Wybierz swój język

IV. SIEDEMDZIESIĄT SIEDEM

Dwadzieścia jeden pielgrzymek na Białoruś

12.220 km

 

Na Białorusi bywałem minimum 20 razy po kilka dni do dwu tygodni.

Po dwa tygodnie byłem na oazach w 1990-1991-m roku.

Wszystkie te krótkie pobyty w latach 1990-1998 mogly trwać razem 77 dni czyli dwa i pół miesiąca.

Czy to dużo czy mało aby poznać i pokochać kraj, tego nie wiem.

Zdaje się, że dość, by napisać książkę.

 

1. Sierpień 1990 - 15 dni, 600 km

 

Indura - oaza - wspólny wyjazd z diakonem Piotrem Sokołowskim - Wołkowysk - Wilno - Bieniakonie.

 

Najpiękniejszy pobyt bo  najpierwszy.

Zawdzięczam tę podróż klerykowi Anatolowi Parachniewiczowi, o którym wielokroć jeszcze będę pisać. To typowy “bulbasz” o słomianych włosach z wielkimi oczyma, dużą myślącą łepetyną i “szlacheckim brzuszkiem“.

Choć tego nigdy nie twierdził a nawet wręcz ukrywał to pochodził z pewnej polskiej wioski we wschodniej części Białorusi. Na moją prośbę załatwił dla mnie i dla Piotrka Sokołowskiego zaproszenie na Białoruś, które miało format zeszytu.

Był to dokument wydawany na milicji i pełnił rolę wizy w tamtych sowieckich czasach. Gdyśmy się wybierali w podróż latem 1990-go roku były to schyłkowe ostatnie miesiące funkcjonowania Związku Sowieckiego w tamte archaicznej formie. Jechaliśmy do imperium, które Reagan nie zawahał się nazwać “Imperium Zła”.

Margaret Thatcher chętnie używała tej samej nazwy. Miałem się wkrótce przekonać na własnej skórze, że ta nazwa była w pełni uzasadniona.

Pozwalano wieźć ze sobą tylko 33 ruble i ja posłusznie wiozłem tyle właśnie. Kosztowały one grosze. Piotrek był roztropniejszy i miał ich więcej w różnych schowkach. Okazały się potem niepotrzebne, bo nasi gospodarze kapłani obdarzyli nas w nadmiarze. Tymczasem jechaliśmy jak to się moi w ciemno.

Dla mnie była to w ogóle pierwsza zagraniczna podróż. W moim niebieskim paszporcie z ważnością do 2000-go roku i ze zdjęciem przedziurkowanym w dwu narożnikach była właśnie taka czerwona stemplowana notatka w kilku językach: “Ważny na wszystkie kraje świata”. Byłem bardzo dumny z tego wymarzonego dokumentu. 9 lat wcześniej nawet śnić o nim nie mogłem choć byłem już pełnoletni.

Był to pierwszy rok Solidarności, gdy stuknęło mi 18 lat. Gdy wsiadłem do pociągu Białystok-Grodno miałem już 27 lat i byłem diakonem świętego kościoła katolickiego.

Moja misja więc pomimo własnej inicjatywy nie była sprawą prywatną. Jechałem z przekonaniem, że dzięki tej podróży zaczyna się wielka przygoda misyjna, której nie będzie końca. Coś mi mówiło w sercu, że tak właśnie ma być. Bardzo tego pragnąłem. No i z Bożą pomocą tak właśnie wyszło.

Kontrola na granicy zdała mi się jak podróż w czasy obozów koncentracyjnych. Widok drutów kolczastych i żandarmów z psami obwąchującymi wagony napawał wstrętem ale to było jedyne co mnie drażniło. To, że nadchodzą lepsze czasy poczułem gdy zapełniając deklarację wpisałem jako cenne przedmioty wszystkie dewocjonalia, i bieliznę osobistą nie rozśmieszyło celnika ale zmartwiło. Zamiast na mnie krzyczeć poprosił bym zapełnił od nowa i nie wpisywał głupstw. Był mi wyraźnie życzliwy i nie chciał zaszkodzić. Mało tego. Gdy wracałem z wakacji to jedna z celniczek zapytała czy to ja jestem ten ksiądz co się w Indurze z dziećmi bawił, bo jak się okazało mama celniczki stamtąd pochodzi. Dostrzegła wśród mych klamotów wideo jakie dla mnie zapisał ksiądz Żylis na pamiątkę. To było wtedy zabronione ale przymknęła oczy. Dodam, że na tę podróż wziąłem tekturową walizeczkę która mi mama kupiła w pierwszej klasie podstawówki, gdy jechałem na kolonie.

Bardzo się to przydało choć wszystkie te lata z walizeczki korzystałem niemal rok w rok i była mocno sfatygowana. Może dlatego celnicy zamiast krzyczeć patrzyli na mnie z politowaniem. Musiała ich też nieźle zdziwić moja sutanna. Mój towarzysz ubrał się podobnie jak ja więc byliśmy dwoma dziwolągami, na których tego sierpniowego dnia zwróciło oczy wielu mieszkańców Grodna.

Udaliśmy się do kurii za Niemnem, która się mieściła w drewnianym sfatygowanym budynku przy Franciszkańskim kościele. Odbywał w nim praktykę diakońską młody Maksymilian Kolbe i parę lat pracował jako młody ojciec wypuszczając tu swoje pierwsze niskonakładowe Rycerze Niepokalanej.

Biskup Kondrusiewicz odradził nam podróż do Lidy.

Poprosił byśmy się rozlokowali w podmiejskiej parafii Indura, obsługiwanej przez litewskiego jezuitę Kazimierasa Żylisa. To była znana nam postać z wielu odwiedzin w białostockim seminarium. Ten “Boży człowiek jak się potem okazało” znany też był na całej Białorusi ze swych licznych talentów i wrodzonego sarkazmu.

W Indurze udało się przeprowadzić “oazę polową” na parafialnym podwórku dla dochodzących dzieci. Piotrek tymczasem podróżował z Żylisem i z Biskupem Tadeuszem po całej Białorusi przywożąc co chwila entuzjastyczne relacje z “placu boju”. To były głównie opowieści o co dzień odzyskiwanych z marszu kolejnych kościołów. Piotrek po tygodniu wrócił do Białegostoku. Nie miał zbyt silnej woli i tego entuzjazmu, który mi przyświecał. Ja byłem bite dwa tygodnie i wróciłem dopiero po odwiedzinach Wołkowyska, Lidy, Solecznik, Bieniakoń, Michaliszek i Ostrej Bramy. Kiedy wróciłem dowiedziałem się, że mama w tym czasie każdego dnia bywała na dwu mszach i odmawiała na co dzień w mej intencji drogę krzyżową. To się dało odczuć. Wyjazd był nad wyraz  udany.

 

2. Listopad 1990 - 3 dni, 600 km

 

Indura - Nowogrodek - Baranowicze - Wszystkich świętych z bratem Czarkiem i z kolegą kursowym Jurkiem Rojeckim

 

Taki krótki rekonesans świadczący o tym, że nie miałem dosyć i że chciało mi się znowu każdą wolną chwilę poświęcać na Białoruś i zarażać wciąż nowych ludzi tym białoruskim bakcylem.

Na tę podróż zabrałem średniego brata Czarka. W tym czasie studiował on w Białostockiej Szkole Teatralnej. Chciałem aby się trochę przewietrzył, zobaczył świat i ze mną trochę pobył. Mimo, że studiowaliśmy w jednym mieście to widywaliśmy się rzadko. Zabrałem też kolejnego kolegę kursowego Jurka Rojeckiego. Ten miał pasję fotografa. Do dzisiaj to pozostało jego głównym powołaniem i jest w rzeczy samej w tej dziedzinie genialny. Fotografuje z pasją przyrodę, zabytki i ludzi. W ten sposób się modli i kontempluje. Jak każdy artysta on również zbawia się przez piękno. Wedle słów Dostojewskiego “Piękno zbawia świat”. Jako ksiądz muszę dodać, że to piękno, które nie rani. Ciekaw jestem czy w jego kolekcji cośkolwiek pozostało z tych miejsc.

Mam na myśli fotografie. Bez nich moja opowieść będzie bardzo uboga. Białoruś to raj dla artystów. Przyroda, widoki, zwłaszcza okolice nad Niemnem czekają nadal. Na swego odkrywcę. Mieliśmy odwiedzić ojczyznę Mickiewicza czyli Nowogródek i rodzinne strony mamy Jurka czyli Baranowicze.

Bardzo dla mnie ważne były te chwile spędzone w Nowogródku i to wieczorne obcowanie z dziekanem Dziemianko. Jedynym zgrzytem w tej podróży był alkohol. Zarówno brat jak i Jurek zatruli się białoruską okowitą, której wiele nie było ale musiała być mocna. Wschodnia gościnność to rzecz niezwykła ale bywa również zabójcza. Chłopaki na dzień następny całkowicie stracili humor.

