała, byśmy szukali kamienia z całych sil a ja choć traciłem nerwy i rozsadek powiedziałem krotka frazę, ktora uratowała sytuacje: “dzieci, jeśli się kamień nie znajdzie, natychmiast wracamy do domu”.

Widocznie podziałało. Okazało się, ze te podroże są czymś ważnym nawet dla złodziejaszka. Kamień odnaleziono i mogliśmy wędrować dalej.

Ja przeprosiłem przewodniczkę a ona bardzo szczerze przeprosiła nas, bo jak wyznała, ona sama zrozumiała, że te eksponaty nie są dla nas, że nikt żadnej pamiątki nie kupi a na odwrot mogą być pokusy.

Ta mądra kobieta nie skrywała, ze miedzy nia i dyrektorka bywają podobne nieporozumienia i konflikty. Podczas gdyśmy szukali zaginionego kamienia, zdążyła się zaprzyjaźnić z ks. Andrzejem i nawet wyznała mu ze nic tego dnia nie jadła.

To, ze wśrod moich parafialnych dzieci są osoby niedożywione już mnie przestało dziwić. To, ze pracownicy muzeum, osoby z wysokim wykształceniem chodzą głodne było dla mnie odkryciem. Od tej pory bardzo uważnie patrzyłem na fizjonomie ludzkie i na zachowania, bo przypomniałem sobie, zew najbardziej zaludniona wschodnia część Uzbekistanu jest rownież najbardziej zaniedbana i najbiedniejsza w porownaniu z reszta kraju. To może tez tłumaczyć, ze ceny  na przejazd są tu dużo niższe niż Taszkiencie i w Samarkandzie.

 

Herbatka

 

Obok pałacu była stylowa herbaciarnia.

Kilkoro dzieci zamowiło sobie tam gulasz reszta wolała jeść płów.

Troszkę było zamieszania, bo parę osob zmieniło zamowienie i niektorzy bez apetytu jedli gulasz tym niemniej w tym dokuczliwym skwarze pierwszy posiłek tego dnia z pyszna lepioszki i ze smaczna herbatka był bardzo potrzebny.

Obiecałem dzieciom, ze nie będę ich rozliczał z kradzieży, bo nie jestem policjantem i podziękowałem te osobę, ktora się wycofała ze swego czynu i umożliwiła nam dalsza podroż. Gdyśmy pytali ile kosztował kamień dyrektorka muzeum powiedziała, ze 50 dolarow…

 

Wieczorne kazanie

 

Z Kokandu mieliśmy jeszcze 2 godziny jazdy do Fergany.

Biesalem ojcu Rafałowi, że będziemy na miejscu o 6 wieczorem.

Spoźniliśmy się o 5 minut co przy podroży z takimi przygodami można uważać za strzał w 10-tke.

Poki szykowaliśmy kolacje dzieci kąpały się w niewielkim basenie na podworku klasztoru i robiły to z niekłamaną radością.

Po jedzeniu zaraz poszliśmy na Mszę świętą, bo żadne z nich nie jest gotowe do spowiedzi a większość nie ma jeszcze sakramentu chrztu. Post eucharystyczny nie był im wiec potrzebny.

Ksiądz Andrzej nieprzywykły do upałów poszedł do klasztorku odpocząć ja natomiast wspolnie z gospodarzem odprawiliśmy wieczorna Msze świętą. Pierwsze czytanie było o zgniłym pasie Jeremiasza. Ja nazwałem ten pas pasem łączności proroka z Bogiem. Cos co powinno okiełznać nasze biodra. Nie wnikając w teologiczne szczegoły opowiedziałem jednak dzieciom po raz kolejny historie Judasza. Dałem im do zrozumienia, ze kleptomania źle się kończy i że trzeba się starać jak młody Jeremiasz, by mieć ten kontakt z Bogiem i nie przemieniać pas Jeremiasza w pas Judasza. To takie troszkę kazanie sytuacyjne ale wiem, ze pominąć milczeniem zdarzenia z muzeum nie było wolno. To byłoby nieprawidłowo z mojej strony.

 

Rożaniec

 

Wzorem zeszłorocznej oazy zabrałem dzieci po Mszy na wędrowkę.

Chciałem z nimi odprawić apel jasnogorski. Pomimo, że te okolice są super muzułmańskie to jednak dzielnica Kerguli, gdzie mieszkają Franciszkanie ma koloryt europejski. Rożaniec wiec odmawialiśmy idąc po chodniku w wieczornym połmroku. Trzy pierwsze dziesiątki dzieci odmawiały nieśmiało. Krępowały się przechodniom i odpoczywających na chodniku starszych osobach.