Nie wiem czy go odzyskali w Indurze. Ja w każdym bądź razie miałem święto duszy, bo zobaczyłem prócz Góry Zamkowej i przepięknej Fary, w której chrzczono pana Adama również grób 11 sióstr Nazaretanek, które ofiarowały Bogu swe życie za miejscowego proboszcza. Bóg przyjął tę ofiarę. Widziałem też w biegu Baranowicze choć przez chwilkę. Czasu było naprawdę mało 2 doby zaledwie więc i za to “Bóg zapłać!”

Oczywiście powtórne spotkanie z dzieciakami z Indury też dla mnie wiele znaczyło. Miałem dla nich przygotowane broszurki, które drukowałem w Starosielach i gdzie się dało. To były urywki z katechizmu i wiersze Bełzy.

Kiedyś dotarły te broszurki do biskupa Ozorowskiego i chwalił, że potrafię się parać pracą u podstaw. Drukowałem je gdzie  tylko się dało. Kiedy było troszkę pieniędzy to chodziłem “na miasto” z gotowymi matrycami. Gdy z pieniędzmi było krucho, wtedy żebrałem u księży u których były maszyny kopiujące. Na ten moment takich życzliwych kapłanów było dwu. Jeden w kaplicy Ducha świętego na Osiedlu Piasta. Drugi na Starosielcach. Będzie jeszcze okazja o obojgu pogadać. Wspominam te czasy z rozrzewnieniem. Dziś trudno uwierzyć, że klerycy w poszukiwaniu ksero krążyli po całym mieście. A przecież chodziło o sprawę misyjną, “nic dla siebie”.

Jak widać do każdego wyjazdu przygotowywałem się jak mogłem i nie były to jakieś szalone przejażdżki bez sensu ale dobrze przemyślany projekt.

.W tej podróży nabrałem wprawy i śmiałości. Mimo wrodzonej oszczędności częściej korzystałem z taksówek, by sprawniej poruszać się na rozległych przestrzeniach dwu wielkich obwodów Grodzieńskiego i Brzeskiego. Baranowicze bowiem to już obwód brzeski, mimo, że przed wojną istniało województwo nowogródzkie i sąsiadowało z białostockim. Grodno i okolice wchodziły w skład tego ogromnego przedwojennego województwa. Po wojnie je okrojono i dziś jest ono kilkakroć mniejsze.

 

3. Grudzień 1990 - dwa dni, 80 km

 

Indura - Grodno - samotne odwiedziny Bożonarodzeniowe

 

Na ten raz wpadłem wyłącznie do Indury i tylko po to, żeby dzieciakom urządzić wigilię na podobieństwo tych jakie miewaliśmy w seminarium ze składaniem życzeń i wręczaniem podarków. Najważniejsze jak mi się zdawało miały być na ten moment książeczki z wierszami Bełzy, czyli “Katechizm Polaka”. Naiwny byłem do granic możliwości, owszem dzieci czekały na jakieś oznaki pamięci i chwilami reagowały na pobożne opowieści i patriotyczne podarki. Pamiętam atmosferę tych spotkań. Latem można się było spotykać pod drzewem, ale zimą to już było niemożliwe. Dostrzegłem nareszcie, że parafia ma niewielką salkę katechetyczną za kościołem, gdzie gnieździliśmy się na tych świątecznych spotkaniach. Tam rozdawałem też inne drobne upominki. Z rzeczy jakie pamiętam to było mnóstwo dzwoneczków, farby plakatowe, czekolady etc. Nie byłem zbyt pomysłowym Mikołajem. Tym niemniej starałem się być szczery. Stać mnie na to było z jednego prostego powodu. Różnica kursu złotówki i sowieckiego rubla była tak korzystna, że mogłem kupić za grosze mnóstwo podarunków dzieciakom i jeszcze starczyło pod choinkę dla mojego rodzeństwa i rodziców w  Polsce. Gdy wróciłem z Białorusi do domu zaskoczyłem ich głównie mandarynkami i daktylami, które w tym czasie zupełnie z polskiego rynku znikły. W Grodnie one kosztowały tyle co nic. Bawiło mnie robienie zakupów na rynku w Grodnie i w wielkim supersamie koło pomnika Elizy Orzeszkowej nieopodal placu na którym stała przed wojną gotycka Fara Witoldowa.

Kupiłem też sporo orzeszków ziemnych czym zrobiłem radość samemu sobie.

Od tej pory gdzie bym nie pojechał orzeszki muszą być.

 

4. Kwiecień 1991 - dwa dni, 80 km

 

Indura - samotne odwiedziny paschalne

 

Co tam robiłem na Wielkanoc już nie kojarzę i nie pamiętam.

Domyślam się po prostu, że wpadłem na chwilkę, bo te ferie wielkanocne były krótsze niż zimowe więc musiałem się skracać by się na chwilkę pojawić w domu.

W tych krótkich podróżach zapoznałem się bliżej z białostocką Solidarnością, bo od nich Bralem pozwolenie na pieczątkę AB i nauczyłem się podróżować na Białoruś służbowo. Ta wiedza pomagała i przez  następne 10 lat w Rosji, bo ani razu nie traciłem pieniędzy na wizy i każdy raz w jakimś urzędzie wojewódzki wstawiano mi naprędce potrzebną pieczątkę bym bez zbędnych formalności przekraczał granicę.

Powolutku moja psychika przywykała do horrorów jakie się działy wtedy na granicy. Wymienię tu choćby kilkumetrowe kolejki na granicy, co oznaczało, że każdy samochód nawet osobowy czekał po kilkadziesiąt godzin lub nawet parę dni.

Nauczyłem się siadać “na gapę” do takich nieszczęśników. Brali mnie chętnie, bo wiedzieli, że skoro wiozą księdza, a jeździłem w sutannie, to zabobonni celnicy nie będą długo ich sprawdzać i może bez kolejki do Polski wpuszczą.

 

5. Czerwiec 1991 - tydzień, 400 km

 

Mariampol - Kowno - Wilno - sekundycja - Indura - prymicja - Wołkowysk - misje - Plebanowce - odpust.

 

Spośród pięciu neoprezbiterów na dziękczynną  pielgrzymkę do Ostrej Bramy udało się czterech chłopaków mając niewiele kasy ale dużo entuzjazmu.

Podanie w sprawie pieczątki AB pisałem z kolegą Bogusławem Zieziulą i pamiętam, że szło to opornie. Ja dyktowałem a Boguś pisał. Mieliśmy pusty blank z Solidarności, która się wtedy mieściła nieopodal seminarium na ulicy świętojańskiej. Solidarność była zaangażowana w akcję wsparcia księdzu Świątkowi z Pińska. To właśnie w tej siedzibie po raz pierwszy dowiedziałem się o legendarnym kapłanie. Potem tuż przed święceniami miałem go spotkać w seminarium już w randze biskupa Pińskiego.

Wiele delegacji jeździło do niego z Białegostoku i wszyscy na te lipowe, bezpłatne vouchery. W tekście podania o pieczątkę AB trzeba było postawić fikcyjne dane o podróży służbowej jakie mieliśmy odbyć w imieniu Solidarności.

Boguś bardzo się starał i denerwował gdy jakaś kropka lub przecinek nie wyszła. Ja wiedziałem, że to nie ma znaczenia. Nawet się ostro posprzeczaliśmy i wyjazd przez chwilkę stanął pod znakiem zapytania z głupiego powodu, czyli z powodu naszych diametralnie różnych charakterów i ambicji.

Tym nie  mniej po ostygnięciu odnieśliśmy papier do urzędu wojewódzkiego do oddziału paszportowego na ulicy Bema. Pieczątki dano nam od ręki i tekstu jak myślałem nikt nie sprawdzał. Dla urzędników nasze sutanny były gwarancją, że nie jedziemy szaleć ale w ważnych sprawach.

Jechaliśmy inaczej niż zwykle. Nie jechaliśmy na Grodno lecz tym razem na litewską granicę przez Augustów i Suwałki

Granicę przekraczaliśmy w Ogrodnikach i stamtąd dojechaliśmy do sławnego Mariampolu stolicy Marianów gdzie pochowany jest błogosławiony Matulaitis.

Beatyfikację przeżyliśmy w czasach studenckich a ponieważ błogosławiony bywał w Białymstoku w roku 1920-m na Dojlidach i w Starosielcach erygował parafie i te dokumenty widywałem własnymi oczyma w oryginale to odwiedziny na jego grobie były dla nas wszystkich ważnym zdarzeniem. Piotrek był tutaj po raz drugi, bo w trakcie pierwszej eskapady zabrał go tutaj na pogrzeb kardynała Sładkavicziusa proboszcz Żylis z Indury pod Grodnem. Zazdrościłem mu trochę tamtych przeżyć i podróży. Wszystkiego jednak w życiu mieć nie sposób i trzeba było wybierać.

Potem było Kowno gdzieśmy spotkali bpa Sigitasa Tomkiaviciusa SJ i wiele życzliwych osób. Pomagała mi bardzo znajomość litewskiego. Kowno jak i pozostałe miasta litewskie robiło wrażenie bardzo czystego, zadbanego miasta. Jednocześnie było swojskie w tej samej mierze co Augustów czy Suwałki. Ten kresowy fenomen zawarty w układzie ulic, sposobie budowania i ten lokalny patriotyzm, dbałość o swoje nie zniknął mimo lat sowieckiej okupacji. Litwini bardzo się starali, żeby nie utracić swojej autonomii. Nie było im łatwo ale trzeba im pogratulować. Po odwiedzinach katedry i seminarium pojechaliśmy na taksówce do Wilna co nie trwało długo, bo szosa jest jak autostrada. Nie było to też  zbyt drogo.

Najpierw odwiedziliśmy Ankę Wankiewicz nauczycielkę z ulicy Karmelitów.

Ona nas zaprowadziła do Ostrej Bramy gdzie była sekundycja. Potem ustaliliśmy dalszy plan. Ksiądz Boguś Zieziula zdecydował się pozostać z ks. Krzyśkiem Bolestą na sekundycję w parafii Ducha Świętego a my z Piotrkiem Sokołowskim też na taksówkach pojechaliśmy do Lidy i stamtąd do Indury na swoje sekundycje.

Nasi przyjaciele z Indury a mianowicie ks. Kazimiras, siostra Bernarda, Jasia Stelmach i oazowa dzieciarnia bardzo się postarali, żeby wszystko wypadło pięknie. Zaiste takie było. Przyjęto nas lepiej niż byśmy stąd pochodzili.

Warto się było starać na tej diakońskiej praktyce.

Wzruszenie nie do opisania. Jeszcze  powrócę do tego tematu.

Potem była praktyka misyjna u redemptorystów, którzy niesamowicie dynamicznie prowadzili zajęcia w Wołkowysku. Siedzieliśmy w konfesjonale od rana do późnego wieczoru i to zdaje się kilka dni. Potem był odpust św. Antoniego w Plebanowcach.

Mogę mylić kolejność tych wydarzeń, bo wszystko było jakby we śnie tak szybko i w takim nasyceniu. Tym niemniej aż do dziś zastanawia mnie jak się nam to udało tak wiele przeżyć w tak krótkim czasie.

Ostatnie chwile przeżyliśmy w Grodnie a stamtąd ruszyliśmy razem na granice.

Przekroczyliśmy ją szybciutko wedle wyżej opisanej technologii. Taksówkarz, który nas wiózł jechał aż do Radomia więc się zabrałem z nim aż na przedmieścia  Warszawy.

Pozostali trzej koledzy wysiedli w Białymstoku.

Każdy z nas  miał mnóstwo planów wakacyjnych. Trwał nasz kapłański miodowy miesiąc. Jeszcze w lipcu tego roku miałem po raz kolejny odwiedzić Ostrą Bramę na pielgrzymce pieszej. Miałem też powrócić do Plebanowiec na oazę w sierpniu.

 

6. Sierpień 1991 - 14 dni, 600 km

 

Białystok - Grodno - Plebanowce - Dolistowo - Suwałki - Ogrodniki - Gardininkai - Porozowo - Grodno - Plebanowce - Oaza - Rogoźnica u ks. Krzysztofa Karolewskiego.

 

Troje animatorów zdecydowało się na tę przygodę bo bardzośmy się zaprzyjaźnili z księdzem Pasturkiem, wikarym ze św. Rocha, poprzedniego roku na oazie dzieci Bożych w Białowieży. Ksiądz Pasturek pochodził z diecezji włocławskiej, bardzo lubił ikony i wszystko co ma posmak Wschodu. Lubił też dzieciarnie i miał bardzo specyficzny i niepowtarzalny sposób prowadzenia oazy. Dawał sporo inicjatywy animatorom a jeszcze więcej dzieciom. Pozwalał im się wygadać na wieczornych Apelach Jasnogórskich, dzieci mogły wręcz wykrzyczeć się i wytańczyć pod dźwięk gitary w ciepłych ścianach białowieskiego kościółka. Dużo inicjatywy i entuzjazmu dl pomysłu oazy na Wschodzie wykazała animatorka Kasia, podopieczna księdza Pasturka. To ona właśnie zachęciła do wyjazdu w mojej ekipie kolegę Artura i jego  dziewczynę Ankę.

Przez tydzień byliśmy na oazie we czwórkę. Pewna starsza dziewczyna z Mostów, która spędzała wakacje u babci pełniła na oazie podobną rolę jak Jasia Stelmach rok wcześniej. Niewiele mówiła ale była uczynna i zasłuchana, miała duży autorytet wśród dzieci. Była więc jakby czwartą animatorką. Po tygodniu dołączyły do nas dwie animatorki z Suwałk i miejscowy kleryk Sosnowski. Zaglądał do nas na wesoły wieczór i ognisko ksiądz proboszcz Krzysztof.

Gdy chodzi o animatorki z Suwałk, to musiałem po nie jechać dodatkowo.

Trzeba było odprawić niedzielną Mszę w Dolistowie. Wróciłem do Polski nocą dosłownie na jeden dzień i tego samego wieczoru byłem już w Suwałkach a potem szybciutko na granicę i taksówką do Grodna. Dalej była jeszcze jedna taksówka.

To było trochę drożej niż autobusami ale mimo to tanio gdy się przeliczyło na złotówki. Nie było wyjścia, dzieciaki i animatorzy czekały.

Właśnie trwał 9-ty dzień oazy, droga krzyżowa po pagórkach Plebanowiec, moje ulubione nabożeństwo, wędrowała sobie bez nas.

 

7. Listopad 1991 -  1 dzień, 200 km

 

Ostra Brama -Solecznicki - Bieniakonie - Indura - parafialna pielgrzymka dolistowsko - janowska na odpust do Ostrej Bramy.

 

Na tę kolejną, najliczebniejszą pielgrzymkę pojechały głównie osoby średniego pokolenia. Idea pielgrzymki była podobna jak tysiące innych wycieczek autobusowych w dawnym PRL-u. jej wyjątkowość i karkołomność jednak miała polegać na tym, że się jechał na nieodgadniony i zagadkowy wschód. Nikt nie mógł niczego gwarantować, atmosfera więc intrygi towarzyszyła nam od początku do końca. Jedną z najtrudniejszych rzeczy prócz znalezienia autokaru okazało się poszukiwanie pielgrzymów po całej diecezji a nawet poza jej granicami. Wyprawa zorganizowana w ekspresowym tempie dzięki pomocy miejscowej dentystki, bardzo pobożnej osoby. Mimo, że szydzono ze mnie, że się porywam na niestworzone rzeczy  wsparło mnie moralnie wiele osób. Jeździliśmy z panią doktor nawet do Puńska by namówić prałata Dziermejko do udziału w tej pielgrzymce. Dużo też zależało od życzliwości proboszcza Władysława Kulikowskiego i dzięki niespodzianemu wsparciu kolegi kursowego Bogusława Zieziuli, który się bardzo zaangażował i z braku kandydatów dolistowskich dołączył 29-ciu chętnych ze swojej parafii.

Była też z nami siostra paulistka z Łap, która poznajomiła nas ze swym wujkiem proboszczem pewnej parafii nieopodal Gudogaju i Bieniakoń. Gdyśmy tam zlądowali późnym wieczorem kościół był pełen kwiatów jakby czekał na nas.

W drodze spędziliśmy 3 doby czyli cały weekend. Jechaliśmy do Wilna w piątek nocą. Całą sobotę i niedzielę spędziliśmy w mieście. W południe pojechaliśmy do Solecznik i Bieniakoń odwiedzać miejsca Mickiewiczowskie.

Najpierw spotykała nas w Domu dziecka w Solecznikach pani Bućko Katechetka.

Potem pan Michał Wołosewicz pokazywał nam kamień Maryli i Adama czyli Mickiewicza i Wereszczaki pod Bieniakoniami.

Noclegi w Wilnie zapewnili nam dominikanie wśród których wyśledziłem postać podobną do ojca Andrzeja Bielata. Jedne z odwiedzanych miejsc nie było planowane i do dziś nie mogę sobie skojarzyć co to była za parafia. Zamiast do Indury  zajechaliśmy do innej parafii gdzie mieszkał wujek wspomnianej siostry paulistki z Łap. Niespodzianie okazało się, że ma ona wujka księdza na Białorusi, który już był w podeszłym wieku, był bardzo schorowany i niesamowicie zaskoczony oraz wzruszony naszym przyjazdem. Nie pamiętam nazwy tej parafii to było gdzieś za Gudogajem. Parafia wioskowa, kościół neogotycki trochę obdrapany na małym pagórku obok jakiegoś stawu. Proboszcz był podeszłego wieku w pełnym umundurowaniu w sutannie i w birecie. Miał wygląd starego wiarusa, który się nigdy przeciwnościom nie poddaje. Zadziwiła mnie tam ilość kwiatów w świątyni.