Gdyśmy doszli do parku zebrałem wszystkich obok pomnika, ktory przedstawiał 6-cio osobową rodzinę i zrobiłem katechezę o miłości. Mowiłem o czekającym ich zamążpojściu i o tym, że przyszły partner na całe życie może być zmartwiony jeśli zobaczy w kimś z nas alkoholika, erotomana lub palacza, bo każda z tych używek jest oznaką egoizmu. Apelowałem o to do nich jeszcze w Samarkandzie, by nie byli egoistami. Sam względem siebie zażądałem malej usługi, ktora miała polegać na tym by nie palili w mojej obecności. Ja wiem ze większość tych 16-letnich nastolatkow jacy przeważają i zadają ton w mojej grupie pali papierosy. Tym niemniej cieszy mnie to, ze powoli zaczynają się ograniczać i jeden drugiego strofować.

Jak widać moje wymagania są minimalne i elementarne.

W pewnym momencie wywiązała się nawet fajna dyskusja. Księżyc był w pełni wiec nawet zbliżająca się 10-ta godzina nikogo nie trapiła. Gdyśmy wracali pozostałe 2 dziesiątki rożańca młodzież odmawiała pewnie i chętnie. Lęk i trema znikły. Nawiązała się znowu na powrot nić przyjaźni i zrozumienia. Odczułem coś co wyczuwałem rok temu pod koniec oazy. Takie pozytywne zbratanie…

 

August Rush

 

Na deser miał być pobożny film i rzeczywiście był. Fergańska młodzież używając rzutnika na ścianie klasztoru pokazała nam historie pary muzykantow i osieroconego dziecka, ktore szuka zaginionych rodzicow z pomocą muzyki. Byłem oszołomiony jak bardzo ten film harmonizował z tym o czym opowiadałem na rożańcu.

Zmartwiło mnie jednak, że wiele dzieci zamiast patrzeć krzątało się po terenie klasztoru. Parafia w Ferganie dzięki staraniom ojca Piotrka, ktory jest tu od ponad 13 lat jest niesamowicie pomysłowo wyposażona. Procz basenu i multimedialnej aparatury do odtwarzania filmow maja tu rownież sprzęt do puszczania dymu i dyskotekowe lasery. Nic dziwnego, że okoliczna młodzież lubi tego ojca i chętnie odwiedza klasztor. Nic dziwnego, ze moje dzieciaki szalały i gubiły się tu z radości, nieprzyzwyczajone do tylu atrakcji. Nasza parafia w Angrenie jest bardzo ascetyczna w porownaniu z Ferganą. Przemilczałem więc po raz kolejny. Pozostawiłem gderanie na następny dzien. Czekała nas z rana kolejna msza święta, na ktorej wygłosiłem “okolicznościowe” kazanie o egoizmie.

 

Basen

 

Planowałem wyjazd z Fergany w południe. Do tego czasu miała być msza, śniadanie i zwiedzanie. Tymczasem po śniadaniu dzieci znowu poszły do basenu i siedziały tam z taka radością i tak długo, że nie sposob im było w tym przerywać.

Cieszyłem się ich radością i dziwiłem, ze tak Malo trzeba tym moim “mawgli“, by im sprawić przyjemność. Wyszły dzieciaki z basenu dopiero kolo jedenastej. Ze zwiedzania nici. Poszliśmy jedynie popatrzeć na pomnik Ahmada al Ferganiego patrona Fergańskiej Doliny, uzbeckiego Kopernika.

 

Śluby

 

Zadziwiła nas pod pomnikiem wielka ilość młodożeńcow.

Ucieszyłem się, że znowu mamy okazje powspominać wieczorne katechezy. Ktoś z dzieci wyjaśnił, ze wkrotce zaczyna  się muzułmański post “ruza“, wiec ilość ślubow się z tego powodu zwielokrotnia. Dostrzegłem, że na plecach jednego młodego garnitur wisi niedopasowany i zmięty. Domyśliłem się, ze go po prostu pożyczył na te uroczystość. To kolejna oznaka biedy. Domyślam się rownież, ze pani młoda podobnie jak on miała suknie nie na miarę, jedynie moja slab aa spostrzegawczość sprawiła, że wcześniej na to nie zwrociłem uwagi. Przypomniałem sobie jednak, ze takich instytucji wypożyczających stroje ślubne dostrzegłem sporo w przeddzień.

Zrobił nam ksiądz Andrzej wiele fotografii i powolutku poszliśmy na dworzec autobusowy. Znowu niespiesznie jechaliśmy do Kokandu.

Kierowca miał mały telewizorek przez ktory sączyła się dynamiczna muzyka weselna w wykonaniu bardzo atrakcyjnej śpiewaczki estradowej.

 

Oszust

 

Powrot był trochę nerwowy, bo poruszanie się po mało znanym mieście z grupą 14-tu krnąbrnych podrostkow to nie lada łamigłówka tym niemniej udało się podobnie jak poprzedniego dnia znaleźć dwa busiki Damaz.