Wracaliśmy nocą i granica sporo czasu zabrała. Wjeżdżaliśmy do Dolistowa o pół do ósmej rano. Zdążyłem spakować książki i poszedłem na lekcje do szkoły.

To była prawdziwa euforia.

 

8. Wiosna 1992 - 5 dni,  1500 km

 

Grodno - Indura - Rogoźnica - Wołkowysk - Nieśwież - Żyrowice - Nowogródek - Mińsk - Mohylew - Orsza - Głębokie - Ostra Brama - Solecznicki - Grodno - pielgrzymka dzieci i nauczycieli z Zabiela i Dolistowa 40 osób.

 

Było w grupie trzech kapłanów: ks. Antoni Paniczko z Jaświł i Wiesław Kondzior, mój współbrat o rok starszy stażem kapłańskim wikariusz z Dolistowa. .

Na wschodzie mawiają, że tam gdzie 3 kapłanów czegoś się podejmuje, to wszystko powinno się im udać, i rzeczywiście. Była to bardzo udana przygoda. Spośród wszystkich pielgrzymek po Białorusi ta była najlepiej zorganizowana. Uczyłem się z każdym dniem i z każdym miesiącem. Czułem pewien profesjonalizm w tym co  robię. Sam wykupiłem ubezpieczenie na szkolny autobus, by nie było kłopotu na granicy. Mało tego paszporty dla dzieci pomagałem wyrabiać osobiście począwszy od zaprosin fotografa na wieś zakończywszy opłatą jego usług. Koszty przejazdu i za benzynę też dotowałem tak by rodzicom najbiedniejszych pielgrzymów ułatwić zadanie i sprawę podjęcia decyzji. Przygotowania dalsze trwały jeszcze w zimę bo wtedy właśnie trzeba było do sprawy przekonać Proboszcza i na kolędzie rodziców każdego z osobna. Ze szkoły w której uczyło się 50 dzieci pojechała na pielgrzymkę co druga osoba. Myślę , że zarówno Mińsk jak i Mohylew spodobały się wszystkim nie mniej niż Ostra Brama, która miała być gwoździem programu. Przed Ostrą Bramą był wzruszający nocleg u proboszcza z pogranicznych z  Litwą Duniłowicz. Pokazywał ogrom pracy wykonanej w zdewastowanym kościele i skarżył się, że jest na czarnej liście Łukaszenki. Nie był pewien ani dnia ani nocy, bo pogróżki o możliwej deportacji były wypowiadane co chwila ustami tzw. “wyznaniowca” w sąsiednim powiatowym miasteczku. Ci wyznaniowcy w czasach ZSRR mieli się za coś w rodzaju biskupów i oni właśnie dyktowali co wolno kapłanowi a czego nie. Oni wydawali zgodę na pracę lub cofali. Te sowieckie anachronizmy na Białorusi działają niestety do dziś. W Solecznikach byliśmy krotko. Ja tylko wpadłem do domu Wasiukiewiczów na ulicy 1 gegużes czyli 1 maja.

Dziś pewnie już nie ma na Litwie takich nazw ulic. Cała pielgrzymka na mnie poczekała bym zamienił z krewnymi mej nauczycielki Góralskiej kilka słów. To już była u nich 3 pewnie wizyta i przyjmowali mnie jak krewniaka. Kiedy na ulicy córka gospodarzy Anka dala mi niewinnego całuska, to jednak wywołało wśród nauczycielek i księży uszczypliwe komentarze. Myślę, że sobie po prostu kpili ze mnie. W tamtych czasach kapłaństwo i misje to była moja miłość pierwsza i jedyna, całkiem niepodzielna.

W Grodnie napotkałem w kurii księdza Romka z diecezji radomskiej, którego dawno temu do pracy w Grodnie skierował kresowiak biskup Materski. Romek znał mnie z czasów indurskiej praktyki i po znajomości poprosił biskupa by udzielił moim dzieciakom swojego błogosławieństwa. Czasu było bardzo Malo a ja im pozwoliłem zrobić zakupy w supersamie koło pomnika Orzeszkowej. Tam, się udaliśmy biskupim samochodem i odbyło się krótkie przedziwne spotkanie. Który biskup w Polsce zgodziłby się na taką “audiencję wyjazdową” na prośbę przypadkowo spotkanego kapłana? Dodam dla jasności, że w międzyczasie biskup w Grodnie się zmienił. Tadeusza Kondrusiewicza skierowano do Moskwy a do Grodna przybył z Wilna ks. Aleksander Kaszkiewicz znany duszpasterz z parafii w kościele św. Ducha.

Tam kierował przez lata “polską parafią”.

 

9. Wrzesień 1992 - dwa dni, 100 km po terytorium Białorusi

 

Rostów - Brześć - Warszawa-Brześć - Rostów  - samotna podróż pożegnalna z Polską.

 

Skończyły się podróże, w których punktem startowym i celem końcowym była Polska. Na jesieni 1992-go roku zacząłem podróżować w odwrotnym kierunku. Teraz jeździłem z kierunku Rosja i punktem docelowym również był wschodni sąsiad Białorusi. Białoruś stała się dla mnie wygodnym krajem tranzytowym. Oto mój pierwszy eksperyment, który polegał na tym, by sobie obejrzeć pograniczne z Warszawą białoruskie miasto Brześć. To była moja pierwsza wizyta w tym mieście. W drodze do Polski towarzyszyła mi s. Radosława. Pomimo, że miałem dwa bilety powrotne to jednak wracałem sam. To była ważna podróż. Nie był to łatwy eksperyment. Trzeba było jechać półtora doby bez przesiadek. Pozostawiłem beze Mszy świętej nie tylko parafian lecz zwłaszcza siostry zakonne  na 2 tygodnie.

Pewnie niektóre z nich już dawno nie miały takiego postu eucharystycznego.

Chodziło jednak o to by się pożegnać z krewnymi w Polsce i z Ordynariuszem. Wyjeżdżając na misje w pospiechu nie uczyniłem tego i dobroduszny biskup Kisiel “za karę” zaprosił mnie na kolacje do swych prywatnych apartamentów. Jedliśmy wspólnie sowy czyli kanie zebrane przez siostrę Misjonarkę św. Rodziny pod Zambrowem u krewnych. To była charakterystyczna siostra, bo była niewysoka i troszkę kulała na jedną nogę i od czasów kleryckich dobrze ja pamiętałem wzrokowo.

Dostrzegłem pierwszy raz w życiu, że w kurii panuje rodzinna atmosfera a biskup jest dla sióstr bardzo dobroduszny. Przedtem miałem go za człowieka surowego. Mylił mnie jego stanowczy, ascetyczny wyraz twarzy. Z czasem dzięki misjonarkom świętej Rodziny dotarło do mnie wiele “przecieków” o jego prawdziwym i dobrym obliczu.

Podczas tej podróży byłem u rodziców i w Opolu u biskupa Alfonsa Nossola, by przekazać list od abp Kondrusiewicza i prosić by stał się naszym sponsorem.

Pierwotnie diecezja opolska miała się opiekować Wołgogradem, ale w międzyczasie bratnie wsparcie obiecali proboszczowi z dawnego Stalingradu mieszkańcy pewnej austriackiej diecezji więc abp Kondrusiewicz uznał, że lepiej będzie jeśli Opole wesprze Rostów nad Donem. Tam było nie mniej potrzeb. Parafia była w powijakach. Nie posiadała żadnego kościoła a kapłan oraz siostry mieszkali w najprawdziwszych slumsach z bitej gliny na przedmieściach Rostowa. Gliniany domek obłożony z zewnątrz dla dekoracji warstwą cegły był na podmokłym terenie w starym korycie Donu a mimo to wodę można było przynosić w wiadrach z jedynej pompy na ulicy w środku nocy…

Biskup zaprosił na rozmowę ze mną swego współpracownika biskupa pomocniczego i bardzo poważnie rozważał możliwość wsparcia i współpracy wszelakiej. Następnego lata znowu odwiedziłem to miasto z grupą pielgrzymów. Odwiedziny więc były w jakimś sensie skuteczne.

Byłem również na spotkaniu z lubelskim biskupem Karpińskim, który odpowiadał za kapłanów pracujących na wschodzie z ramienia episkopatu a później został wybrany wizytatorem środowisk polonijnych. Zajrzałem też na ATK, by załatwić pewien świstek w sprawie studiów dla naszej najmłodszej zakonnicy.

Wszystko szło jak z płatka

W Brześciu przy tej okazji byłem aż dwa razy. Przekraczając granice z siostrą Radosławą i samotnie wracając. Dotarłem na drugą stronę torów co zajęło dobrych 10 minut. Połaziłem po ulicach bez planu i bez sensu. To zajęło mi dobre parę godzin czekania na mój pociąg powrotny do Rostowa.

Dworzec ten miałem oglądać dziesiątki razy więc miał się on dla mnie stać czymś w rodzaju domu. Robił wrażenie przedwojennego czyli miał na sobie piętno polskości.

Twierdzę obserwowałem z okien pociągu nieraz. Potem kilkakroć z okien autobusu.

Zawsze mi się Brześć kojarzy ze spadającymi z drzew liśćmi i niesamowicie długim mostem nad torami kolejowymi.

 

10. Listopad 1992 - jeden dzień - 50 km po terytorium Białorusi

 

Rostów - Moskwa - Ostra Brama - Taboryszki - Moskwa - Rostów - Pielgrzymka 10 -ciu parafian z Rostowa i z siostrą Teresą Łukszą - spotkanie z malarką inwalidką autorką obrazów Matki Bożej Ostrobramskiej.

 

Jedna z najdziwniejszych pielgrzymek, której głównym celem była Litwa.

Mieliśmy dwa noclegi w Moskwie i dwa w Wilnie.

Jeden dzień spędziliśmy na Białorusi. W tamtych czasach nie trzeba było mieć wizy, żeby odwiedzić Litwę i ruch miedzy Litwą a Białorusią tez nie był ściśle kontrolowany.

Nie jestem teraz w stanie powiedzieć po której stronie granicy były Taboryszki w których się wsławił ksiądz Sopoćko jako młody nauczyciel otwierając kilkanaście polskich szkół. Tym niemniej właśnie te polsko - białorusko - litewskie miasteczko odwiedziliśmy  jako jedyne poza Wilnem. Niepowtarzalne klimaty szlacheckich dworków zbudowanych na wysokim fundamencie z drewna. Te same odczucia jakie miałem w Solecznikach i w Bieniakoniach znów wróciły do mnie.

Przy takich okazjach miałem możliwość eksperymentalnie odczuć wszystko to o czym pisali Mickiewicz i Orzeszkowa o  kresowych zaściankach.

Mało tego, wracały do mnie również klimaty sienkiewiczowskie dotyczące “pułkownika Kmicica z Orszy”!!!

Nie mieliśmy wtedy wiele do załatwienia.

Chodziło tylko o to, by parafianom pokazać nie zwykłego człowieczka - karzełka, który twórczo przeżywa swe kalectwo.

Autorka obrazów Matki Bożej Ostrobramskiej całe życie siedzi w wózku inwalidzkim. Ma specjalnie skonstruowany dźwig, którym przenosi sama siebie z Łóżka na wózek i z powrotem. Malując powoduje samookaleczenia, bo kości ma tak kruche, że pękają często od dłuższego trzymania pędzla w dłoniach. Tym niemniej nie rezygnuje i takim sposobem też głosi “Dobrą Nowinę” tym, którzy jej bardzo potrzebują. Dodam, że obraz dla Batajska dotarł do nas po pół roku w momencie bardzo ważnym w przeddzień wizytacji ks. Antoniego Heja, któremu Biskup Kondrusiewicz polecił odwiedzenie mnie i sprawdzenie faktów, które zgłosił pewien zbuntowany parafianin. Wedle relacji mego adwersarza i donosiciela, który w mojej parafii nad Donem pełnił co ciekawe rolę starosty, ja się zajmowałem wyłącznie nie potrzebnymi rzeczami takimi jak przekłady pieśni i drukowanie śpiewników zamiast budować kościół i zajmować się parafią. W trakcie pobytu ksiądz Antoniego miało miejsce poświęcenie tej ikony i kaplicy, która nabrała bardzo kameralny wygląd. Przyjazd kapłana miał więc też charakter pielgrzymki. Dodam, że ksiądz Hej urodzony w Kazachstanie pochodził z rodziny Polaków wysiedlonych z Białorusi. Zdobył święcenia w Polsce w sposób tajny i podjął pracę w Baranowiczach jeszcze na długo przed pierestrojką. Obecnie jest proboszczem i budowniczym pewnej nowej parafii w Brześciu nad Bugiem czyli również na Białorusi. Wracając do opowieści o pielgrzymce ostrobramskiej to trzeba stwierdzić, że myśmy poprzez tamtą podróż przywieźli kawał kresów i klimaty znane też dobrze naszemu gościowi.

 

11. Lipiec 1995 - dwa dni 500 km po terenie Białorusi

 

Elista - Rostów - Warszawa - Grodno - pielgrzymka parafian z Kałmucji - Rostowa - Taganrogu - 44 osoby.

 

Tygodniowy pobyt w Polsce.

Krótki pobyt na Białorusi, wzruszające pożegnanie w kościele franciszkańskim w Grodnie nad Niemnem. Jechaliśmy autokarem. Kierowcy byli niezbyt życzliwi i wypominali mi każdy ponadplanowy kilometr tym niemniej jeździli posłusznie po całym kraju. Odległości od miasta do miasta są w Polsce śmieszne gdy się porówna do tych tras jakie się pokonuje w Rosji czy na Białorusi. Kierowcy mają dużo wprawy ale też wiele nonszalancji. Jeden z nich mimochodem powtarzał razem z nami koronkę do miłosierdzia Bożego co wyglądało trochę komicznie, gdy się zważy, że nie wyjmował papierosa z ust i przy byle okazji klął jak szewc.

Pan Bóg czuwał nad nami i wszyscy szczęśliwie obejrzeliśmy kraj, który dla większości pielgrzymów był ojczyzną  przodków. Oni przeżyli gehennę Kazachstanu i wcale nieciekawe przeprowadzki do Kałmucji. Wzruszenia nikt nie potrafił ukryć a niektórzy na każdym postoju indagowali polskich gospodarzy w sprawie ewentualnej repatriacji. Ani oni ani ja nie byliśmy w stanie nic im poradzić w obliczu totalnej ignorancji urzędników państwowych. Do dziś dnia nie ma dobrej ustawy dla Polonii. Karta Polaka ujrzała światło dzienne w takim momencie gdy rozczarowanie tą nową Polską na Kresach dosięgło zenitu. Większość starszych osób jakie pamiętały przedwojenną Polskę tego nie dożyło. Ci młodsi zdobywają papiery z myślą o emigracji zarobkowej. Motyw patriotyczny czy też pobudki wyznaniowe odeszły na daleki plan.

Po odwiedzeniu najciekawszych miejsc w Polsce ja miałem pozostać w kraju a grupa miała wracać pod kierunkiem innego kapłana.

Grupę zabrał do Rostowa ojciec Jacek Soroka Franciszkanin.

Przez kilka miesięcy dzielnie mnie zastępował w moich parafiach nad Donem i w Kałmucji. Potem jednak niespodzianie poprosił o roczny urlop sabatyczny i zniknął z zakonu na zawsze…

To była bardzo dziwna, pechowa i brzemienna w skutkach również dla mnie decyzja.

Co do pielgrzymki to była ona bardzo ważna, bo w jej trakcie decydowały się losy mego powołania. Zawahałem się po 3 latach na misjach jaka drogą podążać i nie byłem pewien czy chce być księdzem diecezjalnym. Złożyłem papiery do swojej diecezji i do zakonu Franciszkańskiego. Nadzwyczaj i nad wyraz łatwo dostałem zewsząd zgodę i nawet parafian przekonałem, zgodnie z ustaleniami, że jak odbędę nowicjat to za rok do nich wrócę. Stąd ta niezwykłość ostatniego spotkania w Grodnie. W gruncie rzeczy mogłem się z parafianami pożegnać już w Białymstoku ale czułem że to nie fair. Chciałem się przekonać, że granicę przekroczą szczęśliwie i bez przygód i dopiero potem oddać ich w ręce księdza Jacka mego następcy. Ludzie do pożegnania ustawili się w kolejce tak jak na komunie lub jak do całowania relikwii i to było aż  nadmiernie wzruszające. Wielu przepraszało za złe zachowanie w podróży.

Przypadkowo też napotkałem tak kolegę Janka Puzynę, z którym razem studiowaliśmy w seminarium. Był w tym momencie jeszcze neoprezbiterem i bił od niego ten pierwszy entuzjazm i miłość do kościoła, która we mnie trochę ostygła.

Może to dobrze, że znowu w takiej chwili obejrzałem sobie Grodno. Jechałem, by tę miłość w zakonie odnowić. Intuicja była dobra tylko wykonanie nie najlepsze. Czułem się tam w zakonie poniekąd jak ten mały rycerz u kamedułów na Bielanach. Dochodziły mnie wieści z parafii, że trzeba wracać. Pół roku wytrzymałem. Dwie pary z Kałmucji przyjeżdżały do mnie do nowicjatu opowiadając o trudnościach i prosząc o wcześniejszy  powrót do Rosji.

 

12.  Sierpień 1995 - dwa dni, 100 km po terytorium Białorusi

 

Brześć - Rostów - Brześć

Pożegnanie z parafią w Batajsku, Taganrogu i w Kałmucji.