Tym razem przez pomyłkę cenę pertraktowałem nie z kierowcami a z przypadkowym pośrednikiem, ktory się podawał za kierowcę. To ze to oszust zrozumiałem dopiero po tym jak wyłudził u mnie 5 dolarow zadatku a dopiero potem odprowadził do kierowcow, u ktorych probował wytargować niższą cenę za przejazd, aby mi się “zadatek zwrocił“. Tak cynicznie określił swoja robotę nie całkiem trzeźwy wąsacz.

W podroży czekała nas jeszcze jedna przykra procedura polegająca na “rejestracji obcokrajowcow”.

I ja i ks. Andrzej posiadamy rejestracje i wizy a mimo to podrożując przez przelecz każdy podrożny z zagranicznym  paszportem jest traktowany jak potencjalny terrorysta i takie sprawdzanie przypomina mi przechodzenie sowieckiej granicy.

Zawsze to mnie przyprawiało o stresy.

 

Pożegnanie z konsul Tamara

 

Wrociwszy wieczorem do Taszkientu śpieszyłem się na dodatkową imprezę towarzyska w siedzibie Polonii. Żegnaliśmy panią konsul Tamarę, ktora spędziła kilka lat w Taszkiencie i dal wielu osob w Towarzystwie okazała wszelką pomoc.

Była ubrana  na czarno, bez ceregieli przyjęła kwiaty i odeszła.

Powiedziała, że ma wielki kłopot na pożegnanie, bo w Tadżykistanie rozbił się na motocyklu polski turysta a w tej okolicy gdzie zmarł nie ma prosektorium…

Tutejsi muzułmanie urządzają pogrzeb “ipso die” czyli zanim zajdzie słońce…

 

Pożegnanie z Andrzejem

 

Chociaż ksiądz Andrzej wylatuje dopiero jutro w nocy to jednak już teraz czuje się “lotną pogodę”. Bardzo jestem wdzięczny temu młodemu Kapłanowi za  jego odwagę. Poznaliśmy się przez Internet dzięki takim i innym moim koślawym opowieściom. Dla mnie jest to znak, ze trzeba pisać nadal.. Niezbadane są Boże plany i kto wie może jeszcze  jakiś młody kleryk czy kapłan czeka na moja opowieść i świadectwo. Jak widać z tekstu dla księdza Andrzeja ten już drugi pobyt w Uzbekistanie nie był zabawa. Miał tu wiele pracy i jego zapal misyjny nie stygnie choć go to sporo kosztuje. Wiadomo, misje to nie zabawa i muszą kosztować jakąś ofiarę. Skoro jednak ta nasza 5-letnia korespondencja jeszcze z czasow kleryckich idzie w takim właśnie kierunku i daje taki właśnie skutek, to pewnie jest to znak, ze to o czym pisze jest nie tylko przydatne w czytaniu ale rownież w działaniu.

Ktoregoś razu napisałem Andrzejowi wprost, ze jeśli ma pragnienia misyjne, to nie warto ich wkładać pomiędzy książki, ze trzeba cos robi, by nie zmarnować “iskry bożej“. Pan Bog nie lubi się powtarzać i jeśli ktoś uparcie nie słyszy wołania “pojdź za mną”, to może kiedyś na starość ze smutkiem wyznać, ze nie “rozpoznał swego czasu”. Oby te myśli nie powrociły pośrod zgryzoty.

Polska to nadal “Kopalnia powołań“, rownież powołań misyjnych.

Szkoda  by było, gdyby rownolegle z niszczeniem polskich kopalń węglowych zniszczono tez nasze powołaniowe i “misyjne zagłębie”.

W czasach gdy z jednej strony nie ucichły echa katyńskiego pogrzebu ani msza beatyfikacyjna księdza Jurka a z drugiej strony likwidowany jest “harcerski krzyż” w polskiej stolicy może się wszystko zdarzyć.

Może człowieka z katolickim światopoglądem ogarnąć defetyzm czy zwykly pesymizm.

“Kto to jest pesymista?” - zapytują w Rosji.

“To dobrze poinformowany optymista” - brzmi odpowiedz.

Pesymiści mowią, ze boom powołaniowy się w Polsce skończył.

Moj wschodni optymizm pozwala mi Wierzyc, ze to nie całkiem tak.

Odwiedziny biskupow z miasteczka Bari, wizyta księdza Andrzeja z Legnicy a nawet tragedia anonimowego turysty polskiego w Tadżykistanie pozwalają mi zachować wiarę, ze istnieje w narodzie to pragnienie “przenoszenia gor” i że prośba papieska, by “pojść na całego” tak jak Sucharski pod Westerplatte, rownież w dziedzinie misji może mieć sens dzisiaj w Polsce. Może mieć sens także w Uzbekistanie.

Na tym chciałem zakończyć.

 

Taszkient, 28 lipca 2010

Ks. Jarosław Wiśniewski

www.xjarek.net

 

Losowe / Random

JSN Epic template designed by JoomlaShine.com