 

W sierpniu tuż przed rozpoczęciem nowicjatu odwiedziłem dom sióstr w Misjonarek św. Rodziny w Komorowie i okazało się,  że jedna z sióstr w mojej parafii w Rosji, która właśnie złożyła śluby wieczyste nie ma biletu powrotnego i ma jechać sama dwie doby. Podjąłem się więc ponadplanowej podróży do Terespola i na samej granicy udało mi się kupić bilet do Brześcia. Staliśmy w przedziale i patrząc na lokomotywę dostrzegłem obrazek Rosa Mystica, ten sam, który dawał mi natchnienie tuż przed przybyciem sióstr do Rosji.

Granicę przeszliśmy ekspresowo i w Brześciu poszukiwanie pociągu do Rostowa zajęło też niewiele czasu. U siostry było dużo bagażu. Byliśmy umówieni, że po prostu pomogę zdobyć bilet i zapakować bagaż ale gdy się zorientowałem, że pociąg załadowany pod sufit jakimiś “lewymi towarami” wsiadłem “nielegalnie” do środka, dałem łapówkę konduktorowi i dojechałem ponadplanowo do Rosji, gdzie spędziłem kilka dni z parafianami i za tydzień znowu byłem w Brześciu.

Jak już wspomniałem ten dworzec i to miasto stało się dla mnie jak rodzinny dom. Czułem w nim zarówno zapach Rosji jak i Polski.

Mogłem stamtąd bez kompleksów jechać w te lub powrotną drogę.

Siostra Pawła miała sporo bagaży, był wśród nich również obraz Jezusa Miłosiernego podarowany mi w Toruniu. Postawiłem go na oknie by osłaniał od jaskrawego słońca ale też by patronował podróży. W tym czasie dogorywał ksiądz Franco Cassera przyjaciel z Włoch. Nasi wspólni znajomi odwiedzili Rostów, żeby mi od niego przekazać pozdrowienia. Ja z kolei oddałem im ten obraz, bo żaden inny znak ani podarek nie przychodził mi do głowy. Ten obraz był w październiku główną dekoracja na pogrzebie a potem trafił do zakrystii parafii w Entratico. Mimo, że byliśmy pełni obaw to jednak bezpiecznie ten “białoruski obraz” do Włoch dojechał.

 

13. Styczeń 1996 - jeden dzień - 800 km po terytorium Białorusi

 

Lublin - Donieck - Rostów - Moskwa - Mińsk - chwilowy powrót na parafie

 

Domyślam się, że na ten raz pobyt w Mińsku był formalnością, że odbył się w pośpiechu. Coś mi z tej podróży świta w głowie ale tylko w strzępach. To była jak mi się wydaje jedyna moja wizyta na mińskim dworcu autobusowym. Dotarłem do niego pośród nocy. Nocnym rejsem jechałem do Polski. Nie pamiętam czy autobus jechał przez Grodno czy Brześć. Było mi jak powiadają na Pomorzu “ganz egall”(wszystko jedno). Zależało mi tylko, by szybko dotrzeć do biskupa do Białegostoku, by ostatecznie zerwać z zakonem. W tym pośpiechu kaptur od habitu pozostawiłem w Moskwie. Nie była to lekka decyzja ale patrząc z perspektywy czasu ja nie byłem gotowy na taki krok. Wszystko było zbudowane na kilku fascynacjach, które bazowały na jakimś wyimaginowanym ideale św. Franciszka, który już dawno nie jest praktykowany w samym zakonie. Zetknięcie z realnym życiem i praktyką zakonną spowodowało znaczny wzrost pobożności, miliony natchnień i wzruszeń, takie sobie półroczne rekolekcje, za które zawsze będę zakonowi wdzięczny. Kto wie czy nie był to mój powrót do pierwszej gorliwości kapłańskiej a więc na pewno było warto. Tym niemniej zakonnikiem się nie stałem mimo, że chodziłem kilka miesięcy w habicie.

Siostry, z którymi współpracowałem powiedziały mi, że planują zamknięcie placówki w Batajsku, to samo zdecydowali Franciszkanie. Nie wiem czym się kierowałem ale zbyt wiele sił włożyłem w tworzenie wspólnoty, by spokojnie patrzeć jak jest demontowana z powodu moich zakonnych ambicji.

Na dodatek zastępujący mnie na parafii kolejny kapłan o. Janusz Moroz zażądał bym przyjechał i uregulował długi jakie wynikły pod moją nieobecność. Przybył on zaraz po odejściu na “sabatical” o. Jacka Soroki. Jego stosunek do mnie był bardzo twardy, mało braterski. Widać nie tylko ja przeżywałem kryzys powołania ale również wielu młodych misjonarzy. To też oddzielny frapujący temat. Polska jest krajem cieplarnianym dla kapłanów. Kiedy sie trafia na surowe misyjne warunki bywa różnie. Łamią się najsilniejsi.

Nie było więc alternatywy.

Przybyłem przez Ukraiński Donieck, bezpośrednim autobusem z Lublina, bez kurtki w pantofelkach a mróz był trzaskający. To był dzień 31-szy stycznia. Gdy dojechałem już był drugi luty, czyli Gromniczna. Popatrzyłem w jakim stanie jest parafia i zdecydowałem, że wracam. Omówiłem to w Moskwie z arcybiskupem Kondrusiewiczem. Wróciłem przez Grodno do Białegostoku, by złożyć relację u swego metropolity i do zakonu, by spotkać się z magistrem nowicjatu, oddać habit i omówić pozostałe szczegóły.

Przy próbie rekonstrukcji tamtych wydarzeń aż mnie korci, by  powtórzyć słowa brata Alberta Chmielowskiego, który mnie zawsze fascynował. Tuż przed opisanymi zdarzeniami miałem w rękach opowieść o nim i tłumaczyłem na rosyjski. Pamiętam jak wzięła mnie za serce wypowiedz, że kiedy opuszczał ukraiński Hyrów gdzie był w jezuickim nowicjacie to tak jakby “żył i nie żył”, tak jakby “bolało i nie bolało”.

Ja też przez jakiś czas oglądałem świat w tym również Białoruś oczami osłupiałego telewidza.

 

14. Luty 1996 - dwa dni 500 km po terytorium Białorusi

 

Ostra Brama - Oszmiana - Mińsk - Moskwa - Rostów - powrót na misje po nowicjacie z siostrą Teresą Łukszą

 

To już był tryumfalny powrót. Siostry w Komorowie miały akurat rekolekcje charyzmatyczne, które prowadził jezuita Jozef Kozłowski z Łodzi. Miał do pomocy śpiewających studentów. Trafiłem na moment rozesłania. Siostry były bardzo podekscytowane, nigdy w Komorowie nie czułem tak przyjaznej atmosfery. Owszem zawsze było życzliwie ciepło i na dystans. Tym razem to była gorączka. Udałem się na rozmowę do rekolekcjonisty jak mi poradzono. Bałem się, że mnie zgani za dezercje z zakonu ale opowiedziawszy mu swoją historię ujrzałem życzliwy wzrok i usłyszałem to co potem za kilka lat po wypadku samochodowym powtórzył w moim sercu św. Antoni z Padwy: “Idź i zrób wszystko dobrze”.

Podobną atmosferę spotkałem jeszcze raz w życiu gdy opuszczałem Japonię. Nie było aż tak wiele okazji przyjrzeć się charyzmatykom ale gdy się ich widzi w takich uroczystych chwilach to nie dwu zdań, że jest to coś porywającego.

Tej samej nocy razem z siostrą Teresą Łukszą udaliśmy się na Dworzec Zachodni w Warszawie. Tam siedliśmy na autobus do Wilna.

Miałem okazję znowu poczuć ten kresowy koloryt.

Pobyliśmy parę dni w klasztorze u sióstr Misjonarek św. Rodziny.

Nie spieszyliśmy się. Może to zabrzmi głupio ale siostra była bardzo zadowolona, że odszedłem z nowicjatu. W Batajsku gdzie wspólnie przepracowaliśmy 3 lata działo się zle po moim odjeździe.

Wiele osób uważało, że nie było innego wyjścia i trzeba było ratować parafie.

Bardzo mi się spodobał pobyt w Oszmianie. To było dosłownie kilkanaście minut, może pół godziny postoju na dworcu autobusowym 100 metrów od kościoła, grzech było nie zajrzeć. Czuło się, że ten kościół jest świeżo oddany odremontowany ale modlitwy w nim jeszcze za mało. Mile też było spotkanie u księdza Zawalniuka w czerwonym kościele z kapucynem bratem kapłanem Anatolem, który nam pomógł w zdobywaniu biletów na dalszą podróż do Moskwy.

.

15.  Czerwiec 1997 - trzy dni 800 km po terytorium Białorusi

 

wyjazd na pielgrzymkę do Lidy i na Parafiadę 40 osób

Rostów - Mohylew - Lida - Warszawa - Lida - Mohylew - Rostów

 

To kolejna masówka. Dałem się namówić by jechać autobusem.

Miałem odwieźć do Mohylewa 10 dziewczyn z zespołu choralnego. Większość z nich to parafianki z Azowa. Ponadto drugie pół autobusu to byli pielgrzymi, którzy mieli pójść z Lidy do Mohylowa. Pozostałe 11 dzieci miało jechać do Polski z tradycyjnym przystankiem w Grodnie.

Odwiedziliśmy w Polsce Nidzice i Kurpie. Byliśmy w moim ogólniaku w Brodnicy a nawet u krewnych na Mariankach i u rodziców.

Zdarzyliśmy na prymicje jakie się odbywały wu jezuitów na Rakowieckiej. Wpadliśmy na chwile do sióstr do Komorowa, na Parafiadę i jeszcze w kilka różnych miejsc. To był naprawdę szalony rejs. Miałem głowę w bandażach po wypadku samochodowym wiec musiałem szokująco w tych wszystkich miejscach wyglądać. Mimo to mój mózg pracował wyśmienicie jak nigdy przedtem.

Prócz tego, że wiozłem dzieci, to miałem jeszcze załatwić pieniądze na wykup domu parafialnego w Taganrogu i parę innych rzeczy. O dziwo udało się.

Dzieci przekazałem na tydzień innym opiekunom parafiadowym a sam wyruszyłem “w Polskę.” Prosić o wsparcie dla moich licznych parafii.

Bandaże na głowie to była zachęta do ofiarności. Bardzo podziałało to na biskupa Jana Wieczorka w Gliwicach.

W takim samym stanie widziałem się z ks. Wiktorem Skworcem obecnym biskupem tarnowskim a wtedy ekonomem diecezji katowickiej i z Karmelitkami w Katowicach. One też złożyły niemała ofiarę na misje. Trzeba przyznać, ze nie brakło mi tupetu ale nie było innego wyjścia. Na dom w Taganrogu brakowało ni mniej ni więcej Az 20 tysięcy niemieckich Marek czyli ponad  10 tysięcy dolarów.

Pan Bóg jest dobry i bogaty, ponadto wiele osób na pielgrzymce z Lidy do Budsławia się za moje zdrowie i sukcesy modliło wiec skutek był piorunujący. Potrzebną sumę miałem w kieszeni. Prócz gotówki podarowano nam wiele innych rzeczy.

W drodze powrotnej zajechaliśmy do  Miedniewic do sióstr Klarysek i nawet tam przenocowaliśmy. W Warszawie w Caritasie załadowano nam kilkaset litrów płynu z glukozą, którego termin użycia upływał pod koniec roku. Trzeba to było szybko wykorzystać. Transport miał trafić do Petersburga ale ponieważ nikt się nie zgłaszał a termin mijał zabraliśmy ten prezent ze sobą.

Autokar był duży więc pakowaliśmy co się dało. Najwięcej podarunków dał nam Caritas w Warszawie na Pradze.

 

16.  Lipiec 1997 - trzy dni - 600 km po terytorium Białorusi

 

Rostów - Brześć - Pińsk - Homel - Wołgodońsk - kontenery z kaplica niemiecką dla Wołgodońska. Wspólna podróż z Andrzejem Kellerem

 

Ten pobyt nie był długi ze względu na cel.

Przyjechaliśmy by przyspieszyć procedury biurokratyczne. Celnicy z Rostowa przejrzeli wszystkie dokumenty dotyczące transportu, wydali pozwolenie na przewiezienie niemieckiego towaru ale mieli zamiar odesłać dokumenty pocztą służbową. Zwykle taka poczta wędruje dwa tygodnie. Urzędnik bez skrupułów opowiadał mi te wszystkie detale. Nie wiem jakim cudem udało mi się go namówić, by nie wysyłał tych papierów ale by mi je wydał na ręce. Obiecałem, że je dostarczę do Brześcia w ciągu doby. Człowiek dziwił się takiemu pośpiechowi, bo wiedział, że wiele fur stoi w Brześciu tygodniami w oczekiwaniu podobnych pozwoleń. Myślę, że to jest sztuczny biznes po to, by wyciskać łapówki z podobnych do mnie nieszczęśników. Ja jednak nie miałem mu nic do zaoferowania i on to widocznie ostatecznie pojął i po prostu się nade mną zlitował. Gdyby nie to cały transport musiałby do Niemiec wrócić, bo żaden z członków ekipy nie miał tak długiego urlopu, by na dokumenty z Rostowa czekać.

Pogoda była cudna. Samochód jechał jak szalony. Owszem trafiliśmy pod Brześciem na ulewę. Mój pomocnik, drugi kierowca gdy się zbudził dostrzegł ze strachem kilka fur leżących na poboczu od poślizgu. Nam jednak się wiodło, mimo szalonego tempa samochód, który miał za sobą kilka awarii prowadził się idealnie na jezdni.

Po 20-tu godzinach jazdy byliśmy szczęśliwi. Andrzejowi jako mechanikowi bardzo spodobały się niemieckie ciężarówki. One nas trochę wyprzedziły a myśmy jechali inna droga. Mieliśmy awarię, którą z pomocą Bożą i dobrych ludzi przeżyliśmy bez szwanku. Udało się szybko w przeciągu kilku godzin odremontować samochód w Żabienicach. Bardzo to pozytywnie wpłynęło na nastrój więc mimo opóźnienia  wpadliśmy do Pińska do kardynała. Dogoniliśmy karawan z dwu samochodów dopiero pod Homlem gdzie Niemcy zdziwieni naszym zniknięciem urządzili sobie nocleg.

 

17. Wrzesień 1997 - dwa dni, 700 km

 

Podróż w sprawie ojca Kasjana z panem Mazurem i  dwoma synami:

Rostów - Murafa - Warszawa - Grodno - Homel - Rostów

 

Do Polski trasa wiodła przez Ukrainę. Moim kierowcą na ten raz był lotnik o nazwisku Mazur. Skorzystał on z okazji, że proboszcz z Rostowa dał mu do dyspozycji samochód, który był półpustyń i zabrał ze sobą dwójkę dzieci by im pokazać Polskę. Miał pozwolenie ks. Edwarda by 3 dni spędzić w Szczecinie u jego brata. Miał stamtąd przywieźć jakieś materiały budowlane a na przyczepkę w drodze powrotnej mnie z karmelita ojcem Kasjanem, który się zgłosił do pracy w Taganrogu. Jadąc przez Ukrainę pan Mazur miał odwiedzić swoich rodziców pod Winnicą. Dzięki takiej trasie pierwszy raz w życiu ujrzałem słynną Murafę i Berdyczów. Pojechaliśmy zabrać ojca Kasjana na którego już czekał dom w Taganrogu, na który z takim trudem zdobywałem środki.

Ten wiekowy ale świątobliwy ojciec, o którym wiele mi opowiadały siostry karmelitki w Katowicach nie był pewien czy może jechać bo był słaby z rosyjskiego i chciał się jeszcze douczyć.

Ja go jednak przekonałem, że szybciej się nauczy języka jak już będzie na miejscu w Rosji niż siedząc w polskim klasztorze. Ten dobrotliwy człowiek przyjął moje argumenty, spakował się i pojechaliśmy.

Powrót był tradycyjny.

Na tyle tradycyjny że przez Białoruś.

Kierowcy zamykały się oczy i zjeżdżał na pobocze.

Dał mi więc kierownicę do rąk a ja zacząłem jechać podobnie jak on. Cud prawdziwy, żeśmy nie zniszczyli samochodu i zachowali życie.

W Homlu nie zachodziliśmy do kościoła na dłużej tylko na Mszę wieczorna i resztę czasu spędzaliśmy u jakiejś skłóconej rodzinki. W pewnym momencie trzeba było się ratować ucieczka od wielkiej bitwy.

Gdyśmy się zbliżali do Rostowa to kierowcy zamykały się znowu oczy a biegi nie chciały wskakiwać wiec cały czas starał się nie zmieniać biegu i jechać ile tylko się da z największą szybkością z możliwych. Długo potem, pewnie ze dwa lata nie mogłem patrzeć na tego pana, który tak bardzo ryzykował i moim życiem i karmelity.

 

18. Maj 1998 - jeden dzień, 800 km

 

samotny wyjazd w sprawie przeniesienia na Syberie:

Rostów - Moskwa - Grodno spotkanie z Redemptorysta proboszczem z Pietropawłowska

 

To był najkrótszy pobyt w Białorusi.

Pamiętam, ze gdy jechałem do Polski to na pociąg do Grodna pożyczałem pieniądze od o. Darka Harasimowicza, który był wtedy ekonomem Franciszkanów.

Takie nastały biedne czasy.

Co do wspomnianego redemptorysty to cala drogę wiercił mi dziurę w brzuchu bym mu coś poradził, bo nie wiedział jak zadeklarować pieniądze, które ma dostać na kościół.

Jedyna sprawa jaką tym razem miałem do załatwienia to prośba o przeniesienie z Rostowa na Syberię, którą musiałem uzgodnić z Biskupem w Białymstoku a następnie spotkanie u Franciszkanów z o. Lucjanem i z prowincjałem w sprawie zastępstwa w moich parafiach.

Dobra passa mnie nie opuszczała wszędzie spotykałem się ze zrozumieniem widocznie tak  być musiało, że jakiś czas Syberia też miała być moim domem.

Byłem oszołomiony sukcesem, pogoda w maju też była prześwietna.

Postanowiłem troszkę połazić po mieście w poszukiwaniu przygód.

Wiedziałem, że gdy opuszczę Batajsk, to również siostry Misjonarki mogą stamtąd odjechać, bo Salezjanie nie mieli z nimi umowy i jedynie ja jako jedyny ksiądz w okolicy byłem otwarty na współpracę. Trzeba wiec było szukać również siostry na zastępstwo na wypadek wyjazdu misjonarek.

Owszem udało mi się odszukać siostry zakonne, które mogłyby się tego zadania podjąć. Rozmawiałem dość długo z ich prowincjalną i z przełożoną misji na Ukrainie, która przypadkowo tego dnia była w Krakowie.

Te wszystkie okoliczności były nadzwyczajne tak bardzo, że nawet nie pamiętam jaką droga wracałem do Rosji. Na pewno nie wracałem już na Białoruś ale raczej jechałem przez Lwów z pewną Dominikanką, czyli z tą przełożoną z Ukrainy, która pędziła do Czortkowa.

Dobra nazwa dla dominikańskiej parafii.

Ja natomiast z dworca jechałem bezpośrednim pociągiem do Rostowa.

To już jakby oddzielny temat.

 

 

19. Jesień 1998 - dwa dni, 800 km po terytorium Białorusi

 

święcenia Biskupa Dziemianki w Grodnie - powrót z Hiszpanii przez Mińsk odwiedziny u św. Jozefa i w Czerwonym Kościele samotnie.

 

Ten dzień powrotu z Hiszpanii i święceń biskupich był dla mnie bardzo ważny bowiem spotkałem na święceniach ojca Pawła długowłosego karmelitę.

Miał on dosłownie za rok dołączyć do naszego zespołu nad Donem. To był czas kiedy lubiłem  odwiedzać białoruską stolicę, która piękniała na oczach. Lubiłem szczególnie łazić po Mińsku. Intrygowało mnie to miasto a połączeń z Moskwą było wiele i nie trzeba się było zamartwiać jak w czasie podróży przez Brześć. Wtedy tez ostatni raz w życiu widziałem proboszcza Andrukiewicza, bo to na jego autobusiku jechaliśmy do granicy i przepuszczono nas bez kolejki jako kapłanów po raz pierwszy w mojej karierze.

Nastrój był niepowtarzalny, niesamowity. Celebra trwała ze cztery godziny, gratulacjom i przemówieniom nie było końca. Mój wzrok padł na grupę znanych mi karmelitów z Gudogaja, którzy podali mi pomocna dłoń i skierowali do Taganrogu ojca Kasjana. W grupie stojących bardzo się w oczy rzucał długowłosy hippis w habicie, którego za półtora roku miałem poznać bliżej już w Rostowie, bo go skierowano jako proboszcza i przełożonego ojca Kasjana. Był to ojciec Paweł.

W międzyczasie zmienił fryzurę, ja o nim zapomniałem, bo wrażeń było wiele a on mnie cały czas z tych uroczystości grodzieńskich pamiętał.

 

20. wiosna 1999 - pięć dni 1000 km po terytorium Białorusi

 

wspólna podróż z ks. Edwardem Mackiewiczem SDB: kapucyni koło Wilejki, salezjanie kolo Oszmiany - Oszmiana - Dokszyce - Mińsk - Borysow - Homel

 

Podróżowanie z księdzem Edwardem to ciekawe przeżycie, bo ten człowiek lubił odmawiać różaniec i znał dużo plotek kapłańskich którymi w podróży się dzielił obficie. Ja natomiast miałem mnóstwo dodatkowych spraw w podróży  i swymi pomysłami poczciwemu salezjaninowi nie dawałem się znudzić.

Choć jako człowiek praktyczny wolałby jechać szybko ale podróżując ze mną przejazd przez Ukrainę czy Białoruś zamiast tradycyjnego jednego dnia zabierał czasem 3 doby, bo ja zawsze miałem powód żeby się z kimś z dawnych znajomych spotkać.

Na ten raz jechaliśmy wspólnie do Włoch.

W drodze odwiedziliśmy Bawarie. Mieliśmy mnóstwo wspomnień i podarków.

W drodze zahaczyliśmy o Rzym, Padwę i  Monachium.

Kilkakroć psuł się nam samochód ale dobrzy ludzie pomagali nam bez przerwy.

Byliśmy wspólnie u kapucynów w Warszawie szukając zastępstwa dla mnie.

W Białymstoku odwiedziliśmy kolegę kursowego Bogdana Zieziulę, który robił mi pewne nadzieje na to, że pojedzie wspólnie ze mną, ze pojedzie tez na Syberie by pracować razem ze mną. Bogus wypowiedział się wbrew mym oczekiwaniom, ze decyzje zmienił i ze będzie kierowca biskupi. Ręce mi opadły a ksiądz Edward próbując nas pogodzić i poznać sytuacje przekonał się ze nie ma szans wie trzeba jechać dalej.

Ponieważ general kapucynów zrobił nam nadzieje odwiedziliśmy na Białorusi 3 kapucyńskie domy w tym dom wice-prowincjała w Dokszycach, żeby kogoś do Rosji zwerbować… Pamiętam, ze już się zaczynały przymrozki i gdzieś kolo Wilejki wpadliśmy w ostry poślizg ale ksiądz Edward nie stracił zimnej krwi.

Troszkę się podrapał o sztachety płotu ale wyrównał samochód, szeptem wypowiedział jakieś krzepiące słowa, otarł pot z czoła i pojechał dalej. On też z entuzjazmem odwiedzał każde miasteczko, bo to jego rodzinne strony, ale zmęczenie dawało o sobie znać był to dla nas sygnał, że nie wolno się śpieszyć i że warto skorzystać z propozycji noclegu.

Romantyczne dla niego i dla mnie z różnych powodów było spotkanie w Oszmianie i w Dokszycach. Niezłe były spotkania w Borysowie i w Homlu. W tych wszystkich parafiach mieliśmy noclegi i spotkaliśmy nam życzliwych ludzi.

Dzięki tej ostatniej tak długiej jak pielgrzymka wspólnej przejażdżce lepiej poznaliśmy kapucynów i los kilku kapłanów o czym będzie opowieść poniżej.

 

21. Lato 1999 - dwa dni, 1400 km po terytorium Białorusi

 

Rostów - Moskwa - Smoleńsk - Mohylów - Mińsk - Baranowicze- Grodno - Warszawa - Grodno - Indura - Nieśwież

Ostatni wyjazd na Parafiadę, ostatni pobyt na Białorusi

 

Tym razem zaostrzono reżym wizowy. Stosunki z Rosją psuły się na oczach.

Trzeba było po raz pierwszy załatwić dla dzieciaków wizy i dlatego jechaliśmy przez Moskwę na dwu busach. Jeden parafialny Sobol Bral 7 osób. Drugi niemiecki zdaje się 8 wiec było nas 15. Był Pan Michalski z dwójka dzieci z Krasnodarskiego Kraju.

Losza Skakowski i kilkoro ministrantów z Wołgodońska z Wołodią Hirszem. Jedyny raz nie było nikogo z Batajska. Byli dwaj kierowcy jeden z Azowa drugi ze stanicy Leningradzkiej. Jadąc przez Smoleńsk podziwiałem piękne mury obronne nietypowe dla Rosji. Odczułem taka sama atmosferę jaka znam tylko z Kamieńca Podolskiego. Czułem bliskość Katynia i myślałem o nim ale nie znając drogi i śpiesząc Si na Białoruś musiałem skracać co się da by nie narażać grupy na szwank.

Stosunki Rosji z Białorusią tez się zaogniały, bo po raz pierwszy na granicy dostrzegłem szlabany. Nie tylko dostrzegłem ale i poczułem. Bo na busiku z Leningradzkiej szlaban tak mocno się odbił ze pękło szkło główne, które remontowaliśmy dopiero po parafiadzie u znajomych w Białymstoku.

Jak widać nie obeszło się bez  kłopotów. Pozytyw był natomiast taki, ze na tej parafiadzie wygraliśmy antenę satelitarna i urządzenie by ja oglądać.

Wieźliśmy tez ze sobą dziewczynę,  która chciała być zakonnica i zostawiliśmy ja w Baranowiczach. To była kandydatka z Wołgodońska. Zaprzyjaźniła się z siostra Ingą która spędzała sporo czasu w tym mieście. Ja dziewczynę znalem gorzej wiec się nie wtrącałem i zaufałem siostrze, ze wie kogo posyła. Opinii moje nikt nie zadał bo chodziło zaledwie o ewentualny postulat. Podobno, ze nie wytrzymała nawet miesiąca.

Na powrotnej drodze z Parafiady odwiedziłem Indurę po raz ostatni na tej fazie mego życia i pojechaliśmy do Nieświeża do braci kapucynów.